Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żywność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żywność. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 kwietnia 2016

Ziemia – zasób ograniczony

1 proc. przedsiębiorstw kontroluje już 20 proc. użytków rolnych w Europie, zaś w rękach 3 proc. przedsiębiorstw pozostaje aż 50 proc. gruntów.

Rządowy pakiet rozwiązań mających na celu ograniczenie możliwości wykupu gruntów rolnych przez obcokrajowców jak na razie powstaje w legislacyjnych mękach, dodatkowo pod ostrzałem mediów, straszących „nową pańszczyzną” i „przypisaniem chłopa do ziemi”. Póki co trudno więc oceniać go całościowo, niemniej warto zwrócić uwagę na wycofanie się z pierwotnych ograniczeń dotyczących dziedziczenia (wobec osoby bliskiej dziedziczącej ziemię, a nie prowadzącej działalności rolniczej Agencja Nieruchomości Rolnych miałaby prawo odkupu) – i chyba dobrze, bo to byłaby już zbyt daleko idąca ingerencja w prawo własności. Inne propozycje w rodzaju obowiązku osobistego prowadzenia gospodarstwa przez co najmniej 10 lat, górnego limitu powierzchni posiadanych gruntów w wys. 300 ha, czy różne ułatwienia dla ANR co do pierwokupu i wykupu ziemi – nie odbiegają zasadniczo od rozwiązań przyjętych w różnych krajach UE.

Przykładowo, w Danii nabywca ziemi musi pozbyć się nieruchomości rolnych w innych krajach, osiedlić się na miejscu i – jeśli kupuje grunty powyżej 30 ha – zdać specjalne egzaminy oraz prowadzić samodzielnie gospodarstwo. We Francji z kolei wymóg osobistego użytkowania gospodarstwa wynosi 15 lat, zaś obrót pozostaje pod nadzorem Stowarzyszenia Zagospodarowania Ziemi i Urządzania Obszarów Wiejskich dysponującego prawem pierwokupu, ponadto pierwszeństwo przy zakupie mają sąsiedzi sprzedającego. W Hiszpanii nabywca musi zamieszkiwać w tej samej, bądź sąsiedniej gminie, powinien też uzyskiwać przynajmniej 50 proc. swych dochodów z działalności rolniczej... i tak dalej – jeśli spojrzymy na kraje Europy Zachodniej, to niemal w każdym z nich obowiązują regulacje zbliżone do proponowanych obecnie przez PiS i jakoś nikt nie podnosi rabanu, że to „przywiązanie do ziemi”.

Dzieje się tak dlatego, że ziemia jest towarem o znaczeniu strategicznym – jest to po prostu zabezpieczenie produkcji żywności w danym państwie. Rzecz nie do przecenienia czy to w przypadku kryzysu gospodarczego, czy napięć międzynarodowych, o wojnie już nie wspominając. Ziemia to także zasób o charakterze ograniczonym – nie sposób „wyprodukować” więcej ziemi (przyjmijmy, że holenderskie wydzierane morzu poldery to w ogólnej skali nieistotny margines). Gruntów rolnych nie da się „wykreować” z powietrza niczym pieniądza. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na dokument Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego (organu doradczego UE) pt. „Masowy wykup gruntów rolnych – dzwonek alarmowy dla Europy i zagrożenie dla rolnictwa rodzinnego” ze stycznia 2015 roku. EKES zwraca m.in. uwagę na patologiczną koncentrację gruntów w Europie. Okazuje się, że 1 proc. przedsiębiorstw kontroluje już 20 proc. użytków rolnych, zaś w rękach 3 proc. przedsiębiorstw pozostaje aż 50 proc. gruntów. Natomiast 80 proc. przedsiębiorstw rolnych dysponuje zaledwie 14,5 proc. ziemi rolnej. Związane jest to głównie z rozwojem wielkich koncernów rolniczych wypierających gospodarowanie tradycyjne. Szczególnie niepokojące rozmiary tendencja ta przybiera w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Wskutek masowego wykupu ziemi (tzw. „land grabbing”) w Rumunii już 10 proc. użytków rolnych znajduje się w rękach inwestorów spoza UE, natomiast od 20 do 30 proc. należy do przedsiębiorstw z innych krajów członkowskich Unii. Na Węgrzech na mocy niejawnych umów sprzedano „unijnym” inwestorom milion ha ziemi. W Polsce – często metodą „na słupa” - sprzedano zagranicznym podmiotom ok. 200 tys. hektarów.

Konsekwencją powyższego jest również patologizacja systemu subwencji w ramach Wspólnej Polityki Rolnej. Wraz z koncentracją ziemi następuje również koncentracja unijnych „dopłat”. Opinia EKES przytacza dane z 2009 r. wg których 2 proc. gospodarstw otrzymało 32 proc. płatności w ramach WPR, przy czym dotyczy to całej UE. W Bułgarii 2,8 proc. gospodarstw otrzymało 66,6 proc. wszystkich subwencji. Do tego dochodzi zagrożenie bezpieczeństwa żywnościowego. Większość produkcji rolnej w ramach wielkoobszarowych, przemysłowych gospodarstw zdominowanych przez zagraniczny kapitał jest następnie eksportowana do krajów pochodzenia inwestorów. Na rynek wewnętrzny trafia nieistotny odsetek produkcji. Mamy zatem (choć EKES wprost tego tak nie nazywa) do czynienia z mechanizmem kolonizacji. Inwestor wykupuje grunta, następnie wywozi płody rolne „do siebie”, tam je przetwarza i często sprzedaje produkt końcowy „państwu-kolonii”, które z tego wszystkiego nie ma literalnie nic. Zostaje finalnie z pozycją importera żywności, strukturą rolną zaburzoną przez wielkie monokultury, zniszczoną tkanką społeczno-kulturową obszarów wiejskich i zwiększonym bezrobociem, ponieważ rozwój upraw przemysłowych powoduje zmniejszenie zatrudnienia w rolnictwie i podrywa podstawy ekonomicznej egzystencji gospodarstw rodzinnych.

