Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolonizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolonizacja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 czerwca 2018

Dekoncentracja – kolejne podejście?

Albo zerwiemy ze statusem medialnej kolonii, albo kolejnym rządom pozostaną bezsilne złorzeczenia na dominację zagranicznego kapitału.

Piotr Zaremba w „Dzienniku Gazecie Prawnej” (powołując się na „bliskiego współpracownika” Jarosława Kaczyńskiego) podał, iż w PiS powrócił temat dekoncentracji mediów. Stosowna ustawa miałaby zostać uchwalona jeszcze jesienią tego roku – co oznacza, że wpisałaby się w kampanię samorządową. Jarosław Kaczyński dał ponoć wstępnie „zielone światło”, prace nad projektem trwają w MKiDN i wszyscy tylko czekają na ostateczny sygnał od prezesa. Oczywiście, działające na naszym rynku podmioty z zagranicznym kapitałem zareagowały na to doniesienie tradycyjnym alarmem spod znaku „autorytarna władza chce zdusić medialną krytykę i wolność prasy”. Warto tu nadmienić, iż owa „wolność” tak naprawdę sprowadza się do uczestnictwa w politycznej dywersji obliczonej na wewnętrzną destabilizację Polski, w czym osobliwą gorliwość wykazują ośrodki niemieckie, nawet niespecjalnie ukrywające, że mają na celu obalenie obecnego rządu - skrajnie niewygodnego dla ich mocodawców - i przywrócenie status quo sprzed 2015 r. Ot, taka agentura wpływu masowego rażenia.

Informacje „DGP” stanowczo zdementowała rzeczniczka PiS Beata Mazurek, twierdząc, iż jest to „fake news” i generalnie nie ma tematu. W podobnym duchu wtórował jej marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Cóż, tego typu doniesień mieliśmy okazję wysłuchiwać od 2015 r. wielokrotnie i każdorazowo przebiegały one w rytmie: repolonizacja mediów jest naszym priorytetem - już, już zaraz ruszymy – mamy kilka wariantów ustawy - jednak nie, sytuacja się skomplikowała – generalnie jesteśmy za, ale moment jest nieodpowiedni – i nieodmienny finał: odkładamy projekt do zamrażarki. Jeszcze na początku tego roku premier Morawiecki deklarował, że „nie ma pośpiechu”, a z kręgów rządowych szły sygnały, że nie będziemy otwierać „nowego frontu” w napiętych relacjach z zagranicą. Tymczasem niedawno tenże premier Morawiecki grzmiał we Wrocławiu, że 80 proc. mediów jest w rękach politycznych przeciwników rządu, a prasa regionalna znajduje się w 95 proc. pod kontrolą zagranicznych koncernów.

Czyżby zatem przestawienie wajchy? Niekoniecznie. Gołym okiem widać, że ścierają się dwie wzajemnie blokujące się frakcje - „jastrzębi” i „gołębi”. Pierwsi faktycznie chcieliby utrącić dominującą pozycję zagranicznego kapitału na medialnym rynku, drudzy zaś uprawiają swoisty „kult świętego spokoju” pokrywany zaklęciami o politycznej racjonalności – bo spór z Komisją Europejską o sądownictwo, bo Polska po nowelizacji ustawy o IPN ma i tak wystarczająco złą prasę na świecie, bo trwają negocjacje budżetowe z Brukselą...

Tymczasem sytuacja jest, wbrew pozorom, dość prosta. Nad kwestią „dekoncentracji”, „repolonizacji” czy jak to zwał, wiszą dwa zagrożenia - z czego jedno jest fikcyjne, drugie zaś realne. Zagrożeniem fikcyjnym jest obawa, że ustawa dekoncentracyjna pogorszy naszą sytuację przetargową w sporze z Unią Europejską. Warto przyjąć do wiadomości, że Bruksela będzie zwalczała wszelkimi możliwymi metodami obecny rząd bez względu na to, co ten zrobi lub czego nie zrobi. Te wszystkie trybunały konstytucyjne, niezależność sądownictwa czy właśnie rynek medialny – to jedynie preteksty. W optyce eurokratów PiS jest „ciałem obcym” - „nieliberalnym” ugrupowaniem, które należy zwalczać bez względu na wszystko. Warunkiem względnego spokoju byłaby tylko stuprocentowa kapitulacja, sprowadzająca się do uznania przez Polskę swojego kolonialnego statusu – politycznego, gospodarczego oraz ideologicznego. Tak więc histeryczną reakcję Brukseli trzeba z góry wliczyć w koszty i robić swoje.

Drugie zagrożenie, realne, to kwestia umów o wzajemnym popieraniu inwestycji (BIT), jakie łączą nas z kilkudziesięcioma państwami – w tym z krajami macierzystymi zagranicznych medialnych potentatów. W umowy te wmontowany jest mechanizm ISDS pozwalający inwestorowi pozywać państwo-gospodarza przed międzynarodowy arbitraż i domagać się odszkodowań np. z tytułu wywłaszczenia (w tym również „wywłaszczenia z zysków”). Skutkiem powyższych umów jest chociażby tzw. „efekt mrożący” („chilling effect”) - państwo celowo wstrzymuje się od posunięć mogących narazić je na straty finansowe. W przypadku korowodów wokół dekoncentracji najprawdopodobniej obserwujemy właśnie to zjawisko. Pytanie, czy nie warto ponieść ryzyka procesu, tym bardziej, że nie jesteśmy tak całkiem bez argumentów – począwszy od powołania się na zapisy dekoncentracyjne obowiązujące w innych krajach UE, po wykazanie, że rzekome „wywłaszczenie z zysków” nie ma pokrycia w „zyskowności” wykazywanej na potrzeby zeznań podatkowych CIT. Jeżeli TVN wykazuje niemal co roku straty, a np. Ringier Axel Springer Polska przy dochodzie 13 269 315 zł. „wypracował” 170 306 zł. podstawy opodatkowania i w związku z tym zapłacił... 32 358 zł. CIT (dane Min Fin) – to o jakim „wywłaszczeniu z zysków” tu mówimy?

Jedno jest pewne - albo zerwiemy ze statusem medialnej kolonii, albo kolejnym rządom pozostaną bezsilne złorzeczenia na dominację zagranicznego kapitału.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ech, ta repolonizacja...


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 23 (15-21.06.2018)

niedziela, 24 września 2017

Koniec bantustanu?

Inwestorzy będą musieli przyzwyczaić się do myśli, że nie jesteśmy już europejskim bantustanem wyznaczonym do roli jednego z obszarów kolonialnej eksploatacji.

No, może tak dobrze jak w tytułowym pytaniu jeszcze nie będzie, ale zaczynamy pomału wykonywać kroki zmierzające do poprawy statusu Polski w globalnym łańcuszku ekonomicznych zależności. Krytykowałem na tych łamach wicepremiera Morawieckiego m.in. za księżycowy „plan” czy za „strategiczną inwestycję” Mercedesa w Jaworze, którą sami sfinansujemy – więc dla odmiany teraz go pochwalę. Otóż Polska wreszcie na serio zabiera się za wypowiadanie umów typu BIT's (Bilateral Investment Treaties). Owe umowy o wzajemnym popieraniu inwestycji łączące nas z 60. państwami oznaczają ni mniej ni więcej, tylko uprzywilejowany status zagranicznych firm inwestujących w danym kraju i są patologiczną, neokolonialną praktyką dość rozpowszechnioną we współczesnym świecie. Pierwotnie chodziło o zabezpieczenie podmiotów gospodarczych działających w krajach niestabilnych, bądź mających problemy z korupcją czy niezależnością sądownictwa. BIT'sy okazały się jednak na tyle wygodne dla ponadnarodowych korporacji, że wkrótce zrobiły światową karierę, stając się nieodłączną częścią międzynarodowej wymiany gospodarczej. W Polsce apogeum zawierania tego typu umów przypadał na okres transformacji, kiedy to wszelkimi sposobami próbowaliśmy ściągnąć do siebie zagraniczne inwestycje.

Podstawową kontrowersją dotyczącą BIT jest mechanizm ISDS (Investor-to-State Dispute Settlement) pozwalający zagranicznej firmie pozwać rząd państwa w którym funkcjonuje przed międzynarodowy arbitraż – przy czym na ogół przedmiot pozwu, jak i jego wysokość nie są obwarowane żadnymi ograniczeniami. Jednym z ulubionych powodów takich procesów jest tzw. wywłaszczenie z zysków. Koncern uznaje np. że zmiany w prawie pozbawiają go części zakładanych korzyści – więc pozywa państwo-gospodarza (za podniesienie płacy minimalnej, za obostrzenia związane z ochroną środowiska, za regulacje dotyczące praw pracowniczych – słowem, za cokolwiek), przy czym postępowanie przed trybunałem arbitrażowym jest nader kosztowne, zagrożone odszkodowaniem liczonym często w setkach milionów dolarów, proces toczy się za zamkniętymi drzwiami, zaś od wyroku nie ma odwołania. Skutkuje to, szczególnie w przypadku uboższych państw, tzw. chilling effect (efektem zamrożenia) – rząd w obawie przed procesem rezygnuje często z wprowadzenia rozwiązań korzystnych dla obywateli, lecz mogących się odbić na zyskach zagranicznych potentatów. Przykładowo, w 2008 r. Polska musiała zapłacić 20 mln. dolarów koncernowi Cargill za wprowadzenie przepisów ograniczających produkcję izoglukozy, ponieważ kwoty produkcyjne były poniżej możliwości wytwórczych wrocławskiej fabryki koncernu. Warto też przypomnieć, że pozwami na bazie BIT groziły nam banki w przypadku ustawowego przewalutowania tzw. kredytów frankowych. Obecnie Polska ma 11 takich procesów na łączną kwotę 10 mld zł.

Jak łatwo zauważyć, taki system w praktyce wyjmuje obcy kapitał spod miejscowej jurysdykcji – co z kolei przekłada się na uprzywilejowaną pozycję podmiotów zagranicznych względem przedsiębiorców krajowych i uderza w fundament konkurencji, jakim jest równość rynkowych graczy wobec prawa. Zauważmy też, że „inwestor” przed arbitrażem nie może przegrać, co najwyżej nie wygra, natomiast państwo – odwrotnie, może liczyć jedynie na oddalenie pozwu. Potrzebę rewizji BIT'sów rząd sygnalizował już w lutym 2016 r., teraz przechodzi od słów do czynów – na pierwszy ogień pójdą umowy łączące nas z krajami UE, mamy tu bowiem podkładkę w postaci zaleceń Komisji Europejskiej, która podważa zgodność BIT's z prawem UE. Za obopólną zgodą rozwiązane zostaną umowy z Danią, Czechami, Estonią, Łotwą i Rumunią, natomiast jednostronnie wypowiemy umowę Portugalii, która nie zgadza się na jej wygaszenie. Wcześniej z własnej inicjatywy BIT wypowiedziały Włochy, generalnie rezygnujące z tego typu umów z państwami UE, a także Indie również odchodzące od BIT'sów.

Łatwo jednak nie będzie, bowiem państwa najbardziej zainteresowane naszym rynkiem nie chcą pozbawiać swoich firm tak poręcznego narzędzia nacisku – mówimy tu chociażby o Niemczech, Francji, czy Holandii. Trzeba też nadmienić, że w przypadku jednostronnego wypowiedzenia umowy nadal przez pewien czas (np. 10-20 lat) obowiązywać będą tzw. „sunset clauses”, czyli przepisy przejściowe wciąż pozwalające na ochronę inwestycji. Rozpoczęcie tego procesu jest jednak koniecznością, jeśli chcemy odzyskać elementarną swobodę manewru w relacjach z międzynarodowym kapitałem i np. efektywnie ściągać z niego podatki – zwłaszcza w odniesieniu do państw z którymi mamy rażąco negatywny bilans inwestycyjny. Miejmy też nadzieję, że stopniowo przyjdzie pora na wypowiadanie BIT'sów z krajami spoza UE. Polska nie przestanie przez to być atrakcyjnym rynkiem, ci którzy mają zainwestować i tak to zrobią, tyle że w cywilizowany sposób – po prostu będą musieli przyzwyczaić się do myśli, że nie jesteśmy już europejskim bantustanem wyznaczonym w globalnej rozgrywce do roli jednego z obszarów kolonialnej eksploatacji.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Koniec z BIT's? Nareszcie!

ISDS, czyli korpo-dyktat


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 38 (22-28.09.2017)

piątek, 3 czerwca 2016

Polska jak Meksyk?

Meksyk przynależność do NAFTA przypłacił ruiną rolnictwa, zubożeniem ludności, pozycją rynku zbytu i rezerwuaru siły roboczej. Czy naprawdę tego chcemy?

Ponieważ umowa TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership - Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji) nieodmiennie pozostaje na marginesie publicznej debaty w Polsce – i to pomimo tego, że negocjacje mają się zakończyć planowo do końca bieżącego roku – pozwolę sobie poruszyć po raz kolejny ten temat, ze szczególnym uwzględnieniem potencjalnych konsekwencji układu dla Polski. Jak nadmieniłem w niedawnym felietonie dla „Gazety Finansowej” („TTIP – nikt nie chce, wszyscy przyjmą?”) Europa nie stanowi jednolitej, zbalansowanej przestrzeni gospodarczej. Obok państw wysoko rozwiniętych, takich jak Niemcy, Wlk. Brytania czy Francja, mamy również zbankrutowaną Grecję, oraz konglomerat krajów postkomunistycznych takich jak Polska, których gospodarki zostały w znacznej mierze skolonizowane przez silniejszych graczy, ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec, pełniąc w europejskim obiegu rolę rynków zbytu, dostarczycieli taniej siły roboczej i podwykonawców dla zachodnich koncernów. Jak łatwo zatem zauważyć, to co dla wielkich może być korzystne, dla małych stanie się zabójcze. O ile więc nie dziwi poparcie dla TTIP ze strony Berlina (kanclerz Angela Merkel jest bodaj najbardziej zagorzałym zwolennikiem umowy, a niemieckie koncerny motoryzacyjne liczą na wejście szerokim frontem na rynek amerykański), o tyle podobny entuzjazm ze strony polskiego rządu, którego najgłośniejszym wyrazicielem jest minister Morawiecki, ociera się o jakieś perwersyjne skłonności samobójcze. Innymi słowy, do przemocy ekonomicznej ze strony podmiotów unijnych dołożymy sobie podobną przemoc ze strony gigantów amerykańskich.

Warto powyższe zilustrować przykładem Meksyku i konsekwencji obecności tego kraju w NAFTA. Po pierwsze dlatego, że NAFTA (North American Free Trade Agreement - Północnoamerykańska Strefa Wolnego Handlu) stała się protoplastą kolejnych tego typu umów; po drugie natomiast dlatego, że uczciwszy proporcje, Meksyk w stosunku do USA jest ubogim krewnym, krajem wciąż w znacznej mierze rolniczym – podobnie jak Polska. Otóż, umowę NAFTA pomiędzy USA, Kanadą i Meksykiem podpisano 31.12.1992 r., w życie weszła zaś 1.01.1994 r. W kalkulacjach meksykańskich decydentów układ miał stać się dźwignią dla miejscowej gospodarki, otworzyć nowe możliwości itd. (tu kłania się podejście wspomnianego wyżej min. Mateusza Morawieckiego przekonującego o korzyściach płynących z otwarcia amerykańskiego rynku dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw). Stało się inaczej, a pierwszy cios został wymierzony w meksykańskie rolnictwo (w znacznej mierze rozdrobnione – znów, podobnie jak w Polsce). Amerykańskie wielkie koncerny rolno-spożywcze, na dodatek dotowane przez rząd USA w skali na jaką Meksyk nie mógł sobie pozwolić (to tyle, jeśli chodzi o mit „wolnej konkurencji”, interwencjonizm w Stanach ma się świetnie) wpadły na rynek południowego sąsiada niczym tornado. W efekcie, tylko do 2002 r. pracę w rolnictwie straciło 1,3 mln Meksykanów (spadek zatrudnienia o 16%). Współgra to z ostrzeżeniami artykułowanymi jeszcze w listopadzie 2015 r. przez min. rolnictwa Krzysztofa Jurgiela. Może dobrze byłoby, gdyby znów zaczął przypominać o tym zagrożeniu na forum publicznym, bo od tamtej pory jakoś dziwnie zamilkł.

Dalsze kilkaset tysięcy miejsc pracy stracił meksykański przemysł, nie wytrzymując konkurencji z bogatszym sąsiadem. Coś jednak się rozwinęło. Co? Ano, przygraniczne i wolnocłowe ośrodki przemysłowe, tzw. „maquiladoras”, w których ulokowane są zakłady-podwykonawcy dla przemysłu amerykańskiego, co jako żywo przypomina nasze „specjalne strefy ekonomiczne” z licznymi ulgami i siłą roboczą zatrudnianą za najniższe stawki. W „maquiladoras” powstało 3 tys. zakładów zatrudniających w 2001 r. 1,3 mln pracowników (wzrost w porównaniu z 1992 r. o 800 tys.), przy czym podkreślić należy, że nie nastąpiło stopniowe wyrównywanie płac – stawki pozostawały na poziomie 10 razy niższym, niż w USA. Oczywiście – tu znów piję do min. Morawieckiego – nie nastąpiła również inwazja meksykańskiego sektora MiSP na amerykański rynek i to pomimo tego, że kraj ten leży bliżej Stanów Zjednoczonych, niż Polska...

Kolejnym efektem jest niekorzystny bilans obrotów handlowych. Z jednej strony po 10 latach obowiązywania układu na kraje NAFTA przypadało aż 35% eksportu USA, z drugiej aż 60% meksykańskiego eksportu pochodziło z „maquiladoras” - czyli w istocie był to re-eksport amerykańskiego przemysłu z meksykańskich stref wolnocłowych.

Swoistą zemstą Meksyku stała się natomiast masowa, wielomilionowa migracja zubożałej ludności do USA. Wyzuty z własności rolnik lub robotnik z głodową pensją miał w zasadzie do wyboru – wstąpić do narkotykowego gangu, pracować niczym w obozie pracy w „maquiladoras”, lub przedostać się przez granicę. Podsumowując, Meksyk przynależność do NAFTA przypłacił ruiną rolnictwa, zubożeniem ludności, pozycją rynku zbytu i rezerwuaru siły roboczej, oraz drenażem migracyjnym. Czy naprawdę tego chcemy?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

TTIP – nikt nie chce, wszyscy przyjmą?

Precz z TTIP i berlińsko-brukselskim dyktatem!

TTIP – kolejna odsłona kolonizacji?

ISDS, czyli korpo-dyktat

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3825-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 21 (20-26.05.2016)

sobota, 9 kwietnia 2016

Ziemia – zasób ograniczony

1 proc. przedsiębiorstw kontroluje już 20 proc. użytków rolnych w Europie, zaś w rękach 3 proc. przedsiębiorstw pozostaje aż 50 proc. gruntów.

Rządowy pakiet rozwiązań mających na celu ograniczenie możliwości wykupu gruntów rolnych przez obcokrajowców jak na razie powstaje w legislacyjnych mękach, dodatkowo pod ostrzałem mediów, straszących „nową pańszczyzną” i „przypisaniem chłopa do ziemi”. Póki co trudno więc oceniać go całościowo, niemniej warto zwrócić uwagę na wycofanie się z pierwotnych ograniczeń dotyczących dziedziczenia (wobec osoby bliskiej dziedziczącej ziemię, a nie prowadzącej działalności rolniczej Agencja Nieruchomości Rolnych miałaby prawo odkupu) – i chyba dobrze, bo to byłaby już zbyt daleko idąca ingerencja w prawo własności. Inne propozycje w rodzaju obowiązku osobistego prowadzenia gospodarstwa przez co najmniej 10 lat, górnego limitu powierzchni posiadanych gruntów w wys. 300 ha, czy różne ułatwienia dla ANR co do pierwokupu i wykupu ziemi – nie odbiegają zasadniczo od rozwiązań przyjętych w różnych krajach UE.

Przykładowo, w Danii nabywca ziemi musi pozbyć się nieruchomości rolnych w innych krajach, osiedlić się na miejscu i – jeśli kupuje grunty powyżej 30 ha – zdać specjalne egzaminy oraz prowadzić samodzielnie gospodarstwo. We Francji z kolei wymóg osobistego użytkowania gospodarstwa wynosi 15 lat, zaś obrót pozostaje pod nadzorem Stowarzyszenia Zagospodarowania Ziemi i Urządzania Obszarów Wiejskich dysponującego prawem pierwokupu, ponadto pierwszeństwo przy zakupie mają sąsiedzi sprzedającego. W Hiszpanii nabywca musi zamieszkiwać w tej samej, bądź sąsiedniej gminie, powinien też uzyskiwać przynajmniej 50 proc. swych dochodów z działalności rolniczej... i tak dalej – jeśli spojrzymy na kraje Europy Zachodniej, to niemal w każdym z nich obowiązują regulacje zbliżone do proponowanych obecnie przez PiS i jakoś nikt nie podnosi rabanu, że to „przywiązanie do ziemi”.

Dzieje się tak dlatego, że ziemia jest towarem o znaczeniu strategicznym – jest to po prostu zabezpieczenie produkcji żywności w danym państwie. Rzecz nie do przecenienia czy to w przypadku kryzysu gospodarczego, czy napięć międzynarodowych, o wojnie już nie wspominając. Ziemia to także zasób o charakterze ograniczonym – nie sposób „wyprodukować” więcej ziemi (przyjmijmy, że holenderskie wydzierane morzu poldery to w ogólnej skali nieistotny margines). Gruntów rolnych nie da się „wykreować” z powietrza niczym pieniądza. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na dokument Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego (organu doradczego UE) pt. „Masowy wykup gruntów rolnych – dzwonek alarmowy dla Europy i zagrożenie dla rolnictwa rodzinnego” ze stycznia 2015 roku. EKES zwraca m.in. uwagę na patologiczną koncentrację gruntów w Europie. Okazuje się, że 1 proc. przedsiębiorstw kontroluje już 20 proc. użytków rolnych, zaś w rękach 3 proc. przedsiębiorstw pozostaje aż 50 proc. gruntów. Natomiast 80 proc. przedsiębiorstw rolnych dysponuje zaledwie 14,5 proc. ziemi rolnej. Związane jest to głównie z rozwojem wielkich koncernów rolniczych wypierających gospodarowanie tradycyjne. Szczególnie niepokojące rozmiary tendencja ta przybiera w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Wskutek masowego wykupu ziemi (tzw. „land grabbing”) w Rumunii już 10 proc. użytków rolnych znajduje się w rękach inwestorów spoza UE, natomiast od 20 do 30 proc. należy do przedsiębiorstw z innych krajów członkowskich Unii. Na Węgrzech na mocy niejawnych umów sprzedano „unijnym” inwestorom milion ha ziemi. W Polsce – często metodą „na słupa” - sprzedano zagranicznym podmiotom ok. 200 tys. hektarów.

Konsekwencją powyższego jest również patologizacja systemu subwencji w ramach Wspólnej Polityki Rolnej. Wraz z koncentracją ziemi następuje również koncentracja unijnych „dopłat”. Opinia EKES przytacza dane z 2009 r. wg których 2 proc. gospodarstw otrzymało 32 proc. płatności w ramach WPR, przy czym dotyczy to całej UE. W Bułgarii 2,8 proc. gospodarstw otrzymało 66,6 proc. wszystkich subwencji. Do tego dochodzi zagrożenie bezpieczeństwa żywnościowego. Większość produkcji rolnej w ramach wielkoobszarowych, przemysłowych gospodarstw zdominowanych przez zagraniczny kapitał jest następnie eksportowana do krajów pochodzenia inwestorów. Na rynek wewnętrzny trafia nieistotny odsetek produkcji. Mamy zatem (choć EKES wprost tego tak nie nazywa) do czynienia z mechanizmem kolonizacji. Inwestor wykupuje grunta, następnie wywozi płody rolne „do siebie”, tam je przetwarza i często sprzedaje produkt końcowy „państwu-kolonii”, które z tego wszystkiego nie ma literalnie nic. Zostaje finalnie z pozycją importera żywności, strukturą rolną zaburzoną przez wielkie monokultury, zniszczoną tkanką społeczno-kulturową obszarów wiejskich i zwiększonym bezrobociem, ponieważ rozwój upraw przemysłowych powoduje zmniejszenie zatrudnienia w rolnictwie i podrywa podstawy ekonomicznej egzystencji gospodarstw rodzinnych.

Miejmy nadzieję, że nowe przepisy zostaną wkrótce uchwalone, bo horyzont czasowy niebezpiecznie się skraca – okres przejściowy dotyczący ograniczeń obrotu ziemią upływa 1 maja 2016...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/ziemia-%E2%80%93-towar-strategiczny

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3591-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 12 (18-24.03.2016)

wtorek, 14 kwietnia 2015

EFTA – alternatywa dla Polski?

Realizacja planu Międzymorza jest niemożliwa w warunkach naszego członkostwa w zdominowanej przez Niemcy Unii Europejskiej.

I. Mitteleuropa wciąż aktualna

Jeżeli aspirujemy do budowania pozycji Polski na arenie międzynarodowej, jako państwa silnego, podmiotowego, zdolnego do prowadzenia samodzielnej polityki, a z czasem, może nawet regionalnego mocarstwa, musimy uzmysłowić sobie jedno – taka wizja stoi w fundamentalnej sprzeczności z interesami Niemiec, które realizują obecnie zmodyfikowaną wersję projektu Mitteleuropy. Projekt ów zakłada niemiecką dominację w regionie Europy Środkowo-Wschodniej – głównie gospodarczą i polityczną, ale też i militarną. Marionetkowe państwa regionu, wszechstronnie uzależnione od Niemiec, nie byłyby w stanie prowadzić jakiejkolwiek niezależnej egzystencji, stanowiąc zaplecze ekonomiczne dla niemieckiego mocarstwa. Krótko mówiąc, mielibyśmy do czynienia z koloniami, tyle że położonymi wygodnie, tuż pod bokiem.

Oczywiście, koncepcja ta realizowana jest dziś nieco innymi środkami, niż sto lat temu – wówczas usiłowano ją przeforsować za pomocą wojny, teraz stosuje się metody bardziej miękkie, jednak i od tej pokojowej ścieżki ku Mitteleuropie stosuje się wyjątki. Takim wyjątkiem jest wojna na Ukrainie, coraz bardziej bowiem skłaniam się ku przekonaniu, że jest to toczony rękoma Ukraińców i „zielonych ludzików” wydelegowanych z rosyjskiej armii konflikt na linii Berlin – Moskwa o zasięg stref wpływów. Innymi słowy, Niemcy walczą o wschodnią granicę Mitteleuropy, co ma zresztą swoje historyczne korzenie, jeśli przypomnimy sobie końcówkę I Wojny Światowej i traktat w Brześciu z 9 lutego 1918 roku zawarty m.in. pomiędzy Cesarstwem Niemieckim a Ukraińską Republiką Ludową, ustanawiający pierwsze państwo ukraińskie. Z tej perspektywy nie dziwi bezceremonialne odstawienie na bok przez cesarzową Angelę unijnych instytucji i w praktyce samodzielne układanie się z Putinem co do przyszłości Kijowa.

II. Pod skrzydłami hegemona

Obecna sytuacja jest poniekąd paradoksalna. Europejska integracja, która w założeniu miała powstrzymywać Niemcy przed powrotem na wielkomocarstwową drogę, stała się w miarę upływu lat i kolejnych form przybieranych przez Unię Europejską, doskonałym narzędziem niemieckiej hegemonizacji kontynentu. Początkowa dominacja gospodarcza została uzupełniona kierownictwem politycznym Niemiec, które najwyraźniej zaznacza się od czasu kryzysu strefy euro, kiedy to Niemcy ustami Sikorskiego zostały wezwane, by wzięły odpowiedzialność za Europę, czyli mówiąc wprost – przestały się samoograniczać. I Niemcy skwapliwie ów nieformalny mandat wykorzystały, oglądając się na unijne struktury tylko o tyle, o ile służą one ich interesom i oskarżając wszystkich kontestatorów takowego stanu rzeczy o brak europejskiej solidarności. Warto nadmienić, że wprowadzenie euro dało kosmiczny impuls rozwojowy niemieckiej gospodarce, napędzając produkcję i eksport, głównie kosztem słabszych gospodarek europejskich dla których wspólna waluta stała się w znaczniej mierze przyczyną stagnacji. To samo, co dla Niemiec działa prorozwojowo i stymuluje eksport, dla wielu innych krajów staje się hamulcem ręcznym, ograniczającym wzrost i poniekąd zmuszającym je do importu niemieckich towarów – jeśli trzeba, to na kredyt udzielony przez niemieckie instytucje finansowe. Czym to się kończy, widzieliśmy na przykładzie Grecji. Niegdyś opisując ekonomiczne realia kontynentu mówiło się, że Europa jest „strefą Deutsche Mark”, dziś powiedzieć można, że jest „strefą Deutsche Euro”. Tak oto wspólna waluta staje się instrumentem mocarstwowej supremacji.

Gospodarcze i polityczne kierownictwo może zostać wkrótce wzmocnione o trzeci filar, czyli europejskie siły zbrojne, który to postulat odgrzał niedawno na niemieckie zamówienie przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Entuzjazm z jakim propozycja została podchwycona w niemieckich kręgach politycznych mówi sam za siebie. Posypały się głosy, że armia jako atrybut państwa narodowego jest przeżytkiem (Norbert Roettgen, szef komisji spraw zagranicznych Bundestagu); że nie należy czekać na zgodę wszystkich 28 państw UE, lecz rozpocząć militarną integrację między poszczególnymi krajami (Hans-Peter Bartels z SPD, ekspert natowskiego zespołu opracowującego strategię „More Union in European Defence"); zaś inspektor wojsk lądowych Bundeswehry, generał Bruno Kasdorf uznał, że wymiana batalionów między Polską a Niemcami może stanowić zalążek europejskich sił zbrojnych. Toteż, może się wkrótce okazać, że do „ strefy Deutsche Euro” dołączy również obszar kontrolowany przez „euro-bundeswehrę”, co nawiasem mówiąc, również jest zgodne z założeniami Mitteleuropy, przewidującymi w państwach satelickich istnienie sił zbrojnych dopełniających potencjał niemieckiej metropolii.

III. Mitteleuropa czy Międzymorze?

Jak wynika z powyższego, Mitteleuropa jest częścią szerszej polityki niemieckiej dominacji. A gdzie jest w tym wszystkim Polska? Cóż, bilans naszej obecności w UE pod coraz bardziej ścisłym niemieckim protektoratem staje się powoli dość dyskusyjny. Według MSZ łączne korzyści z naszej przynależności do Unii zwiększają PKB o 0,7% rocznie. Z kolei, jak wyliczył Bartłomiej Radziejowski na łamach internetowego pisma „Nowa Konfederacja”, z Polski wyprowadza się rocznie od kilku do kilkunastu miliardów dolarów, zaś w samym 2013 roku wytransferowano z Polski dochody z inwestycji na sumę 82 mld zł, czyli 5% PKB. Do tego dodajmy systematyczne „wygaszanie” konkurencyjnych wobec Niemiec gałęzi przemysłu, traktowanie Polski jako rynku zbytu (25-30% naszych obrotów to wymiana towarowa z Niemcami) oraz rezerwuaru taniej siły roboczej – i otrzymamy obraz kraju kolonialnego. Wymienione tu uwarunkowania dopełnia rezygnacja z prowadzenia samodzielnej polityki pod wyraźnym naciskiem berlińskiej „centrali”.

Elity patriotyczne postulują powrót Polski do roli regionalnego zawodnika wagi ciężkiej i w tym kontekście wysuwane są propozycje powrotu do programu Międzymorza, łączącego nasz region, obecnie rozczłonkowany na słabe i podatne na obce wpływy kraje, w silny organizm zdolny przeciwstawić się zakusom zarówno Berlina jak i Moskwy. Owszem, jest to kierunek „słuszny i na czasie”, połączenie potencjałów państw od Bałtyku po Morze Czarne, a być może i Adriatyk, niewątpliwie dałoby efekt synergii. Należy sobie jednak jasno powiedzieć, że nie da się zbudować żadnego Międzymorza pod czyjąkolwiek zewnętrzną kuratelą – nikomu z „wielkich” nie jest ono na rękę. Rosja i Niemcy utraciłyby w ogromnym stopniu zdolność manewru polegającą na handlowaniu między sobą zakresem stref wpływów, wątpię również, czy Waszyngton byłby zadowolony mając w regionie taki twór zamiast luźnej grupy sojuszników, których atlantyckie awanse może rozgrywać wedle aktualnego zapotrzebowania. A już z całą pewnością realizacja koncepcji Międzymorza nie jest możliwa w warunkach urzeczywistniającej się Mitteleuropy i hegemonii Berlina. Te dwa kierunki znajdują się z oczywistych względów w fundamentalnym konflikcie.

Wniosek nasuwa się jeden – realizacja planu Międzymorza jest niemożliwa w warunkach naszego członkostwa w zdominowanej przez Niemcy Unii Europejskiej. Należy więc opracować strategię stopniowego „wygaszania” naszej obecności w UE. Musi być to scenariusz wyważony, bez czczej demagogii, rozpatrujący na każdym etapie wszystkie „za” i „przeciw”, bo gra idzie tu o przetrwanie. Wszak członkostwo, poza wszystkim innym, miało dla nas stanowić polisę ubezpieczeniową.

I tu pojawia się wspomniana w tytule EFTA, czyli Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu. W tej chwili należą do niego cztery kraje – Norwegia, Szwajcaria, Liechtenstein oraz Islandia. EFTA od 1977 współtworzy wspólnie z EWG, protoplastą UE, Europejski Obszar Gospodarczy. A zatem, zmieniając Unię na EFTA, zachowalibyśmy korzyści płynące z wymiany handlowej, pozbywając się za to całej brukselskiej, sterowanej z Berlina polityczno-urzędniczo-ideologicznej „czapy” wraz z dyrektywami, nakazami, zakazami, polityką klimatyczną itd. Od strony militarnej, pozostalibyśmy członkiem NATO, co jest warunkiem koniecznym w obliczu rosyjskiego imperializmu, nie możemy zapominać w którym miejscu mapy się znajdujemy. Oczywiście, utracilibyśmy euro-fundusze, jednak najtłustsze lata i tak za chwilę miną, poza tym warto pokusić się o kompleksową analizę ich rzeczywistego wpływu na naszą gospodarkę. Zyskalibyśmy za to większą swobodę kreowania własnej polityki i z pewnością bylibyśmy obserwowani przez inne kraje regionu, dla których powodzenie tego eksperymentu mogłoby stanowić wzór do naśladowania. Idealnym wyjściem byłoby opuszczenie UE w większej grupie – choćby z krajami nadbałtyckimi, które już oglądają się na Skandynawię, a Litwa kupuje norweski gaz. Ryzykowne? Bardzo, lecz jeśli chcemy pozycji lidera, jeśli Międzymorze ma oblec się w ciało, a nie pozostać czczą gadaniną dla poprawienia sobie samopoczucia, na coś trzeba się zdecydować. Albo Międzymorze, albo kolonizacja, innej drogi nie ma.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/euro-bundeswehra-niemiecka-hegemonia-w-europie#.VS1SC_BvAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 12-13 (30.03-12.04.2015)

czwartek, 12 marca 2015

Drenaż kolonialny

Jak tu nie mówić, że Polska to bogaty kraj? Które jeszcze państwo stać na płacenie innym hojną ręką takiej „dywidendy”?

Polska to jednak bogaty kraj – tak przynajmniej wynika z danych dotyczących drenowania finansowego naszej gospodarki przez międzynarodowe koncerny. Okazuje się, że jesteśmy źródłem gigantycznych zysków (funkcjonuje nawet pojęcie - „kraj źródła”) wyprowadzanych następnie „prawem i lewem” za granicę. Innymi słowy, stanowimy jeden z najobfitszych wodopojów, z którego skwapliwie czerpią światowi potentaci dojąc nasz kraj na skalę sytuującą nas pod tym względem w światowej czołówce. Warto się temu procederowi przyjrzeć bliżej, bowiem tkwi tu przynajmniej część odpowiedzi na pytanie o systemowe niedomogi trapiące polską gospodarkę pogrążoną w permanentnym marazmie.

Zerknijmy zatem. Opublikowany w grudniu 2013 roku raport pozarządowej organizacji Global Financial Integrity (GFI) ukazuje rozmiar nielegalnych transferów kapitału w latach 2002 – 2011. Polska wedle tego zestawienia plasowała się na 18 pozycji w świecie (w Europie – na 3 miejscu, za Rosją i Białorusią a przed Serbią). Łącznie wytransferowano z Polski 49,39 mld USD, co daje średnią roczną 4,939 mld USD. Z kolei o rok późniejszy raport tej samej instytucji („Illicit Financial Flows from Developing Countries: 2003-2012”), umieszcza nas oczko wyżej - na 17 lokacie spośród 145 badanych państw. W tym drugim zestawieniu średni roczny odpływ kapitału to już 5,312 mld USD, ogółem – 53,124 mld USD. Widzimy więc, że tendencja jest wzrostowa. Jak to wyglądało w kolejnych latach? 2002 – 1,110 mld USD; 2003 – 1,961, 2004 – 0,421, 2005 – 0, 787, 2006 – 0 (!); 2007 – 3,302; 2008 – 12,161; 2009 – 10,045; 2010 – 10,462, 2011 – 9,918, 2012 – 4,067. Swoją drogą, warto zwrócić uwagę na tytuł raportu i frazę „developing countries” - z perspektywy globalnej traktowani jesteśmy jako „kraj rozwijający się”, co w tłumaczeniu z języka politycznej poprawności na normalny oznacza usytuowanie Polski wśród rozmaitych bantustanów eksploatowanych przez wiodących graczy.

Przeglądając przytoczone powyżej dane można również zauważyć pewną prawidłowość. Otóż, o ile przed wejściem Polski do Unii Europejskiej (1.05.2004) i za rządów Prawa i Sprawiedliwości (2005-2007) mocno podkreślających konieczność walki z patologiami, wyciekanie kapitału mieściło się w stosunkowo niewielkim przedziale, ze znamiennym rokiem 2006, kiedy to nie wyprowadzono z Polski zauważalnych kwot, o tyle skokowy wzrost nastąpił w latach późniejszych, czyli – mówiąc umownie – w epoce „zielonej wyspy” Donalda Tuska. Apogeum miało miejsce w roku 2008 i trzech kolejnych latach, zupełnie, jakby ktoś chciał sobie odbić przymusową wstrzemięźliwość we wcześniejszym okresie.

Jak widać, „eksportowaliśmy” wtedy za granicę nie tylko tanią siłę roboczą pracującą na dobrobyt innych krajów, lecz wspomagaliśmy je również konkretnymi kwotami żywej gotówki. Jeśli do powyższego dodamy, iż był to czas rekordowego zadłużania Polski przez „sztukmistrza z Londynu” - Jana Vincenta Rostowskiego, za którego rządów w ministerstwie finansów nasz dług publiczny zaczął oscylować w okolicach biliona złotych (szacunkowo, bo wskutek księgowych sztuczek nikt nie wie, ile tego jest naprawdę), to otrzymamy obraz galopującej kolonizacji ekonomicznej Polski. Mam zresztą swoją spiskową teorię, że minister Rostowski został tu nasłany w celu przypilnowania interesów międzynarodowej finansjery – i temu służyć miało zarówno spoglądanie przez palce na wyprowadzane z Polski rok po roku ciężkie miliardy, jak i pompowanie naszego zadłużenia sprawiające, że siedzimy obecnie w kieszeniach globalnych spekulantów, a warto zdawać sobie sprawę, że w ciągu kilku lat rząd PO zadłużył Polskę na niemal drugie tyle, co wszystkie poprzednie rządy po 1989 roku razem wzięte.

W kontekście powyższego chcę przywołać tu znakomity tekst Bartłomieja Radziejewskiego zamieszczony w internetowym czasopiśmie „Nowa Konfederacja” - „Renta neokolonialna, czyli ile jeszcze Polak zapłaci”. Autor bazując na bilansie płatniczym NBP stwierdza, iż tylko z pozycji „saldo błędów i opuszczeń” wynika, że z Polski od 2008 w niewiadomy sposób znika rocznie w przeliczeniu z USD od 26 do 31 mld zł, przy czym, podobnie jak w raporcie GFI, skokowy wzrost następuje od 2008 roku – (-12, 312 mld USD w 2008 przy -2,791 w 2007 – proszę porównać te kwoty z danymi GFI, są dość zbliżone). W 2008 roku wybuchł kryzys i gospodarcze „metropolie” zintensyfikowały drenaż „peryferii” takich jak Polska. Lecz to nie wszystko. W latach 2004–2013 wyprowadzono za granicę dochody z inwestycji na łączną kwotę 144 mld euro, natomiast w 2013 wypłynęło z Polski w przeliczeniu 82 mld zł, czyli 5% PKB, co w sumie stawia pod znakiem zapytania ekonomiczną opłacalność naszej przynależności do Unii Europejskiej – wg MSZ korzyści z obecności w UE zwiększają PKB o 0,7% rocznie. Tu 5% w plecy, tam 0,7% rekompensaty – to ci interes...

Zatem – wracając do wstępu niniejszego tekstu - jak tu nie mówić, że Polska to bogaty kraj? Które jeszcze państwo stać na płacenie innym hojną ręką takiej „dywidendy”?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł (pod tytułem „Siedzimy w kieszeniach globalnych spekulantów”) opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 10 (06-12.03.2015)

piątek, 6 marca 2015

ISDS, czyli korpo-dyktat

ISDS to zakamuflowany szantaż za pomocą którego ponadnarodowe firmy trzymają państwa na krótkiej smyczy.

 

Pozwolę sobie dziś pociągnąć nieco temat z poprzedniego tygodnia, czyli sprawę negocjowanego między USA oraz UE Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP), a konkretnie jednego wątku, który uprzednio jedynie zasygnalizowałem. Chodzi o mechanizm ISDS (Investor-to-State Dispute Settlement), mający być w założeniach integralnym elementem umowy. Na czym on polega? Jest to system arbitrażowy funkcjonujący na linii inwestor-państwo w ramach dwustronnych umów o ochronie inwestycji (Bilateral Investment Treaties - BITs). Jego istotą jest wyjęcie zagranicznych inwestorów spod miejscowej jurysdykcji i przekazanie ewentualnych sporów pod rozstrzygnięcie prywatnego quasi-sądu – trybunału arbitrażowego. W praktyce system obsługują wyspecjalizowane kancelarie, zaś sam arbitraż bardziej przypomina skomplikowane negocjacje odszkodowawcze, niż klasyczny cywilnoprawny przewód sądowy. Co ciekawe, ci sami prawnicy w zależności od zlecenia mogą pełnić w różnych procesach zarówno rolę pełnomocników jak i sędziów. Jest to środowisko dość hermetyczne, wedle dostępnych informacji na 15 prawników przypada ok 55% toczących się obecnie postępowań.

Orzeczenia trybunałów arbitrażowych są ostateczne, nie przysługuje od nich odwołanie, zaś roszczenia inwestorów wobec państwa nie są ograniczone żadnym górnym pułapem. Co charakterystyczne i szczególnie bulwersujące – koncerny mogą pozywać państwo nie tyle za realne straty wynikłe z działalności jego organów, ile za utratę spodziewanych zysków, określanych zazwyczaj czysto subiektywnie. Innymi słowy, jest to zakamuflowany szantaż za pomocą którego ponadnarodowe firmy trzymają państwa na krótkiej smyczy, tak by te nie wprowadzały regulacji niekorzystnych z biznesowego punktu widzenia. Może to dotyczyć takich obszarów jak prawa pracownicze, ochrona zdrowia, środowiska naturalnego, normy techniczne bądź sanitarne itd. Pierwotnym założeniem dla tego typu rozwiązań było uniknięcie praktyk dyskryminacyjnych wobec zagranicznych podmiotów gospodarczych, szczególnie w państwach będących na bakier z praworządnością, jednak szybko doszło do systemowych wynaturzeń i dziś ISDS przyczynia się do uprzywilejowania potężnych międzynarodowych graczy kosztem przedsiębiorstw krajowych. Rodzima firma nie może pozwać państwa za ustanowienie określonych przepisów, zagraniczna – owszem. Sprzyjają temu dodatkowo celowo nieprecyzyjne i ogólne zapisy traktatów. Tyczy się to szczególnie państw słabszych ekonomicznie, ale nie tylko.

Polska BITs-y zawierała przede wszystkim na początku lat 90., chcąc zachęcić kapitał zagraniczny do inwestowania. W tej chwili nasz kraj jest stroną ponad 60 takich umów. Najgłośniejszym echem odbił się proces arbitrażowy, jaki wytoczyło Skarbowi Państwa Eureko BV w związku z prywatyzacją PZU, podczas którego holenderska firma żądała odszkodowania w wysokości 2,4 mld euro. Przykład ten, mimo ostatecznej ugody, pokazuje jakim batem na politykę gospodarczą i ustawodawstwo państw może być groźba uruchomienia mechanizmu ISDS. W tym kontekście mówi się wręcz o zjawisku „chilling effect”, czyli zamrażania zmian w prawodawstwie, lub powstrzymywaniu się organów państwa od działań, które mogłyby skutkować pozwami zagranicznych inwestorów.

Podam kilka najgłośniejszych przypadków obrazujących patologie ISDS. Kiedy władze kanadyjskiej prowincji Quebec wprowadziły na skutek referendum moratorium na szczelinowanie hydrauliczne, amerykańska firma Lone Pine Resources pozwała tamtejszy rząd o 250 mln dolarów kanadyjskich odszkodowania z tytułu utraconych zysków – na mocy umowy NAFTA zawierającej procedurę ISDS. Inna sprawa to pozew koncernu tytoniowego Philip Morris przeciw Australii, po tym jak wprowadzono tam przepisy antynikotynowe – paczki papierosów miały być jednolite, eksponować zdjęcia pokazujące skutki palenia, zaś markę papierosów i nazwę producenta umieszczono małą czcionką na dole opakowania. Koncern uznał, iż narusza to jego własność intelektualną. Kolejny przykład – szwedzki koncern energetyczny Vattenfall pozwał rząd Niemiec, kiedy ten ogłosił program wygaszania energetyki jądrowej. Z kolei kanadyjska firma pozwała Salwador na kwotę 325 mln USD za odmowę uruchomienia kopalni złota, gdyż groziło to zanieczyszczeniem wody. Gdy podczas kryzysu rząd Argentyny zamroził opłaty za energię i wodę, włoski koncern SAUR uzyskał 59 mln dolarów z tytułu utraconych zysków. Co ciekawe, rząd USA nie przegrał żadnego wytoczonego mu procesu arbitrażowego.

Jak widać, slogan „duży może więcej” nabiera wyjątkowo ponurego wydźwięku, tym bardziej, że korporacje mają w zwyczaju „ostrzegać” organa państwowe przed wdrażaniem niekorzystnych dla nich regulacji, co często prowadzi do ich poniechania – tak działa wspomniany „chilling effect” w praktyce. Zapytam retorycznie – pod czyim naciskiem Komisja Europejska upiera się przy włączeniu do umowy TTIP wynaturzonego rozwiązania, skazującego nominalnie suwerenne państwa na swoisty korpo-dyktat?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/ttip-%E2%80%93-kolejna-ods%C5%82ona-kolonizacji#.VPX0tI6NAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 9 (27.02-05.03.2015)

piątek, 27 lutego 2015

TTIP – kolejna odsłona kolonizacji?

Czy nastąpi kolejna odsłona neokolonialnej eksploatacji naszej peryferyjnej gospodarki?

Od 2013 roku toczą się negocjacje w sprawie powołania Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji. Nowa struktura ekonomiczna mająca obejmować USA i Unię Europejską rodzi się nieśpiesznie, w ciszy gabinetów, zaś informacje wyciekające na zewnątrz są nader oszczędne. W Polsce temat zdaje się nie obchodzić ani polityków, ani mediów, a co za tym idzie, społeczeństwo żyje w błogiej nieświadomości co do przyszłości jaką im gotują dyskretni urzędnicy wraz z korporacyjnymi lobbystami.

Transatlantic Trade and Investment Partnership (TTIP) ma na celu utworzenie strefy wolnego handlu między UE oraz USA i jak zwykle przy tego typu inicjatywach jeżeli już coś się mówi, to w propagandowym tonie świetlanych wizji dobrobytu, nowego impulsu dla rozwoju gospodarek, miejsc pracy itd. - tak przynajmniej przedstawia to na swych stronach polskie Ministerstwo Gospodarki (np. 2,5 mln nowych miejsc pracy, 119 mld euro rocznie dla gospodarki UE, otwarcie się USA na małą i średnią przedsiębiorczość – zwłaszcza to ostatnie jest dobre: jak niby drobny przedsiębiorca z Polski ma inwestować w USA bez zniesienia reżimu wizowego, bo tej akurat kwestii planowane partnerstwo nie obejmuje?). Jako żywo przypomina to obietnice przed akcesją do UE, kiedy to miał spłynąć na nas złoty deszcz unijnych pieniędzy rozwiązujących wszystkie problemy. Dziś okazuje się, że według wyliczeń Bartłomieja Radziejewskiego tylko w 2013 roku wytransferowano z Polski blisko 82 mld zł, co daje 5% PKB, zaś w latach 2004-2013 transfer dochodów z inwestycji za granicę wyniósł łącznie 144 mld euro.

