Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tania siła robocza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tania siła robocza. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 września 2019

Kaczyński sięga do „głębokich kieszeni”

Model wzrostu opartego na taniej sile roboczej musi się skończyć i właśnie zapowiedziano pierwszy realny krok do zerwania z Polską jako wiecznym „Bangladeszem Europy”.


Na świat tutejszego biznesu padł blady strach. Jarosław Kaczyński podczas wyborczej konwencji PiS w Lublinie zapowiedział skokowy wzrost płacy minimalnej – z obecnych 2250 zł. brutto najniższa krajowa ma na koniec 2020 r. podskoczyć do 3000 zł., zaś do końca 2023 r. osiągnie poziom 4000 zł. brutto. Słowem, rewolucja. Od razu pojawiły się dwie przeciwstawne narracje. Wg pierwszej, rządowej, tak radykalna podwyżka stanowić ma impuls modernizacyjny: skłonić do większej automatyzacji, innowacyjności, podnoszenia wydajności i nade wszystko odejścia od królującego dotąd antyrozwojowego konkurowania tanią siłą roboczą. Wersja druga, płynąca ze strony opozycji i związanych z nią mediów oraz części ekonomistów tudzież organizacji biznesowych, podnosi niebezpieczeństwo utraty konkurencyjności, wzrostu bezrobocia, inflacji, szarej strefy i bankructw mniejszych przedsiębiorstw w których koszty zatrudnienia stanowią dominujące obciążenie finansowe. Niektórzy jeszcze łudzą się, że to tylko taka wyborcza retoryka. Cóż, na ich miejscu przypomniałbym sobie zapowiedź wprowadzenia „500+” z 2015 r. - wtedy też sądzono, że to gruszki na wierzbie, bo, mówiąc klasykiem, „piniędzy ni ma i nie będzie”. Okazało się, że program wprowadzono – głównie dzięki osobistemu uporowi Jarosława Kaczyńskiego, wbrew sporej części własnej partii. Krążą legendy o tym, jak niektórzy działacze pielgrzymowali na Nowogrodzką by „wyjaśnić” liderowi, że się nie da – no, może 200, 300 złotych – ale nie pięćset! Nic z tego – Kaczyński postawił na swoim i przypuszczam, że podobnie będzie z pensją minimalną.

No dobrze, ale co tak naprawdę zapowiedział Kaczyński? Otóż jest to nic innego, jak opodatkowanie biznesu tylnymi drzwiami. Walka z mafiami vatowskimi, lewym paliwem czy optymalizacją podatkową - to jedno. Udało się dzięki temu zdobyć fundusze na transfery socjalne. Kolejnym krokiem jednak musi być wzrost wynagrodzeń. Do tej pory bowiem, mimo bajdurzenia o „rynku pracownika” i „presji płacowej”, dynamika wzrostu płac w Polsce odstawała nawet od wielu państw naszego regionu – w czym znaczny udział miało masowe sprowadzanie gastarbeiterów z Ukrainy i Azji. Zmiana, szczególnie na prowincji, słabo widocznej z perspektywy Warszawy i innych dużych miast, była jedynie taka, że ulubiony „tekst motywacyjny” przedsiębiorców („na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych”) zastąpiony został przez „na twoje miejsce czeka dziesięciu Ukraińców”. Wciąż 2/3 Polaków zarabia poniżej mitycznej „średniej krajowej”, a dominanta zarobków kręci się wokół płacy minimalnej. A zatem, ową „minimalną” należy podnieść – jeżeli się inaczej nie da, to odgórnie, ustawowo.

W tym sensie, Kaczyński sięgnął do tzw. głębokich kieszeni. Od dłuższego czasu wielu ekonomistów zastanawia się, co zrobić, by wielkie korporacje przestały „chomikować kapitał” i wpuściły go do realnej gospodarki, zamiast inwestować np. w instrumenty finansowe, zakładając w tym celu nawet własne banki. Kaczyński zaproponował właśnie rozwiązanie – uwolnienie kapitałów poprzez wyższe płace. Jest to swoista forma „luzowania ilościowego dla ludzi” również podnoszonego przez część ekonomistów wskutek nieskuteczności „luzowania” w wydaniu FED czy EBC, napędzającego jedynie bańki spekulacyjne i nie przenikającego do realnego obiegu gospodarczego.

Kaczyński zakomunikował między wierszami rzecz w gruncie rzeczy banalną, którą można streścić lapidarnym komunikatem: płać, albo spadaj! Chcesz robić u nas interesy? To płać pracownikom jak ludziom, a nie jak niewolnikom. Rząd ma w tym oczywiście również własny interes, bo wyższe płace przekładają się na wyższe wpływy budżetowe – nie tylko z ZUS-u i PIT-u, ale przede wszystkim podatków pośrednich, kluczowych w warunkach panującego u nas tzw. regresywnego systemu podatkowego. Kolejny skutek, to wzrost konsumpcji będący „dopalaczem” dla koniunktury – efekt był zauważalny już po wprowadzeniu „500+”, teraz ma być podobnie.

Istotne jest również zmniejszenie nierówności społecznych – wg prognoz, podwyżka płacy minimalnej sprawi, iż najniższe wynagrodzenie może przekroczyć nawet 60 proc. średniej krajowej (obecnie jest to zaledwie ok. 47 proc.). To istotne o tyle, że problem narastających nierówności i związanych z tym zagrożeń dla rozwoju gospodarczego oraz stabilizacji społecznej przyprawia od dłuższego czasu o ból głowy nawet takie świątynie neoliberalizmu jak Bank Światowy czy MFW i w tym roku był tematem przewodnim szczytu w Davos.

Osobny temat, to drobni przedsiębiorcy. Oni faktycznie mogą odczuć zmiany dość boleśnie, dlatego należałoby pomyśleć o stosownym systemie ulg, z jednym zastrzeżeniem: należy oddzielić ziarno od plew, tj. odsiać najpierw osoby na fikcyjnym samozatrudnieniu, dlatego niezbędny byłby powrót do pomysłu „testu przedsiębiorcy”. Jedno jest pewne: model wzrostu opartego na taniej sile roboczej musi się skończyć i właśnie zapowiedziano pierwszy realny krok do zerwania z Polską jako wiecznym „Bangladeszem Europy”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Davos, czyli piknik na wulkanie

Polacy dziadami Europy

Bangladesz Europy

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?

Koniec Bantustanu?

Koniec z BIT's? Nareszcie!

ISDS, czyli korpo-dyktat


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 38 (20-26.09.2019)

niedziela, 21 kwietnia 2019

Polacy dziadami Europy

Wzrost wynagrodzeń jest pośrednią formą opodatkowania przedsiębiorstw – skoro nie da się bezpośrednio CIT-em, to może właśnie w ten sposób?

Może staję się nieco monotematyczny, ale cóż począć, skoro w ostatnim czasie regularnie ukazują się analizy i dane, wobec których trudno przejść obojętnie? Mówiliśmy już tu sobie o regresywnym systemie podatkowym na podstawie raportu Instytutu Badań Strukturalnych pt. „Kogo obciążają podatki w Polsce?”, tydzień temu przyjrzeliśmy się rozwarstwieniu dochodowemu opisanemu w analizie World Inequality Lab „Jak nierówna jest Europa?” - a dziś przyjdzie zająć się kosztami pracy, bowiem właśnie pojawiły się najświeższe dane Eurostatu na ten temat. Wynika z nich jednoznacznie, że wynagrodzenia w Polsce są po prostu dziadowskie – i to nie tylko na tle „starej Europy”, lecz również części krajów naszego regionu. Co więcej, wiele do życzenia pozostawia również dynamika wzrostu zarobków.

W 2018 r. koszt godziny pracy w Polsce wynosił przeciętnie zaledwie 10,1 euro przy europejskiej średniej 27,4 euro/godz. Koszty pozapłacowe to 18,4 proc. tej kwoty, co daje ok. 1,86 euro/godz. i na tle reszty Europy również nie należą do wysokich – unijna średnia kosztów pozapłacowych to bowiem 23,7 proc., czyli 6,5 euro/godz., co polecam uwadze organizacjom pracodawców narzekającym na „wysokie koszty” i „narzuty” na pracę. Za nami są jedynie Bułgaria (5,4 euro), Rumunia (6,9 euro), Litwa (9 euro), Węgry (9,2 euro) oraz Łotwa (9,3 euro). Wyprzedzają nas natomiast Chorwacja (10,9 euro), Słowacja (11,6 euro), Estonia (12,4 euro), Czechy (12,6 euro) i Słowenia (18,1 euro). Jeśli chodzi o dynamikę wzrostu płac rok do roku, również nie prezentujemy się najlepiej – w porównaniu z 2017 rokiem, w 2018 zarobki wzrosły o 6,8 proc. Dla porównania – w Czechach odnotowano wzrost o 11,2 proc. (a więc nasi południowi sąsiedzi nam uciekają), zaś spośród krajów, gdzie zarabia się jeszcze mniej niż w Polsce dwucyfrowy wzrost osiągnęły Litwa (10,4 proc.), Rumunia (11,2 proc.) i Łotwa (12,9 proc.) - oni z kolei nas doganiają.

Innymi słowy, wciąż tkwimy w pułapce średniego rozwoju – taka jest cena za pozostawanie „montownią Europy” i konkurowanie oparte na taniej sile roboczej. Od ładnych kilku lat mówi się, że taki model gospodarczy to na dłuższą metę ślepy zaułek, lecz jak widać póki co nie wyciągamy z tego praktycznych wniosków. Na domiar złego, pracodawcy strasząc zastojem gospodarki i „presją płacową” wylobbowali sobie otwarcie naszego rynku pracy na masowy napływ gastarbeiterów z Ukrainy i Azji (nad czym bardzo szybko przestano panować), a obecnie zgłaszają jeszcze dalej idące postulaty, nawet niespecjalnie ukrywając, że jedną z głównych motywacji jest zamrożenie płac. Jak widać – cel już teraz został w znacznej mierze osiągnięty. Warto w tym kontekście zerknąć na Czechy. Otóż tamtejszy rząd bardzo skrupulatnie limitował napływ pracowników spoza UE, otwarcie przy tym mówiąc, że ma to na celu podwyższenie zarobków czeskich pracowników. Podejście to okazało się skuteczne – i to do tego stopnia, że gdy Czesi od niedawna nieco uchylili furtkę (podkreślam – furtkę, a nie bramę, jak u nas) dla Ukraińców, to na naszych „Januszy biznesu” padł blady strach przed exodusem ukraińskiej siły roboczej zwabionej wyższymi wynagrodzeniami za południową granicą.

Tak wygląda osławiony „rynek pracownika” - jak zdarzyło mi się już pisać, w „rynek pracownika” uwierzę, gdy zobaczę twarde dane świadczące o dynamice wzrostu wynagrodzeń, udziale płac w PKB i malejącym rozwarstwieniu dochodów. A rezerwy są, bowiem przez większość okresu naszej sławetnej „transformacji” wzrost wynagrodzeń nie nadążał za wzrostem produktywności, do czego przyczyniało się dwucyfrowe bezrobocie i słynne „jak się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych” (obecnie w wersji: „na twoje miejsce jest dziesięciu Ukraińców)” - o czym pisałem już półtora roku temu na bazie raportu Europejskiego Instytutu Związkowego pt. „Dlaczego Europa Wschodnia i Centralna potrzebuje wzrostu płac”.

Na zakończenie podpowiedź, którą podrzucam rządzącym w kontekście regresywnego systemu podatkowego oraz trudności z efektywnym opodatkowaniem korporacji i kapitału (wpływy z CIT nie przekraczają u nas 2 proc. PKB). Otóż wyższe pensje, to również wyższe wpływy do budżetu z PIT, składek ZUS i podatków pośrednich (#MinisterFinansówLubiTo). Innymi słowy, wzrost wynagrodzeń jest pośrednią formą opodatkowania przedsiębiorstw – skoro nie da się bezpośrednio CIT-em, to może właśnie w ten sposób? Proponowane rozwiązanie ma także tę zaletę, że równocześnie podnosi poziom zamożności Polaków (zwłaszcza w grupie najmniej zarabiających) i dochody budżetowe – w przeciwieństwie do „500+”, które wprawdzie „tu i teraz” jest programem koniecznym, lecz obciąża budżet i stanowi zaledwie doraźny plasterek łagodzący biedę i nierówności. Na dłuższą metę niezbędny jest radykalny wzrost wynagrodzeń – a że 2/3 Polaków zarabia poniżej średniej krajowej przy dominancie ok. 2500 zł. brutto, to naprawdę jest tu wielkie pole do działania. Bez tego pozostaniemy na kolejne dziesięciolecia dziadami Europy.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 16 (19-25.04.2019)

niedziela, 22 lipca 2018

Polska – kraj migracyjny

Zagraniczni inwestorzy skuszeni pomocą publiczną pootwierają tutaj nowe fabryki, centra logistyczne i montownie... w których będą zatrudniani Ukraińcy, Hindusi i Bengalczycy.

I. Śladami „starej Europy”

Sądzę, że można już ogłosić to oficjalnie – Polska stała się krajem migracyjnym. Jeszcze brakuje nam co nieco do Francji czy Niemiec, ale znajdujemy się na tej samej ścieżce, którą przebyły z wiadomym skutkiem państwa „starej Europy”. Dzieje się tak dzięki masowemu napływowi pracowników z zagranicy - głównie z Ukrainy, ale nie tylko. Wg danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w samym tylko 2017 r. wydano łącznie 235 626 zezwoleń na pracę dla obcokrajowców, z czego zdecydowana większość (192 547) dotyczyła obywateli Ukrainy. Ale to nie wszystko, obowiązuje bowiem także równoległa procedura uproszczona, zwana również procedurą oświadczeniową. Oznacza ona, że pracodawca deklaruje poprzez specjalny dokument złożony w Urzędzie Pracy chęć zatrudnienia wskazanego obcokrajowca, co stanowi podstawę do sprowadzenia takiego pracownika do Polski. Takich oświadczeń złożono w zeszłym roku 1,8 miliona. Nie oznacza to, że w każdym przypadku doszło do faktycznego zatrudnienia – lecz daje to ogólne pojęcie na temat skali udziału cudzoziemców w polskim rynku pracy. Ponadto, gdyby dodać „ciemną liczbę”, tzn. pracowników zagranicznych zatrudnianych nielegalnie, przypuszczam, że w sumie otrzymalibyśmy zbliżoną wartość. Zwróćmy uwagę, że już teraz wspomniane dane niemal pokrywają się z szacunkami dotyczącymi upustu krwi, jaki przeżyła Polska od momentu otwarcia się zachodnich rynków pracy. W minionych latach wypchnięto bowiem na emigrację ekonomiczną ponad 2 mln. Polaków – głównie młodych, przedsiębiorczych, w najlepszym wieku produkcyjnym. W większości osiedlili się oni za granicą na stałe, ściągnęli lub założyli tam rodziny, zapuścili korzenie – i bez radykalnej zmiany warunków życia w Polsce są w większości nie do odzyskania. Obecna fala migracji zarobkowej do Polski jest rozpaczliwą próbą załatania tych ubytków.

Zresztą, wystarczy przejść się ulicami większych miast, albo zawitać chociażby na Dworzec Zachodni w Warszawie – przytłaczająca większość podróżnych to przybysze ze wschodu, zewsząd słychać rosyjski i ukraiński, wzrok przykuwają też dwujęzyczne szyldy barów i sklepików. Słowem, można poczuć się jak w Kijowie. W centrum stolicy z kolei normą są grupki przechadzających się śniadych przybyszów – i bynajmniej nie sprawiają oni wrażenia egzotycznych turystów, albo zagranicznych studentów. Jak to wygląda procentowo? Przyjmijmy, że liczba 1,8 mln. oświadczeń o chęci zatrudnienia obcokrajowców oddaje w przybliżeniu stan rzeczywisty. Oznacza to, że mamy w Polsce de facto 4,7 proc. mniejszości etnicznych – oczywiście, z silnym wskazaniem na Ukraińców. Podobnie rzecz się ma ze studentami – w roku akademickim 2016/2017 studiowało w Polsce 65 793 zagranicznych studentów (w tym 35 584 Ukraińców i 5119 Białorusinów), co przekłada się na „współczynnik umiędzynarodowienia” w wysokości 4,8 proc. Uczelnie we współpracy z lokalnymi władzami, szczególnie w mniejszych ośrodkach i na tzw. ścianie wschodniej, prześcigają się wręcz w oferowaniu cudzoziemcom rozmaitych udogodnień (często niedostępnych dla studentów polskich), widząc w nich ratunek dla własnej egzystencji. Należy dodać przy tym, że studenci ci również często wiążą swoje przyszłe plany życiowe z Polską. Jak zatem widać, na odcinku wieloetniczności w szybkim tempie nadganiamy kraje Zachodu.


II. Lobbying biznesu

Za coraz szerszym otwieraniem granic dla obcokrajowców nieustannie lobbują największe organizacje biznesowe – i są chętnie wysłuchiwane przez rządzących. Powody są te same od kilku lat: niekorzystny trend demograficzny, niskie bezrobocie i związany z tym brak rąk do pracy oraz potrzeba zachowania konkurencyjności polskiej gospodarki. Szczególnie to ostatnie bije rekordy hipokryzji – mówiąc normalnym językiem, biznesowi zależy po prostu na utrzymaniu w ryzach wzrostu płac, mamy bowiem rzekomo w Polsce „rynek pracownika”. Temu obiegowemu poglądowi przeczą jednak dane GUS – dajmy sobie spokój ze „średnią krajową”, bo tej przytłaczająca większość Polaków nie ogląda na oczy. Miarodajnym wyznacznikiem jest tu dominanta, czyli najczęściej wypłacane wynagrodzenie – wynosi ono 2073,03 zł brutto, co daje 1511 zł „na rękę”. Istne kokosy. Stosunkowo wysoka średnia krajowa (4346,76 zł brutto) nie jest zatem wyznacznikiem ogólnej zamożności Polaków, lecz krzyczącym aktem oskarżenia – oznacza ona bowiem, że mamy ogromne rozwarstwienie dochodów, co jest cechą typową dla różnych bantustanów. Potwierdzają to dane KE mówiące, że udział płac w PKB jest u nas na poziomie 48 proc. (unijna średnia to 55,4 proc.), co plasuje nas w UE na piątym miejscu od końca. Krótko mówiąc, nacisk na masowe sprowadzanie pracowników ma m.in. zamrozić wzrost wynagrodzeń. Odwrotnie postępują np. Czesi, ściśle reglamentując dostęp do swojego rynku pracy, czego efektem jest najniższe w Unii bezrobocie i konsekwentnie rosnące płace – i jakoś nie słychać, żeby czeska gospodarka miała się od tego zwijać.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że nie tak miało być. Polska miała odchodzić od modelu gospodarczego opartego na taniej sile roboczej i przestawiać się na konkurowanie jakością. Emigranci ekonomiczni mieli wracać do kraju, mówiło się też o ściąganiu Polaków rozproszonych po świecie – w tym również potomków rodaków wywiezionych w głąb ZSRR. W praktyce jednak rządzący postawili na gastarbeiterów – za kierunkiem wschodnim optuje m.in. Cezary Kaźmierczak ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, domagając się sprowadzenia w najbliższych latach łącznie 5 mln. pracowników. Do osiągnięcia takiej liczby Ukraina i Białoruś nie wystarczą, toteż już teraz trafiają do nas Hindusi, Nepalczycy czy mieszkańcy Bangladeszu. Zauważmy tu, że Bangladesz jest krajem muzułmańskim i liczy sobie ponad 166 mln. klepiących biedę obywateli – istny mokry sen pracodawcy marzącego o półdarmowych niewolnikach. Jeszcze dalej idzie Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club, postulujący uchwalenie specjalnej ustawy migracyjnej, która „otworzyłaby drzwi” nie tylko przed Ukraińcami, lecz również przybyszami z krajów arabskich – i generalnie, globalnego Południa.


III. Multi-kulti u bram

Co na to rząd? Rząd jest za. W niedawnym wywiadzie dla internetowej „Kultury Liberalnej” Paweł Chorąży, podsekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju, otwartym tekstem zapowiedział intensyfikację proimigranckiej polityki – i to z naciskiem nie na pracowników sezonowych, lecz z intencją osiedlenia przybyszów w Polsce na stałe. Tym samym powtarzamy historię Niemiec i Francji. Przypomnę, że Niemcy sprowadzając sobie gastarbeiterów z Turcji również zakładali, że ci trochę popracują i wrócą do siebie, zaś jakiś odsetek, który zostanie w Niemczech wraz z upływem czasu samoistnie się zintegruje. Jak wiemy, nic podobnego nie nastąpiło, zaś migranci oraz ich potomkowie stali się źródłem rozlicznych społecznych napięć na tle kulturowym. Jeżeli zatem dzisiaj rządzący usiłują nam wmówić, że jakoś nad procesami migracyjnymi zapanują, to zwyczajnie robią nam wodę z mózgów. Oni tu w większości zostaną, tak jak zostali w krajach zachodu. W innym wywiadzie dla wspomnianej „KL” Paweł Kaczmarczyk (dyrektor Ośrodka Badań na Migracjami UW) mówi, iż już teraz „Polska stała się największym importerem cudzoziemskiej siły roboczej na świecie” - większym niż USA (dane OECD). Mamy zatem swoisty paradoks – z jednej strony rząd na forum UE twardo broni się przed próbami narzucenia nam nachodźców, z drugiej zaś otwiera granice na ekonomiczną migrację, tyle że z nieco innych regionów świata. Wkrótce otrzymamy zatem następującą sytuację: zagraniczni inwestorzy skuszeni pomocą publiczną pootwierają tutaj nowe fabryki, centra logistyczne i montownie... w których będą zatrudniani Ukraińcy, Hindusi i Bengalczycy. A rząd będzie się chwalił tysiącami nowych miejsc pracy, zapominając dodać, że owe dotowane przez polskie państwo stanowiska zostaną obsadzone przez cudzoziemców. Witamy w krainie multi-kulti.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (13-19.07.2018)

czwartek, 27 sierpnia 2015

Dekolonizacja Polski

Bez wszechstronnej dekolonizacji będziemy mogli tylko pomarzyć o jakimkolwiek realnym rozwoju.

I. Gospodarcza kolonia

Podstawowym wyzwaniem stojącym zarówno przed prezydentem Andrzejem Dudą, jak i przed spodziewanym nowym rządem tworzonym, bądź współtworzonym przez PiS, będzie dekolonizacja Polski - i to nie tylko na płaszczyźnie politycznej, ale również w sferze gospodarczej. O skali kolonialnego drenażu może świadczyć chociażby raport amerykańskiego watchdoga „Global Financial Integrity” pokazujący skalę nieopodatkowanych transferów finansowych ze 145 krajów za lata 2003-2012 („Illicit Financial Flows from Developing Countries: 2003-2012”). Wedle tych danych Polska znajduje się na 17 pozycji ze skumulowanym wypływem kapitału na poziomie 82,393 mld USD. Jest to absolutny rekord jeśli chodzi o kraje UE. Następna jest zajmująca 33 miejsce Bułgaria z łącznym „cumulative illicit outflows” w wysokości 25,354 mld USD. Można do powyższego dodać jeszcze np. raport Fundacji Republikańskiej z 2013 roku dotyczący płacenia podatku CIT przez sieci supermarketów w 2011 roku: Kaufland (6,4 mld zł przychodu) - zero CIT; Carrefour (przychód 7,9 mld) - 14 mln zł zwrotu; Tesco (11,9 mld przychodu) - brak danych nt. CIT; Lidl (7,6 mld przychodu) - 57,4 mln zł CIT; Biedronka (25,3 mld przychodu) - 241 mln zł CIT.

Kolejną patologią są tzw. „specjalne strefy ekonomiczne”. Działające w nich podmioty są traktowane preferencyjnie - podatki, opłaty lokalne itd., czego efektem jest zwiększenie ucisku fiskalnego wobec przedsiębiorstw, które nie miały szczęścia zakotwiczyć się w którejś ze „stref” oraz napędzanie zadłużania się państwa i samorządów – bo pieniądze na wydatki publiczne tak czy inaczej jakoś trzeba pozyskać. Dobrze obrazuje to prospekt „Investing in Poland 2014” - województwo warmińsko-mazurskie chwaliło się w nim: „Mamy największą stopę bezrobocia w Polsce i najniższe zarobki. Dzięki temu zapewniamy inwestorom bogate zasoby taniej siły roboczej”; dodając następnie: „dla województwa warmińsko-mazurskiego maksymalną wysokość pomocy przepisy ustalają na poziomie 50% kwalifikowanych kosztów nowej inwestycji lub 50% dwuletnich kosztów pracy nowo zatrudnionych pracowników”. Czyli nie tylko ulgi i zwolnienia, lecz również gotowy grosz przerzucający koszta „prywatnej” inwestycji na sferę publiczną. Później zresztą taki zadomowiony już „inwestor” może szantażować władze lokalne groźbą zamknięcia zakładu, żądając dalszych ulg – casus Michelina w Olsztynie.

II. Biali Murzyni

Idźmy dalej. Mamy oto osławiony „elastyczny rynek pracy”, skutkujący lawinowym wzrostem osób pracujących na śmieciówkach oraz zjawiska „working poor” - czyli „pracującej biedoty” - ludzi, których mimo pracy w pełnym wymiarze nie stać na zaspokojenie elementarnych potrzeb życiowych. Wg. raportu OECD „Employment Outlook 2014” Polska znajduje się na 26 pozycji jeśli chodzi o wysokość zarobków (na 32 ujęte w zestawieniu kraje), za to odsetek osób zatrudnionych na umowy czasowe plasuje nas na 2 miejscu (pierwsze jest Chile). Na temat „working poor” dostępne są jedynie dwa zestawienia, oba sprzed lat, zupełnie jakby nie chciano tykać tematu: badanie CBOS z 2008 roku mówi o 6,6% dorosłej populacji, zaś raport Komisji Europejskiej z 2010 – o 11%. Z tymi danymi harmonizują informacje Polskiego Forum HR, wedle których funkcjonuje w Polsce 5210 agencji zatrudnienia, zaś w 2015 wartość rynku pracy tymczasowej powinna wzrosnąć o 15%. Innymi słowy, agencje zatrudnienia – współczesne „wypożyczalnie niewolników” na użytek gospodarczych kolonizatorów Polski - przeżywają prawdziwy rozkwit.

Na marginesie – ostatnio zrobił się szum o fabrykę Jaguara, która ostatecznie powstanie na Słowacji. Słowacki rząd, prócz licznych przywilejów, dofinansuje inwestycję kwotą 360 mln euro, co zatwierdzić ma Komisja Europejska. Charakterystyczne – pomoc publiczną dla stoczni KE każe zwracać, a na pomoc publiczną dla fabryki Jaguara entuzjastycznie wyraża zgodę. Według Janusza Piechocińskiego firma Jaguar Land Rover prócz działki, infrastruktury itd. (wszystko na koszt państwa), żądała m.in. rynku pracy pozwalającego wybrać co 20 ofertę spośród ubiegających się chętnych. Czyli – tanich pracowników w obszarze dużego bezrobocia, co pozwalałoby na szantażowanie ich groźbą zwolnienia. Zwróćmy uwagę na paranoidalność sytuacji - dwa kraje prześcigają się w dogodzeniu międzynarodowemu koncernowi, co stawia tenże koncern w pozycji pana sytuacji, a rządy w roli rywalizujących o jego względy petentów. W zamian koncern proponuje śmieciową pracę w montowni dla iluś tam białych Murzynów na półniewolniczych warunkach - i w zasadzie nic poza tym, bo do budowy fabryki dołoży się państwo, zyski zostaną wytransferowane za granicę, zaś podatki - o ile Jaguar nie wydębił sobie zwolnień (a zapewne wydębił) - groszowe. Śmieciowe pensje lokalni „prole” i tak wydadzą w dyskontach należących do innego z kolei międzynarodowego giganta, może nawet jak Lidl i Kaufland kredytowanego dodatkowo przez Bank Światowy (to osobny kryminał – BŚ oraz EBOiR wsparły Grupę Schwarz w latach 2004-2013 kredytami na łączną kwotę ponad 1 mld USD na ekspansję w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce), który to gigant również wytransferuje zyski za granicę. Gdzie tu interes? Co ma z tego kraj - gospodarz takich „inwestycji”? Okrągłe zero – i to w najlepszym wypadku, bo sądzę, że gdyby wszystko rzetelnie podliczyć, to wyjdzie na nielichym minusie. To jest właśnie kolonializm o którym tu piszę. Zatem, nie płaczmy po Jaguarze.

III. W kieszeni banksterów

Skolonizowane państwo boi się wyciągać do „wielkich” rękę po należne mu podatki. Wg. raportu MFW sporządzonego na zlecenie Ministerstwa Finansów (też ciekawe, że polskie ministerstwo nie było w stanie samodzielnie ogarnąć tematu), wydajność w zakresie poboru podatków spadła w latach 2008 – 2013 z 16 do 13,1 pkt. PKB. W zamian za to mamy najniższą kwotę wolną od podatku w Europie - poniżej minimum socjalnego, co sprawia, że część Polaków płaci państwu haracz od nędzy. Innym przejawem kolonialnego uzależnienia, jest galopujące zadłużanie państwa, sprawiające, iż Polska siedzi w kieszeni międzynarodowych spekulantów. Tu ciekawostka – koszt obsługi zadłużenia Skarbu Państwa niemal pokrywa się z wpływami z PIT. Dane za 2013 – wpływy z PIT to 42,9 mld zł, koszty obsługi zadłużenia – 42,7 mld zł. Ostatnio rząd Ewy Kopacz pożyczył od Banku Światowego 912,7 mln euro na kiełbasę wyborczą, zaś obecne tempo zadłużania Polski jest tak imponujące, że konstytucyjny próg 60% PKB możemy osiągnąć już pod koniec 2019 roku. Ale z czegoś pieniądze trzeba brać, jeśli kolonialny nie-rząd pozwala się ordynarnie rżnąć międzynarodowemu biznesowi chociażby na tzw. „cenach transferowych”, wedle których rozliczane są zakupy od zagranicznych podmiotów w ramach tej samej grupy kapitałowej, co pozwala nabijać koszty i unikać opodatkowania. W naszej skarbówce pracuje zaledwie ok. 100 specjalistów od problematyki cen transferowych. Nie dziwi więc, iż wg raportu „Paying Taxes 2013” Banku Światowego nasz system podatkowy zajmuje 114 pozycję spośród 183 państw, zaś wg OECD mamy najmniej efektywny system podatkowy spośród wszystkich członków organizacji. To jest klasyczna „mętna woda” w której mogą łowić ryby (czyli unikać opodatkowania) nasi kolonizatorzy.

No i wreszcie banki – teoretycznie krwiobieg gospodarki, faktycznie zaś – rak wysysający z niej siły witalne. Rekordowe zyski sektora, będącego głównie w zagranicznych rękach, pozostające w ostatnich latach na poziomie 15-16 mld zł., to nic innego jak kolonialna dywidenda pochodząca z toksycznych produktów spekulacyjnych, takich jak łże-kredyty frankowe, polisolokaty, czy jedne z najwyższych w Europie kosztów usług bankowych. Znamienna jest tu reakcja rozbezczelnionych banksterów na projekt ustawy regulującej sytuację frankowiczów. KNF, która miast być organem nadzoru, jest w istocie figurantem bankowego lobby, szybciutko „wyliczyła”, że banki „stracą” 22 mld zł. No więc – nie „stracą”, tylko nie zarobią tyle, ile sobie założyły, na drenowaniu kieszeni klientów. Uwolnione w ten sposób 22 mld tak czy inaczej trafią na rynek – ludzie wydadzą je na towary i usługi zamiast przynieść w zębach bankowi. Od tych 22 mld państwo zbierze chociażby VAT. Tymczasem Związek Banków Polskich już szantażuje nas „zamrożeniem” gospodarki poprzez „wstrzymanie akcji kredytowej” oraz wzywa na dywanik szefów klubów parlamentarnych i prezydenta Dudę. Czyli relacja kolonizator – niewolnik jak się masz. Trzeba przyznać, że dotychczasowe rządy, ze szczególnym uwzględnieniem tandemu PO-PSL, sprawiającego wręcz wrażenie banksterskiej ekspozytury, dołożyły wszelkich starań, by banki poczuły się właścicielami parceli między Odrą a Bugiem.

„Dla zagranicznych firm na Węgrzech era kolonizacji się skończyła” - oznajmił w 2013 roku Viktor Orban. Chciałoby się usłyszeć coś podobnego z ust naszych polityków – a potem zobaczyć konkretne czyny. Bez wszechstronnej dekolonizacji będziemy mogli bowiem tylko pomarzyć o jakimkolwiek realnym rozwoju.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Czy Polskę stać na biedę?

Bangladesz Europy

Niewolnicy Europy

Drenaż kolonialny

Te ubogie supermarkety

Nowoczesne niewolnictwo

Podatek od nędzy

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 32 (19-25.08.2015)

niedziela, 28 czerwca 2015

Nowoczesne niewolnictwo

Jutro „zasoby ludzkie” mogą wedrzeć się do korporacyjnych open space'ów i powywieszają „specjalistów od HR” na najbliższych latarniach.

O tym, że polski rynek pracy naznaczają liczne patologie jest od dłuższego czasu coraz głośniej. Wpływ na to ma swoisty kult outsourcingu i taniej siły roboczej połączony z tymczasowymi formami zatrudnienia, co niedawno potwierdziła Państwowa Inspekcja Pracy. W 2014 PIP skontrolowała 10 tys. firm i przyjrzała się ponad 52 tys. umów cywilnoprawnych – okazało się, że w około 12 tys. przypadków pracownicy de facto wykonywali pracę etatową, co powinno znaleźć odzwierciedlenie w umowie o pracę. Warto tu przypomnieć, iż zgodnie z prawem etat przysługuje osobie, która ma jasno określone obowiązki i przełożonego wskazującego co, gdzie i w jakich godzinach pracownik powinien wykonywać. W takim przypadku mówimy o nawiązaniu stosunku pracy, który powinien zostać ujęty w prawne formy przewidziane Kodeksem Pracy – stosowanie umów zleceń, o dzieło itp. jest tutaj niedopuszczalne. Trzeba dodać, że pracownik zatrudniany w trybie „pozakodeksowym” nie jest chroniony prawem pracy, w razie konfliktu nie może odwołać się do sądu pracy, tylko musi wytoczyć swojemu „pracodawcy” proces cywilny, co dodatkowo upośledza jego pozycję w relacjach z zatrudniającym.

Tymczasem w Polsce reguły te są notorycznie łamane – zarówno przez małe i średnie firmy, jak i przez potentatów, zaś PIP ma ograniczone możliwości działania – może nieuczciwego pracodawcę ukarać mandatem na 2 tys zł, lub w przypadku recydywy – 5 tys, lub skierować sprawę do sądu pracy o ustalenie stosunku pracy. Dlatego też coś, co elegancko nazywa się „rynkiem HR”, a w istocie jest współczesnym targiem, czy może raczej - wypożyczalnią niewolników, przeżywa prawdziwy rozkwit. Dość powiedzieć, że według danych Polskiego Forum HR obecnie funkcjonuje 5210 agencji zatrudnienia, a tylko w 2014 zarejestrowano 1268 tego typu podmiotów. Według przewidywań w bieżącym roku wartość rynku pracy tymczasowej powinna wzrosnąć o 15%, co jest zresztą zgodne z ustaleniami raportu OECD „Employment Outlook 2014” wedle którego Polska jest europejskim liderem „elastycznych form zatrudnienia”, na świecie zaś plasuje się na drugim miejscu – po Chile.

Oczywiście, w przytłaczającej większości przypadków o żadnej „tymczasowości” nie ma mowy. Mamy do czynienia z normalną pracą np. przy taśmie produkcyjnej, na magazynie, bądź w call-center. Są grafiki, godziny pracy od-do, sprecyzowany zakres obowiązków, relacja zwierzchnik – podwładny itd. Różnica polega na tym, że formalnie taki pracownik rekrutowany jest przez agencję zatrudnienia i jedynie „oddelegowany” do firmy na rzecz której świadczy swą pracę, nie przysługują mu prawa pracownicze, urlop, chorobowe - obciążony jest natomiast wszelkimi obowiązkami właściwymi dla „normalnej” pracy. W praktyce – jeśli pracownik chce wziąć wolne, to po prostu nie podpisuje się z nim na dany okres umowy, natomiast choroba często traktowana jest jako „oszustwo” i skutkuje natychmiastowym wyrzuceniem na bruk. W efekcie, pracownicy w obawie przed zwolnieniem przychodzą do pracy chorzy. Taka sytuacja może ciągnąć się latami, bowiem agencje często „wymieniają się” pracownikami, by zamaskować proceder i przedłużać „tymczasowość” zatrudnienia w nieskończoność – ot, kolejny element specyfiki nowoczesnego niewolnictwa.

Dynamika branży „wypożyczalni niewolników” jest, jak już wspomniałem, duża, stąd też dochodzi do sytuacji, gdy na pewnych obszarach znalezienie pracy w sposób inny niż przez agencję zatrudnienia graniczy z cudem. Dotyczy to szczególnie tzw. specjalnych stref ekonomicznych, które nota bene stanowią odrębną patologię. Mamy zatem np. montownię, lub centrum logistyczne w specjalnej strefie – firma należy do obcego kapitału, korzysta z rozlicznych zwolnień podatkowych oraz innych przywilejów, zatrudniając przy tym „tymczasowo” na umowach śmieciowych i za śmieciowe pieniądze pracowników zwerbowanych i „wypożyczonych” do roboty przez agencję. I tak latami. Słowem, wielopłaszczyznowy wyzysk – zarówno w wymiarze ludzkim, jak i ogólnogospodarczym, bowiem gospodarka narodowa de facto nic z tego nie ma, poza groszowymi pensjami wydawanymi w większej części w lokalnym dyskoncie. Zyski wyprowadzane są w taki czy inny sposób za granicę.

Ale przecież to tylko „zasoby ludzkie” - do wymiany, gdy się zużyją. „Human resources” - jak to określa się w korporacyjnym wolapiku. Outsourcing pracowniczy, optymalizacja kosztów i procesu rekrutacji... Nikt nie przejmuje się społeczną ceną i napięciami, jakie to generuje, bowiem tego rodzaju firmy-wampiry charakteryzują się tym, że dziś są w Polsce, jutro w Bangladeszu. Tyle, że tych napięć nie da się na dłuższą metę spacyfikować. Dziś „wkurzeni” ograniczają się do popierania Kukiza, bądź Stonogi. Jutro jednak owe „zasoby ludzkie” mogą wedrzeć się do korporacyjnych open space'ów i boksów, czyjeś ręce po prostu chwycą za garniturki, żakieciki, krawaciki, białe koszule, bluzeczki i powywieszają „specjalistów od HR” na najbliższych latarniach. Nie grożę – przewiduję tylko możliwy bieg wydarzeń.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Czy Polskę stać na biedę?”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 25 (19-25.06.2015)

czwartek, 11 września 2014

Niewolnicy Europy

Tak funkcjonuje nowoczesne niewolnictwo – naszym jedynym atutem są biedacy gotowi wypruwać sobie żyły za półdarmo, inwestuj u nas!

I. Nowoczesne niewolnictwo

„Są tylko dwa państwa w Europie z tak tanimi pracownikami: Polska i Albania” - tak chwalił sobie inwestycję w Polsce przedstawiciel włoskiego koncernu produkującego słodycze na spotkaniu z polskim biznesmenem. To była prywatna rozmowa o której doniosły mi wróbelki, więc nie podam nazwy tej firmy, ale każdy z Czytelników może sobie sprawdzić w internecie jakież to włoskie słodkości są wytwarzane w naszym kraju. Dodatkowym atutem w oczach italskiego inwestora jest brak mafii, czyli zmory włoskiej gospodarki, której trzeba się na każdym kroku okupywać, by móc w ogóle prowadzić jakąkolwiek działalność. Po prostu – żyć nie umierać.

Warto w tym kontekście przypomnieć prospekt „Investing in Poland 2014” w którym województwo warmińsko-mazurskie chwaliło się: „Mamy największą stopę bezrobocia w Polsce i najniższe zarobki. Dzięki temu zapewniamy inwestorom bogate zasoby taniej siły roboczej”. Innymi słowy – naszym jedynym atutem są biedacy gotowi wypruwać sobie żyły za półdarmo, inwestuj u nas! Tak funkcjonuje nowoczesne niewolnictwo – system pod pewnymi względami bardziej perfidny od niewolnictwa tradycyjnego. Niegdyś pan musiał niewolnika odziać, nakarmić, zapewnić dach nad głową, a nawet leczyć (niewolnik był drogi, trzeba było dbać o inwestycję). Dziś te wszystkie obowiązki odpadają. Dostajesz dziesięć złotych brutto za godzinę na śmieciówce i radź sobie człowieku – opłać czynsz, rachunki, nakarm się i ubierz. A jeśli ci mało, to spadaj na zmywak do Anglii, lub do bauera na pole.

II. Łże-liberalizm dla ubogich

Powyższe refleksje naszły mnie, gdy uświadomiłem sobie, że jakoś tak niepostrzeżenie minęła kolejna rocznica podpisania „Porozumień Sierpniowych”. Na ile współczesna Polska odzwierciedla pragnienia tych, którzy o nią walczyli, często przypłacając swa walkę zdrowiem, życiem, a co najmniej wykluczeniem, zepchnięciem na margines, a dziś nędzą na głodowej emeryturze? Z ciekawości zajrzałem sobie na stronę Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, by dowiedzieć się jakież to atrakcje prócz „bogatych zasobów taniej siły roboczej” ma do zaoferowania. I tu pytanie: co wspólnego z kapitalizmem, lub liberalizmem, który ponoć u nas panuje, mają dofinansowania z budżetu inwestycji przygotowywanych pod zatrudnienie „taniej siły roboczej” na umowach śmieciowych? A takowe oferuje wspomniana „strefa” – nie ona jedna zresztą. Spójrzmy: „dla województwa warmińsko-mazurskiego maksymalną wysokość pomocy przepisy ustalają na poziomie 50% kwalifikowanych kosztów nowej inwestycji lub 50% dwuletnich kosztów pracy nowo zatrudnionych pracowników” .

Oto łże-liberalizm w całej swej okazałości. Łże-liberalizm, czyli po prostu kolejna mutacja socjalizmu. Ów neo-socjalizm polega na sprzęgnięciu „inwestorów” z władzą polityczno-urzędniczą w jeden organizm żerujący na reszcie społeczeństwa. Efekty? Prócz gnębienia nieuprzywilejowanych, najczęściej drobnych i średnich rodzimych przedsiębiorców (bo ktos jednak te podatki przeznaczone na udelektowanie wielkich inwestorów zapłacić musi) mamy postępującą pauperyzację, bo bogactwo nie ścieka w dół, tylko jest wyprowadzane – kapitał ma bowiem, wbrew popularnemu mitowi, narodowość. My zostajemy z papierowymi słupkami wzrostu PKB z którego nic nie wynika, bo jego owoce konsumuje nie ten, kto go realnie wypracował.

Albo jeszcze inaczej: liberalizm mamy dla biednych. Mamy liberalne koszty pracy i elastyczne formy zatrudnienia, często przez współczesne biura wynajmu niewolników, czyli agencje pracy tymczasowej, a dla uprzywilejowanych socjalizm - pomoc publiczną przy inwestycjach, zwolnienia z podatków, ulgi i preferencje. Wskutek tego pojawia się zjawisko tzw. working poor - „pracującej biedoty”, czyli ludzi, których mimo podjęcia pracy nie stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Gwoli ścisłości – wspomniany na początku Włoch pomylił się o tyle, że wedle Eurostatu godzinny koszt pracy plasuje nas na szóstej pozycji od końca w UE, jednak marna to pociecha, zważywszy że według danych tegoż Eurostatu z 2012 roku w Polsce żyje ponad 10 mln ludzi (27,8%) spełniających kryteria ubóstwa, bądź zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym.

III. Widmo nędzy

A będzie jeszcze gorzej. Na horyzoncie rysuje się bowiem widmo nędzy niespotykanej chyba od czasów wojny - krach systemu emerytalnego. Już teraz wiadomo, że na emerytury ZUS-owskie nie ma co liczyć, w chwili obecnej przejadane są już nawet te pieniądze, które rząd niedawno zajumał z OFE. Zresztą OFE, które przez lata inwestowały w znacznej mierze w obligacje Skarbu Państwa, zajmowały się de facto finansowaniem z naszych składek długu publicznego, zaś poziom zwrotu jest tak mizerny, że bardziej opłacałoby się wrzucić te pieniądze na jakąkolwiek lokatę bankową. Tego jednak uczynić nie możemy, bo Sąd Najwyższy w wyroku z 04.06.2008 roku uznał, że „składki na ubezpieczenie emerytalne odprowadzane do funduszu nie są prywatną własnością członka funduszu”. Tak więc ze szczątkowego „drugiego filaru” otrzymamy jakieś grosze, a i to pod warunkiem, że kolejny światowy krach finansowy nie doprowadzi funduszy do bankructwa, lub rząd nie zabierze wszystkiego, by opędzić bieżące wydatki.

Z rozbrajającą szczerością przyznał to zresztą Waldemar Pawlak, który wprost oświadczył, że zabezpieczeniem na starość powinny być dzieci, bo emerytur nie będzie. O oszczędnościach również nie ma co myśleć, bo dla większości Polaków przy obecnych relacjach elementarnych kosztów utrzymania do zarobków odłożenie czegokolwiek jest zwyczajnie niemożliwe. Przeciwnie – jesteśmy permanentnie zadłużeni. Jak nie kredyt hipoteczny na kilkadziesiąt lat, to chwilówki. Jesteśmy zatem niewolnikami podwójnymi - „inwestorów” takich jak ci Włosi od czekoladek, oraz finansowych grandziarzy. Ale nic to – ci, którzy pełnią obecnie rolę nadzorców roboczego, polskiego bydła i tak nam powiedzą, że III RP to spełniony sen historycznej „Solidarności”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2012/02/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze.html

http://niepoprawni.pl/blog/346/lze-liberalizm

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (08.09-14.09.2014)

 

środa, 4 września 2013

Sześciolatki na emigrację

Wpychanie sześciolatków do szkół, by o rok wcześniej weszły na rynek pracy, przypomina powoływanie pod broń kolejnych roczników dla uzupełnienia strat na wyniszczającej wojnie.

I. „Koniec kryzysu”

Ober-Matoł na Forum Ekonomicznym w Krynicy ogłosił „zakończenie kryzysu”, co radośnie odnotowały reżimowe mediodajnie. Głupszą pijarowską ściemę trudno sobie wyobrazić, toteż Jarosław Kaczyński błyskawicznie odpowiedział, że o „końcu kryzysu” będziemy mogli mówić dopiero, gdy ludzie przestaną zasypywać biura poselskie prośbami o załatwienie pracy. O kondycji gospodarki świadczą bowiem nie tyle „wskaźniki”, które można podrasować różnymi sztuczkami, ile powstające miejsca pracy i związany z tym poziom życia obywateli. Od siebie dodam ponadto, że w dobry stan naszej gospodarki uwierzę dopiero, gdy tendencja demograficzna wyjdzie ze stanu obecnej zapaści. Nie jest bowiem tak, że o spadku dzietności decydują „przemiany społeczne”, co niekiedy próbuje nam się wmówić. W Polsce, na szczęście, „modernizacja obyczajowa” nie poczyniła póki co aż takich spustoszeń jak na Zachodzie, o czym świadczyć może chociażby fakt, iż statystycznie najwięcej dzieci rodzi się wśród polskiej emigracji zarobkowej na Wyspach. Innymi słowy, Polki wciąż chcą rodzić dzieci, tylko w kraju nie mają ku temu warunków – rodzą więc za granicą i będzie to najprawdopodobniej drugie, stracone dla Polski pokolenie.

II. Klajstrowanie dziury demograficznej

Tymczasem, Dyktatura Matołów, by jakoś zaklajstrować grożącą nam w najbliższej przyszłości dziurę demograficzną, twardo upiera się przy posłaniu do szkół sześciolatków, tak by za kilkanaście lat na rynek pracy trafił dodatkowy rocznik, mający utrzymać rosnącą rzeszę emerytów. Jest to piramidalna bzdura i głupota, o ile nie coś więcej. Załóżmy optymistycznie, że te sześciolatki, po przejściu zafundowanej im obróbki edukacyjnej na coraz to niższym poziomie, faktycznie znajdą pracę. Na ile to wystarczy? Czy te obecne sześciolatki z kolejnych roczników przygniecione horrendalnymi składkami na ZUS będą chciały mieć własne dzieci? A jeśli nie, to co? Poślemy do szkół pięciolatków? Ale powyższa wizja dodatkowych roczników zasilających w przyszłości system ubezpieczeń społecznych, to i tak mrzonka. Jeśli bowiem utrzyma się obecna tendencja, to dzisiejsze sześciolatki pracy najzwyczajniej w świecie nie znajdą, albo w najlepszym razie wylądują na głodowych „śmieciówkach” - z mizernym pożytkiem dla państwowych zobowiązań egzekwowanych w ramach tzw. „umowy międzypokoleniowej” (pracujący utrzymują emerytów).

Sytuacja bowiem przedstawia się tak, że to właśnie wśród młodego pokolenia, ponoć najlepiej wyedukowanego w historii (w co zresztą wątpię, niezależnie od „wskaźnika skolaryzacji”), panuje masowe bezrobocie i brak perspektyw – i to niezależnie od powierzchownych oznak koniunktury, czy „zielonych” strzałek PKB. Przypomnijmy, że jeszcze przed wybuchem obecnego kryzysu z Polski wyjechało ok 2 milionów w większości młodych i dynamicznych ludzi, gdy tylko pojawiła się taka możliwość. I jakoś nie chcą wracać. Przeciwnie – ściągają rodziny, bądź zakładają je na obczyźnie, ze szczególnym uwzględnieniem Wielkiej Brytanii i Irlandii, które kryzys doświadczył ponoć o wiele boleśniej, niż „zieloną wyspę” Tuska. Dodajmy, że mimo tego upustu krwi, bezrobocie wśród polskich absolwentów jak było, tak jest nadal.

W tej sytuacji, posłanie sześciolatków do szkół zakrawa na zbrodniczą głupotę. Ludzie ci bowiem wypuszczeni na rynek pracy albo zasilą szeregi bezrobotnych – czyli będziemy mieli dodatkowe roczniki bezrobotnych na utrzymaniu opieki społecznej finansowanej z podatków pracującej reszty i zadłużającego się państwa, albo powiększą szeregi tzw. „working poor” („pracującej biedoty”). Zaś najbardziej aktywni i zdeterminowani wybiorą to, co ich dzisiejsi odpowiednicy – zarobkową emigrację, z której już nie wrócą.

III. Rezerwuar taniej siły roboczej

No i w ten sposób dotarliśmy do punktu, w którym trzeba zadać pytanie: czy obserwowane dziś wpychanie kolanem sześciolatków do szkół jest wynikiem jedynie głupoty, czy czymś więcej? Oficjalną argumentację, polegającą na ustawianiu dzieci w roli ostatniej deski ratunku dla systemu ubezpieczeń społecznych, mającej załatać nadchodzącą „dziurę demograficzną” na rynku pracy, obaliliśmy powyżej. Skoro zatem skazani jesteśmy na domysły o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi, bo nikt nam tego uczciwie nie powie, to podomyślajmy się w najlepsze – dlaczego nie?

Ja na przykład podzielę się spiskowym domysłem, że mamy tu do czynienia ze spłatą jakichś zobowiązań sprowadzających się do tego, że Polska stanowić ma w połączonych naczyniach europejskiej gospodarki rezerwuar taniej siły roboczej. A że dzisiejszych czasach nikt nie załaduje pracowników pod karabinem do bydlęcych wagonów, bo nieładnie by to wyglądało i budziło złe skojarzenia, więc opracować należy „miękkie” sposoby wyrzucania z kraju najbardziej pożądanych za granicą jednostek, czy wręcz grup społecznych. Jest to zresztą zjawisko charakterystyczne dla ogółu byłych demoludów przygarniętych do Unii Europejskiej – nie za darmo przecież. Pracownicy z naszego regionu są, patrząc z perspektywy „Starej Europy”, bliżsi kulturowo i cywilizacyjnie niż Pakistańczycy, Turcy, czy mieszkańcy krajów Afryki. Łatwiej się asymilują, nie tworzą zamkniętych enklaw bezprawia, nie wrzeszczą o dżihadzie i lepiej pracują za stosunkowo niskie stawki. Czegóż chcieć więcej?

Może zatem zachodni stratedzy od gospodarki uznali, że w perspektywie kolejnych dekad nadal będą potrzebowali u siebie tanich robotników, bo nie wszystko da się opędzić półniewolniczą produkcją w krajach azjatyckich. A ponieważ w międzyczasie w Polsce jakoś tak się stało, że na skutek nadmiernej materialnej eksploatacji zasobów ludzkich przestały rodzić się dzieci, to komuś tam zaświtał pomysł, że skoro tak, to warto by wypchnąć „na rynek pracy” nieco wcześniej kolejne roczniki, które nie znalazłszy w Polsce niczego do roboty, naturalną koleją rzeczy zasilą zachodnie gospodarki, przyczyniając się do wzrostu tamtejszego dobrobytu.

IV. Neokolonialna eksploatacja zasobów ludzkich

Aby ten scenariusz miał szanse na realizację musi zostać oczywiście spełniony podstawowy warunek: Polska i inne kraje w podobnej sytuacji nie mogą ekonomicznie „dogonić Europy”. I póki co, nie doganiają, chory system gospodarczy ulega petryfikacji, czemu dodatkowo sprzyja postępująca zapaść szkolnictwa obezwładnianego kolejnymi reformami, sprowadzającymi się do konsekwentnego zaniżania standardów edukacji na wszystkich poziomach. Oczywiście, „ministerki” Hall i Szumilas nie zostały wprowadzone w tak doniosłe ustalenia – bo i po co? Im całkowicie wystarczy zaczadzenie zachodnimi, postępowymi nowinkami, by wszystko toczyło się w kierunku pożądanym przez właściwych decydentów. Weźmy np. fetysz „modelowania kształcenia pod kątem potrzeb współczesnego rynku pracy”. Przepraszam, a skąd nasze „ministerki” wiedzą jak będzie wyglądał „rynek pracy” około 2030 roku? Na jakie zawody, na jakich specjalistów będzie zapotrzebowanie? Efekt? Kształci się niedouczonych, pozbawionych elementarnej wiedzy, za to obrobionych ideologicznie „lemingów” - idealny materiał na tanią siłę roboczą, o której jest tu mowa.

Może zresztą nikt nikomu nie nakazywał niczego wprost. Może po prostu na jakimś euro-szczycie szepnięto naszym mężykom stanu coś w tym guście: „Damy wam jakieś eurofundusze ekstra, będziecie mieli się czym pochwalić, tylko wiecie, niepokoi nas wasza sytuacja demograficzna i jej konsekwencje dla stabilności gospodarczej i finansów publicznych. Zastanówcie się, czy nie warto by zainterweniować i powiedzmy, wypuścić na rynek dodatkowego rocznika. Przemyślcie sobie tę sugestię...” Albo wyglądało to jeszcze inaczej. W każdym razie, za ten obłęd przyjdzie nam niedługo słono zapłacić. To trochę jak w kraju pogrążonym w wyniszczającej wojnie, gdy pod broń powołuje się coraz młodszych rezerwistów dla uzupełnienia strat. Tyle, że ci „poborowi” będą służyli komu innemu, w innej gospodarczej „armii”. Ot, taka neokolonialna eksploatacja zasobów ludzkich. Prędzej czy później skończy się to katastrofą na wszelkich możliwych poziomach.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/