Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzysk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzysk. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 czerwca 2016

Polska jak Meksyk?

Meksyk przynależność do NAFTA przypłacił ruiną rolnictwa, zubożeniem ludności, pozycją rynku zbytu i rezerwuaru siły roboczej. Czy naprawdę tego chcemy?

Ponieważ umowa TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership - Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji) nieodmiennie pozostaje na marginesie publicznej debaty w Polsce – i to pomimo tego, że negocjacje mają się zakończyć planowo do końca bieżącego roku – pozwolę sobie poruszyć po raz kolejny ten temat, ze szczególnym uwzględnieniem potencjalnych konsekwencji układu dla Polski. Jak nadmieniłem w niedawnym felietonie dla „Gazety Finansowej” („TTIP – nikt nie chce, wszyscy przyjmą?”) Europa nie stanowi jednolitej, zbalansowanej przestrzeni gospodarczej. Obok państw wysoko rozwiniętych, takich jak Niemcy, Wlk. Brytania czy Francja, mamy również zbankrutowaną Grecję, oraz konglomerat krajów postkomunistycznych takich jak Polska, których gospodarki zostały w znacznej mierze skolonizowane przez silniejszych graczy, ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec, pełniąc w europejskim obiegu rolę rynków zbytu, dostarczycieli taniej siły roboczej i podwykonawców dla zachodnich koncernów. Jak łatwo zatem zauważyć, to co dla wielkich może być korzystne, dla małych stanie się zabójcze. O ile więc nie dziwi poparcie dla TTIP ze strony Berlina (kanclerz Angela Merkel jest bodaj najbardziej zagorzałym zwolennikiem umowy, a niemieckie koncerny motoryzacyjne liczą na wejście szerokim frontem na rynek amerykański), o tyle podobny entuzjazm ze strony polskiego rządu, którego najgłośniejszym wyrazicielem jest minister Morawiecki, ociera się o jakieś perwersyjne skłonności samobójcze. Innymi słowy, do przemocy ekonomicznej ze strony podmiotów unijnych dołożymy sobie podobną przemoc ze strony gigantów amerykańskich.

Warto powyższe zilustrować przykładem Meksyku i konsekwencji obecności tego kraju w NAFTA. Po pierwsze dlatego, że NAFTA (North American Free Trade Agreement - Północnoamerykańska Strefa Wolnego Handlu) stała się protoplastą kolejnych tego typu umów; po drugie natomiast dlatego, że uczciwszy proporcje, Meksyk w stosunku do USA jest ubogim krewnym, krajem wciąż w znacznej mierze rolniczym – podobnie jak Polska. Otóż, umowę NAFTA pomiędzy USA, Kanadą i Meksykiem podpisano 31.12.1992 r., w życie weszła zaś 1.01.1994 r. W kalkulacjach meksykańskich decydentów układ miał stać się dźwignią dla miejscowej gospodarki, otworzyć nowe możliwości itd. (tu kłania się podejście wspomnianego wyżej min. Mateusza Morawieckiego przekonującego o korzyściach płynących z otwarcia amerykańskiego rynku dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw). Stało się inaczej, a pierwszy cios został wymierzony w meksykańskie rolnictwo (w znacznej mierze rozdrobnione – znów, podobnie jak w Polsce). Amerykańskie wielkie koncerny rolno-spożywcze, na dodatek dotowane przez rząd USA w skali na jaką Meksyk nie mógł sobie pozwolić (to tyle, jeśli chodzi o mit „wolnej konkurencji”, interwencjonizm w Stanach ma się świetnie) wpadły na rynek południowego sąsiada niczym tornado. W efekcie, tylko do 2002 r. pracę w rolnictwie straciło 1,3 mln Meksykanów (spadek zatrudnienia o 16%). Współgra to z ostrzeżeniami artykułowanymi jeszcze w listopadzie 2015 r. przez min. rolnictwa Krzysztofa Jurgiela. Może dobrze byłoby, gdyby znów zaczął przypominać o tym zagrożeniu na forum publicznym, bo od tamtej pory jakoś dziwnie zamilkł.

Dalsze kilkaset tysięcy miejsc pracy stracił meksykański przemysł, nie wytrzymując konkurencji z bogatszym sąsiadem. Coś jednak się rozwinęło. Co? Ano, przygraniczne i wolnocłowe ośrodki przemysłowe, tzw. „maquiladoras”, w których ulokowane są zakłady-podwykonawcy dla przemysłu amerykańskiego, co jako żywo przypomina nasze „specjalne strefy ekonomiczne” z licznymi ulgami i siłą roboczą zatrudnianą za najniższe stawki. W „maquiladoras” powstało 3 tys. zakładów zatrudniających w 2001 r. 1,3 mln pracowników (wzrost w porównaniu z 1992 r. o 800 tys.), przy czym podkreślić należy, że nie nastąpiło stopniowe wyrównywanie płac – stawki pozostawały na poziomie 10 razy niższym, niż w USA. Oczywiście – tu znów piję do min. Morawieckiego – nie nastąpiła również inwazja meksykańskiego sektora MiSP na amerykański rynek i to pomimo tego, że kraj ten leży bliżej Stanów Zjednoczonych, niż Polska...