Podobnie z TTIP - jeśli nieco poskrobać, okazuje się, że ministerstwo opiera się wyłącznie na danych Komisji Europejskiej bez żadnych własnych analiz, zaś lista zastrzeżeń co do negocjowanego porozumienia jest całkiem pokaźna i poważna. Powstaje chociażby pytanie, kto i wedle jakich kryteriów ustalał optymistyczne prognozy. Druga sprawa: mowa jest o szacunkach w skali całej UE – jaki kawałek z tortu tych spodziewanych korzyści przypadnie Polsce? Kolejna rzecz – rozmowy w imieniu wszystkich krajów prowadzi KE, bowiem zgodnie z Traktatem Lizbońskim do niej właśnie należy kształtowanie polityki handlowej Unii. Kraje członkowskie mogą jedynie przedkładać Komisji swoje stanowisko w poszczególnych kwestiach – w jakim zakresie zostanie ono uwzględnione podczas procesu negocjacyjnego pozostaje zagadką. Pytanie retoryczne – jeśli stanowisko Polski i Niemiec w danej sprawie będzie rozbieżne, to co weźmie pod uwagę unijny komisarz ds. handlu?

Porozumienie obejmować ma trzy główne filary: zniesienie ograniczeń w dostępie do rynków, stopniową likwidację barier pozataryfowych i regulacyjnych oraz wytyczenie nowych obszarów współpracy od wspomnianych małych i średnich przedsiębiorstw do liberalizacji rynków surowcowych i energetycznych. I tu pojawiają się kolejne kontrowersje, bowiem oznaczać to może np. otwarcie się europejskiego rynku dla amerykańskiej żywności zawierającej GMO i wytwarzanej według niższych standardów. Można się domyślać, co to będzie oznaczało dla naszego rolnictwa. Inny przykład, to zagrożenie dla sektora chemicznego. Taka Grupa Azoty bazująca na drogim rosyjskim gazie może nie wytrzymać konkurencji z amerykańskimi producentami nawozów korzystającymi z tańszego surowca.

No i wreszcie mechanizm ISDS, czyli rozstrzyganie sporów na linii inwestor-państwo poprzez arbitraż z pominięciem krajowego sądownictwa. Tu paradoksalnie może być lepiej, bo postulaty negocjacyjne KE są bardziej rygorystyczne od aktualnie obowiązującej umowy Polska-USA z 1990 r. Jednak sama zasada funkcjonowania ISDS jest niepokojąca, oznacza bowiem w praktyce wyłączenie wielkich koncernów spod miejscowej jurysdykcji. Wedle tego mechanizmu, korporacja może pozwać przed prywatny arbitraż lokalne władze, jeśli te np. wprowadziły regulacje skutkujące zmniejszeniem zysków. W efekcie, rządy poszczególnych krajów mogą – nawet ze szkodą własną i obywateli - rezygnować z ustanawiania praw za które mogłyby zostać pozwane. Oznacza to w praktyce samowolę inwestorów i gospodarcze ubezwłasnowolnienie państw w kluczowych obszarach.

Oczywiście, poza kwestiami czysto handlowymi, mamy tu do czynienia z gospodarczą geopolityką. Stany Zjednoczone dążą do utworzenia bloku w opozycji chociażby do Chin i Rosji. Rosyjskie media już mówią o powstaniu „gospodarczego NATO”, obawiając się wypchnięcia z Europy. Z naszego punktu widzenia najistotniejsze są jednak konkretne ustalenia traktatu i praktyka ich stosowania. Jeśli porozumienie okaże się bramą dla poszerzenia ekspansji międzynarodowych koncernów, to warto mieć świadomość, że kraje takie jak Polska i reszta państw naszego regionu będą w nowym układzie stanowiły najsłabsze ogniwo gospodarczego łańcucha pokarmowego – dokładnie tak, jak dzieje się to już obecnie w ramach Unii Europejskiej. Innymi słowy, nastąpi kolejna odsłona neokolonialnej eksploatacji naszej peryferyjnej gospodarki.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w „Gazecie Finansowej” nr 8/2015.

wtorek, 10 lutego 2015

Mentalna kolonizacja

Historia nie jest domeną nauki, tylko polityki i propagandy.

Przy okazji 70. rocznicy wyzwolenia Auschwitz po raz kolejny przećwiczyliśmy na własnej skórze efekty skutecznej polityki historycznej – rzecz jasna, nie naszej. A to w światowych mediach przewinęła się zbitka „polskie obozy koncentracyjne”, to znów jakiś austriacki szmatławiec domagał się od Polaków, by przyznali się wreszcie do współudziału w holocauście. Czy powinniśmy się dziwić i oburzać? Owszem, możemy, lecz reakcje tego typu są cokolwiek jałowe. Proszę zwrócić uwagę, że mimo wnoszonych protestów, w antypolskiej narracji zasadniczo nic się nie zmienia. Oprotestowana gazeta czy telewizja coś tam skoryguje w konkretnym materiale, po czym wszystko wraca do stanu poprzedniego, tzn. za kilka miesięcy znów pojawia się gdzieś wzmianka o „polskich obozach”, my protestujemy, oni przepraszają, albo i nie... i tak w koło Macieju.

Z czego to wynika? Ano z tego, że historia nie jest domeną nauki, tylko polityki i propagandy. Oczywiście, są historycy którzy posługując się naukowym warsztatem coś tam sobie dłubią na tych swoich uniwersytetach, tyle że w praktyce nie ma to większego znaczenia, bowiem efekty tej dłubaniny są starannie przesiewane przez gęste, polityczne sito. Ta skrupulatna procedura służy do wyselekcjonowania memów użytecznych z punktu widzenia odpowiednich centrów dyspozycyjnych, które to memy następnie są przeznaczane do masowej dystrybucji w kraju i za granicą. Dystrybucja obejmuje zarówno procesy edukacyjne, jak i szeroko zakrojoną propagandę medialną. Analiza wydalonej tym sposobem treści pozwala nam stwierdzić, czy mamy do czynienia z państwem suwerennym i podmiotowym, czy też bytem kolonialnym, realizującym obce, z reguły wrogie scenariusze.

Zatem, sytuacja jest następująca: mamy uniwersytet – fabrykę produkującą memy, które po stosownej selekcji przeznaczane są do wszczepiania w mózgownice poddawanych indoktrynacji mas społecznych. Człowiek, który owe memy przyswoi sobie w zadowalającym stopniu, otrzymuje stosowny certyfikat, taki jak dyplom wyższej uczelni - i od tej pory nazywany jest inteligentem. Natomiast inteligent snujący na bazie zaabsorbowanych memów jakieś własne dywagacje, po zatwierdzeniu przez czynniki wyższe staje się intelektualistą oraz „liderem opinii”. I tak to się kręci, Panie i Panowie.

Powyższe dotyczy zresztą nie tylko historii, ale całego spektrum nauk humanistycznych i swojego czasu mieliśmy na tej niwie, jako państwo, swoje sukcesy. Weźmy taki Sobór w Konstancji. Politolog Paweł Włodkowic podczas kolejnych kursokonferencji występuje z szeregiem pism w których definiuje wojny sprawiedliwe i niesprawiedliwe, kwestionuje prawo papieża i cesarza do dysponowania ziemiami pogan oraz ideę nawracania siłą - wszystko to w kontekście sporu z Zakonem Krzyżackim i polemiki z paszkwilem Jana Falkenberga. Innymi słowy, zaszczepił w polityczno-intelektualnym, tudzież propagandowym obiegu ówczesnej Europy memy wypracowane na Akademii Krakowskiej i służące naszym interesom. Tak się to powinno robić. Podobną drogą usiłował pójść śp. prezydent Lech Kaczyński, tu jednak na zebranie pozytywnych owoców polityki historycznej zabrakło czasu i co ważniejsze – siły wewnętrznej Polski, podgryzanej na różne sposoby przez neokolonialne elity. Za propagandą musi bowiem stać potęga państwa – dopiero wtedy brana jest pod uwagę, jak podczas wspomnianego Soboru, inaczej wywołuje jedynie irytację ościennych potencji.

Spójrzmy teraz jakie memy produkowane są w III RP i komu służą. Otóż memy te, określane niekiedy zbiorczym mianem „pedagogiki wstydu”, służą wszystkim, tylko nie nam. Mieliśmy bon-mot Bartoszewskiego o brzydkiej, nieposażnej pannie na wydaniu ustawiający nas w charakterze petenta podczas procesu akcesyjnego do struktur europejskich i obowiązujący po dziś dzień. Mieliśmy histerię wokół Jedwabnego i przeprosiny Aleksandra Kwaśniewskiego wzmocnione następnie słowami Bronisława Komorowskiego, iż „naród ofiar musiał uznać tę niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą”. Mamy fetowanie ponurych łgarstw J.T. Grossa oraz „Pokłosie” wyświetlane podczas specjalnych pokazów w polskich ambasadach, ostatnio zaś promowanie na rynkach międzynarodowych „Idy” zamiast chociażby „Miasta 44” Jana Komasy. O tchórzliwym pominięciu dzieci rotmistrza Pileckiego podczas obchodów w Auschwitz aż wstyd pisać.

Cóż z tego, że są wspaniali historycy pokroju profesorów Jana Żaryna czy Andrzeja Nowaka pracującego nad monumentalnymi „Dziejami Polski”. Ich memy są odsiewane przez system w pierwszej kolejności na rzecz memów służących kolonizatorom. Na „polski antysemityzm” zawsze znajdą się fundusze i moce przerobowe, podobnie jak na całą resztę importowanych wynalazków ułatwiających mentalną okupację Polaków. Krótko mówiąc – obecnie to nie my zaszczepiamy nasz przekaz światu, tylko świat zaszczepia swój przekaz nam. I dopóki nie staniemy na własnych nogach, ten stan rzeczy się nie zmieni.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 6 (06-12.02.2015)

czwartek, 22 stycznia 2015

Węgiel polityczny

Czy pozwoliliśmy się już ze szczętem zatomizować, czy jednak może stać nas jeszcze na solidarność?


Obecny atak rządu na polskie górnictwo należy rozpatrywać na kilku poziomach. Przede wszystkim warto zadać sobie pytanie, kto odniesie tu korzyść. Korzyści nie odniesie rzecz jasna Ewa Kopacz, której po prostu przedstawiono plan „restrukturyzacji” do zatwierdzenia i wykonania – ona wyznaczona jest do roli ofiary ponoszącej polityczne konsekwencje. Kto ów plan montował, możemy się domyślać analizując splot rozlicznych interesów zapętlonych wokół polskiej branży górniczej.

I. Lody na imporcie węgla

Z pewnością do beneficjentów należy lobby importerów węgla kamiennego – szczególnie z kierunku rosyjskiego. O jego sile świadczy chociażby afera taśmowa w której prócz służb miał maczać palce widniejący na liście 100 najbogatszych Polaków biznesmen Marek Falenta zajmujący się m.in. właśnie importem węgla i współwłaściciel bydgoskiej spółki Składywęgla.pl. Temu „tłustemu misiowi” władza chciała zrobić kuku i odwinął się tak zgrabnie, że mimo buńczucznych zapowiedzi „wyjaśnienia afery” rząd szybciutko schował dudy w miech, a rosyjski węgiel wciąż płynie przez nasze granice nieprzerwaną rzeką.

Jak wygląda mechanizm przekrętu? Otóż na granicy deklaruje się, że w transporcie znajduje się węgiel niskiej klasy, bądź tzw. niesort, czyli wymieszane różne rodzaje węgla – od miału, do grubego węgla wysokiej jakości. Nikt tego nie sprawdza, dzięki czemu wjeżdżający węgiel obciążany jest niższymi opłatami – cłem i podatkami. To powoduje, że importowany węgiel jest znacząco tańszy niż wynikałoby to z kosztów transportu i wydobycia w Rosji – a warto wiedzieć, że gros importowanego węgla pochodzi z syberyjskiego Kuzbasu, którego kopalnie oddalone są od Polski o ponad 4,5 tys kilometrów. Skalę procederu może obrazować fakt, że w Polsce działa ok 10 tys składów węgla na prowadzenie których nie trzeba żadnych zezwoleń czy koncesji, zaś według związkowców ok. 80% przetargów na węgiel dla instytucji budżetowych (decyduje kryterium ceny) wygrywają właśnie oferenci proponujący surowiec z importu.

Na powyższe nakłada się protekcjonistyczna polityka Rosji dotującej transport własnego węgla, co również wpływa na jego cenę. W efekcie jesteśmy zasypywani dumpingowym węglem z importu – tak się zdobywa rynek. W samym 2013 roku sprowadziliśmy do Polski 10,8 mln ton węgla, w tym ok. 7 mln ton z Rosji, podczas gdy na hałdach kopalnianych zalega od 7 do 8 mln ton surowca, którego nie ma jak sprzedać. Krajowe wydobycie to ogółem ok 76 mln ton rocznie, co oznacza, że import wynosi już ok 14% naszej produkcji!

II. Energetyczna kolonizacja

Kolejną siłą korzystającą na wygaszaniu polskiego górnictwa są Niemcy, którzy za pośrednictwem UE wmanipulowali nas, przy współpracy rządów Tuska i Kopacz w arcykosztowny pakiet klimatyczny. Przypomnę, że jeszcze rząd Tuska zobowiązał nas do redukcji emisji CO2 w latach 2013-2020 o 20% w stosunku do roku 2005, tymczasem Polska już do 2005 zredukowała emisję aż 31,9% (głównie na skutek upadku przemysłu), spełniając z wielokrotną nadwyżką wymagania protokołu z Kioto zobowiązujące nas do redukcji CO2 w latach 2008-2013 o 6%, przy czym rokiem bazowym był korzystny dla nas 1988. Tusk zgodził się na przesunięcie roku bazowego na 2005, czyli okres, kiedy to praktycznie nie mamy już z czego „schodzić”. Obecnie Kopacz wrobiła nas z kolei w poszerzenie udziału energii odnawialnej w latach 2020-2030. Wszystko to razem, mimo różnych okresów przejściowych, dotacji na modernizację i darmowych kwot CO2 spowoduje znaczący wzrost cen energii i w praktyce śmierć naszej energetyki węglowej, nie mówiąc już o utracie konkurencyjności polskiej gospodarki..

W powstałą próżnię wkroczą oczywiście Niemcy, czyli europejski lider pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych. To oni będą eksportować nam swoje „ekologiczne” technologie w efekcie czego Polska stanie się energetyczną kolonią – dokładnie na takiej samej zasadzie, jak obecnie jesteśmy uzależnieni od rosyjskiego gazu (i jak pokazałem wyżej – w coraz większym stopniu również węgla). Niemiecki eksport nabierze nowej dynamiki i zyska u nas kolejny intratny rynek zbytu, my zaś po staremu będziemy się w pocie czoła „dostosowywać” do wyśrubowanych eko-norm, by „dogonić Europę”. Górnictwo jest zatem kolejnym sektorem polskiego przemysłu, który stoi na drodze neokolonialnej ekspansji gospodarczej Zachodu. Nie oszukujmy się, te cztery kopalnie („Pokój”, „Brzeszcze”, „Sośnica-Makoszowy”, „Bobrek-Centrum” - ostatnia kopalnia w Bytomiu!) to zaledwie początek. Za jakiś czas się okaże, że „nierentowne” są kolejne kopalnie i je również trzeba „zrestrukturyzować” przez likwidację, tak jak „trzeba było” zlikwidować te kopalnie, które już zamknięto od 1989 roku. Będzie jak ze stoczniami i innymi gałęziami przemysłu, z tą różnicą, że górnictwa nie da się zlikwidować od ręki, więc robi się to etapami – od kryzysu do kryzysu.

W kontekście powyższego na ponurą groteskę zakrawa fakt, że od lata 2014 realizowany jest projekt budowy przez niemiecki koncern HMS Bergbau AG kopalni w Orzeszu. Czyli, kopalnie mogą być, pod warunkiem, że niemieckie.

III. Mafia węglowa

Górnictwo nie jest oczywiście branżą bez wad – mamy cały system dojenia przez liczne firmy zewnętrzne, łańcuszki pośredników windujących ceny węgla. Mafia węglowa nie jest wymysłem, próbował się z nią zmierzyć PiS i poległ. Barbara Blida zastrzeliła się, lub ktoś jej w tym pomógł – w sam raz, by można było rozpętać medialną nagonkę na „reżim Kaczyńskich”, a po zmianie władzy prokuratura po cichutku umarzała kolejne wątki śledztwa, dokładnie tak samo, jak w przypadku mafii paliwowej. Tu zastanawiające są informacje dotyczące potencjalnych inwestorów, którzy zgłaszają się do kupna zamykanych kopalń – czy to zasłona dymna na wzór „katarskiego inwestora”, czy może po prostu liczą na wykup za bezcen, a później się zobaczy? W tym drugim przypadku mielibyśmy wyjaśnienie fenomenu tolerowania latami rozlicznych patologii w górnictwie: chodziłoby o to, by w momencie dekoniunktury i finansowego tąpnięcia mieć pretekst do sprzedaży kopalń za półdarmo.

Oczywiście śmierdzi tu dawną i obecną bezpieką na kilometr, dlatego też zamiast narażać się wpływowym grupom interesu mozolnie oczyszczając górnictwo z narosłej w ostatnim ćwierćwieczu pajęczyny brudnych układów, czy uregulować kwestię importu, wygodniej jest kopalnie zamknąć, na czym zresztą również ktoś zarobi – i to właśnie czyni ekipa Kopacz. Zostali wyznaczeni do zalegalizowania skoku, a mafia żerująca na przemyśle wydobywczym dalej będzie funkcjonowała w najlepsze.

IV. Węglowa socjotechnika

No i wreszcie ostatnia kwestia – korzyści czysto polityczne dla Systemu III RP. Górnictwo jest w Polsce jednym z ostatnich potencjalnych ognisk zorganizowanego oporu społecznego – niezależnie od stopnia skorumpowania związkowej wierchuszki. Rozbijając branżę likwiduje się zarazem zarzewie buntu. Przetrenowano to jeszcze za kadencji Tuska na stoczniach i wyszło znakomicie. Wybrzeże nie sprawi już władzy kłopotów, teraz przyszła kolej na pacyfikację Śląska i okolic.

Proszę zwrócić uwagę, że temu procederowi towarzyszy wszechobecna propaganda polegająca na szczuciu społeczeństwa w myśl hasła: dość łożenia na górniczych pasożytów. Wedle tej narracji dobrzy, ciężko pracujący podatnicy utrzymują nierentowne kopalnie zatrudniające roszczeniowych roboli, mentalnie tkwiących w głębokim PRL-u. Z podobną operacją socjotechniczną mieliśmy do czynienia w przypadku Krzyża na Krakowskim Przedmieściu – wtedy również ciemnych „moherów” z małych ośrodków, żyjących jak nam wmawiano na zasiłkach i pasożytujących na reszcie kraju przeciwstawiono młodym, wykształconym, dynamicznym ludziom z wielkich miast mającym uosabiać postępową przyszłość Polski.

Dziś powtarza się ten sam schemat. Reżim i jego media epatują średnią wynagrodzeń w górnictwie na poziomie 6 tys zł nie dodając, że ta średnia ma się do realiów tak samo, jak słynna „średnia krajowa” którą w Polsce mało kto zarabia. Górnicy w odpowiedzi zaczęli publikować paski wypłat z sumami rzędu 2100 – 2400 zł (6-7 lat pracy na dole), co nawet po doliczeniu deputatów i innych świadczeń nie daje powalających kwot. Podobną funkcję ma podawanie skali zadłużenia bez informacji, że górnictwo w formie rozmaitych danin publicznych odprowadza rokrocznie grubo ponad 7 mld zł, a w cenie jednej tony węgla w samym 2013 roku ukryte było ponad 95 zł podatków – od najwyższego w Europie VAT-u począwszy, a skończywszy na opłatach za kopalniane maszyny i każdy wydrążony metr chodnika. Podatków, których w większości nie płacą importerzy. Nie mówi się o wartości zalegającego węgla, którego nie można sprzedać ze względu na importowy dumping z Rosji itd. itp...

W tym wszystkim chodzi rzecz jasna o zantagonizowanie ludzi – by ogłupiali z biedy i zawiści rzucili się sobie nawzajem do gardeł. Pozostaje pytanie, czy pozwoliliśmy się już ze szczętem zatomizować, czy jednak może stać nas jeszcze na solidarność?

Gadający Grzyb

P.S. Powyższy tekst powstał jeszcze przed zaskakującą ugodą rządu z górnikami, ale sądzę, że mimo wszystko większość zawartych w nim diagnoz pozostaje aktualna.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr2 (72) (19-25.01.2015)

wtorek, 1 października 2013

Korkociąg długu

Dwadzieścia lat wystarczyło, by Polska wpadła w zadłużeniowy korkociąg, niczym spadający samolot.

I. Dług „jawny” i „ukryty”

Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza zaprezentowało zmodyfikowany licznik długu publicznego – uzupełniony o tzw. „dług ukryty” na który składają się zobowiązania państwa nie mające pokrycia w papierach wartościowych. O ile bowiem dług „jawny” (włączono tu wydatki Krajowego Funduszu Drogowego, które „odpisuje” sobie Rostowski) wynosi obecnie 936 mld zł i stanowi 57,3 proc. PKB, co daje jakieś 25,2 tys zł na obywatela Polski, o tyle dług „ukryty” wynosi ponad 3 biliony zł, a więc 190,6 proc. PKB – czyli jakieś 82,6 tys zł na mieszkańca. Ten „ukryty”, albo może lepiej powiedzieć – odłożony w czasie „debet” - to zobowiązania ZUS wobec obecnych i przyszłych emerytów. Faktycznie suma ta jest jeszcze wyższa, gdyż w liczniku nie uwzględniono zobowiązań z tytułu rent, KRUS i emerytur mundurowych, co wedle szacunków FOR wywindowałoby zadłużenie na poziom 300-350 proc. PKB.

Czyli, krótko mówiąc, jesteśmy ugotowani. Tego zwyczajnie nie da się spłacić. Dwadzieścia lat wystarczyło, by Polska wpadła w zadłużeniowy korkociąg, niczym spadający samolot. Krach finansów publicznych jest jedynie kwestią czasu i pytanie tylko jak długo da się go odwlekać. Jak wiadomo, „jawny” dług publiczny to zaciąganie pożyczek pod zastaw przyszłych podatków z których będą spłacane należności płynące z tytułu wyemitowanych obligacji Skarbu Państwa. Dług „ukryty” natomiast to zobowiązania legislacyjne wynikające z systemu ubezpieczeń społecznych. To „ukryte” zadłużenie staje się „jawne” w momencie, gdy przychodzi do jego spłaty determinowanej np. przepisami emerytalnymi. Z czego będzie spłacane? Ma się rozumieć, również z podatków i innych obciążeń, takich jak przymusowe składki emerytalne i rentowe, a gdy tego nie wystarczy – z kolejnych pożyczek zaciąganych „na przejedzenie” przez Skarb Państwa, co oznacza automatyczny wzrost „długu jawnego”. A koniec końców – bankructwo i brak jakichkolwiek emerytur.

II. Bunt lub śmierć

Czy rząd o tym nie wie? Ależ wie, jak najbardziej – i stąd rozpaczliwe ruchy, takie jak podnoszenie wieku emerytalnego z jednej strony i wypychanie do szkół sześciolatków z drugiej, by te wcześniej zaczęły płacić składki emerytalne i podatki. Jednym słowem, mamy narastającą intensyfikację eksploatacji materiału ludzkiego – podatnicy będą płacić coraz dłużej i coraz więcej, by utrzymać fikcję płynności finansowej państwa. To oczywiście tylko działania opóźniające. Prędzej czy później lichwiarze przyjdą tu po swoje, co oznaczać będzie koniec kolejnej fikcji, jaką jest suwerenność. Jeśli nie zostanie żadnych przedsiębiorstw do wyprzedaży (a nie zostanie, bo już je przejedliśmy), to pod młotek pójdzie wszystko inne – kopaliny, lasy i co tam jeszcze zostało. No i drastyczne podniesienie podatków połączone z ekonomicznym ubezwłasnowolnieniem na wszelkich możliwych poziomach. W efekcie, proces kolonizacyjny osiągnie stadium finalne - totalne podporządkowanie wszelkich zasobów opanowanego terytorium.

Czy ten scenariusz jest możliwy do odwrócenia? Wątpię, choć warto przyglądać się poczynaniom Wiktora Orbana na Węgrzech, który właśnie próbuje wywikłać swój kraj z analogicznej matni, choćby dobierając się do kieszeni międzynarodowym koncernom i usiłując dokonać gospodarczej dekolonizacji. Jest to zresztą główną przyczyną międzynarodowego jazgotu – bo te bajeczki o „zagrożeniu demokracji” są jedynie zasłoną dymną dla naiwnych, mającą uzasadnić zduszenie zarzewia ekonomicznej rewolty, zanim ta rozprzestrzeni się na inne kraje regionu, z Polską na czele. Niemniej, prędzej czy później okaże się, że mamy do wyboru albo powtórzenie wariantu greckiego (śmierć gospodarcza), albo otwarty bunt polegający na odmowie spłaty zadłużenia oraz radykalnym przebudowaniu sektora finansowego i modelu gospodarki pieniężnej – z jakąś formą odrzucenia systemu fiducjarnej kreacji pieniądza i zakorzenienia go w realnych dobrach.

III. Balcerowicz - mąż stanu, czy lobbysta?

Wracając do Balcerowicza i jego licznika. To oczywiście bardzo dobrze, że „wali” po oczach tymi liczbami, może do paru ludzi to dotrze, choć na masowe przebudzenie społeczne raczej bym nie liczył. Te sumy przez swój ogrom są zbyt abstrakcyjne dla przeciętnego zjadacza chleba, poza tym ludzie nie chcą wierzyć w czarne scenariusze – wolą myśleć wedle schematu: „zadłużone są wszystkie kraje świata, więc może tak po prostu musi być i nie ma się czym przejmować”? Na plus należy mu również zaliczyć fakt, iż zawsze był zwolennikiem dyscypliny budżetowej – w przeciwieństwie do Rostowskiego, który rozpętał orgię zadłużania państwa na skalę nie praktykowaną przez żadnego z jego poprzedników (otwartym jest pytanie czy czyni to by dogodzić Tuskowi, czy też jest tu po prostu kolonizacyjnym emisariuszem finansowej międzynarodówki – ja stawiam na to drugie).

Jednak, czy Balcerowicz faktycznie występuje tu jako mąż stanu, czy też może jest lobbystą konkretnej grupy interesów, czyli Otwartych Funduszy Emerytalnych – pasożyta, „prywatyzującego” do tej pory znaczną część składek emerytalnych, których „kapitalizacja” polega w dużym stopniu na wykupywaniu obligacji Skarbu Państwa? Przypomnijmy, że w tym modelu wypłata rzekomo „prywatnych” emerytur tak czy inaczej uzależniona została od wypłacalności budżetu państwa. Balcerowicz był jednym z architektów tego systemu. Oczywiście ma rację, mówiąc, że likwidacja OFE oznaczać będzie jedynie przeniesienie zadłużenia „jawnego” do „tajnego”, co pogłębi ogólną zapaść finansów i będzie działać antyrozwojowo, bo zobowiązania oznaczać będą zwiększony fiskalizm, ale ja tu dostrzegam drugie dno.

IV. Spór w rodzinie

Najwyraźniej, krótkoterminowy interes bronionej przez Balcerowicza konkretnej branży (OFE) stoi tu w sprzeczności z długofalowymi planami ubezwłasnowolnienia państwa polskiego, na którym to odcinku działa prężnie minister Jan Vincent „no PESEL” Rostowski. Tak odczytuję ten „spór w rodzinie”, niezależnie od merytorycznych uzasadnień Balcerowicza. Jeśli dodamy, iż to Balcerowicz był wykonawcą planu Sachsa-Sorosa (którzy zresztą, wedle Song Hongbinga są jedynie „komandosami” działającymi na zlecenie prawdziwych rekinów z City i Wall Street), polegającego na „transformacji” wedle schematu „zamiana długów na udziały”, to jego obecna akcja przestaje wyglądać wiarygodnie.

Przypomnę (pisałem o tym w niedawnym tekście „W niewoli kapitału”), iż proceder „zamiany długów na udziały” polegał na tym, że demoludom umarzano częściowo zadłużenie w zamian za „udziały” w poszczególnych gospodarkach narodowych. Stąd ta niezrozumiała na pierwszy rzut oka wyprzedaż majątku narodowego po dyskontowych cenach i niepohamowana inwazja gospodarcza. W efekcie, po ponad dwóch dekadach nie mamy własnego przemysłu, a nowe długi i tak zostały zaciągnięte – i to w stopniu o jakim Gierkowi z Jaruzelskim się nie śniło. Czyli, jak byliśmy bankrutami, tak pozostajemy nimi nadal – zmienił się tylko kolonizator.

I pomyśleć, że to właśnie Balcerowicz wraz ze swym Forum Obywatelskiego Rozwoju walnie przyczynił się do wyniesienia w 2007 roku ekipy Tuska do władzy. Pisał o tym Rewizor w słynnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. W skrócie chodziło o to, iż to właśnie FOR, najprawdopodobniej za pieniądze Fundacji Adenauera, (więc pochodzące z budżetu Niemiec) było „mózgiem” i centrum organizacyjnym akcji „Zmień kraj. Idź na wybory.”, która hasłem „zabierz babci dowód” zaktywizowała 3 mln młodych wyborców, co sprawiło, że przechylili oni szalę zwycięstwa na korzyść PO. Najwyraźniej zarówno sam Balcerowicz, jak i jego mocodawcy oraz sprzymierzeńcy poczuli się przez poczynania tandemu Tusk-Rostowski wykolegowani (przeciw likwidacji OFE gardłuje również m.in. Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan), co opisanemu tu „sporowi w rodzinie” przydaje dodatkowego smaczku.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-niewoli-kapitalu

http://niepoprawni.pl/blog/287/dlugi-suwerennosc

http://niepoprawni.pl/blog/287/szesciolatki-na-emigracje

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w-zjednoczonej-europie

http://niepoprawni.pl/blog/287/biale-noski-zamiast-bialych-kolnierzykow