Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dominanta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dominanta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 kwietnia 2019

Jak nierówna jest Polska?

Jak ktoś przytomnie zauważył – tzw. klasę średnią w Polsce od bezdomności dzielą trzy raty kredytu.


„Jak nierówna jest Europa?” - to tytuł raportu sporządzonego przez trójkę francuskich ekonomistów (Thomasa Blancheta, Lucasa Chancela i Amory'ego Gethina) z World Inequality Lab (WIL), ośrodka badawczego założonego przez Thomasa Piketty'ego. Analiza wywołała u nas niezłe zamieszanie, bo wychodzi z niej, że w Polsce nierówności dochodowe są o wiele większe, niż dotąd sądzono. O ile wg danych Eurostatu nasz kraj nie odbiega od europejskiej przeciętnej, o tyle zdaniem autorów raportu Polska jest liderem jeśli chodzi o poziom nierówności i co więcej – zanotowała najwyższą dynamikę wzrostu rozwarstwienia dochodów w latach 1980-2017. Jest jeszcze jedna ciekawostka: otóż wśród wszystkich 39 badanych krajów, to właśnie w przypadku Polski odnotowano największą rozbieżność między dotychczasowymi wskaźnikami, a ustaleniami badaczy z WIL. Generalnie, „rozjazd” bierze się z odmiennych metod badawczych – Eurostat bazuje głównie na informacjach ankietowych, natomiast raport WIL bierze ponadto pod uwagę partycypację w dochodzie narodowym i dane z urzędów skarbowych. Efekt jest taki, że o ile w przypadku wyliczeń Eurostatu na 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków przypada 23,2 proc. dochodu narodowego, to wg omawianego raportu grupa ta ma ponad 38 proc. udziału w dochodzie narodowym – następne są Niemcy i Irlandia, gdzie wartość ta oscyluje wokół 35 proc. Średnia europejska to 34 proc. udziału najlepiej zarabiających w dochodzie narodowym.

Rozbieżność z danymi unijnymi spowodowana jest najprawdopodobniej ułomnością metody ankietowej – do osób bogatych trudniej trafić; jest ich mniej, więc mogą być niedoszacowane; ponadto mogą zaniżać informacje o swych dochodach. Dotyczy to w szczególności Polski, gdzie chwalenie się majątkiem wciąż nie jest powszechnie przyjęte, na co nakłada się niski poziom zaufania społecznego i nieufność wobec państwa. Z różnych obserwacji socjologicznych wynika ponadto, że nawet osoby należące obiektywnie do klasy wyższej wolą deklarować się jako klasa średnia – i stosownie do tego odpowiadać ankieterowi.

Nie znaczy to jednak, że metoda francuskich ekonomistów nie jest obarczona wadami. Po pierwsze, w przypadku Polski i innych byłych „demoludów” problematyczny jest zakres czasowy, obejmujący ostatnią dekadę komuny. Chyba bardziej adekwatne byłoby liczenie od lat 1989-1990 (choć z drugiej strony, uwypukliłoby to dynamikę narastania nierówności). Druga rzecz – autorzy raportu nie uwzględniają transferów społecznych poza emeryturami, biorąc pod uwagę jedynie „gołe” dochody z zarobków – i to przed opodatkowaniem (ale tu z kolei kłania się regresywny system podatkowy w Polsce). No i trzecie zastrzeżenie – szara strefa, w tym pensje wypłacane „w kopertach” oraz dochody z pracy za granicą.

Jednak mimo wszystko skłonny jestem sądzić, że bliższa prawdy jest analiza WIL – a to dlatego, że zbiega się ona w jakimś stopniu z innymi danymi. W Polsce ponad dwie trzecie pracowników zarabia poniżej średniej krajowej – i to biorąc pod uwagę dane GUS nie obejmujące najmniejszych przedsiębiorstw, w których statystycznie zarabia się jeszcze mniej. Do tego ponad 13 proc. zarabiających powyżej średniej mieści się w pułapie 4346 - 5433 zł. brutto. Dodajmy, że w dotychczasowych statystykach mediana zarobków była przeważnie o ok. 20 proc. niższa od średniej, a dominanta (najczęściej wypłacana pensja) to mniej niż połowa średniej krajowej. Wg cytowanych przez INFOR wyliczeń Open Finance obecna dominanta nie przekraczałaby zatem 2500 zł. brutto. Nawiasem mówiąc, przypomina mi się wywiad z dyrektorem potężnej firmy narzekającym, że nie może znaleźć w Warszawie pracowników za 3000 brutto i wzdychającym za Ukraińcami...

Powyższe potwierdzałby wskaźnik udziału płac w PKB – w Polsce wynosi on 48 proc. (piąte miejsce od końca w UE), przy unijnej średniej 55,4 proc. Siłą rzeczy, zważywszy na efekt skali, wpływ na taki stan mają pensje nisko zarabiającej większości, a nie wysoko wynagradzanej mniejszości.

No i wreszcie, omawiany tu ostatnio regresywny system podatkowy, najbardziej uderzający po kieszeni najmniej zamożne warstwy społeczne – regresywne opodatkowanie konsumpcji, kapitału i działalności gospodarczej w połączeniu z ucieczką najlepiej opłacanych osób na fikcyjne samozatrudnienie, dodatkowo pogłębia nierówności.

Może rozwarstwienie nie jest aż tak dramatyczne, jak przedstawiono w raporcie, ale jednak stanowczo zbyt duże – jest to zresztą problemem globalnym. I nie chodzi tutaj o zaprowadzenie jakiegoś totalnego egalitaryzmu. Ofiarą procesu narastania nierówności pada bowiem przede wszystkim klasa średnia – albo zanikająca (jak na Zachodzie), albo wręcz nie mogąca się narodzić – jak Polsce, bowiem to co u nas nazywamy szumnie „klasą średnią” de facto nią nie jest. Jak ktoś przytomnie zauważył – tzw. klasę średnią w Polsce od bezdomności dzielą trzy raty kredytu. A bez tej warstwy społecznej trudno mówić nie tylko o zdrowej gospodarce, ale również o normalnie funkcjonującym państwie.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 15 (12-18.04.2019)

niedziela, 29 kwietnia 2018

Pan Andrzej ma rację!

W Polsce nie tyle problemem jest „brak rąk do pracy”, ile to, że tym „rękom” należałoby odpowiednio zapłacić.


Nie tak dawno temu małą sensację w „internetach” wywołał wpis zamieszczony na portalu społecznościowym przez pana Andrzeja z Gdańska. Otóż pan Andrzej ogłosił, że szuka pracy – ale takiej, w której nie czułby się jak niewolnik. W praktyce oznacza to wynagrodzenie w wysokości 3100 zł. „na rękę”. Na poparcie podaje miesięczne koszty życia w Trójmieście. Przytoczmy je, bo stanowią one naprawdę dobry materiał poglądowy: wynajem mieszkania (1 pokój z kosztami – czyli, jak rozumiem, opłaty typu prąd, woda, gaz) – 1500 zł.; bilet miesięczny – 200 zł.; środki czystości i kosmetyki – 100 zł.; wyżywienie – 750 zł.; telefon i internet – 100 zł.; leki plus usługi medyczne (np. dentysta) – 150 zł.; możliwość odłożenia czegoś „na czarną godzinę” - 200 zł. Pomijając drobną pomyłkę w rachunkach (z powyższego zestawienia wynika suma 3000 zł.), widzimy, że potrzeby pana Andrzeja nie są wygórowane – chodzi naprawdę o przeżycie (autor w ten sposób uzasadnił brak wydatków na kulturę i sztukę) i trudno się do któregokolwiek z punktów przyczepić. Można co najwyżej zwrócić uwagę, że Gdańsk to duże miasto i w mniejszych ośrodkach życie jest nieco tańsze – z tym, że owe niższe koszty mogą dotyczyć co najwyżej wynajmu mieszkania. Jeżeli mieszka się z rodzicami, wyjdzie pewnie jeszcze taniej, ale nie zapominajmy, że do budżetu domowego wypadałoby jednak się dorzucić. Jeżeli natomiast poruszamy się samochodem (w związku z zapaścią komunikacji publicznej, to często konieczność), należy dodatkowo dołożyć koszty paliwa, napraw, ubezpieczenia... Słowem, jak by nie kombinować, nawet na prowincji miesięczna kwota za którą można w miarę godnie przeżyć „do pierwszego” (bez żadnych ekstrawagancji) to orientacyjnie jakieś 2500 zł.

Pan Andrzej swój wpis dedykuje pracodawcom, którym „brakuje rąk do pracy” i na koniec zauważa: „Każdy kto zarabia mniej jest niewolnikiem i żyje po niżej minimum socjalnego. Udostępnijcie, pomóżcie mi znaleźć TEGO PRACODAWCĘ któremu brakuje rąk do pracy”.

Powyższe przypomniało mi falę bezprzykładnego hejtu, jaki wylał się na beneficjentów programu „500+” wkrótce po uruchomieniu świadczenia. Tak się składa, że furorę wówczas zrobiła wypowiedź p. Tomasza Limona z organizacji Pracodawcy Pomorza (a więc z regionu pana Andrzeja), który pomstował, że kobieta z trójką dzieci woli „siedzieć w domu i nic nie robić” - wszystko w kontekście braku pracowników i tęsknego wyczekiwania na gastarbeiterów z Ukrainy. Ciekawe, czy ktokolwiek z narzekających usiadł sobie z kalkulatorem i wyliczył, jak proponowane warunki finansowe (często najniższa krajowa, lub niewiele więcej) mają się do realnych kosztów utrzymania w jego regionie? Czy z oklepanego już stwierdzenia, że nie można w nieskończoność konkurować niskimi kosztami pracy, ktokolwiek wyciągnął praktyczne wnioski? Póki co, mamy nieustanną presję na przyjmowanie coraz większej ilości pracowników z zagranicy – a że nawet Ukraińcy pomału stają się dla naszych „orłów biznesu” zbyt drodzy, to coraz częściej w grę wchodzą bardziej egzotyczne kierunki importu „siły roboczej” - Nepal, Bangladesz...

Daleki jestem od demonizowania przedsiębiorców na wzór skrajnej lewicy typu „Razem” i żądania np. 75 proc. podatku dla najbogatszych. Niemniej, warto czasem spojrzeć na rzeczywistość również z perspektywy drugiej strony – owych rzekomo „roszczeniowo nastawionych” zwykłych pracowników. Ujmę to tak – w Polsce nie tyle problemem jest „brak rąk do pracy”, ile to, że tym „rękom” należałoby odpowiednio zapłacić. Gastarbeiterzy, którzy przyjeżdżają na kilka miesięcy mogą się przez ten czas przemęczyć w zbiorowych kwaterach-sypialniach i jeść cokolwiek. Polak, jeżeli ma związać przyszłość ze swoim krajem, potrzebuje normalnych warunków do życia i założenia rodziny. I nie jest to żadna „roszczeniowość”, tylko zdroworozsądkowe postawienie sprawy. Tymczasem w Polsce mediana zarobków to nieco ponad 2500 zł. netto, zaś dominanta (najczęściej wypłacane wynagrodzenie) to – wstyd powiedzieć – niewiele ponad 1500 zł. „na rękę”.

Pracodawcy narzekają na opodatkowanie pracy, w tym koszty ubezpieczeń (głównie ZUS). Powiedzcie uczciwie - gdyby obniżono Wam podatki, to zapłacilibyście więcej pracownikom? Czy korporacje „optymalizujące” dochody i uciekające do rajów podatkowych zapłaciły pracownikom choć grosz więcej z tego, co „zaoszczędziły” z należnych danin? No właśnie... W USA giganci typu „Walmart” bez żenady instruują pracowników jak efektywnie korzystać z pomocy socjalnej, a pewna globalna marka fast foodów zasłynęła mailem z „dobrymi radami” dla swojego personelu, typu „wyłącz klimatyzację/ogrzewanie”, „sprzedaj zbędne rzeczy na e-bayu” czy... „dziel jedzenie na mniejsze porcje” (!). Chcemy tego u nas?

Podsumowując – aby społeczeństwo funkcjonowało bez większych wewnętrznych napięć, potrzebna jest pewna dawka solidaryzmu. Płaca na poziomie 1500 zł. może zaś wywoływać jedynie frustrację i traktowanie pracodawcy niczym wroga. Radziłbym to przemyśleć, zanim będzie za późno.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 16-17 (27.04 - 10.05.2018)

niedziela, 3 grudnia 2017

Rynek pracy, czy rynek nędzy?

Wkrótce okaże się, że nasz dynamiczny wzrost PKB „na papierze”, sprowadził się w ostatecznym rozrachunku do wyhodowania nędzy na niespotykaną skalę.


GUS opublikował właśnie najnowsze dane dotyczące struktury wynagrodzeń Polaków (dotyczą października 2016 r. - dane tego typu GUS przedstawia co dwa lata).

Krótko mówiąc – wieje grozą.

Średnia krajowa to wprawdzie 4346,76 zł, lecz mediana to już tylko 3510,67 zł. Oznacza to, że średnie zarobki są zawyżone przez wąską grupę najlepiej zarabiających – a to z kolei potwierdza absurdalne rozwarstwienie dochodów, będące pokłosiem rozlicznych patologii naszej sławetnej transformacji gospodarczej, której „zazdrości nam cały świat”. Dość powiedzieć, że 66,2 proc. pracowników (a więc ok. 2/3) zarabiało mniej lub tyle samo, ile wynosi przeciętne miesięczne wynagrodzenie. Do tego najmniej zarabiające 10 proc. (decyl pierwszy) musiało zadowolić się sumą do 1890,32 zł brutto, z kolei 10 proc. najlepiej zarabiających (decyl dziesiąty) to kwoty powyżej 7200 zł. brutto, zaś 6,3 proc. zarabiało powyżej 8693,52 zł brutto – czyli dwukrotność, lub więcej średniej krajowej. Dominanta (najczęstsze wynagrodzenie) prezentuje się wręcz żałośnie - 2074,03 zł brutto.

Wprawdzie w porównaniu z poprzednimi danymi GUS sprzed dwóch lat, mediana zaczęła rosnąć nieco szybciej, niż średnia krajowa – ale tylko w ujęciu procentowym (6,7 proc. - mediana do 5,8 proc. - średnia). W liczbach bezwzględnych jest odwrotnie – mediana wzrosła o 219,11 zł. przy wzroście średniej krajowej o 239,02 zł. Rozwarstwienie więc realnie się powiększyło. A dominanta? O ile w danych prezentowanych na stronach GUS nie ma jakiegoś przekłamania, to wychodzi, że dominanta wręcz... spadła o niemal 400 zł! W 2014 r. wynosiła 2469,47 zł., przy obecnych 2074,03 zł – oczywiście brutto. To ma być ten osławiony „rynek pracownika”? Czy może obserwujemy „zbawienny” efekt masowej imigracji gastarbeiterów z Ukrainy? Dodać należy, że podane wyniki dotyczą jedynie przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób, zatem z radaru znikają najmniejsze firmy, oraz pracownicy wypchnięci na samozatrudnienie - a wg danych NBP takich „mikro-firm” w 2016 r. było ponad 4 mln.

Powyższe potwierdzają dane Komisji Europejskiej odnośnie udziału płac w PKB. Jak podaje „Business Insider” jesteśmy pod tym względem na miejscu piątym od końca z udziałem płac w PKB na poziomie 48 proc. przy unijnej średniej 55,4 proc. Co więcej, charakteryzujemy się niechlubną dynamiką spadku udziału płac w PKB – zajmujemy tu 3 miejsce (za Rumunią i Irlandią). Od 1995 r. udział płac w PKB spadł u nas o 8,9 pkt. proc. - co zgadzałoby się z przytoczonym tu spadkiem dominanty zarobków. Przekłada się to na siłę nabywczą Polaków. Z badania „GfK purchasing power 2017” wynika, że na 42 odnotowane kraje europejskie Polska zajmuje 29 lokatę (bez zmian w porównaniu do ubiegłego roku) z wynikiem 48,1 proc. europejskiej średniej. Nasza przeciętna siła nabywcza to 6,710 euro przy 13,937 euro średniej w Europie. Dodam, że jeśli by wziąć pod uwagę „gołe pensje” w tym w szczególności gusowską medianę (a tym bardziej dominantę), to otrzymamy obraz nędzy i rozpaczy, bo badanie GfK uwzględniało również transfery socjalne.

Dla dopełnienia obrazu warto również wspomnieć o rozwarstwieniu majątkowym Polaków. W raporcie NBP „Zasobność gospodarstw domowych w Polsce” z 2014 r. czytamy: „10 proc. najbardziej zasobnych gospodarstw domowych posiada 37 proc. całkowitego majątku netto, podczas gdy majątek (netto) 20 proc. najmniej zasobnych gospodarstw stanowi jedynie niewielką część (1,0 proc.) całego majątku gospodarstw domowych”.

Generalnie, to jest proszę Państwa dramat i przepis na społeczną katastrofę. Już nie mówię nawet o napięciach, jakie generuje zarysowany tu stan rzeczy, ale w dalszej perspektywie taka patologiczna struktura zarobków może doprowadzić chociażby do bankructwa systemu ubezpieczeń społecznych i fali nędzy. Po pierwsze, niskie płace, zwłaszcza w warunkach „uśmieciowienia” rynku pracy, oznaczają niskie wpływy do ZUS. Po drugie i ważniejsze – te 2/3 pracowników zarabiających poniżej średniej za jakiś czas przejdzie na emerytury – i wolę nawet nie myśleć o groszach, które dostaną (zakładając optymistycznie, że w ogóle jakieś emerytury będą). Oznacza to także, że mamy chorą strukturę PKB, którego owoce są konsumowane przez stosunkowo wąską grupę społeczną, nie wspominając już o firmach maksymalizujących zyski kosztem zatrudnianej taniej siły roboczej (i unikających zarazem opodatkowania). Jeżeli nie zmierzymy się z tym problemem teraz – podnosząc sukcesywnie i w odczuwalny sposób płacę minimalną, stawkę godzinową i eliminując umowy śmieciowe - to wkrótce okaże się, że nasz dynamiczny wzrost PKB „na papierze”, sprowadził się w ostatecznym rozrachunku do wyhodowania nędzy na niespotykaną skalę. Na zakończenie – podczas prezentowania założeń budżetowych na 2018 r. wicepremier Morawiecki powiedział: „społeczeństwo nie umawiało się z państwem w '89 roku, że stworzy system, w którym będzie dużo dla niewielu i bardzo niewiele dla prawie wszystkich”. Trzymam za słowo, bo tak dalej być nie może.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 48 (01-07.12.2017)