Kolejnym efektem jest niekorzystny bilans obrotów handlowych. Z jednej strony po 10 latach obowiązywania układu na kraje NAFTA przypadało aż 35% eksportu USA, z drugiej aż 60% meksykańskiego eksportu pochodziło z „maquiladoras” - czyli w istocie był to re-eksport amerykańskiego przemysłu z meksykańskich stref wolnocłowych.

Swoistą zemstą Meksyku stała się natomiast masowa, wielomilionowa migracja zubożałej ludności do USA. Wyzuty z własności rolnik lub robotnik z głodową pensją miał w zasadzie do wyboru – wstąpić do narkotykowego gangu, pracować niczym w obozie pracy w „maquiladoras”, lub przedostać się przez granicę. Podsumowując, Meksyk przynależność do NAFTA przypłacił ruiną rolnictwa, zubożeniem ludności, pozycją rynku zbytu i rezerwuaru siły roboczej, oraz drenażem migracyjnym. Czy naprawdę tego chcemy?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

TTIP – nikt nie chce, wszyscy przyjmą?

Precz z TTIP i berlińsko-brukselskim dyktatem!

TTIP – kolejna odsłona kolonizacji?

ISDS, czyli korpo-dyktat

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3825-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 21 (20-26.05.2016)

czwartek, 5 maja 2016

Pierwszy efekt „500+”?

Mam nadzieję, że presja na podwyżki płac będzie narastała wraz z rozruchem programu „500+”. I to naprawdę będzie „dobra zmiana”.

No proszę... Jeszcze program „500+” na dobre nie ruszył, a już widzimy pierwsze efekty. Oto dwie wielkie sieci dyskontów - „Biedronka” i „Lidl” - postanowiły podnieść pensje pracownikom. Z jednej strony jest to element szerszej kampanii wizerunkowej, tak by sieci przestały się kojarzyć z obozami pracy eksploatującymi tanią siłę roboczą, z drugiej jednak półgębkiem przyznają, że obawiają się o utrzymanie poziomu zatrudnienia. Po prostu dziewczynom, które załapią się na rządowy program może zwyczajnie się opłacać rezygnacja z ciężkiej orki za grosze i pozostanie w domu, by poświęcić się wychowywaniu dzieci – z ewentualnym uzupełnieniem dochodów jakąś pracą dorywczą, lub na pół etatu. Co więcej, zważywszy na mizerię zarobków istnieje spore prawdopodobieństwo, iż część z nich uzyska 500 zł również na pierwsze dziecko (dochód na osobę w rodzinie nie może tu przekraczać 800 zł, w przypadku dziecka niepełnosprawnego – 1200 zł). Skala podwyżek może nie powala, niemniej w porównaniu z tym co było, jest to znaczący krok naprzód. W „Biedronce” nowo przyjęty kasjer (w praktyce najczęściej kasjerka) będzie zarabiał 2250 zł brutto, natomiast pracownik z minimum trzyletnim stażem – 2450 zł brutto (dotąd – 2200 zł). Minusem jest to, że sieć „zapomniała” o pracownikach z pięcio- i dziesięcioletnim stażem, podobnie jest w przypadku kierowników sklepów – ci podwyżek również nie otrzymają. W „Lidlu” z kolei szeregowy pracownik o stażu do dwóch lat otrzyma od 2400 zł brutto (wcześniej – 2200 zł brutto) do 2800 zł (w zależności od miejsca pracy, w dużych miastach zarobki są wyższe), po dwóch latach zaś gwarantowany wzrost wynagrodzenia będzie się mieścił w rozpiętości 2850-3250 zł.

Powtarzam, może to nie oszałamia, ale cieszy świadomość, że program 500+ stał się pozytywnym impulsem. Każdy, komu zdarzyło się robić zakupy w jakimkolwiek dyskoncie wie, choćby z obserwacji, iż jest to ciężka, fizyczna harówka. Targanie ciężkich palet (pół biedy, jeśli „na sklepie” są wózki elektryczne, ale często są to zwykłe, ręczne paleciaki), rozładowywanie towaru (skłon - wyprost, skłon – wyprost i tak w koło Macieju, a za każdym razem np. ze zgrzewką mąki lub cukru w rękach). Wszystko na tempo, bo już rozlega się dzwonek sygnalizujący, że przy jedynej czynnej kasie ustawiła się za długa kolejka i trzeba biec, by rozładować tłum zniecierpliwionych klientów, zazwyczaj nie raczących wykazać się elementarnym poziomem empatii. Swoją drogą, jak to jest, że zakupy w sklepach wielkopowierzchniowych przemieniają normalnych ludzi w stado złorzeczących psychopatów, z zanikiem tzw. „uczuć wyższych”? Ot, zagadka dla psychologa – w osiedlowym warzywniaku u pani Jadzi jakoś podobnych zachowań się nie uświadczy... Ach, no i każdego klienta należy pożegnać obowiązkowym „dziękuję i zapraszam ponownie”. Ile razy w ciągu dnia te dziewczyny muszą to powiedzieć? Od samego klepania takiej formułki można zwariować. Byłem kiedyś świadkiem, jak jedna z kasjerek mówiła koleżance, że zdarza się jej tym tekstem kończyć np. rozmowę telefoniczną, albo pożegnać się ze znajomymi. Kupa śmiechu...

Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt podwyżek. Otóż do niedawna każdorazowo, gdy na porządku dziennym stawała kwestia podniesienia wynagrodzeń, płacy minimalnej, uregulowania stawek godzinowych wedle jakichś cywilizowanych standardów, bądź wprowadzenia kolejnych dni wolnych od handlu, słyszeliśmy kasandryczne tony – chociażby ze strony Polskiej Organizacja Handlu i Dystrybucji lub organizacji pracodawców - że zaowocuje to zwolnieniami, wzrostem bezrobocia, katastrofą na rynku pracy itd. Wszystko podszyte internetową szeptanką - szantażem, że za większe pensje pazernych kasjerek zapłacą klienci, bo serek zdrożeje o pięć groszy. Okazuje się, że jednak nie, że można podnieść pensje („Biedronka” na podwyżki przeznaczy 80 mln zł) i świat się od tego nie zawali. Zresztą, na zdrowy rozum – kogo sklepy mają zwalniać? Już teraz funkcjonują na minimalnym obłożeniu „siłą roboczą”, część sieci na potęgę wykorzystuje pracowniczy outsourcing, zatrudniając ludzi przez agencje pracy – a teraz dostały drgawek, że nie znajdą chętnych do tyrania.

Osobną kwestią jest biadolenie, że „500+” spowoduje odpływ kobiet z rynku pracy i „dezaktywizację zawodową” - zupełnie jakby szczytem marzeń o samorealizacji była dla kobiety perspektywa wyczynowego lawirowania paleciakiem w wąskich sklepowych alejkach, między klientami. Owszem, jest groźba niskich emerytur, ale dotyczy ona przytłaczającej większości Polaków funkcjonujących w obecnym systemie, a nie wyłącznie kobiet, które otrzymają pięćset złotych. To efekt narastających latami patologii – umów śmieciowych, samozatrudnienia, pracy „na godziny” za głodowe stawki, niskiego udziału wynagrodzeń w PKB – jeśli nic się nie zmieni, za 30 lat czeka nas fala nędzy. Zresztą, mam nadzieję, że presja na podwyżki płac będzie narastała wraz z rozruchem programu „500+”, przenosząc się na kolejne branże. I to naprawdę będzie „dobra zmiana”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3702-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 15 (08-14.04.2016)

niedziela, 28 czerwca 2015

Nowoczesne niewolnictwo

Jutro „zasoby ludzkie” mogą wedrzeć się do korporacyjnych open space'ów i powywieszają „specjalistów od HR” na najbliższych latarniach.

O tym, że polski rynek pracy naznaczają liczne patologie jest od dłuższego czasu coraz głośniej. Wpływ na to ma swoisty kult outsourcingu i taniej siły roboczej połączony z tymczasowymi formami zatrudnienia, co niedawno potwierdziła Państwowa Inspekcja Pracy. W 2014 PIP skontrolowała 10 tys. firm i przyjrzała się ponad 52 tys. umów cywilnoprawnych – okazało się, że w około 12 tys. przypadków pracownicy de facto wykonywali pracę etatową, co powinno znaleźć odzwierciedlenie w umowie o pracę. Warto tu przypomnieć, iż zgodnie z prawem etat przysługuje osobie, która ma jasno określone obowiązki i przełożonego wskazującego co, gdzie i w jakich godzinach pracownik powinien wykonywać. W takim przypadku mówimy o nawiązaniu stosunku pracy, który powinien zostać ujęty w prawne formy przewidziane Kodeksem Pracy – stosowanie umów zleceń, o dzieło itp. jest tutaj niedopuszczalne. Trzeba dodać, że pracownik zatrudniany w trybie „pozakodeksowym” nie jest chroniony prawem pracy, w razie konfliktu nie może odwołać się do sądu pracy, tylko musi wytoczyć swojemu „pracodawcy” proces cywilny, co dodatkowo upośledza jego pozycję w relacjach z zatrudniającym.

Tymczasem w Polsce reguły te są notorycznie łamane – zarówno przez małe i średnie firmy, jak i przez potentatów, zaś PIP ma ograniczone możliwości działania – może nieuczciwego pracodawcę ukarać mandatem na 2 tys zł, lub w przypadku recydywy – 5 tys, lub skierować sprawę do sądu pracy o ustalenie stosunku pracy. Dlatego też coś, co elegancko nazywa się „rynkiem HR”, a w istocie jest współczesnym targiem, czy może raczej - wypożyczalnią niewolników, przeżywa prawdziwy rozkwit. Dość powiedzieć, że według danych Polskiego Forum HR obecnie funkcjonuje 5210 agencji zatrudnienia, a tylko w 2014 zarejestrowano 1268 tego typu podmiotów. Według przewidywań w bieżącym roku wartość rynku pracy tymczasowej powinna wzrosnąć o 15%, co jest zresztą zgodne z ustaleniami raportu OECD „Employment Outlook 2014” wedle którego Polska jest europejskim liderem „elastycznych form zatrudnienia”, na świecie zaś plasuje się na drugim miejscu – po Chile.

Oczywiście, w przytłaczającej większości przypadków o żadnej „tymczasowości” nie ma mowy. Mamy do czynienia z normalną pracą np. przy taśmie produkcyjnej, na magazynie, bądź w call-center. Są grafiki, godziny pracy od-do, sprecyzowany zakres obowiązków, relacja zwierzchnik – podwładny itd. Różnica polega na tym, że formalnie taki pracownik rekrutowany jest przez agencję zatrudnienia i jedynie „oddelegowany” do firmy na rzecz której świadczy swą pracę, nie przysługują mu prawa pracownicze, urlop, chorobowe - obciążony jest natomiast wszelkimi obowiązkami właściwymi dla „normalnej” pracy. W praktyce – jeśli pracownik chce wziąć wolne, to po prostu nie podpisuje się z nim na dany okres umowy, natomiast choroba często traktowana jest jako „oszustwo” i skutkuje natychmiastowym wyrzuceniem na bruk. W efekcie, pracownicy w obawie przed zwolnieniem przychodzą do pracy chorzy. Taka sytuacja może ciągnąć się latami, bowiem agencje często „wymieniają się” pracownikami, by zamaskować proceder i przedłużać „tymczasowość” zatrudnienia w nieskończoność – ot, kolejny element specyfiki nowoczesnego niewolnictwa.

Dynamika branży „wypożyczalni niewolników” jest, jak już wspomniałem, duża, stąd też dochodzi do sytuacji, gdy na pewnych obszarach znalezienie pracy w sposób inny niż przez agencję zatrudnienia graniczy z cudem. Dotyczy to szczególnie tzw. specjalnych stref ekonomicznych, które nota bene stanowią odrębną patologię. Mamy zatem np. montownię, lub centrum logistyczne w specjalnej strefie – firma należy do obcego kapitału, korzysta z rozlicznych zwolnień podatkowych oraz innych przywilejów, zatrudniając przy tym „tymczasowo” na umowach śmieciowych i za śmieciowe pieniądze pracowników zwerbowanych i „wypożyczonych” do roboty przez agencję. I tak latami. Słowem, wielopłaszczyznowy wyzysk – zarówno w wymiarze ludzkim, jak i ogólnogospodarczym, bowiem gospodarka narodowa de facto nic z tego nie ma, poza groszowymi pensjami wydawanymi w większej części w lokalnym dyskoncie. Zyski wyprowadzane są w taki czy inny sposób za granicę.

Ale przecież to tylko „zasoby ludzkie” - do wymiany, gdy się zużyją. „Human resources” - jak to określa się w korporacyjnym wolapiku. Outsourcing pracowniczy, optymalizacja kosztów i procesu rekrutacji... Nikt nie przejmuje się społeczną ceną i napięciami, jakie to generuje, bowiem tego rodzaju firmy-wampiry charakteryzują się tym, że dziś są w Polsce, jutro w Bangladeszu. Tyle, że tych napięć nie da się na dłuższą metę spacyfikować. Dziś „wkurzeni” ograniczają się do popierania Kukiza, bądź Stonogi. Jutro jednak owe „zasoby ludzkie” mogą wedrzeć się do korporacyjnych open space'ów i boksów, czyjeś ręce po prostu chwycą za garniturki, żakieciki, krawaciki, białe koszule, bluzeczki i powywieszają „specjalistów od HR” na najbliższych latarniach. Nie grożę – przewiduję tylko możliwy bieg wydarzeń.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Czy Polskę stać na biedę?”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 25 (19-25.06.2015)