Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emerytury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emerytury. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 marca 2018

Emerytalne miraże

Potrzeba nam cywilizowanych wynagrodzeń i stabilnych form zatrudnienia, bez tego wszelkie świetlane wizje będą kolejną fatamorganą w stylu pamiętnych „emerytur pod palmami”.

Kończąc mini-cykl poświęcony emeryturom w kontekście zbliżającej się „reformy Morawieckiego” wprowadzającej Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK), warto się zastanowić jaki model byłby najbardziej wydajny, a przede wszystkim – najbezpieczniejszy dla przyszłych świadczeniobiorców. Jak wiemy, reforma rządu Jerzego Buzka z 1999 r. w połączeniu z późniejszym „uśmieciowieniem” rynku pracy zakończyła się klęską, nie tylko sprowadzając na rzesze pracowników widmo nędzy na stare lata, lecz także powodując gigantyczną dziurę w ZUS odpowiedzialną za połowę przyrostu długu publicznego w latach 1999-2013 (ok. 330 mld. zł.). Do czego może to prowadzić na przestrzeni kilkudziesięciu lat, nader boleśnie przekonało się Chile, które po przeprowadzeniu w 1981 r. skrajnie liberalnej reformy, dziś musi borykać się z obciążającymi finanse publiczne dopłatami do głodowych emerytur – lecz nie mając do dyspozycji składek odprowadzanych w całości do prywatnych funduszy (co opisałem szczegółowo tydzień temu w felietonie „Chilijska lekcja”). Jakie płyną z tego wnioski dla nas?

W przeciwieństwie do cytowanej tu niejednokrotnie prof. Leokadii Oręziak nie jestem apriorycznym przeciwnikiem PPK – nie znaczy to jednak, że nie podzielam pewnych obaw związanych z ich wprowadzeniem. Przede wszystkim, PPK będące w istocie przymusowym III filarem (do tego sprowadzają się obostrzenia związane z wypisaniem się z projektu), nie mogą stanowić podstawowego składnika przyszłej emerytury. Związane jest to ze zbyt dużym ryzykiem jakie wiąże się z inwestowaniem na rynkach finansowych – wystarczy jeden porządny krach, by większość zainwestowanych pieniędzy „poszła z dymem”. Świadczenia decydujące dosłownie o życiu i śmierci (chociażby biorąc pod uwagę rosnące wraz z wiekiem koszty opieki zdrowotnej, leków) nie mogą być uzależnione od giełdowej ruletki – zwróćmy uwagę, że w tym systemie poza optymistycznymi szacunkami tak naprawdę nikt „oszczędzającym” niczego nie gwarantuje. Tymczasem premier Morawiecki sprawia wrażenie, jakby uznawał za znakomity pomysł rynkową ofertę polegającą de facto na obietnicy wygrania przyszłej emerytury w kasynie. A że w ciągu następnych kilkudziesięciu lat nastąpi kolejny globalny kryzys finansowy – i to najpewniej nie jeden – możemy założyć w ciemno.

Obawa numer dwa związana jest z tym, że składkami III filaru będą zarządzały prywatne Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych. Wprawdzie ich prowizja nie może przekroczyć łącznie 0,6 proc. zgromadzonych na kontach środków, ale można iść o zakład, że gdy tylko projekt zostanie ostatecznie „przyklepany” nastąpi intensywny lobbing, by podnieść opłaty za zarządzanie. No i wreszcie, mamy swoistą „alchemię finansową” - mianowicie, wprowadzenie PPK oznacza systematyczne zasilanie rynków finansowych dziesiątkami miliardów złotych z przymusowych „oszczędności” (i pieniędzy publicznych – 250 zł. „startowego” plus coroczne dopłaty 240 zł. z Funduszu Pracy). Gracze giełdowi i maklerzy już zacierają ręce. Nie jest tajemnicą, że część z tych środków będzie inwestowana w obligacje skarbu państwa, co spowoduje, że prywatne instytucje finansowe będą z naszych pieniędzy finansowały pożyczkowe potrzeby budżetu, potrącając sobie po drodze honorarium za pośrednictwo. Zostaniemy więc sponsorami długu publicznego - „rynki” zarobią, Morawiecki dostanie kasę na wymarzoną „elektromobilność”, a obowiązkowi dostarczyciele składek może na koniec odzyskają swoje pieniądze... a może nie.

Podsumowując – PPK mogą stanowić co najwyżej dodatek do emerytury. A zatem, projekt Morawieckiego ma sens jedynie wówczas, gdy całkowicie zlikwidujemy pozostałości reformy z 1999 r., włącznie z tymi wszystkimi IKE, IKZE i przekierujemy całość składki emerytalnej do ZUS oraz powrócimy do zasady zdefiniowanego świadczenia w miejsce obecnego systemu „rentierskiego”. To może mieć postać np. powszechnej emerytury obywatelskiej gwarantującej normalne funkcjonowanie – plus to, co ewentualnie wypracuje III filar. No i przede wszystkim – niezbędne jest podniesienie płac oraz likwidacja umów śmieciowych. Przy rozpaczliwie niskiej dominancie zarobków (2074,03 zł. brutto, czyli 1511,61 zł. netto) żaden cudowny „plan kapitałowy” nie zapewni godnego życia, może co najwyżej pełnić rolę „kieszonkowego”. Potrzeba nam cywilizowanych wynagrodzeń i stabilnych form zatrudnienia, bez tego wszelkie świetlane wizje będą kolejną fatamorganą w stylu pamiętnych „emerytur pod palmami”. Rozumieją to np. Czesi, którzy restrykcyjnie limitują napływ pracowników z Ukrainy, nie ukrywając, że ma to wymusić właśnie wzrost płac. W efekcie, niedawno czeski „Lidl” ogłosił podwyżki – szeregowy pracownik zarabiał będzie 28 tys, koron, czyli... więcej niż średnia krajowa w Polsce. Wreszcie – zarządzaniem środkami powinno zająć się docelowo (a nie jak jest w obecnej propozycji, jedynie przez pierwsze dwa lata) TFI działające pod egidą Państwowego Funduszu Rozwoju. Spekulantom przebierającym nogami, by gładko wskoczyć w buty OFE – dziękujemy.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Powtórka z „emerytur pod palmami”?

Chilijska lekcja


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 12 (23-29.03.2018)

niedziela, 18 marca 2018

Chilijska lekcja

Polskę od Chile różni jedynie zakres reformy emerytalnej – oznacza to jednak tylko względne osłabienie negatywnych konsekwencji społecznych i budżetowych.

W kontekście rozpoczętego tydzień temu wątku emerytur, warto pochylić się nad analizą prof. Leokadii Oręziak (SGH) pt. „Plany dalszej prywatyzacji emerytur w Polsce” zawartą w zbiorze „Ekonomia polityczna »dobrej zmiany«” (wyd. Instytut Studiów Zaawansowanych). Tu od razu uprzedzam zarzut promowania skrajnej lewicy (wydawnictwo jest afiliowane przy „Krytyce Politycznej”). Tak się bowiem składa, że prof. Oręziak jako bodaj jedyny polski naukowiec miała okazję na własne oczy obserwować skutki katastrofy emerytalnej w Chile do jakiej doszło za sprawą przeprowadzonej w 1981 r. reformy systemu ubezpieczeń społecznych, będącej z kolei wzorem dla zmian przeprowadzonych w 1999 r. w Polsce przez rząd Jerzego Buzka – więc choćby dlatego wypada przyjrzeć się wspomnianemu opracowaniu. Polskę od Chile różni jedynie zakres reformy – u nas wprowadzono ją w wersji „light”, tzn. nie zlikwidowano w całości „państwowych” („ZUS-owskich”) emerytur, a jedynie dokonano podziału na „filary”. Oznacza to jednak tylko względne osłabienie negatywnych konsekwencji społecznych (niskie emerytury) i budżetowych (narastanie długu publicznego podyktowane koniecznością refundowania ubytków w ZUS, do jakich doszło na skutek podziału składek).

W Chile mianowicie przekierowano do prywatnych ubezpieczalni (AFP – odpowiednik naszych OFE) całość składek pracowników, za wyjątkiem służb mundurowych, które najwyraźniej uznały, że nie po to jako żołnierze i policjanci ryzykują zdrowiem i życiem, by wystawiać na rynkowy hazard swoje zabezpieczenie na starość – i jak się okazało, słusznie. Mniej więcej po trzydziestu latach, gdy zaczęły osiągać wiek emerytalny kolejne roczniki płacące składki w nowym systemie, wyszło na jaw, że inwestujące w instrumenty finansowe AFP nie gwarantują ubezpieczonym nawet emerytur minimalnych. Z tej przyczyny od 2008 r. chilijski rząd został zmuszony do interwencyjnego uruchomienia dopłat i zasiłków emerytalnych. Dziś zatem, prócz emerytur mundurowych, budżet państwa dofinansowuje ok. 80 proc. „sprywatyzowanych” świadczeń, by zapewnić ludziom minimum środków do życia – i nie łudźmy się, że podobny scenariusz nas ominie, choć zapewne w Polsce wystąpi w nieco mniejszej skali.

Mechanizm tej zapaści polega na tym, że ponieważ składki inwestowane są na rynkach finansowych (w dużej mierze w USA), to nie mogą być przeznaczane na wypłacanie bieżących emerytur, tak jak dzieje się to w systemie opartym na „solidarności międzypokoleniowej”. Z całości zgromadzonych aktywów, na świadczenia przeznaczane jest ok. 30 proc. - reszta pozostaje do dyspozycji AFP, stanowiąc źródło gigantycznych zysków tego sektora, który jak dotąd „przejadł” w postaci opłat za zarządzanie 1/3 wpłacanych środków. Do powyższego trzeba jeszcze dodać skutki kryzysów finansowych, dramatycznie „ścinających” wartość instrumentów w które zainwestowano składki. To doprawdy zdumiewające, że rządy w reformatorskim zapale zdawały się kompletnie lekceważyć pazerność instytucji finansowych, ślepo wierząc przy tym, że na przestrzeni kolejnych kilkudziesięciu lat rynki będą nieustannie rosnąć i generować powszechny dobrobyt. W efekcie, owe „rynki” otrzymały rozłożony w czasie wielomiliardowy prezent w postaci stałego zastrzyku gotówki (na chwilę obecną – 160 mld. USD, czyli 60 proc. chilijskiego PKB), zaś emeryci zostali z bieda-emeryturami, które trzeba dotować z budżetu. Bardziej by im się opłaciło, gdyby odkładali te pieniądze do skarpety. Dla finansów publicznych z kolei, opisywany tu system stał się źródłem nieustających obciążeń – średnio 5 proc. PKB rocznie. Tak wygląda kolonialny drenaż w pigułce.

Co gorsza, od raz wdrożonych rozwiązań trudno odejść, mimo że większość Chilijczyków zdecydowanie optuje za powrotem do tradycyjnego modelu emerytalnego, a krajem wstrząsają protesty społeczne. Działający w Chile międzynarodowy kapitał wygenerował bowiem w międzyczasie warstwę powiązanej z nim lokalnej, skorumpowanej oligarchii, skutecznie blokującej wszelkie zmiany. Prezydent Michelle Bachelet powołała wprawdzie w 2014 r. grupę ekspertów (15 profesorów z Chile i 9 z zagranicy, w tym prof. Leokadię Oręziak) mających przygotować odpowiednie propozycje – ale do realnych rozstrzygnięć wciąż jest daleko. O sile finansowego lobby i zakorzenionej „rynkowej mitologii” świadczy fakt, iż prof. Oręziak jako jedyna postulowała całkowitą likwidację AFP i przywrócenie publicznego repartycyjnego systemu emerytalnego, jako w ostatecznym rozrachunku tańszego i gwarantującego niemal natychmiastowy wzrost emerytur o 75 proc., do tego pozwalającego na oszczędności budżetowe rzędu 1,8 proc. PKB rocznie. Reszta proponowała półśrodki – podniesienie wieku emerytalnego i wzrost składek odprowadzanych do AFP (!), lub w najlepszym razie „podział” składki między AFP i odpowiednik ZUS-u, czyli wprowadzenie aż za dobrze nam znanych „filarów”.

A jaki jest z tego morał dla nas – szczególnie w kontekście opisanej przed tygodniem reformy Morawieckiego? O tym już za tydzień.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Powtórka z „emerytur pod palmami”?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 11 (16-22.03.2018)

niedziela, 11 marca 2018

Powtórka z „emerytur pod palmami”?

Zaczynamy płacić cenę za model pseudo-rozwoju spod znaku „Polska montownią Europy”, opierającego się na konkurowaniu niskimi kosztami pracy.

Wielkimi krokami zbliża się kolejna rewolucja emerytalna, czyli wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK). Obecnie stosowna ustawa jest na etapie konsultacji, zaś wg planów rządowych od 2019 r. ma stopniowo wchodzić w życie - począwszy od największych pracodawców, a skończywszy na najmniejszych firmach i jednostkach sektora finansów publicznych, mających dołączyć do programu w połowie 2020 r. Ogółem zapisanych do PPK zostanie ponad 11 mln. pracowników, przy czym szacuje się, iż finalnie zostanie na stałe co najmniej 75 proc. zapisanych (8,5 mln. osób). Od momentu rozpoczęcia funkcjonowania programu z wypłaty pracownika będzie pobierane 2 proc. liczone od pensji brutto, z kolei pracodawca dołoży od siebie 1,5 proc. kwoty wynagrodzenia. Do powyższego dojdzie dofinansowanie z Funduszu Pracy – 250 zł. na start i 240 zł. każdego kolejnego roku. Składki będzie można zwiększyć – pracownik o kolejne 2 proc., a pracodawca o 2,5 proc. Planami zostaną objęte automatycznie osoby od 19 do 55 roku życia, pozostałe będą mogły przystąpić dobrowolnie. Środki mają być w pełni prywatne i dziedziczone, zaś zarządzające nimi Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych będą je inwestować w zależności od wieku pracownika – najpierw bardziej ryzykownie, w akcje, następnie coraz bardziej zachowawczo – np. w obligacje. Wg wyliczeń Ministerstwa Finansów zakładających realną stopę zwrotu z inwestycji na poziomie 3,5 proc. i wzrost wynagrodzeń co roku o 2,8 proc., po 40 latach oszczędzania pracownik zarabiający 4,5 tys. zł. brutto będzie miał na swoim koncie 288 tys. zł. Początkowo z programu będzie można się wypisać poprzez złożenie odpowiedniego oświadczenia – lecz tylko na okres dwóch lat. Po tym czasie pracownik znów zostanie automatycznie zapisany – i jeśli ponownie się nie wypisze, zostanie w PPK na stałe. Całkowity koszt obsługi rachunku klienta przez TFI nie może przekroczyć 0,6 proc. zgromadzonych środków.

Brzmi pięknie i faktem jest, że z obecną sytuacją emerytalną należało coś zrobić, po tym, jak wprowadzone w ramach reformy rządu Buzka (pod naciskiem Banku Światowego) OFE okazały się, mówiąc wprost, przekrętem, zarabiającym pieniądze dla wszystkich, tylko nie dla „ubezpieczonego”. Prócz tego, „sprywatyzowanie” pokaźnej części składek doprowadziło do rosnącej dziury finansowej w ZUS, będąc w konsekwencji jednym z głównych motorów napędowych rosnącego długu publicznego. Prof. Leokadia Oręziak ocenia, że w latach 1999-2013 konieczność refundowania ubytków w ZUS odpowiadała za połowę przyrostu długu publicznego w tym okresie (łącznie ok. 330 mld. zł.). Na powyższe nałożyło się galopujące „uśmieciowienie” rynku pracy i niskie zarobki, powodujące, że znaczna część pracowników przez całe lata albo wcale nie odprowadzała składek, albo w minimalnej wysokości. Wymienione czynniki plus odejście od modelu zdefiniowanego świadczenia na rzecz systemu zdefiniowanej składki, powiązane z malejącą stopą zastąpienia doprowadziło do kuriozum w rodzaju „emerytury” w wysokości... 45 groszy. ZUS podaje, iż obecnie 166,6 tys. osób otrzymuje emerytury poniżej minimalnej – i liczba takich bieda-emerytów szybko rośnie. Dzieje się tak z prostego powodu – ludzie, którzy w ramach „elastycznego” rynku pracy przepracowali znaczną część kariery zawodowej na nisko płatnych „śmieciówkach” zwyczajnie nie mieli z czego zebrać odpowiedniego kapitału. Takich osób mamy najwięcej w Unii Europejskiej.

Zaczynamy więc płacić cenę za model pseudo-rozwoju spod znaku „Polska montownią Europy”, opierającego się na konkurowaniu niskimi kosztami pracy – i ten problem będzie narastał w miarę osiągania wieku emerytalnego przez kolejne roczniki, które większość stażu pracy zaliczyły po reformie z 1999 r. A kiedy przyjdzie do osób, które weszły na rynek pracy po 1999 r., czeka nas po prostu fala nędzy. Wymowny jest przykład Chile, które było wzorem dla naszych „reformatorów”. Ponieważ tam podobny model wprowadzono odpowiednio wcześniej (w 1981 r.), to emerytalna tragedia już nastąpiła – prywatne fundusze, którym oddano w zarząd składki, nie są w stanie wypracować nawet minimalnych emerytur i państwo musiało uruchomić specjalny system dopłat, krajem zaś wstrząsają regularnie milionowe protesty „uszczęśliwionych” obywateli.

Lekarstwem na powyższe ma być wspomniana na wstępie reforma Morawieckiego, będąca de facto przymusowym wprowadzeniem III filaru. I tu pojawia się kilka wątpliwości –dlaczego po prostu nie skasować niewydolnego i generującego wielkie koszta systemu opartego na podziale składek? Po drugie, jakie kokosy można odłożyć przy dominancie zarobków 2074,03 zł brutto (1511,61 zł netto)? Po trzecie, przez rynki finansowe na których będą inwestowane składki systematycznie przejeżdża „kosiarka” ścinająca wartość aktywów. Na jakiej podstawie rząd zakłada, że w ciągu najbliższych 40 lat nie nastąpi kilka krachów w rodzaju tego z 2008? Słowem, czy nie czeka nas powtórka z pamiętnych obiecanek „emerytur pod palmami”?

CDN.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 10 (09-15.03.2018)

czwartek, 5 maja 2016

Pierwszy efekt „500+”?

Mam nadzieję, że presja na podwyżki płac będzie narastała wraz z rozruchem programu „500+”. I to naprawdę będzie „dobra zmiana”.

No proszę... Jeszcze program „500+” na dobre nie ruszył, a już widzimy pierwsze efekty. Oto dwie wielkie sieci dyskontów - „Biedronka” i „Lidl” - postanowiły podnieść pensje pracownikom. Z jednej strony jest to element szerszej kampanii wizerunkowej, tak by sieci przestały się kojarzyć z obozami pracy eksploatującymi tanią siłę roboczą, z drugiej jednak półgębkiem przyznają, że obawiają się o utrzymanie poziomu zatrudnienia. Po prostu dziewczynom, które załapią się na rządowy program może zwyczajnie się opłacać rezygnacja z ciężkiej orki za grosze i pozostanie w domu, by poświęcić się wychowywaniu dzieci – z ewentualnym uzupełnieniem dochodów jakąś pracą dorywczą, lub na pół etatu. Co więcej, zważywszy na mizerię zarobków istnieje spore prawdopodobieństwo, iż część z nich uzyska 500 zł również na pierwsze dziecko (dochód na osobę w rodzinie nie może tu przekraczać 800 zł, w przypadku dziecka niepełnosprawnego – 1200 zł). Skala podwyżek może nie powala, niemniej w porównaniu z tym co było, jest to znaczący krok naprzód. W „Biedronce” nowo przyjęty kasjer (w praktyce najczęściej kasjerka) będzie zarabiał 2250 zł brutto, natomiast pracownik z minimum trzyletnim stażem – 2450 zł brutto (dotąd – 2200 zł). Minusem jest to, że sieć „zapomniała” o pracownikach z pięcio- i dziesięcioletnim stażem, podobnie jest w przypadku kierowników sklepów – ci podwyżek również nie otrzymają. W „Lidlu” z kolei szeregowy pracownik o stażu do dwóch lat otrzyma od 2400 zł brutto (wcześniej – 2200 zł brutto) do 2800 zł (w zależności od miejsca pracy, w dużych miastach zarobki są wyższe), po dwóch latach zaś gwarantowany wzrost wynagrodzenia będzie się mieścił w rozpiętości 2850-3250 zł.

Powtarzam, może to nie oszałamia, ale cieszy świadomość, że program 500+ stał się pozytywnym impulsem. Każdy, komu zdarzyło się robić zakupy w jakimkolwiek dyskoncie wie, choćby z obserwacji, iż jest to ciężka, fizyczna harówka. Targanie ciężkich palet (pół biedy, jeśli „na sklepie” są wózki elektryczne, ale często są to zwykłe, ręczne paleciaki), rozładowywanie towaru (skłon - wyprost, skłon – wyprost i tak w koło Macieju, a za każdym razem np. ze zgrzewką mąki lub cukru w rękach). Wszystko na tempo, bo już rozlega się dzwonek sygnalizujący, że przy jedynej czynnej kasie ustawiła się za długa kolejka i trzeba biec, by rozładować tłum zniecierpliwionych klientów, zazwyczaj nie raczących wykazać się elementarnym poziomem empatii. Swoją drogą, jak to jest, że zakupy w sklepach wielkopowierzchniowych przemieniają normalnych ludzi w stado złorzeczących psychopatów, z zanikiem tzw. „uczuć wyższych”? Ot, zagadka dla psychologa – w osiedlowym warzywniaku u pani Jadzi jakoś podobnych zachowań się nie uświadczy... Ach, no i każdego klienta należy pożegnać obowiązkowym „dziękuję i zapraszam ponownie”. Ile razy w ciągu dnia te dziewczyny muszą to powiedzieć? Od samego klepania takiej formułki można zwariować. Byłem kiedyś świadkiem, jak jedna z kasjerek mówiła koleżance, że zdarza się jej tym tekstem kończyć np. rozmowę telefoniczną, albo pożegnać się ze znajomymi. Kupa śmiechu...

Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt podwyżek. Otóż do niedawna każdorazowo, gdy na porządku dziennym stawała kwestia podniesienia wynagrodzeń, płacy minimalnej, uregulowania stawek godzinowych wedle jakichś cywilizowanych standardów, bądź wprowadzenia kolejnych dni wolnych od handlu, słyszeliśmy kasandryczne tony – chociażby ze strony Polskiej Organizacja Handlu i Dystrybucji lub organizacji pracodawców - że zaowocuje to zwolnieniami, wzrostem bezrobocia, katastrofą na rynku pracy itd. Wszystko podszyte internetową szeptanką - szantażem, że za większe pensje pazernych kasjerek zapłacą klienci, bo serek zdrożeje o pięć groszy. Okazuje się, że jednak nie, że można podnieść pensje („Biedronka” na podwyżki przeznaczy 80 mln zł) i świat się od tego nie zawali. Zresztą, na zdrowy rozum – kogo sklepy mają zwalniać? Już teraz funkcjonują na minimalnym obłożeniu „siłą roboczą”, część sieci na potęgę wykorzystuje pracowniczy outsourcing, zatrudniając ludzi przez agencje pracy – a teraz dostały drgawek, że nie znajdą chętnych do tyrania.

Osobną kwestią jest biadolenie, że „500+” spowoduje odpływ kobiet z rynku pracy i „dezaktywizację zawodową” - zupełnie jakby szczytem marzeń o samorealizacji była dla kobiety perspektywa wyczynowego lawirowania paleciakiem w wąskich sklepowych alejkach, między klientami. Owszem, jest groźba niskich emerytur, ale dotyczy ona przytłaczającej większości Polaków funkcjonujących w obecnym systemie, a nie wyłącznie kobiet, które otrzymają pięćset złotych. To efekt narastających latami patologii – umów śmieciowych, samozatrudnienia, pracy „na godziny” za głodowe stawki, niskiego udziału wynagrodzeń w PKB – jeśli nic się nie zmieni, za 30 lat czeka nas fala nędzy. Zresztą, mam nadzieję, że presja na podwyżki płac będzie narastała wraz z rozruchem programu „500+”, przenosząc się na kolejne branże. I to naprawdę będzie „dobra zmiana”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3702-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 15 (08-14.04.2016)

poniedziałek, 8 lutego 2016

Imigranci nie zarobią na nasze emerytury

W przedziale wiekowym 20-64 lat pracuje 70 proc. europejczyków. Imigranci z krajów spoza Unii Europejskiej – 57 proc.

Jak donosi „Deutsche Welle”, niemiecki Federalny Urząd Statystyczny obwieścił, iż obecny poziom imigracji jest niezadowalający i nie wystarczy, by powstrzymać proces starzenia się społeczeństwa. Wedle statystyków, by zahamować obecną tendencję trzeba, by rocznie do Niemiec przybywało o 470 tys więcej osób niż z nich wyjeżdża. Przy tym, w 2014 roku ilość osób o „ściśle imigracyjnym pochodzeniu” wynosiła 16,4 mln, czyli 20,3 proc. ogółu ludności. Mamy tu zatem jedną z odpowiedzi na politykę „herzlich willkommen” forsowaną z samobójczym uporem przez kanclerz Angelę Merkel. Po prostu niemieckie elity państwowe nie widzą innego sposobu na uporanie się z kryzysem demograficznym. Instytut Badań nad Rynkiem Pracy i Działalnością Zawodową mówi o imigrantach jako o „kuracji odmładzającej”. Wtórują kręgi wielkiego biznesu, wyrażające nadzieję, że przy odpowiedniej polityce integracyjnej rządu na rynek trafi wiele nowych rąk do pracy. Jeżeli już mają jakieś pretensje to właśnie o kształt owej polityki – niewystarczająco skutecznej, by zasilić gospodarkę nowymi fachowcami. A jak przyznaje z kolei Centrum Europejskich Badań nad Gospodarką, kwalifikacje zawodowe przybyszów „w ekstremalny sposób sprowadzają na ziemię”.

Jak to wygląda w świetle dotychczasowych doświadczeń? Czy faktycznie można liczyć, że „świeża krew” przyczyni się do rozwoju gospodarczego i załata dziurę demograficzną? Sprawdźmy, bo i u nas słychać głosy, że imigracja jest koniecznością, ponieważ inaczej nie będzie komu „zarabiać na nasze emerytury”. Z pomocą przychodzi opublikowany na portalu „euroislam.pl” tekst wystąpienia Grzegorza Lindenberga wygłoszonego na konferencji „Europejski kryzys migracyjny – szanse i zagrożenia dla Polski” zorganizowanej przez Stowarzyszenie Euro-Atlantyckie. Autor jest socjologiem i dziennikarzem, m.in. współzałożycielem „Gazety Wyborczej” co jest warte podkreślenia, ponieważ okazuje się, że nawet w lewicowo-liberalnym „salonie” można znaleźć wyjątki podchodzące do zagadnienia zdroworozsądkowo, posługując się konkretnymi danymi, stroniąc zarazem od „multikulturowej” ideologii.

Otóż okazuje się, że w świetle danych Eurostatu w przedziale wiekowym 20-64 lat pracuje 70 proc. europejczyków, lecz w grupie imigrantów z krajów spoza Unii Europejskiej odsetek ten wynosi zaledwie 57 proc. Szczegółowo wygląda to następująco: Wielka Brytania – 77 proc. zatrudnionych Brytyjczyków i jedynie 63 proc. imigrantów; proporcje w Niemczech – 79 proc. do 57 proc.; Francja – 71 do 48 proc.; Holandia – 77 do 51 proc.; Szwecja - 82 do 52 proc. Przy czym podkreślić należy, iż w grupie przybyszów muzułmańskich (a więc tych, którzy właśnie masowo napływają do Europy) te wskaźniki są jeszcze niższe. Przykładowo, w Danii wśród imigrantów z Iraku pracuje tylko 34 proc. Trzeba nadmienić, że według wyliczeń szwedzkiego ekonomisty Jana Ekberga wykonanych w 2009 roku dla tamtejszego ministerstwa finansów, imigracja zaczyna się dla kraju przyjmującego opłacać przy przekroczeniu 72 proc. zatrudnienia wśród przybyłych.

Na dodatek, imigranci charakteryzują się o wiele mniejszą wydajnością pracy, wynikającą zarówno z różnic kulturowych, jak i niskich kwalifikacji. Ilość miejsc pracy dla nisko wykwalifikowanych robotników jest ograniczona, zaś rosnący poziom zaawansowania technologicznego europejskiego przemysłu stwarza głównie popyt na odpowiednio kompetentnych fachowców. Opowieści o znakomitych syryjskich lekarzach, którzy będą nas leczyć należy włożyć między bajki – pracownicy tej klasy są kompletnie pomijalnym marginesem w tłumie „uchodźców”. Inną wartość do gospodarki wnosi hinduski informatyk, a inną pomywacz w restauracji. Zresztą – i tu wracamy do różnic kulturowych – po co podejmować słabo płatną pracę przy przysłowiowym „kopaniu rowów”, skoro porównywalne świadczenia można otrzymać żyjąc na „socjalu”?

Co więcej – imigranci nie są również inwestycją na przyszłość. Drugie pokolenie nie zdobywa bowiem wykształcenia lepszego od swych rodziców, ba – zmniejsza się w nim odsetek pracujących! Przykładowo, w Niemczech w pierwszym pokoleniu imigrantów z Turcji (mężczyźni) pracuje 69 proc., w drugim – już tylko 54 proc. U kobiet mamy tylko 1 proc. wzrostu zatrudnienia – 43 do 44 proc.

Co to oznacza? Ano to, że migracja nie przyczynia się do wzrostu gospodarczego, a wręcz jest szkodliwa. Konieczność utrzymywania rzesz przybyszów obniża PKB na głowę, niska wydajność (i tym samym niższe wynagrodzenia, a więc i składki emerytalne) powoduje, że możemy zapomnieć o tym, że zapracują na nasze emerytury. Przeciwnie – to do imigranckich emerytur będzie musiała w przyszłości dopłacać starzejąca się „biała Europa”. Konsekwencje dla gospodarki i ogólnego poziomu życia łatwo sobie wyobrazić. Jest w tym również nauczka i dla nas – nie powielajmy cudzych błędów. O wiele lepszą inwestycją jest polityka pronatalistyczna i sprowadzenie chociażby Polaków mieszkających w krajach byłego ZSRS. Za niemieckie cudowne recepty dziękujemy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3292-pod-grzybki

Ilustracja: http://euroislam.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 5 (29.01-04.02.2016)

czwartek, 11 września 2014

Niewolnicy Europy

Tak funkcjonuje nowoczesne niewolnictwo – naszym jedynym atutem są biedacy gotowi wypruwać sobie żyły za półdarmo, inwestuj u nas!

I. Nowoczesne niewolnictwo

„Są tylko dwa państwa w Europie z tak tanimi pracownikami: Polska i Albania” - tak chwalił sobie inwestycję w Polsce przedstawiciel włoskiego koncernu produkującego słodycze na spotkaniu z polskim biznesmenem. To była prywatna rozmowa o której doniosły mi wróbelki, więc nie podam nazwy tej firmy, ale każdy z Czytelników może sobie sprawdzić w internecie jakież to włoskie słodkości są wytwarzane w naszym kraju. Dodatkowym atutem w oczach italskiego inwestora jest brak mafii, czyli zmory włoskiej gospodarki, której trzeba się na każdym kroku okupywać, by móc w ogóle prowadzić jakąkolwiek działalność. Po prostu – żyć nie umierać.

Warto w tym kontekście przypomnieć prospekt „Investing in Poland 2014” w którym województwo warmińsko-mazurskie chwaliło się: „Mamy największą stopę bezrobocia w Polsce i najniższe zarobki. Dzięki temu zapewniamy inwestorom bogate zasoby taniej siły roboczej”. Innymi słowy – naszym jedynym atutem są biedacy gotowi wypruwać sobie żyły za półdarmo, inwestuj u nas! Tak funkcjonuje nowoczesne niewolnictwo – system pod pewnymi względami bardziej perfidny od niewolnictwa tradycyjnego. Niegdyś pan musiał niewolnika odziać, nakarmić, zapewnić dach nad głową, a nawet leczyć (niewolnik był drogi, trzeba było dbać o inwestycję). Dziś te wszystkie obowiązki odpadają. Dostajesz dziesięć złotych brutto za godzinę na śmieciówce i radź sobie człowieku – opłać czynsz, rachunki, nakarm się i ubierz. A jeśli ci mało, to spadaj na zmywak do Anglii, lub do bauera na pole.

