niedziela, 18 marca 2018

Chilijska lekcja

Polskę od Chile różni jedynie zakres reformy emerytalnej – oznacza to jednak tylko względne osłabienie negatywnych konsekwencji społecznych i budżetowych.

W kontekście rozpoczętego tydzień temu wątku emerytur, warto pochylić się nad analizą prof. Leokadii Oręziak (SGH) pt. „Plany dalszej prywatyzacji emerytur w Polsce” zawartą w zbiorze „Ekonomia polityczna »dobrej zmiany«” (wyd. Instytut Studiów Zaawansowanych). Tu od razu uprzedzam zarzut promowania skrajnej lewicy (wydawnictwo jest afiliowane przy „Krytyce Politycznej”). Tak się bowiem składa, że prof. Oręziak jako bodaj jedyny polski naukowiec miała okazję na własne oczy obserwować skutki katastrofy emerytalnej w Chile do jakiej doszło za sprawą przeprowadzonej w 1981 r. reformy systemu ubezpieczeń społecznych, będącej z kolei wzorem dla zmian przeprowadzonych w 1999 r. w Polsce przez rząd Jerzego Buzka – więc choćby dlatego wypada przyjrzeć się wspomnianemu opracowaniu. Polskę od Chile różni jedynie zakres reformy – u nas wprowadzono ją w wersji „light”, tzn. nie zlikwidowano w całości „państwowych” („ZUS-owskich”) emerytur, a jedynie dokonano podziału na „filary”. Oznacza to jednak tylko względne osłabienie negatywnych konsekwencji społecznych (niskie emerytury) i budżetowych (narastanie długu publicznego podyktowane koniecznością refundowania ubytków w ZUS, do jakich doszło na skutek podziału składek).

W Chile mianowicie przekierowano do prywatnych ubezpieczalni (AFP – odpowiednik naszych OFE) całość składek pracowników, za wyjątkiem służb mundurowych, które najwyraźniej uznały, że nie po to jako żołnierze i policjanci ryzykują zdrowiem i życiem, by wystawiać na rynkowy hazard swoje zabezpieczenie na starość – i jak się okazało, słusznie. Mniej więcej po trzydziestu latach, gdy zaczęły osiągać wiek emerytalny kolejne roczniki płacące składki w nowym systemie, wyszło na jaw, że inwestujące w instrumenty finansowe AFP nie gwarantują ubezpieczonym nawet emerytur minimalnych. Z tej przyczyny od 2008 r. chilijski rząd został zmuszony do interwencyjnego uruchomienia dopłat i zasiłków emerytalnych. Dziś zatem, prócz emerytur mundurowych, budżet państwa dofinansowuje ok. 80 proc. „sprywatyzowanych” świadczeń, by zapewnić ludziom minimum środków do życia – i nie łudźmy się, że podobny scenariusz nas ominie, choć zapewne w Polsce wystąpi w nieco mniejszej skali.

Mechanizm tej zapaści polega na tym, że ponieważ składki inwestowane są na rynkach finansowych (w dużej mierze w USA), to nie mogą być przeznaczane na wypłacanie bieżących emerytur, tak jak dzieje się to w systemie opartym na „solidarności międzypokoleniowej”. Z całości zgromadzonych aktywów, na świadczenia przeznaczane jest ok. 30 proc. - reszta pozostaje do dyspozycji AFP, stanowiąc źródło gigantycznych zysków tego sektora, który jak dotąd „przejadł” w postaci opłat za zarządzanie 1/3 wpłacanych środków. Do powyższego trzeba jeszcze dodać skutki kryzysów finansowych, dramatycznie „ścinających” wartość instrumentów w które zainwestowano składki. To doprawdy zdumiewające, że rządy w reformatorskim zapale zdawały się kompletnie lekceważyć pazerność instytucji finansowych, ślepo wierząc przy tym, że na przestrzeni kolejnych kilkudziesięciu lat rynki będą nieustannie rosnąć i generować powszechny dobrobyt. W efekcie, owe „rynki” otrzymały rozłożony w czasie wielomiliardowy prezent w postaci stałego zastrzyku gotówki (na chwilę obecną – 160 mld. USD, czyli 60 proc. chilijskiego PKB), zaś emeryci zostali z bieda-emeryturami, które trzeba dotować z budżetu. Bardziej by im się opłaciło, gdyby odkładali te pieniądze do skarpety. Dla finansów publicznych z kolei, opisywany tu system stał się źródłem nieustających obciążeń – średnio 5 proc. PKB rocznie. Tak wygląda kolonialny drenaż w pigułce.

Co gorsza, od raz wdrożonych rozwiązań trudno odejść, mimo że większość Chilijczyków zdecydowanie optuje za powrotem do tradycyjnego modelu emerytalnego, a krajem wstrząsają protesty społeczne. Działający w Chile międzynarodowy kapitał wygenerował bowiem w międzyczasie warstwę powiązanej z nim lokalnej, skorumpowanej oligarchii, skutecznie blokującej wszelkie zmiany. Prezydent Michelle Bachelet powołała wprawdzie w 2014 r. grupę ekspertów (15 profesorów z Chile i 9 z zagranicy, w tym prof. Leokadię Oręziak) mających przygotować odpowiednie propozycje – ale do realnych rozstrzygnięć wciąż jest daleko. O sile finansowego lobby i zakorzenionej „rynkowej mitologii” świadczy fakt, iż prof. Oręziak jako jedyna postulowała całkowitą likwidację AFP i przywrócenie publicznego repartycyjnego systemu emerytalnego, jako w ostatecznym rozrachunku tańszego i gwarantującego niemal natychmiastowy wzrost emerytur o 75 proc., do tego pozwalającego na oszczędności budżetowe rzędu 1,8 proc. PKB rocznie. Reszta proponowała półśrodki – podniesienie wieku emerytalnego i wzrost składek odprowadzanych do AFP (!), lub w najlepszym razie „podział” składki między AFP i odpowiednik ZUS-u, czyli wprowadzenie aż za dobrze nam znanych „filarów”.

A jaki jest z tego morał dla nas – szczególnie w kontekście opisanej przed tygodniem reformy Morawieckiego? O tym już za tydzień.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Powtórka z „emerytur pod palmami”?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 11 (16-22.03.2018)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz