Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uważam Rze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uważam Rze. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 grudnia 2012

„Uważak” wSieci

Przestrzeń publiczna zostanie wypełniona „świergoleniem”, a jak nie, to dwa lata odsiadki nauczą „miłości” wszystkich nienawistników.

I. Droga do upadku

Przyznam się bez bicia, że wiedziony zdrożną ciekawością wycelowałem te 2,90 na pierwszy numer pińskiego „Uważaka”. I chyba popełniłem błąd, trzeba było odczekać 2-3 tygodnie, albowiem nowa odsłona na swą premierę sfastrygowana została z tekstów, których nie zdążyli wycofać odchodzący publicyści, do tego pewnie trochę jakichś archiwalnych złogów plus materiały napisane przez dziennikarzy „Rzepy”. Widać jak na dłoni, że nowy naczelny ma potężne problemy ze skompletowaniem ekipy – oczywiście prócz Korwina, który pisze wszędzie i nie posiada się z radości, że „URz” zostało odebrane „pisowcom”. Zapewne widzi w tym jaskółkę przyszłego wyborczego sukcesu – ci, którzy, zrobili kiedyś ten błąd i dali się Korwinowi politycznie zauroczyć, marnując swe głosy przez kilka różnych wyborów z rzędu, jak niżej popisany, znają tę śpiewkę doskonale: teraz to już na pewno zdobędziemy 10-15 procent i tym razem, za sto jedenastym podejściem, wejdziemy, zwyciężymy, przełamiemy monopol różnej maści socjalistów, albowiem to MY i nikt inny jesteśmy jedyną najprawdziwszą prawicą.

Oczywiście, obecność Korwina na łamach w żaden sposób nie przyczyni się do wzrostu popularności jego formacji, tak jak nie przekładają się felietony w „Angorze”, albowiem jego rola w społecznej świadomości została definitywnie już zaklepana i sprowadza się do pozycji wujaszka-ekscentryka, który na imieninach zawsze potrafi wprawić towarzystwo w dobry humor. Piński go wziął ze względu na zaszłości z „Najwyższego Czasu”, no i dlatego, że zawsze jest to jakieś rozpoznawalne nazwisko, ale cóż szkodzi Korwinowi trochę pomarzyć?

Nawet o przechyle w kierunku jakiejś usalonowionej „neo-endecji” trudno w tej chwili wyrokować, jako że polemiczny tekst Artura Zawiszy i Roberta Winnickiego okazał się pochodzić sprzed dwóch tygodni i w bieżącym numerze miał się ukazać jeszcze na mocy uzgodnień z Pawłem Lisickim. Sam Winnicki zdecydowanie dementuje, jakoby miał zostać nowym publicystą „Uważam Rze”, więc za tymi narodowcami Piński będzie musiał trochę się porozglądać. No chyba, że sprawdzi się rysunkowe proroctwo Budynia78 i pojawi się specjalista od wynajdywania kolejnych „katechonów” - czyli monarchista Wielomski z paxowskim weteranem Engelgardem na doczepkę. Byłaby to zaiste piękna katastrofa.

Stuhr-senior na okładce to już jakaś aberracja, gdyż niezależnie od tego, że firmuje tu „temat tygodnia” o walce z rakiem, to dla czytelników, jego polityczno-towarzyskie afiliacje spod znaku salonowego „krakówka” są na tyle jednoznaczne, by z miejsca ośmieszyć deklaracje ze wstępniaka o „społecznej kontroli nad władzą” i inne tego typu zaklęcia, których nie szczędzi czytelnikom nowy naczelny.

Mnie szczególnie ujął tekst o „prawdziwie wolnym rynku” w kontekście sposobu, w jaki Presspublica trafiła w ręce Hajdarowicza – za pieniądze pożyczone od powiązanego z WSI NFI „Jupiter”, esbeckiego „tewusia” Leszka Czarneckiego oraz od PW Rzeczpospolita. Traktowanie czytelników jak durni to droga do klęski, no chyba, że jest się Tomaszem Lisem, który traktuje tak swych odbiorców od wielu lat i to ze sporym powodzeniem, ale Lis celuje w diametralnie inny target przy którym takie podejście się akurat sprawdza.

