Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finanse publiczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finanse publiczne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 lipca 2018

Podatek od ucieczki do raju

W skali globalnej transfery do rajów podatkowych opiewają na setki miliardów – tylko w 2015 r. międzynarodowe korporacje wytransferowały do rajów podatkowych 627 mld. euro.

Hitem podatkowym tegorocznego sezonu ogórkowego stał się niewątpliwie „exit tax”, pełniący w doniesieniach działów ekonomicznych rolę pytona z Konstancina. Nowy podatek podobnie jak kilkumetrowy gad ma być groźny, nieuchwytny i nikt nie widział go na oczy – poza wylinką, której odpowiednikiem są szczątkowe przecieki z Ministerstwa Finansów. Prace nad daniną mającą obowiązywać już od przyszłego roku owiane są nimbem tajemnicy - co, jak rozumiem, ma utrudnić potencjalnym kombinatorom stworzenie wyprzedzających strategii optymalizacyjnych i wyszukanie luk w przygotowywanych przepisach. Ogólne założenia są jednak znane: „exit tax” ma być „podatkiem od przeprowadzki” zniechęcającym do przenoszenia firm i kapitału do rajów podatkowych. Opodatkowaniu mają podlegać wyprowadzane za granicę aktywa (nawet do 100 proc. ich rynkowej wartości). Rozwiązanie to jest realizacją Dyrektywy Rady Unii Europejskiej 2016/1164 z 12 lipca 2016 r. i docelowo zostanie zaimplementowane we wszystkich państwach członkowskich. Oczywiście, dyrektywa daje poszczególnym krajom spory margines swobody, ale znając chwalebną pasję premiera Morawieckiego do uszczelniania systemu podatkowego należy się spodziewać, że przygotowywana ustawa będzie mocno restrykcyjna.

Generalnie pomysłowi można tylko przyklasnąć – raje podatkowe w międzynarodowym obrocie pełnią bowiem rolę paserów czerpiących zyski z umożliwiania korporacjom ukrywania dochodów. Mówiąc metaforycznie, służą za „dziuple” do melinowania kradzionych „fantów”. Cierpią na tym kraje w których dochody te były realnie wypracowane, co skutkuje nieproporcjonalnym zwiększeniem danin dla tych, którzy nie mają możliwości optymalizacji, przede wszystkim dla zwykłych obywateli (PIT i wysoki VAT) i drobnych przedsiębiorców. Przykładowo, w Polsce wpływy z PIT stanowią 9,3 proc. wpływów budżetowych, a CIT jedynie 5,33 proc. (dane OECD na podst. raportu „Uciekające podatki” Instytutu Globalnej Odpowiedzialności). Kolejnym efektem ubocznym jest zadłużanie się państw zmuszonych do rekompensowania sobie utraconych dochodów. Tylko w 2015 r. (nie licząc innych transferów) Polska utraciła na rzecz rajów podatkowych 4 mld. zł. - w tym 3 mld. wywędrowało do państw europejskich takich jak Malta, Cypr, Irlandia czy kraje Beneluxu.

Od pewnego czasu Unia Europejska usiłuje walczyć z tym procederem, zaś twarzą batalii stał się szef KE Jean-Claude Juncker, co jest o tyle groteskowe, że wcześniej sam jako premier Luksemburga był głównym motorem „przebranżowienia” swojego kraju w czołowy europejski raj podatkowy, o czym szeroka publiczność mogła się przekonać przy okazji afery Lux-leaks. Okazało się, że Wielkie Księstwo Luksemburga jest siedzibą kilkuset międzynarodowych korporacji, w tym takich gigantów jak Amazon, McDonald's czy IKEA płacących na podstawie specjalnych umów (tzw. „comfort letters”) poniżej 1 proc. podatku CIT. Co ciekawe, w publikowanej przez Komisję Europejską „czarnej liście rajów podatkowych” nie figuruje żadne państwo z Europy, choć wg organizacji badających problem należałoby dołączyć do spisu kraje wymienione w poprzednim akapicie plus chociażby dependencje Wielkiej Brytanii. Komisja tłumaczy się tym, że na liście umieszczono jedynie państwa „nie współpracujące” z Unią przy zwalczaniu unikania opodatkowania. Hm, ciekaw jestem w jaki sposób „współpracuje” z władzami UE przywołany tu Luksemburg – czyżby przysolił Amazonowi 29 proc. CIT, czyli tyle, ile wynosi nominalna stawka tego podatku w tym kraju?

