Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nierówności dochodowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nierówności dochodowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 kwietnia 2019

Polacy dziadami Europy

Wzrost wynagrodzeń jest pośrednią formą opodatkowania przedsiębiorstw – skoro nie da się bezpośrednio CIT-em, to może właśnie w ten sposób?

Może staję się nieco monotematyczny, ale cóż począć, skoro w ostatnim czasie regularnie ukazują się analizy i dane, wobec których trudno przejść obojętnie? Mówiliśmy już tu sobie o regresywnym systemie podatkowym na podstawie raportu Instytutu Badań Strukturalnych pt. „Kogo obciążają podatki w Polsce?”, tydzień temu przyjrzeliśmy się rozwarstwieniu dochodowemu opisanemu w analizie World Inequality Lab „Jak nierówna jest Europa?” - a dziś przyjdzie zająć się kosztami pracy, bowiem właśnie pojawiły się najświeższe dane Eurostatu na ten temat. Wynika z nich jednoznacznie, że wynagrodzenia w Polsce są po prostu dziadowskie – i to nie tylko na tle „starej Europy”, lecz również części krajów naszego regionu. Co więcej, wiele do życzenia pozostawia również dynamika wzrostu zarobków.

W 2018 r. koszt godziny pracy w Polsce wynosił przeciętnie zaledwie 10,1 euro przy europejskiej średniej 27,4 euro/godz. Koszty pozapłacowe to 18,4 proc. tej kwoty, co daje ok. 1,86 euro/godz. i na tle reszty Europy również nie należą do wysokich – unijna średnia kosztów pozapłacowych to bowiem 23,7 proc., czyli 6,5 euro/godz., co polecam uwadze organizacjom pracodawców narzekającym na „wysokie koszty” i „narzuty” na pracę. Za nami są jedynie Bułgaria (5,4 euro), Rumunia (6,9 euro), Litwa (9 euro), Węgry (9,2 euro) oraz Łotwa (9,3 euro). Wyprzedzają nas natomiast Chorwacja (10,9 euro), Słowacja (11,6 euro), Estonia (12,4 euro), Czechy (12,6 euro) i Słowenia (18,1 euro). Jeśli chodzi o dynamikę wzrostu płac rok do roku, również nie prezentujemy się najlepiej – w porównaniu z 2017 rokiem, w 2018 zarobki wzrosły o 6,8 proc. Dla porównania – w Czechach odnotowano wzrost o 11,2 proc. (a więc nasi południowi sąsiedzi nam uciekają), zaś spośród krajów, gdzie zarabia się jeszcze mniej niż w Polsce dwucyfrowy wzrost osiągnęły Litwa (10,4 proc.), Rumunia (11,2 proc.) i Łotwa (12,9 proc.) - oni z kolei nas doganiają.

Innymi słowy, wciąż tkwimy w pułapce średniego rozwoju – taka jest cena za pozostawanie „montownią Europy” i konkurowanie oparte na taniej sile roboczej. Od ładnych kilku lat mówi się, że taki model gospodarczy to na dłuższą metę ślepy zaułek, lecz jak widać póki co nie wyciągamy z tego praktycznych wniosków. Na domiar złego, pracodawcy strasząc zastojem gospodarki i „presją płacową” wylobbowali sobie otwarcie naszego rynku pracy na masowy napływ gastarbeiterów z Ukrainy i Azji (nad czym bardzo szybko przestano panować), a obecnie zgłaszają jeszcze dalej idące postulaty, nawet niespecjalnie ukrywając, że jedną z głównych motywacji jest zamrożenie płac. Jak widać – cel już teraz został w znacznej mierze osiągnięty. Warto w tym kontekście zerknąć na Czechy. Otóż tamtejszy rząd bardzo skrupulatnie limitował napływ pracowników spoza UE, otwarcie przy tym mówiąc, że ma to na celu podwyższenie zarobków czeskich pracowników. Podejście to okazało się skuteczne – i to do tego stopnia, że gdy Czesi od niedawna nieco uchylili furtkę (podkreślam – furtkę, a nie bramę, jak u nas) dla Ukraińców, to na naszych „Januszy biznesu” padł blady strach przed exodusem ukraińskiej siły roboczej zwabionej wyższymi wynagrodzeniami za południową granicą.

Tak wygląda osławiony „rynek pracownika” - jak zdarzyło mi się już pisać, w „rynek pracownika” uwierzę, gdy zobaczę twarde dane świadczące o dynamice wzrostu wynagrodzeń, udziale płac w PKB i malejącym rozwarstwieniu dochodów. A rezerwy są, bowiem przez większość okresu naszej sławetnej „transformacji” wzrost wynagrodzeń nie nadążał za wzrostem produktywności, do czego przyczyniało się dwucyfrowe bezrobocie i słynne „jak się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych” (obecnie w wersji: „na twoje miejsce jest dziesięciu Ukraińców)” - o czym pisałem już półtora roku temu na bazie raportu Europejskiego Instytutu Związkowego pt. „Dlaczego Europa Wschodnia i Centralna potrzebuje wzrostu płac”.

Na zakończenie podpowiedź, którą podrzucam rządzącym w kontekście regresywnego systemu podatkowego oraz trudności z efektywnym opodatkowaniem korporacji i kapitału (wpływy z CIT nie przekraczają u nas 2 proc. PKB). Otóż wyższe pensje, to również wyższe wpływy do budżetu z PIT, składek ZUS i podatków pośrednich (#MinisterFinansówLubiTo). Innymi słowy, wzrost wynagrodzeń jest pośrednią formą opodatkowania przedsiębiorstw – skoro nie da się bezpośrednio CIT-em, to może właśnie w ten sposób? Proponowane rozwiązanie ma także tę zaletę, że równocześnie podnosi poziom zamożności Polaków (zwłaszcza w grupie najmniej zarabiających) i dochody budżetowe – w przeciwieństwie do „500+”, które wprawdzie „tu i teraz” jest programem koniecznym, lecz obciąża budżet i stanowi zaledwie doraźny plasterek łagodzący biedę i nierówności. Na dłuższą metę niezbędny jest radykalny wzrost wynagrodzeń – a że 2/3 Polaków zarabia poniżej średniej krajowej przy dominancie ok. 2500 zł. brutto, to naprawdę jest tu wielkie pole do działania. Bez tego pozostaniemy na kolejne dziesięciolecia dziadami Europy.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 16 (19-25.04.2019)

niedziela, 14 kwietnia 2019

Jak nierówna jest Polska?

Jak ktoś przytomnie zauważył – tzw. klasę średnią w Polsce od bezdomności dzielą trzy raty kredytu.


„Jak nierówna jest Europa?” - to tytuł raportu sporządzonego przez trójkę francuskich ekonomistów (Thomasa Blancheta, Lucasa Chancela i Amory'ego Gethina) z World Inequality Lab (WIL), ośrodka badawczego założonego przez Thomasa Piketty'ego. Analiza wywołała u nas niezłe zamieszanie, bo wychodzi z niej, że w Polsce nierówności dochodowe są o wiele większe, niż dotąd sądzono. O ile wg danych Eurostatu nasz kraj nie odbiega od europejskiej przeciętnej, o tyle zdaniem autorów raportu Polska jest liderem jeśli chodzi o poziom nierówności i co więcej – zanotowała najwyższą dynamikę wzrostu rozwarstwienia dochodów w latach 1980-2017. Jest jeszcze jedna ciekawostka: otóż wśród wszystkich 39 badanych krajów, to właśnie w przypadku Polski odnotowano największą rozbieżność między dotychczasowymi wskaźnikami, a ustaleniami badaczy z WIL. Generalnie, „rozjazd” bierze się z odmiennych metod badawczych – Eurostat bazuje głównie na informacjach ankietowych, natomiast raport WIL bierze ponadto pod uwagę partycypację w dochodzie narodowym i dane z urzędów skarbowych. Efekt jest taki, że o ile w przypadku wyliczeń Eurostatu na 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków przypada 23,2 proc. dochodu narodowego, to wg omawianego raportu grupa ta ma ponad 38 proc. udziału w dochodzie narodowym – następne są Niemcy i Irlandia, gdzie wartość ta oscyluje wokół 35 proc. Średnia europejska to 34 proc. udziału najlepiej zarabiających w dochodzie narodowym.

Rozbieżność z danymi unijnymi spowodowana jest najprawdopodobniej ułomnością metody ankietowej – do osób bogatych trudniej trafić; jest ich mniej, więc mogą być niedoszacowane; ponadto mogą zaniżać informacje o swych dochodach. Dotyczy to w szczególności Polski, gdzie chwalenie się majątkiem wciąż nie jest powszechnie przyjęte, na co nakłada się niski poziom zaufania społecznego i nieufność wobec państwa. Z różnych obserwacji socjologicznych wynika ponadto, że nawet osoby należące obiektywnie do klasy wyższej wolą deklarować się jako klasa średnia – i stosownie do tego odpowiadać ankieterowi.

Nie znaczy to jednak, że metoda francuskich ekonomistów nie jest obarczona wadami. Po pierwsze, w przypadku Polski i innych byłych „demoludów” problematyczny jest zakres czasowy, obejmujący ostatnią dekadę komuny. Chyba bardziej adekwatne byłoby liczenie od lat 1989-1990 (choć z drugiej strony, uwypukliłoby to dynamikę narastania nierówności). Druga rzecz – autorzy raportu nie uwzględniają transferów społecznych poza emeryturami, biorąc pod uwagę jedynie „gołe” dochody z zarobków – i to przed opodatkowaniem (ale tu z kolei kłania się regresywny system podatkowy w Polsce). No i trzecie zastrzeżenie – szara strefa, w tym pensje wypłacane „w kopertach” oraz dochody z pracy za granicą.

Jednak mimo wszystko skłonny jestem sądzić, że bliższa prawdy jest analiza WIL – a to dlatego, że zbiega się ona w jakimś stopniu z innymi danymi. W Polsce ponad dwie trzecie pracowników zarabia poniżej średniej krajowej – i to biorąc pod uwagę dane GUS nie obejmujące najmniejszych przedsiębiorstw, w których statystycznie zarabia się jeszcze mniej. Do tego ponad 13 proc. zarabiających powyżej średniej mieści się w pułapie 4346 - 5433 zł. brutto. Dodajmy, że w dotychczasowych statystykach mediana zarobków była przeważnie o ok. 20 proc. niższa od średniej, a dominanta (najczęściej wypłacana pensja) to mniej niż połowa średniej krajowej. Wg cytowanych przez INFOR wyliczeń Open Finance obecna dominanta nie przekraczałaby zatem 2500 zł. brutto. Nawiasem mówiąc, przypomina mi się wywiad z dyrektorem potężnej firmy narzekającym, że nie może znaleźć w Warszawie pracowników za 3000 brutto i wzdychającym za Ukraińcami...

Powyższe potwierdzałby wskaźnik udziału płac w PKB – w Polsce wynosi on 48 proc. (piąte miejsce od końca w UE), przy unijnej średniej 55,4 proc. Siłą rzeczy, zważywszy na efekt skali, wpływ na taki stan mają pensje nisko zarabiającej większości, a nie wysoko wynagradzanej mniejszości.

No i wreszcie, omawiany tu ostatnio regresywny system podatkowy, najbardziej uderzający po kieszeni najmniej zamożne warstwy społeczne – regresywne opodatkowanie konsumpcji, kapitału i działalności gospodarczej w połączeniu z ucieczką najlepiej opłacanych osób na fikcyjne samozatrudnienie, dodatkowo pogłębia nierówności.

Może rozwarstwienie nie jest aż tak dramatyczne, jak przedstawiono w raporcie, ale jednak stanowczo zbyt duże – jest to zresztą problemem globalnym. I nie chodzi tutaj o zaprowadzenie jakiegoś totalnego egalitaryzmu. Ofiarą procesu narastania nierówności pada bowiem przede wszystkim klasa średnia – albo zanikająca (jak na Zachodzie), albo wręcz nie mogąca się narodzić – jak Polsce, bowiem to co u nas nazywamy szumnie „klasą średnią” de facto nią nie jest. Jak ktoś przytomnie zauważył – tzw. klasę średnią w Polsce od bezdomności dzielą trzy raty kredytu. A bez tej warstwy społecznej trudno mówić nie tylko o zdrowej gospodarce, ale również o normalnie funkcjonującym państwie.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 15 (12-18.04.2019)