Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprowadzanie kapitału. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprowadzanie kapitału. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 czerwca 2018

Wszyscy płacimy za „optymalizację”

Koszty „optymalizacji” i nieefektywności państwowego aparatu skarbowego w odniesieniu do największych podmiotów ponosi całe społeczeństwo.

Doczekaliśmy się opublikowania pierwszej odsłony zapowiadanej przez premiera Morawieckiego „białej listy”, zawierającej dane podatkowe (CIT) 2,5 tys. największych działających w Polsce firm oraz podatkowych grup kapitałowych. Smakowite kąski zaprezentował niedawno w „Gazecie Finansowej” Mateusz Milan (dowiedzieliśmy się chociażby, że prawdziwymi rekordzistami w agresywnej optymalizacji podatkowej są wiodące telekomy, ale nie tylko – uwagę zwraca dorównująca im pod tym względem telewizja TVN), tak więc tutaj skoncentruję się na wątkach dotyczących ogólnych prawidłowości ucieczki przed opodatkowaniem, tudzież konsekwencji społeczno-gospodarczych tego procederu.

Pierwszy trop poddał sam Mateusz Morawiecki stwierdzając, że w sensie przepływów finansowych Polska jest w ramach Unii Europejskiej płatnikiem netto. O ile z kasy UE wpływa do Polski 25 mld. zł., to zagraniczny kapitał inkasuje dywidendy na poziomie 100 mld. zł. Jak łatwo się domyślić, jest to cena za przyjęty przez nas (lub może raczej – narzucony nam) neokolonialny model rozwoju polegający na otwarciu na oścież naszej gospodarki, co wiązało się z opanowaniem jej kluczowych segmentów przez podmioty zagraniczne. Z głosem premiera Morawieckiego współbrzmią dane watchdoga „Global Financial Integrity” badającego nielegalne przepływy finansowe. Z cyklicznych raportów „Illicit Financial Flows from Developing Countries” (które, nawiasem, zdarzyło mi się już na tych łamach omawiać) możemy się dowiedzieć, że średnio co roku z naszego kraju wycieka ponad 9 mld. USD – póki co, rekordowy był rok 2013 z kwotą 16,793 mld. dolarów. Łącznie w latach 2004-2013 straciliśmy w sumie ponad 90 mld. USD. Taka jest skala kolonialnego drenażu, powodująca w ostatecznym rozrachunku, że od niemal trzydziestu lat w pocie czoła „gonimy króliczka”, czyli rozwinięte państwa Zachodu, wciąż nie mogąc osiągnąć celu. Dla porównania – warto sobie przypomnieć, że trzy dekady po zakończeniu II wojny światowej RFN była już jednym ze światowych liderów gospodarczych – mimo przegranej wojny, utraty ogromnych połaci terytorium, strat w ludziach i zniszczeń materialnych. Co by nie mówić o PRL i księżycowej ekonomii „realnego socjalizmu”, to w okres „przełomu” weszliśmy jednak z korzystniejszym stanem posiadania, niż zachodnioniemieckie strefy okupacyjne w 1945 r.

Powyższe to jednak dalece nie koniec - ucieczka przed opodatkowaniem generuje konkretne koszty społeczne. Skoro bowiem potentaci wyprowadzają zyski „prawem i lewem”, to państwo straty te musi sobie kompensować, przerzucając obciążenia podatkowe na obywateli. Na tę prawidłowość zwraca uwagę pochodzący z 2017 r. raport „Uciekające podatki. Czy firmy w Europie Środkowo-Wschodniej płacą uczciwą część podatków?”, opublikowany u nas przez Instytut Globalnej Odpowiedzialności. Prócz wspomnianego IGO reprezentującego Polskę, autorami opracowania są think-tanki z Łotwy (Lapas), Czech (Glopolis), Węgier (Demnet), Bułgarii (Za Zemiata) i Słowenii (Ekvilib Institute). W sumie więc otrzymujemy przekrojowe spojrzenie w skali całego regionu. Okazuje się, że w niemal wszystkich badanych krajach mamy do czynienia ze swoistym „przerostem” opodatkowania pracy i konsumpcji nad opodatkowaniem kapitału. Oznacza to, że gros obciążeń podatkowych ponoszą zwykli obywatele, bądź to w formie PIT i składek na ubezpieczenia społeczne, bądź to w formie podatków pośrednich, takich jak VAT i akcyza. Jedynie Czechy notują względną równowagę między odsetkiem przychodów budżetowych z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych i takiegoż od osób prawnych – jako jedyne też osiągnęły wyższy procent udziału dochodów z tytułu CIT w PKB niż średnia krajów OECD. W pozostałych państwach odpowiednie wskaźniki są znacząco niższe.

Zwraca uwagę, że stawka CIT w Czechach wynosi 19 proc. - jak w Polsce – a efektywność ściągania podatków z przedsiębiorstw jest tam proporcjonalnie ponad dwukrotnie wyższa. Mimo to, nie słychać, by Czesi narzekali na brak inwestycji, co zadaje kłam wciąż powszechnej opinii, że zagranicznych inwestorów należy za wszelką cenę wabić ulgami, pomocą publiczną tudzież innymi finansowymi bonusami. Jak widać, nie trzeba – tym bardziej, że inne hołdujące „proinwestycyjnemu” podejściu badane kraje stały się w praktyce dla wielkich firm rajami podatkowymi.

Płaci za to oczywiście szary podatnik – począwszy od absurdalnie niskiej kwoty wolnej od podatku, a skończywszy na wysokich podatkach pośrednich, najboleśniej uderzających w najuboższe warstwy społeczne. Jeśli spojrzeć całościowo, to okaże się, że mamy regresywny system podatkowy – tzn. ludzie o najniższych dochodach odprowadzają w różnych formach do budżetu największą część swoich zarobków. Np. VAT w cenie podstawowych artykułów najmocniej odczuwają zarabiający w okolicach najniższej krajowej. Trzeba więc jasno powiedzieć: koszty „optymalizacji” i nieefektywności państwowego aparatu skarbowego w odniesieniu do największych podmiotów ponosi całe społeczeństwo.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Drenaż kolonialny

Kto tu jest kolonizatorem?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 20-21 (25.05-07.06.2018)

czwartek, 12 marca 2015

Drenaż kolonialny

Jak tu nie mówić, że Polska to bogaty kraj? Które jeszcze państwo stać na płacenie innym hojną ręką takiej „dywidendy”?

Polska to jednak bogaty kraj – tak przynajmniej wynika z danych dotyczących drenowania finansowego naszej gospodarki przez międzynarodowe koncerny. Okazuje się, że jesteśmy źródłem gigantycznych zysków (funkcjonuje nawet pojęcie - „kraj źródła”) wyprowadzanych następnie „prawem i lewem” za granicę. Innymi słowy, stanowimy jeden z najobfitszych wodopojów, z którego skwapliwie czerpią światowi potentaci dojąc nasz kraj na skalę sytuującą nas pod tym względem w światowej czołówce. Warto się temu procederowi przyjrzeć bliżej, bowiem tkwi tu przynajmniej część odpowiedzi na pytanie o systemowe niedomogi trapiące polską gospodarkę pogrążoną w permanentnym marazmie.

Zerknijmy zatem. Opublikowany w grudniu 2013 roku raport pozarządowej organizacji Global Financial Integrity (GFI) ukazuje rozmiar nielegalnych transferów kapitału w latach 2002 – 2011. Polska wedle tego zestawienia plasowała się na 18 pozycji w świecie (w Europie – na 3 miejscu, za Rosją i Białorusią a przed Serbią). Łącznie wytransferowano z Polski 49,39 mld USD, co daje średnią roczną 4,939 mld USD. Z kolei o rok późniejszy raport tej samej instytucji („Illicit Financial Flows from Developing Countries: 2003-2012”), umieszcza nas oczko wyżej - na 17 lokacie spośród 145 badanych państw. W tym drugim zestawieniu średni roczny odpływ kapitału to już 5,312 mld USD, ogółem – 53,124 mld USD. Widzimy więc, że tendencja jest wzrostowa. Jak to wyglądało w kolejnych latach? 2002 – 1,110 mld USD; 2003 – 1,961, 2004 – 0,421, 2005 – 0, 787, 2006 – 0 (!); 2007 – 3,302; 2008 – 12,161; 2009 – 10,045; 2010 – 10,462, 2011 – 9,918, 2012 – 4,067. Swoją drogą, warto zwrócić uwagę na tytuł raportu i frazę „developing countries” - z perspektywy globalnej traktowani jesteśmy jako „kraj rozwijający się”, co w tłumaczeniu z języka politycznej poprawności na normalny oznacza usytuowanie Polski wśród rozmaitych bantustanów eksploatowanych przez wiodących graczy.

Przeglądając przytoczone powyżej dane można również zauważyć pewną prawidłowość. Otóż, o ile przed wejściem Polski do Unii Europejskiej (1.05.2004) i za rządów Prawa i Sprawiedliwości (2005-2007) mocno podkreślających konieczność walki z patologiami, wyciekanie kapitału mieściło się w stosunkowo niewielkim przedziale, ze znamiennym rokiem 2006, kiedy to nie wyprowadzono z Polski zauważalnych kwot, o tyle skokowy wzrost nastąpił w latach późniejszych, czyli – mówiąc umownie – w epoce „zielonej wyspy” Donalda Tuska. Apogeum miało miejsce w roku 2008 i trzech kolejnych latach, zupełnie, jakby ktoś chciał sobie odbić przymusową wstrzemięźliwość we wcześniejszym okresie.

Jak widać, „eksportowaliśmy” wtedy za granicę nie tylko tanią siłę roboczą pracującą na dobrobyt innych krajów, lecz wspomagaliśmy je również konkretnymi kwotami żywej gotówki. Jeśli do powyższego dodamy, iż był to czas rekordowego zadłużania Polski przez „sztukmistrza z Londynu” - Jana Vincenta Rostowskiego, za którego rządów w ministerstwie finansów nasz dług publiczny zaczął oscylować w okolicach biliona złotych (szacunkowo, bo wskutek księgowych sztuczek nikt nie wie, ile tego jest naprawdę), to otrzymamy obraz galopującej kolonizacji ekonomicznej Polski. Mam zresztą swoją spiskową teorię, że minister Rostowski został tu nasłany w celu przypilnowania interesów międzynarodowej finansjery – i temu służyć miało zarówno spoglądanie przez palce na wyprowadzane z Polski rok po roku ciężkie miliardy, jak i pompowanie naszego zadłużenia sprawiające, że siedzimy obecnie w kieszeniach globalnych spekulantów, a warto zdawać sobie sprawę, że w ciągu kilku lat rząd PO zadłużył Polskę na niemal drugie tyle, co wszystkie poprzednie rządy po 1989 roku razem wzięte.

W kontekście powyższego chcę przywołać tu znakomity tekst Bartłomieja Radziejewskiego zamieszczony w internetowym czasopiśmie „Nowa Konfederacja” - „Renta neokolonialna, czyli ile jeszcze Polak zapłaci”. Autor bazując na bilansie płatniczym NBP stwierdza, iż tylko z pozycji „saldo błędów i opuszczeń” wynika, że z Polski od 2008 w niewiadomy sposób znika rocznie w przeliczeniu z USD od 26 do 31 mld zł, przy czym, podobnie jak w raporcie GFI, skokowy wzrost następuje od 2008 roku – (-12, 312 mld USD w 2008 przy -2,791 w 2007 – proszę porównać te kwoty z danymi GFI, są dość zbliżone). W 2008 roku wybuchł kryzys i gospodarcze „metropolie” zintensyfikowały drenaż „peryferii” takich jak Polska. Lecz to nie wszystko. W latach 2004–2013 wyprowadzono za granicę dochody z inwestycji na łączną kwotę 144 mld euro, natomiast w 2013 wypłynęło z Polski w przeliczeniu 82 mld zł, czyli 5% PKB, co w sumie stawia pod znakiem zapytania ekonomiczną opłacalność naszej przynależności do Unii Europejskiej – wg MSZ korzyści z obecności w UE zwiększają PKB o 0,7% rocznie. Tu 5% w plecy, tam 0,7% rekompensaty – to ci interes...

Zatem – wracając do wstępu niniejszego tekstu - jak tu nie mówić, że Polska to bogaty kraj? Które jeszcze państwo stać na płacenie innym hojną ręką takiej „dywidendy”?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł (pod tytułem „Siedzimy w kieszeniach globalnych spekulantów”) opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 10 (06-12.03.2015)