W skali globalnej transfery do rajów podatkowych opiewają na setki miliardów – w 2017 r. naukowcy z uniwersytetów w Kopenhadze i Berkeley badając pracowicie bilanse płatnicze, raporty organów podatkowych, dane Eurostatu i sprawozdania finansowe firm wyliczyli, że tylko w 2015 r. międzynarodowe korporacje wytransferowały do rajów podatkowych 627 mld. euro zagranicznych zysków, z czego 47 proc. trafiło do Unii Europejskiej, zaś 53 proc. przypadło rajom z innych regionów świata. Warto dodać, że owe 627 mld. to 45 proc. zysków globalnych potentatów, co daje wyobrażenie o rozmiarach procederu.

Wracając na nasze podwórko. Jedynym zgrzytem pojawiającym się w doniesieniach na temat „exit tax” jest możliwość opodatkowania zwykłych obywateli przenoszących się za granicę. Tu drapieżność fiskusa posuwa się zdecydowanie za daleko. Czy Kowalski prowadzący w Polsce sklep albo warsztat samochodowy ma zapłacić „wyprowadzkowe” na równi np. z bankiem? Czysty absurd i miejmy nadzieję, że rząd wycofa się z tego poronionego pomysłu. Nawiasem, kolejnym krokiem powinno być opodatkowanie internetowych gigantów typu Facebook czy Google (dziś płacą podatki w Irlandii i ani grosza w innych krajach UE). Podsuwam tu za darmo swój autorski pomysł: otóż należałoby wprowadzić swoisty „podatek pogłówny”, czyli daninę od liczby użytkowników zarejestrowanych w danym kraju. Zobaczyć minę Marka Zuckerberga na wieść o tym, że ma zabulić za każdego z 16 mln. polskich „fejsbukowiczów” – bezcenne.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wszyscy płacimy za „optymalizację”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 29-30 (27.07-09.08.2018)

niedziela, 18 marca 2018

Chilijska lekcja

Polskę od Chile różni jedynie zakres reformy emerytalnej – oznacza to jednak tylko względne osłabienie negatywnych konsekwencji społecznych i budżetowych.

W kontekście rozpoczętego tydzień temu wątku emerytur, warto pochylić się nad analizą prof. Leokadii Oręziak (SGH) pt. „Plany dalszej prywatyzacji emerytur w Polsce” zawartą w zbiorze „Ekonomia polityczna »dobrej zmiany«” (wyd. Instytut Studiów Zaawansowanych). Tu od razu uprzedzam zarzut promowania skrajnej lewicy (wydawnictwo jest afiliowane przy „Krytyce Politycznej”). Tak się bowiem składa, że prof. Oręziak jako bodaj jedyny polski naukowiec miała okazję na własne oczy obserwować skutki katastrofy emerytalnej w Chile do jakiej doszło za sprawą przeprowadzonej w 1981 r. reformy systemu ubezpieczeń społecznych, będącej z kolei wzorem dla zmian przeprowadzonych w 1999 r. w Polsce przez rząd Jerzego Buzka – więc choćby dlatego wypada przyjrzeć się wspomnianemu opracowaniu. Polskę od Chile różni jedynie zakres reformy – u nas wprowadzono ją w wersji „light”, tzn. nie zlikwidowano w całości „państwowych” („ZUS-owskich”) emerytur, a jedynie dokonano podziału na „filary”. Oznacza to jednak tylko względne osłabienie negatywnych konsekwencji społecznych (niskie emerytury) i budżetowych (narastanie długu publicznego podyktowane koniecznością refundowania ubytków w ZUS, do jakich doszło na skutek podziału składek).

W Chile mianowicie przekierowano do prywatnych ubezpieczalni (AFP – odpowiednik naszych OFE) całość składek pracowników, za wyjątkiem służb mundurowych, które najwyraźniej uznały, że nie po to jako żołnierze i policjanci ryzykują zdrowiem i życiem, by wystawiać na rynkowy hazard swoje zabezpieczenie na starość – i jak się okazało, słusznie. Mniej więcej po trzydziestu latach, gdy zaczęły osiągać wiek emerytalny kolejne roczniki płacące składki w nowym systemie, wyszło na jaw, że inwestujące w instrumenty finansowe AFP nie gwarantują ubezpieczonym nawet emerytur minimalnych. Z tej przyczyny od 2008 r. chilijski rząd został zmuszony do interwencyjnego uruchomienia dopłat i zasiłków emerytalnych. Dziś zatem, prócz emerytur mundurowych, budżet państwa dofinansowuje ok. 80 proc. „sprywatyzowanych” świadczeń, by zapewnić ludziom minimum środków do życia – i nie łudźmy się, że podobny scenariusz nas ominie, choć zapewne w Polsce wystąpi w nieco mniejszej skali.

Mechanizm tej zapaści polega na tym, że ponieważ składki inwestowane są na rynkach finansowych (w dużej mierze w USA), to nie mogą być przeznaczane na wypłacanie bieżących emerytur, tak jak dzieje się to w systemie opartym na „solidarności międzypokoleniowej”. Z całości zgromadzonych aktywów, na świadczenia przeznaczane jest ok. 30 proc. - reszta pozostaje do dyspozycji AFP, stanowiąc źródło gigantycznych zysków tego sektora, który jak dotąd „przejadł” w postaci opłat za zarządzanie 1/3 wpłacanych środków. Do powyższego trzeba jeszcze dodać skutki kryzysów finansowych, dramatycznie „ścinających” wartość instrumentów w które zainwestowano składki. To doprawdy zdumiewające, że rządy w reformatorskim zapale zdawały się kompletnie lekceważyć pazerność instytucji finansowych, ślepo wierząc przy tym, że na przestrzeni kolejnych kilkudziesięciu lat rynki będą nieustannie rosnąć i generować powszechny dobrobyt. W efekcie, owe „rynki” otrzymały rozłożony w czasie wielomiliardowy prezent w postaci stałego zastrzyku gotówki (na chwilę obecną – 160 mld. USD, czyli 60 proc. chilijskiego PKB), zaś emeryci zostali z bieda-emeryturami, które trzeba dotować z budżetu. Bardziej by im się opłaciło, gdyby odkładali te pieniądze do skarpety. Dla finansów publicznych z kolei, opisywany tu system stał się źródłem nieustających obciążeń – średnio 5 proc. PKB rocznie. Tak wygląda kolonialny drenaż w pigułce.

Co gorsza, od raz wdrożonych rozwiązań trudno odejść, mimo że większość Chilijczyków zdecydowanie optuje za powrotem do tradycyjnego modelu emerytalnego, a krajem wstrząsają protesty społeczne. Działający w Chile międzynarodowy kapitał wygenerował bowiem w międzyczasie warstwę powiązanej z nim lokalnej, skorumpowanej oligarchii, skutecznie blokującej wszelkie zmiany. Prezydent Michelle Bachelet powołała wprawdzie w 2014 r. grupę ekspertów (15 profesorów z Chile i 9 z zagranicy, w tym prof. Leokadię Oręziak) mających przygotować odpowiednie propozycje – ale do realnych rozstrzygnięć wciąż jest daleko. O sile finansowego lobby i zakorzenionej „rynkowej mitologii” świadczy fakt, iż prof. Oręziak jako jedyna postulowała całkowitą likwidację AFP i przywrócenie publicznego repartycyjnego systemu emerytalnego, jako w ostatecznym rozrachunku tańszego i gwarantującego niemal natychmiastowy wzrost emerytur o 75 proc., do tego pozwalającego na oszczędności budżetowe rzędu 1,8 proc. PKB rocznie. Reszta proponowała półśrodki – podniesienie wieku emerytalnego i wzrost składek odprowadzanych do AFP (!), lub w najlepszym razie „podział” składki między AFP i odpowiednik ZUS-u, czyli wprowadzenie aż za dobrze nam znanych „filarów”.

A jaki jest z tego morał dla nas – szczególnie w kontekście opisanej przed tygodniem reformy Morawieckiego? O tym już za tydzień.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Powtórka z „emerytur pod palmami”?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 11 (16-22.03.2018)

sobota, 31 lipca 2010

Gra pozorów.


Budżetowe zmagania rządu, czyli łże – liberalizm w natarciu.

I. Kto obniżał, kto podwyższa?

Jak przystało na partię liberalną (he, he), Platforma przymierza się do podwyższenia podatków. Cóż, kolejny to dowód na to, że w polskiej polityce nic nie jest takie, jakim się wydaje. Jedyne obniżki podatków i innych obciążeń fiskalnych, tudzież parafiskalnych są bowiem jak do tej pory zasługą przefarbowanych „socjaldemokratów” od Leszka Millera (obniżka CIT z 27% do 19% w 2003r. i akcyzy na alkohol o 30% w 2002r.) i oskarżanego o „populizm” rządu Jarosława Kaczyńskiego („spłaszczenie” PIT – likwidacja II progu podatkowego i obniżenie I progu z 19% do 18 % oraz dawnego III progu z 40% do 32%, do tego obniżenie składki rentowej). Co ciekawe, Leszek Miller wykazał się przy redukcji podatku od przedsiębiorstw odpornością na pomruki naszych „adwokatów w UE” i zignorował niemieckie lamenty o stosowaniu przez Polskę „dumpingu podatkowego”. Trudno natomiast oczekiwać podobnej asertywności po obecnej ekipie Tuska.

Jako się zatem rzekło, liberalna (he, he) Platforma, która szła do władzy między innymi pod hasłem „3x15” (ludzie już o tym nie pamiętają, a reżimowe mediodajnie jakoś nie kwapią się, by to przypominać) zapowiedziała ustami duetu Boni - Rostowski tymczasową (znów – he, he) jednoprocentową podwyżkę VAT plus jakieś pomniejsze posunięcia, takie jak likwidacja ulg na samochody „z kratką” i rozszerzenie obowiązku posiadania kas fiskalnych na kolejne grupy zawodowe – m.in. prawników i lekarzy. Wcześniej podniesiono już akcyzę na wyroby spirytusowe (od 2009 roku, 4960 zł/hl – większą akcyzę w UE ma od nas tylko Szwecja). Co do VAT-u, jestem jakoś dziwnie spokojny, że rzekoma prowizorka okaże się zadziwiająco trwała i gdy w raczej dalszej, niż bliższej przyszłości jakiś rząd zechce się z niej wycofać, będzie to poczytywane za „śmiałą” reformę. Chociaż nie – jeśli to będzie przypadkiem PiS, wówczas będzie wrzask o „populizmie” i „nieodpowiedzialności”. Natomiast podwyższanie obciążeń fiskalnych przez liberalną (he, he) Platformę każdorazowo interpretowane jest jako „odpowiedzialne” i „propaństwowe”.

II. Łże – liberalizm.

Ktoś naiwny mógłby przypomnieć, że liberałom, zwłaszcza w okresie kryzysu gospodarczego przystoi raczej redukowanie podatków, cięcie wydatków, odchudzenie administracji, reforma finansów publicznych i takie tam. Nic bardziej mylnego! Owszem, może i pobudziłoby to gospodarkę i pomogło z czasem zredukować te 700 mld długu publicznego, ale po pierwsze, ma być „500 dni spokoju”, a wszelki reformy mają to do siebie, że spokój nieuchronnie burzą, po drugie - liberalne posunięcia rządu mogłyby zachwiać słupkami popularności, co otworzyłoby PiSowi drogę do odzyskania władzy, a sami Państwo wiedzą, że to byłaby katastrofa, faszyzm i nagłe ataki mleczarzy o piątej nad ranem... czy jakoś tak. Zatem, zamiast gospodarczego liberalizmu mamy godny kartoflanej republiki łże – liberalizm, ale cóż począć... Najwyraźniej taka już jest na obecnym etapie historyczna konieczność.

Jedyne na co mogę spojrzeć łaskawszym okiem, to wspomniane wyżej wprowadzenie kas fiskalnych do lekarskich gabinetów i prawniczych kancelarii. Nie dlatego, żebym był zwolennikiem rozbuchanego fiskalizmu (bo nie jestem), ale dlatego, że dotychczasowa wybiórczość łamała fundamentalną dla zdrowej gospodarki zasadę równego traktowania poszczególnych podmiotów. No bo – jeśli taksówkarze, to dlaczego nie adwokaci? Nerwowe reakcje dowodzą, że całkiem pokaźna część dochodów przepływała sobie do tej pory bez zbędnego chwalenia się tym faktem przed urzędami skarbowymi.

Na marginesie - rozczuliła mnie zasłyszana w telewizorni wypowiedź pewnego psychoterapeuty, który stwierdził, że konieczność bezdusznego wydrukowania paragonu zniszczy „sacrum” jakie jest między pacjentem a lekarzem i zniweczy skutki terapii. Nie to, co czułe i intymne przekazywanie należności za sesję terapeutyczną z rączki do rączki, bez angażowania fiskalnego automatu... i aparatu skarbowego.

III. „Stłucz pan termometr...”

Żeby jednak nie było tak czarno, śpieszę z dobrą nowiną – otóż liberalny (nieodmiennie – he, he) rząd planuje jednak pewne cięcia i oszczędności! Na czym? Ano, na tym, co zwykle – na armii. Ponieważ niedawny raport NIK ujawnił, że siły zbrojne nie dostały zagwarantowanych ustawowo 1,95 % PKB (rząd zatem zwyczajnie złamał prawo), zaś to co zostało przekazane w znacznej mierze zmarnotrawiono, postanowiono zatem zlikwidować tak morderczy dla budżetu sztywny pułap wydatków na MON. Wszystko zgodnie z „arcyliberalną” jak mniemam dewizą „stłucz pan termometr, nie będziesz miał pan gorączki”. Mam przy tym nieodparte przeczucie, że cięcia nie dotkną wojskowej biurokracji ani tym bardziej „wodzów”. Koszty, jak zwykle, poniosą „indianie”. Wstrzyma się nabór, zakup sprzętu i generalnie, cały proces „profesjonalizacji”. A że żołnierze już niemal nie ćwiczą? To nie będą ćwiczyli jeszcze bardziej, wielka mi nowina. W końcu przecież nikt nam nie zagraża, a na jakąś zagraniczną misję zawsze się coś z dna garnka wyskrobie.

Łże – liberalizm
postępuje. Co teraz? Rezerwa rewaluacyjna NBP na którą onegdaj ostrzył sobie zęby Lepper? Wszak, jak łże – liberalizm, to na całego...

Gadający Grzyb

P.S. Sprawozdania Ministerstwa Finansów dotyczące długu publicznego:

http://www.mf.gov.pl/dokument.php?const=5&dzial=590&id=70509&typ=news

I jeszcze to:

http://www.zegardlugu.pl/


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl