Pokazywanie postów oznaczonych etykietą międzynarodowy arbitraż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą międzynarodowy arbitraż. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 września 2017

Koniec bantustanu?

Inwestorzy będą musieli przyzwyczaić się do myśli, że nie jesteśmy już europejskim bantustanem wyznaczonym do roli jednego z obszarów kolonialnej eksploatacji.

No, może tak dobrze jak w tytułowym pytaniu jeszcze nie będzie, ale zaczynamy pomału wykonywać kroki zmierzające do poprawy statusu Polski w globalnym łańcuszku ekonomicznych zależności. Krytykowałem na tych łamach wicepremiera Morawieckiego m.in. za księżycowy „plan” czy za „strategiczną inwestycję” Mercedesa w Jaworze, którą sami sfinansujemy – więc dla odmiany teraz go pochwalę. Otóż Polska wreszcie na serio zabiera się za wypowiadanie umów typu BIT's (Bilateral Investment Treaties). Owe umowy o wzajemnym popieraniu inwestycji łączące nas z 60. państwami oznaczają ni mniej ni więcej, tylko uprzywilejowany status zagranicznych firm inwestujących w danym kraju i są patologiczną, neokolonialną praktyką dość rozpowszechnioną we współczesnym świecie. Pierwotnie chodziło o zabezpieczenie podmiotów gospodarczych działających w krajach niestabilnych, bądź mających problemy z korupcją czy niezależnością sądownictwa. BIT'sy okazały się jednak na tyle wygodne dla ponadnarodowych korporacji, że wkrótce zrobiły światową karierę, stając się nieodłączną częścią międzynarodowej wymiany gospodarczej. W Polsce apogeum zawierania tego typu umów przypadał na okres transformacji, kiedy to wszelkimi sposobami próbowaliśmy ściągnąć do siebie zagraniczne inwestycje.

Podstawową kontrowersją dotyczącą BIT jest mechanizm ISDS (Investor-to-State Dispute Settlement) pozwalający zagranicznej firmie pozwać rząd państwa w którym funkcjonuje przed międzynarodowy arbitraż – przy czym na ogół przedmiot pozwu, jak i jego wysokość nie są obwarowane żadnymi ograniczeniami. Jednym z ulubionych powodów takich procesów jest tzw. wywłaszczenie z zysków. Koncern uznaje np. że zmiany w prawie pozbawiają go części zakładanych korzyści – więc pozywa państwo-gospodarza (za podniesienie płacy minimalnej, za obostrzenia związane z ochroną środowiska, za regulacje dotyczące praw pracowniczych – słowem, za cokolwiek), przy czym postępowanie przed trybunałem arbitrażowym jest nader kosztowne, zagrożone odszkodowaniem liczonym często w setkach milionów dolarów, proces toczy się za zamkniętymi drzwiami, zaś od wyroku nie ma odwołania. Skutkuje to, szczególnie w przypadku uboższych państw, tzw. chilling effect (efektem zamrożenia) – rząd w obawie przed procesem rezygnuje często z wprowadzenia rozwiązań korzystnych dla obywateli, lecz mogących się odbić na zyskach zagranicznych potentatów. Przykładowo, w 2008 r. Polska musiała zapłacić 20 mln. dolarów koncernowi Cargill za wprowadzenie przepisów ograniczających produkcję izoglukozy, ponieważ kwoty produkcyjne były poniżej możliwości wytwórczych wrocławskiej fabryki koncernu. Warto też przypomnieć, że pozwami na bazie BIT groziły nam banki w przypadku ustawowego przewalutowania tzw. kredytów frankowych. Obecnie Polska ma 11 takich procesów na łączną kwotę 10 mld zł.

Jak łatwo zauważyć, taki system w praktyce wyjmuje obcy kapitał spod miejscowej jurysdykcji – co z kolei przekłada się na uprzywilejowaną pozycję podmiotów zagranicznych względem przedsiębiorców krajowych i uderza w fundament konkurencji, jakim jest równość rynkowych graczy wobec prawa. Zauważmy też, że „inwestor” przed arbitrażem nie może przegrać, co najwyżej nie wygra, natomiast państwo – odwrotnie, może liczyć jedynie na oddalenie pozwu. Potrzebę rewizji BIT'sów rząd sygnalizował już w lutym 2016 r., teraz przechodzi od słów do czynów – na pierwszy ogień pójdą umowy łączące nas z krajami UE, mamy tu bowiem podkładkę w postaci zaleceń Komisji Europejskiej, która podważa zgodność BIT's z prawem UE. Za obopólną zgodą rozwiązane zostaną umowy z Danią, Czechami, Estonią, Łotwą i Rumunią, natomiast jednostronnie wypowiemy umowę Portugalii, która nie zgadza się na jej wygaszenie. Wcześniej z własnej inicjatywy BIT wypowiedziały Włochy, generalnie rezygnujące z tego typu umów z państwami UE, a także Indie również odchodzące od BIT'sów.

Łatwo jednak nie będzie, bowiem państwa najbardziej zainteresowane naszym rynkiem nie chcą pozbawiać swoich firm tak poręcznego narzędzia nacisku – mówimy tu chociażby o Niemczech, Francji, czy Holandii. Trzeba też nadmienić, że w przypadku jednostronnego wypowiedzenia umowy nadal przez pewien czas (np. 10-20 lat) obowiązywać będą tzw. „sunset clauses”, czyli przepisy przejściowe wciąż pozwalające na ochronę inwestycji. Rozpoczęcie tego procesu jest jednak koniecznością, jeśli chcemy odzyskać elementarną swobodę manewru w relacjach z międzynarodowym kapitałem i np. efektywnie ściągać z niego podatki – zwłaszcza w odniesieniu do państw z którymi mamy rażąco negatywny bilans inwestycyjny. Miejmy też nadzieję, że stopniowo przyjdzie pora na wypowiadanie BIT'sów z krajami spoza UE. Polska nie przestanie przez to być atrakcyjnym rynkiem, ci którzy mają zainwestować i tak to zrobią, tyle że w cywilizowany sposób – po prostu będą musieli przyzwyczaić się do myśli, że nie jesteśmy już europejskim bantustanem wyznaczonym w globalnej rozgrywce do roli jednego z obszarów kolonialnej eksploatacji.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Koniec z BIT's? Nareszcie!

ISDS, czyli korpo-dyktat


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 38 (22-28.09.2017)

sobota, 12 września 2015

Banksterska wojna

Przed nami arcyważny sprawdzian z siły i sprawności państwa oraz naszej zdolności do realizowania własnych interesów.

„A więc wojna” - tym cytatem można by skomentować zapowiedź zagranicznych banków, iż pozwą państwo polskie przed międzynarodowy arbitraż, jeżeli ustawodawca nie wycofa się z obecnych planów przewalutowania frankowych łże-kredytów na złotówki. Przypomnijmy, że wedle przyjętych przez Sejm (wbrew woli PO) rozwiązań, banki zobowiązane byłyby do umorzenia 90 proc. różnicy między obecnym zadłużeniem, a długiem jaki miałby klient biorąc kredyt w złotówkach, zaś pozostałe 10 proc. zamieniono by na kredyt oprocentowany wg aktualnej stopy referencyjnej NBP. Banksterski szantaż (kolejny zresztą, po groźbie „zamrożenia” gospodarki przez wstrzymanie akcji kredytowej) jest klasyczną próbą zdyscyplinowania podbitego terytorium przez kolonizatora. Różnica jest jedynie taka, że dziś nie wysyła się korpusu ekspedycyjnego i kanonierek, lecz walczy się za pomocą prawników. Istota rzeczy jednak pozostaje niezmienna – eksploatacja tubylców przez zewnętrzną metropolię. Mamy zatem do czynienia z ultimatum – następnym krokiem w przypadku nie podporządkowania się może być tylko wojna kolonialna.

Póki co, otwartym tekstem mówią o „działaniach zbrojnych” centrale trzech banków działających w Polsce – niemieckiego mBanku (właściciel – Commerzbank), austriackiego Raiffeisena (RBI), oraz amerykańskiego Banku BPH (Grupa General Electric), lecz zapewne kwestią czasu są podobne posunięcia pozostałych „umoczonych” w kredyty walutowe zagranicznych instytucji. Na powyższe nakłada się wojna psychologiczno-propagandowa. Losem banków narażonych na przewalutowanie bardzo zainteresowały się wpływowe niemieckie gazety, takie jak „FAZ” i „Die Welt”, co momentalnie nagłośniły tutejsze media na czele z „Gazetą Wyborczą” i polskojęzycznym serwisem „Deutsche Welle”. W swych poczynaniach, jak każdy zapobiegliwy kolonizator, instytucje finansowe liczyć mogą na miejscowych kolaborantów – sprzeciwiający się przewalutowaniu rząd Ewy Kopacz, NBP i Komisję Nadzoru Finansowego, będącą nie tyle organem kontrolnym, ile wbudowaną w polski system finansowy ekspozyturą banksterskiego lobby – o którym to wsparciu niemieckie media skwapliwie donoszą.

Podstawą do sięgnięcia po międzynarodowy arbitraż są dwustronne umowy o ochronie inwestycji (Bilateral Investment Treaties – BITs), łączące Polskę z macierzystymi krajami funkcjonujących u nas banków. Integralną częścią każdej takiej takiej umowy jest mechanizm ISDS (Investor-to-State Dispute Settlement), zakładający właśnie sąd arbitrażowy na linii inwestor-państwo, w przypadku, gdy dana firma dojdzie do wniosku, że działania organów państwa, lub jego prawodawstwo działają na szkodę jej interesów. Co charakterystyczne – nie musi tu chodzić o realne straty, wystarczy jeśli koncern w sposób czysto subiektywny i uznaniowy stwierdzi, iż wskutek działań państwa został pozbawiony części lub całości zakładanych zysków. Wysokość pozwów nie jest przy tym ograniczona żadnym pułapem.

Z tej furtki, dotyczącej utraty zakładanych zysków, postanowią zapewne skorzystać wymienione wcześniej banki, bo umówmy się – przewalutowanie nie oznacza żadnych „strat”. Klienci i tak będą musieli spłacić kredyt plus odsetki, tyle, że banki nie zarobią tyle, ile sobie założyły. Zatem, rzekome „straty” w wys. 5 mld euro nad którymi boleje „FAZ” są zwykłym mydleniem oczu. Podobnie rzecz się ma z obniżeniem kursu akcji wskutek uchwalenia sejmowego projektu, na co skarży się np. Grupa General Electric.

Jak łatwo zauważyć, tak skonstruowane umowy są wymarzonym narzędziem szantażu wobec państwa-gospodarza „inwestycji” i mogą przerodzić się w swoisty korpo-dyktat. Mamy tu chyba rozwiązanie zagadki nad którą zastanawiałem się w marcowym tekście „Polska na banksterskiej smyczy” - dlaczego obecna władza tak zażarcie broni banków, które ze swej strony np. notorycznie i bezczelnie ignorują orzeczenia Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w sprawach klauzul abuzywnych. Wysunąłem wówczas przypuszczenie, że może chodzić właśnie o umowy BIT i ewentualne pozwy będące ich konsekwencją. Coś mi się wydaje, że moja intuicja była trafna...

Warto na koniec zwrócić uwagę na zjawisko „chilling effect”, oznaczające „zamrażanie” niewygodnych dla zagranicznych inwestorów zmian w prawodawstwie – z obawy przed pozwami. Sprzeciw PO wobec przewalutowania kredytów w maksymalnie prokonsumenckim kształcie, podobnie jak cała dotychczasowa bierność aparatu państwa, jest owego zjawiska dobitnym przykładem. Kolonia sama się dyscyplinuje, by nie narazić się na gniew kolonizatora i jego prawniczych „korpusów ekspedycyjnych” wydelegowanych do arbitrażu. No więc, teraz mamy dylemat – ugiąć się przed dyktatem, przymykając zarazem oko na wyprowadzanie za granicę tego co wyciągnięto z kieszeni Polaków, czy jednak podjąć walkę, argumentując chociażby, że tzw. „kredyty” były czystą spekulacją? Przed nami arcyważny sprawdzian z siły i sprawności państwa oraz naszej zdolności do realizowania własnych interesów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/isds-czyli-korpo-dyktat#.VdzaGH1vAmw

http://www.gf24.pl/22553/polska-na-banksterskiej-smyczy

http://www.gf24.pl/23159/lobbystka-banksterow

http://blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Erepolonizacja%E2%80%9D-franka#.Vdzodn1vAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 35 (28.08-03.09.2015)