II. Łże-liberalizm dla ubogich

Powyższe refleksje naszły mnie, gdy uświadomiłem sobie, że jakoś tak niepostrzeżenie minęła kolejna rocznica podpisania „Porozumień Sierpniowych”. Na ile współczesna Polska odzwierciedla pragnienia tych, którzy o nią walczyli, często przypłacając swa walkę zdrowiem, życiem, a co najmniej wykluczeniem, zepchnięciem na margines, a dziś nędzą na głodowej emeryturze? Z ciekawości zajrzałem sobie na stronę Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, by dowiedzieć się jakież to atrakcje prócz „bogatych zasobów taniej siły roboczej” ma do zaoferowania. I tu pytanie: co wspólnego z kapitalizmem, lub liberalizmem, który ponoć u nas panuje, mają dofinansowania z budżetu inwestycji przygotowywanych pod zatrudnienie „taniej siły roboczej” na umowach śmieciowych? A takowe oferuje wspomniana „strefa” – nie ona jedna zresztą. Spójrzmy: „dla województwa warmińsko-mazurskiego maksymalną wysokość pomocy przepisy ustalają na poziomie 50% kwalifikowanych kosztów nowej inwestycji lub 50% dwuletnich kosztów pracy nowo zatrudnionych pracowników” .

Oto łże-liberalizm w całej swej okazałości. Łże-liberalizm, czyli po prostu kolejna mutacja socjalizmu. Ów neo-socjalizm polega na sprzęgnięciu „inwestorów” z władzą polityczno-urzędniczą w jeden organizm żerujący na reszcie społeczeństwa. Efekty? Prócz gnębienia nieuprzywilejowanych, najczęściej drobnych i średnich rodzimych przedsiębiorców (bo ktos jednak te podatki przeznaczone na udelektowanie wielkich inwestorów zapłacić musi) mamy postępującą pauperyzację, bo bogactwo nie ścieka w dół, tylko jest wyprowadzane – kapitał ma bowiem, wbrew popularnemu mitowi, narodowość. My zostajemy z papierowymi słupkami wzrostu PKB z którego nic nie wynika, bo jego owoce konsumuje nie ten, kto go realnie wypracował.

Albo jeszcze inaczej: liberalizm mamy dla biednych. Mamy liberalne koszty pracy i elastyczne formy zatrudnienia, często przez współczesne biura wynajmu niewolników, czyli agencje pracy tymczasowej, a dla uprzywilejowanych socjalizm - pomoc publiczną przy inwestycjach, zwolnienia z podatków, ulgi i preferencje. Wskutek tego pojawia się zjawisko tzw. working poor - „pracującej biedoty”, czyli ludzi, których mimo podjęcia pracy nie stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Gwoli ścisłości – wspomniany na początku Włoch pomylił się o tyle, że wedle Eurostatu godzinny koszt pracy plasuje nas na szóstej pozycji od końca w UE, jednak marna to pociecha, zważywszy że według danych tegoż Eurostatu z 2012 roku w Polsce żyje ponad 10 mln ludzi (27,8%) spełniających kryteria ubóstwa, bądź zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym.

III. Widmo nędzy

A będzie jeszcze gorzej. Na horyzoncie rysuje się bowiem widmo nędzy niespotykanej chyba od czasów wojny - krach systemu emerytalnego. Już teraz wiadomo, że na emerytury ZUS-owskie nie ma co liczyć, w chwili obecnej przejadane są już nawet te pieniądze, które rząd niedawno zajumał z OFE. Zresztą OFE, które przez lata inwestowały w znacznej mierze w obligacje Skarbu Państwa, zajmowały się de facto finansowaniem z naszych składek długu publicznego, zaś poziom zwrotu jest tak mizerny, że bardziej opłacałoby się wrzucić te pieniądze na jakąkolwiek lokatę bankową. Tego jednak uczynić nie możemy, bo Sąd Najwyższy w wyroku z 04.06.2008 roku uznał, że „składki na ubezpieczenie emerytalne odprowadzane do funduszu nie są prywatną własnością członka funduszu”. Tak więc ze szczątkowego „drugiego filaru” otrzymamy jakieś grosze, a i to pod warunkiem, że kolejny światowy krach finansowy nie doprowadzi funduszy do bankructwa, lub rząd nie zabierze wszystkiego, by opędzić bieżące wydatki.

Z rozbrajającą szczerością przyznał to zresztą Waldemar Pawlak, który wprost oświadczył, że zabezpieczeniem na starość powinny być dzieci, bo emerytur nie będzie. O oszczędnościach również nie ma co myśleć, bo dla większości Polaków przy obecnych relacjach elementarnych kosztów utrzymania do zarobków odłożenie czegokolwiek jest zwyczajnie niemożliwe. Przeciwnie – jesteśmy permanentnie zadłużeni. Jak nie kredyt hipoteczny na kilkadziesiąt lat, to chwilówki. Jesteśmy zatem niewolnikami podwójnymi - „inwestorów” takich jak ci Włosi od czekoladek, oraz finansowych grandziarzy. Ale nic to – ci, którzy pełnią obecnie rolę nadzorców roboczego, polskiego bydła i tak nam powiedzą, że III RP to spełniony sen historycznej „Solidarności”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2012/02/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze.html

http://niepoprawni.pl/blog/346/lze-liberalizm

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (08.09-14.09.2014)