II. Fuzja „URz” i „wSieci”?

W kontekście przejęcia „Uważam Rze” intrygująco brzmi wyznanie Pawła Lisickiego, że Jan Godłowski - współpracownik Hajdarowicza - na dwa dni przed zwolnieniem proponował Lisickiemu odkupienie tytułu. Albo była to zasłona dymna, albo Hajdarowicz naprawdę chciał się pozbyć politycznej kuli u nogi, nawet za cenę utraty dochodów generowanych przez to pismo (w tym roku według Ziemkiewicza miało to być 9 mln czystego zysku). Jeśli to drugie, to w ciągu tych dwóch dni jakiś rządowy „Graś” musiał dobitnie przypomnieć medialnemu „słupowi” skąd wyrastają mu nogi i że Dyktatura Matołów nie życzy sobie wpływowego tygodnika ze sprzedażą stu trzydziestu tysięcy egzemplarzy pozostającego poza kontrolą.

Ale może nie ma tego złego... Interesująco w tym wszystkim rysują się perspektywy dwutygodnika „wSieci”, który pierwotnie żywić się miał przedrukami z internetu – głównie z portali „wPolityce.pl” oraz „Stefczyk.info”, obecnie zaś może przejąć grono autorów z odchodzącej ekipy „Uważaka” i stać się normalnym tygodnikiem z własnymi, oryginalnymi treściami. Pytanie, czy Jacek Karnowski – a w zasadzie biznesowi patroni ze Stefczyka - może sobie na to pozwolić od strony budżetowej. W każdym razie, oczekiwanie dotychczasowych czytelników „Uważam Rze” jest pod tym względem jednoznaczne i jeśli z jakichś względów nie zostanie spełnione, to Karnowski by zachować wiarygodność swoją i swoich tytułów będzie musiał przedstawić naprawdę przekonujące uzasadnienie.

Jednakże, nawet jeśli dawne „Uważam Rze” odrodzi się jako zmodyfikowane „wSieci”, to dla wszystkich którzy odeszli miejsca raczej nie starczy. Ci, co się nie załapią znajdą się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, bo raty kredytów nie poczekają – i być może Jan Piński liczy na różne „ciche powroty”. Oby się przeliczył, bo łamanie sumień materialnym przymusem to zawsze przygnębiający widok, nie mówiąc już o schadenfreude reżimowych mediodajni.

III. Mowa miłości

A tak już na zakończenie, coś z innej beczki: „Hybrydy” nie chcą być kojarzone z „roninowcami”. „Solidarni 2010” rozesłali informację, że spotkanie promocyjne książki „Lawa – rozmowy o Polsce” zaplanowane pierwotnie na 4 grudnia w „Hybrydach” właśnie, odbędzie się w Domu Pielgrzyma „Amicus”, gdyż „Hybrydy” wymówiły „Solidarnym” i Klubowi Ronina salę. Nawet nie próbowano ukryć, że chodzi o nagonkę związaną z odgrzebanymi słowami Grzegorza Brauna sprzed dwóch miesięcy i przesłuchania prokuratorskie świadków owej wypowiedzi. Cóż, w warunkach nieubłaganej walki z „mową nienawiści” lepiej mieć z władzą dobrze, nawet za cenę utraty twarzy, bo na różnych jątrzycieli Dyktatura Matołów ma swoje sposoby - i lepiej nie przekonywać się na własnej skórze jakie.

Zatem, system pełzającej represjonizacji działa, wojna z nienawistnikami się rozkręca, a już nasi przodkowie zauważyli, że pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda. Toteż nawet się nie zdziwiłem, gdy w wywiadzie dla Polsat News polityk PO Adam Szejnfeld zadekretował, iż jedynym obowiązującym językiem w Polsce ma stać się „mowa miłości”. Innymi słowy, przestrzeń publiczna zostanie wypełniona „świergoleniem”, a jak nie, to dwa lata odsiadki nauczą „miłości” wszystkich nienawistników. Niezawisłe Sądy już się grzeją pod telefonami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 29 października 2011

Krajobraz po przejęciu – domknięcie



Dyktatura matołów, przekazując w putinowskim stylu Presspublikę proreżimowemu biznesmenowi, definitywnie zakończyła okres względnej medialnej pieriedyszki.


I. Ostatnie watahy IV RP

Bądźmy szczerzy, te kilka lat „Rzeczpospolitej” Lisickiego i parę miesięcy „Uważam Rze” - głównonurtowych pism niezależnych od rządzącej nami dyktatury matołów - było dla konserwatywnego przekazu w przestrzeni publicznej prezentem od losu, który nie miał prawa zaistnieć. Podobnie jak nie miało prawa się wydarzyć zwycięstwo PiS w 2005 roku i prezydentura Lecha Kaczyńskiego. Wszystko to zawdzięczamy czystemu zbiegowi okoliczności - oto dwie frakcje obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP w pewnym momencie pożarły się między sobą o wpływy i zamiast jak zwykle załatwić swoje porachunki po cichu, jedna ze stron postanowiła spór upublicznić. Jestem przekonany, że „agorowcy” do dziś gorzko żałują swej pokerowej zagrywki w wyniku której buldogi wylazły na chwilę spod dywanu i gryząc się o kość pokazały zdumionej gawiedzi fragmencik realiów „demokratycznego państwa prawa”. Efektem było „wzmożenie moralne” i dwulecie urządzania przedsionka IV RP, co na odcinku medialnym poskutkowało chwilowym (i mocno częściowym) przejęciem państwowych mediodajni, w tym – Presspubliki, które to podmioty na chwilę zaczęły jako-tako przypominać normalne media, a „Rzeczpospolita” nawet takim normalnym medium się stała.

Po 2007 roku „porzundek” na rynku mediów elektronicznych przywracano z rewolucyjną bezwzględnością, obracając TVP i Polskie Radio na powrót w mediodajnie. Z Presspubliką poszło trudniej, z uwagi na większościowego udziałowca, którym był brytyjski fundusz Mecom. Zresztą, do pewnego momentu dyktatura matołów chyba nawet nie za bardzo naciskała na przejęcie „Rzeczpospolitej”, być może uznając, że przyda się w ogólnym pejzażu taki pluralistyczny listek figowy, flankujący z umiarkowanych pozycji radykałów od Sakiewicza.

II. Dyktatura matołów kończy pieriedyszkę

Wszystko się zmieniło w momencie startu „Uważam Rze” i objęcia przez nowy tygodnik w ekspresowym tempie pozycji lidera na rynku tygodników opinii. Tego dyktatura matołów, szczególnie w warunkach zaistniałych po obnażającej fasadowość państwa Katastrofie Smoleńskiej zdzierżyć już nie mogła. Wytłumaczono więc brytolom z Mecomu, jakie są obiektywne uwarunkowania prowadzenia biznesu w kartoflanej republice, dlaczego powinni się kontentować działalnością na rynku mediów lokalnych i czemu należy odstąpić swój okręt flagowy wskazanemu przez „waadzę” biznesmenowi.

Tak więc, paradoksalnie, właśnie sukces „Uważam Rze” stał się gwoździem do trumny niezależności ostatnich mainstreamowych gazet. Dyktatura matołów przekazując w putinowskim stylu firmę proreżimowemu biznesmenowi, obwieściła tym samym definitywny kres względnej medialnej pieriedyszki.

O tym, że komunikat został właściwie odczytany, przemyślany, zrozumiany i przyswojony, świadczy zachowanie niemieckiego koncernu Neue Passauer Presse (Polskapresse), który błyskawicznie wywalił ze stanowiska redaktora naczelnego krakowskiego „Dziennika Polskiego” Piotra Legutkę – za to, że ten ośmielił się poprzeć protesty przeciw zmianom w redakcjach Presspubliki.

Tu uwaga – nie zgadzam się z głosami blogerów twierdzących, że swymi protestami środowisko dziennikarskie i ekipa „Rzepy”-”URz” ułatwiły zadanie Hajdarowiczowi, który musiał przez to pokazać kto tu rządzi. Był to raczej głos symbolicznego sprzeciwu wobec zmian, które zostały już dawno postanowione. Hajdarowicz bowiem wie doskonale na jakim świecie żyje, oraz kto, w jakich okolicznościach i dlaczego powierzył mu ten kolejny, medialny odcinek. (Więcej w tekstach „Krajobraz po przejęciu” i „Krajobraz po przejęciu – post scriptum”).

III. Plus-minus

Do „Rzeczpospolitej” i polityki redakcyjnej Pawła Lisickiego zdarzało mi się tu i ówdzie zgłaszać zastrzeżenia. Momentami drażniła mnie praktykowana przez niektórych dziennikarzy publicystyczna maniera szukania za wszelką cenę „drugiej strony”, czy udostępnianie łamów osobnikom pokroju Kuczyńskiego.

Takie wyważanie i „pluralizacja” wizerunku na siłę, skutkowały utratą wyrazistości i, jak sądzę, ograniczeniem niejako na własne życzenie liczby kupujących gazetę. Pluralizm nie polega bowiem na tym, by w tej samej gazecie umieszczać teksty od Kuczyńskiego po Wildsteina, gdyż w ten sposób zmusza się poniekąd czytelnika do sponsorowania honorarium Kuczyńskiemu. Chodzi o to, by na rynku istniały obok siebie różne tytuły, a czytelnik miał realny wybór. Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek kupił „Rzepę” dla tekstu Kuczyńskiego, że tak symbolicznie już pozostanę przy akurat tym nazwisku, skoro może kupić sobie „Wyborczą”, gdzie tego typu publicystów ma skolko ugodno. Tym bardziej, że redakcja „Wyborczej” dba o to, by ich czytelnik sponsorować Wildsteina nie musiał.

Tych wad pozbawione było „Uważam Rze”, oferujące czytelnikowi spójniejszy przekaz i treści których nie oferowały inne tzw. „cytowalne” media - stąd bezprecedensowy sukces tego tygodnika.

W ostatecznym rozrachunku dorobek Lisickiego należy jednak ocenić mocno na plus, o czym się wkrótce przekonamy, gdy zaprowadzanie nowej linii redakcyjnej w obu pismach ruszy na całego.

IV. Wróblewski pod nadzorem politruka

W swym lipcowym tekście „Krajobraz po przejęciu” naszkicowałem dwie drogi, którymi może podążyć „Rzeczpospolita” po przejęciu. Pierwsza, to powrót do „doktryny Fikusa”, który ponoć mawiał, że od polityki jest „Wyborcza”, a „Rzeczpospolita” ma być dziennikiem obsługującym tematykę prawno-gospodarczą. Druga opcja, to recydywa agresywnie salonowej gaudenowszczyzny, której symbolem stało się wyrzucenie na lekko tylko zawoalowane życzenie „Wyborczej” Bronisława Wildsteina po opublikowaniu przez tegoż jawnych zasobów osobowych z archiwum IPN, znanych później jako „lista Wildsteina”.

Osobiście typowałem wtedy na nowego naczelnego Macieja Łętowskiego, który przez swą działalność we władzach Presspubliki dał się poznać z odpowiedniej strony, ale Tomasz Wróblewski również obozowi beneficjentów i utrwalaczy III RP krzywdy nie zrobi. Z jego wstępniaka można wyinterpretować, że nowa „Rzepa” będzie gdzieś pomiędzy - na pewno zrezygnuje z kursu polemicznego wobec flotylli dowodzonej przez „Wyborczą”, wycofa się także z tak gryzących Salon wątków patriotycznych, narodowych, wspólnotowych i tradycjonalistycznych (to podkreślanie indywidualizmu).

Krytyka dyktatury matołów sprowadzona zostanie głównie do komentowania posunięć rządu z pozycji ekonomicznej racjonalności, co jest dość bezpieczne, bo dopóki państwo nie zbankrutuje, to gospodarcze diagnozy nie rozpalają emocji i dla większości są śmiertelną nudą. Poza tym, jestem dziwnie spokojny, że zawsze prócz tekstu zawierającego rozsądną, wyważoną i do bólu konstruktywną krytykę PO, znajdzie się „dla równowagi” artykuł o należycie antypisowskiej wymowie, skupiający się na wyliczaniu dlaczego PiS jest tak beznadziejną opozycją i dlaczego w związku z tym Kaczyński musi odejść.

Nad poprawnością linii czuwać będzie delegowany zawczasu politruk – Artur Rumianek, były naczelny „Przekroju”, którego Hajdarowicz oddelegował już w sierpniu na stanowisko pełnomocnika d/s programowych spółki Gremi Media.

V. „Rzepa” jak „Dziennik”, „Uważam Rze” jak „Przekrój”

Podsumowując – mdła, uładzona wata, w sam raz dla koncesjonowanej opozycji niezbędnej do zachowania pozorów pluralizmu opinii. Można się spodziewać, że „Rzeczpospolita” za jakiś czas podzieli los „Dziennika” z czasów duetu Krasowski-Michalski, czyli straci jakąkolwiek moc opiniotwórczą, zadołuje sprzedażowo, aż wreszcie z czymś tam się połączy (pewnie z Parkietem) w ramach „reorganizacji” tudzież cięcia kosztów i będzie sobie wegetować gdzieś na obrzeżach medialnej rzeczywistości.

A „Uważam Rze”? Prócz tego, że nie będzie już „inaczej pisane”, tylko pisane jak najbardziej właściwie, również straci czytelników i wyłoży się biznesowo wskutek rozdzielenia redakcji z „Rzepą” co oznacza z miejsca skokowy wzrost kosztów. Trzeba będzie stworzyć od nowa osobny zespół redakcyjny, zaplecze, biura, obsługę – słowem, wszystko to, co od strony redakcyjno-organizacyjnej było ze względu na oszczędności łączone do tej pory z „Rzeczpospolitą”. „URz” będzie miało szczęście, jeśli skończy w niszy jak „Przekrój”, lecz jak dla mnie, zapowiedziane zmiany organizacyjne to prosta droga do uśmiercenia tytułu w białych rękawiczkach.

To tyle – jeśli chcecie poczytać o innych, równie ciekawych aspektach przejęcia Presspubliki, to opisuję je w analizach: „Krajobraz po przejęciu” i „Krajobraz po przejęciu – post scriptum”. Miłej lektury.

Gadający Grzyb

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Krajobraz po przejęciu – post scriptum


Czy „Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik”, a „Uważam Rze” jak „Przekrój”?



I. Co tam, panie, w Gremi Media....


Kilka dni temu dowiedziałem się o istnieniu pana Rumianka. Podobno przez ostatnie pięć miesięcy rzeczony Rumianek o imieniu Artur był naczelnym notującego kolejne rekordy dołowania „Przekroju” (sprzedaż ogółem w czerwcu 2011 - 31 614 egz. wobec 37 636 egz. w czerwcu roku 2010) oraz „Sukcesu”. Jak kilka dni temu podały mediodajnie, Rumianek bynajmniej nie został wywalony z roboty, lecz w nagrodę skierowano go na placówkę w Mongolii na nowy odpowiedzialny odcinek w spółce wydającej oba tytuły - Gremi Media.


Gremi Media jak wiadomo należy do pana Grzegorza Hajdarowicza, kultywującego millerowską tradycję proreżimowych biznesmenów (w oryginale: „biznesmenów przyjaznych lewicy”), którzy to biznesmeni cechują się wielce intrygującymi właściwościami polegającymi na tym, że niezależnie od wszystkiego nie dzieje się im krzywda (ot rzymska paremia „chcącemu nie dzieje się krzywda” w realiach III RP). Chcącemu Hajdarowiczowi krzywda również się nie stała, czego wymownym świadectwem stało się kupno przez niego od brytyjskiego Mecomu w ekstraordynaryjnym trybie większościowego pakietu (51,1%) w spółce „Presspublica” wydającej m.in. „Rzeczpospolitą” i „Uważam Rze”, mimo iż Mecom jak się zdaje wcale pozbywać się „Presspubliki” nie miał zamiaru. Ot, cuda „wolnorynkowej gospodarki”, którą ponoć mamy tak krystaliczną, że mucha nie siada, a kto by wątpił, ten pisowiec - ciuś, ciuś...


O sprawie pisałem szeroko w tekście „Krajobraz po przejęciu”, nie będę się więc powtarzał, nadmienię jedynie, iż zaraz po tym znamiennym wydarzeniu Ministerstwo Skarbu, zaprzestało działań mających na celu rozwiązanie spółki, ba – zadeklarowało nawet gotowość zbycia swego pakietu, gdyż nagle przestało widzieć sens w posiadaniu mniejszościowych udziałów w wydawnictwie.


II. Politruk Rumianek.


Wracając do pana Rumianka: otóż został on oddelegowany – uwaga! - na stanowisko pełnomocnika d/s programowych spółki Gremi Media. Innymi słowy – będzie pełnił rolę współczesnego politruka, czuwającego nad właściwą linią podległych spółce wydawnictw. Brzmi to interesująco w kontekście zapewnień o zachowaniu umiarkowanie konserwatywno-liberalnej linii „Rzepy” i „Uważam Rze”, a także rozpoczynającej się kampanii wyborczej, tym bardziej, że najdalej do końca września spodziewana jest zgoda UOKiK na sfinalizowanie transakcji i wtedy pan Rumianek będąc już po wstępnym reaserchingu znajdzie warunki by rozwinąć skrzydła.


Należy nadmienić, iż Rumianek Artur przejawia zadziwiającą odporność na porażki, co jest kolejnym świadectwem specyficznych reguł rządzących naszym życiem medialnym – jak już ktoś wejdzie do obiegu (zwłaszcza z „właściwych pozycji”), to niezależnie od realnych wyników w tymże obiegu pozostaje, zaliczając kolejne stanowiska, niczym za minionych ponoć czasów „sprawdzeni, partyjni fachowcy”. Prócz przewodzenia „Przekrojowi” pan Artur był bowiem także szefem działu „Kraj” „Dziennika” i serwisu Dziennik.pl, co może podpowiadać to i owo, w jaki sposób będzie w najbliższej przyszłości rozumiany i realizowany „umiarkowanie konserwatywno-liberalny” kurs tytułów Presspubliki, a zwłaszcza jaki może być finał sprzedażowo – biznesowy tego rejsu. „Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik”, „Uważam Rze” jak „Przekrój” i kolejna zgryzota z jątrzącymi, niekonstruktywnymi krytykantami przestanie dręczyć cenne głowy naszych Umiłowanych Przywódców.


III. Biznesowy smrodek.


Zwrócę jeszcze uwagę Czytelników na ciekawą koincydencję. Otóż do Gremi Media należy NFI Jupiter, który to fundusz pożyczył panu Hajdarowiczowi ponad 20 baniek na zakup Mecom Poland Holdings SA pod „zastaw cywilny oraz zastaw rejestrowy na udziałach spółki Gremi Media Spółka z o.o. z siedzibą w Krakowie oraz weksel własny in blanco wystawiony przez Pożyczkobiorcę” (cyt. za raportem Komisji Nadzoru Finansowego).


Ta pożyczka jest interesująca z kilku względów. Po pierwsze: NFI Jupiter jest własnością Gremi Media, więc Hajdarowicz pożycza pieniądze tak jakby od siebie, ale nie do końca. Po drugie: na pożyczkę musiała wyrazić zgodę Komisja Nadzoru Finansowego, gdyż jej kwota opiewa na sumę przekraczającą 10% kapitału własnego Funduszu, zatem NFI Jupiter musi być przekonany, że tak znaczna pożyczka zostanie zwrócona.


Skąd to przekonanie?


I tu wracamy do zasygnalizowanej na wstępie podrozdziału koincydencji. Tak się składa, że opisywana pożyczka została udzielona na superkrótki termin, bowiem jej zwrot wraz z oprocentowaniem ma nastąpić do 30 września tego roku. Zupełnym przypadkiem, przed 30 września ma nastąpić zatwierdzenie przez UOKiK transakcji sprzedaży Mecom Poland Holdings SA wraz z jego udziałami w „Presspublice”. Skłania to do dwóch podejrzeń:


Po pierwsze: pan Hajdarowicz jest pewien, że UOKiK operację zatwierdzi, inaczej nie kładłby sobie pętli na szyję w postaci wymienionych wyżej rozlicznych zabezpieczeń pożyczki (weksel in blanco!).


Po drugie i ważniejsze: zaraz po zatwierdzeniu, NFI Jupiter zastanie zaspokojony najprawdopodobniej za pomocą majątku świeżo nabytej Presspubliki, który w jakiś sposób zostanie z tej spółki wyprowadzony przy życzliwej bierności mniejszościowego udziałowca – czyli Skarbu Państwa. Że co? Że to działanie na szkodę spółki, za które grożą paragrafy? Nie rozśmieszajcie mnie. Nasza krystalicznie czysta, wolnorynkowa rzeczywistość nie takie już przekręty widziała.


Jeśli ktoś widzi inny sposób w jaki pan Hajdarowicz mógłby do 30 września spłacić 20 milionów 200 tysięcy z odsetkami, nie rujnując przy tym Gremi Media i siebie osobiście, to czekam na propozycje.


Cała operacja odbije się oczywiście na kondycji finansowej „Presspubliki” i spowoduje spadek jej wartości, co da Skarbowi Państwa wygodny pretekst do zbycia swych 48,9% udziałów i to po niewygórowanej cenie, które to udziały trafią rzecz jasna w odpowiednie i nieprzypadkowe ręce, jeśli nie pana Hajdarowicza, to jakiegoś innego, równie „przyjaznego” biznesmena.


W międzyczasie „Rzepa” i „Uważam Rze” spektakularnie zadołują na skutek zmian programowo-redakcyjnych przeprowadzonych przez Artura Rumianka i chronicznego niedofinansowania będącego skutkiem wyprowadzenia z firmy ponad 20 milionów złotych, co skończy się marginalizacją, lub nawet zamknięciem „Uważam Rze”, zaś „Rzeczpospolita” wypadnie z konkurencji „kioskowej”, jadąc na prenumeracie zamawianej przez tych, których interesują jedynie jej fachowe, „kolorowe” strony i bezpowrotnie tracąc swój opiniotwórczy charakter.


Jedność moralno-polityczna na rynku opinii III RP zostanie przywrócona. Zostaną wprawdzie tytuły związane z „Gazetą Polską” oraz internet, ale i na tych wichrzycieli Dyktatura Matołów znajdzie sposób. Wszystko w swoim czasie...


Gadający Grzyb