Miejmy nadzieję, że nowe przepisy zostaną wkrótce uchwalone, bo horyzont czasowy niebezpiecznie się skraca – okres przejściowy dotyczący ograniczeń obrotu ziemią upływa 1 maja 2016...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/ziemia-%E2%80%93-towar-strategiczny

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3591-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 12 (18-24.03.2016)

niedziela, 2 listopada 2014

Wielkoruska kiełbasa

Narodowi rosyjskiemu życzymy smacznego. Dowieziemy wam tyle psiego żarcia na kiełbasy, ile tylko chcecie.

Autentyczna historia z pewnej polskiej firmy transportowej. Jedzie TIR-chłodnia z Włoch na Rosję z ładunkiem karmy dla psów (tak się składa, że akurat na psią karmę Rosja embarga nie wprowadziła). Psie żarcie, jak psie żarcie – jakieś zwierzęce, głównie końskie, resztki, odpady... Kierowca spokojnie przekracza granicę i dociera do miejsca przeznaczenia. Podstawia się pod rampę. Przedstawiciele firmy-odbiorcy sprawdzają dokumenty dotyczące ładunku... po czym stwierdzają: „eee, przecież to całkiem dobre mięso, szkoda takiego towaru na sobaczą karmę. Dawaj, podstawiaj się tam!” - i wskazują zdumionemu kierowcy rampy na których rozładowuje się żywność dla ludzi... Należy dodać, że firma ta jeździła z psią karmą na linii Włochy – Rosja od lat i nigdy wcześniej podobna sytuacja nie miała miejsca.

A teraz news wyczytany w „Komsomolskiej Prawdzie” przez korespondenta „Wyborczej” Wacława Radziwinowicza: „A dziś ta sama "Komsomołka" pisze, że na rynku drożyzna, brak zagranicznych mięs sprawia, że kiełbasy w Rosji robi się z tego, na co wcześniej "nikt nie chciał patrzeć". Jabłka ojczyste się już kończą, a te, co jeszcze są, "mają smak papieru". Pod koniec roku jabłka w sklepach będą więc "złote" nie ze względu na kolor, lecz cenę.”

No to chyba zagadka, z czego obecnie w Rosji robi się kiełbasę, została wyjaśniona. Swoją drogą, każdy, kto kiedykolwiek widział na oczy psią karmę – nie „firmową” w eleganckich puszeczkach dla piesków kanapowych, tylko taką „w naturze” - tzn. przemielone barachło, wie jaki to specjał... Ja widziałem, bo swojego czasu mieliśmy w rodzinie sporego psa – mieszańca doga z owczarkiem podhalańskim – i jedyną sensowną opcją by wykarmić bydlątko (gdy stawał na tylnych łapach, osiągał wzrost postawnego mężczyzny), było kupowanie właśnie takiego żarcia, tak więc naoglądałem się tego sporo. Narodowi rosyjskiemu życzymy smacznego. Dowieziemy wam tyle psiego żarcia na kiełbasy, ile tylko chcecie. Pod samogon jakoś wejdzie.

Rosjanom pozostaje nadzieja, że car-batiuszka się nie dowie o powyższym procederze, bo gotów wprowadzić embargo również i na ten towar pierwszej potrzeby, żeby pokazać wrażemu Zapadowi, że Ruscy nie mięczaki i wykarmią się mięsem z krokodyli, które od niedawna Imperium zaczęło sprowadzać z Filipin. A jeśli na Filipinach zabraknie gadów, to wytłucze się na Czukotce renifery – właśnie zadekretowano zwiększony o 60% ubój (reniferów hodowlanych) i odstrzał (dziko żyjących), by uzupełnić braki tego mięsa, które do czasu embarga sprowadzano z farm w Stanach Zjednoczonych. Co tam, aby do wiosny...

Na marginesie – to ci gospodarka. By wykarmić ludy północnej Syberii, które przez wieki, aż do nadejścia czerwonego raju na Ziemi, doskonale sobie radziły, trzeba było importować reniferzynę. Psią karmę zresztą, jak widać, też muszą sprowadzać – kto by tam jej koniec końców nie zeżarł. Przypomina mi to jedno z wcześniejszych embarg, kiedy to na skutek braku ziemniaków na rynku w rosyjskich McDonald'sach zabrakło frytek... Lecz plany są, tradycyjnie, mocarstwowe: Rosja ma być samowystarczalna. Jak za Chruszczowa, który kazał zaorać wszystkie nieużytki, a na pytanie Gomułki, czym ten areał nawiezie, po krótkim namyśle odparł: „a niech sr...ą”.

Podobnie tym razem – ogłoszono, że w Rosji już niedługo będą „ojczyste” ziemniaki i równie „ojczyste” łososie, a to wskutek rozkwitu własnej produkcji, która dzięki blokadzie granic miała się burzliwie rozwinąć. Kremlowscy planiści zapomnieli jedynie, że w Rosji nie ma ani sadzeniaków, ani narybku i trzeba było na gwałt modyfikować listę objętych embargiem towarów. Można obstawiać, co będzie pierwsze – czy „ojczyste” łososie zdążą dorosnąć zanim rosyjskie żołądki przyrosną do kręgosłupów? Bo póki co, ekonomiczna wojna odwetowa znakomicie wprawdzie napędza wzrost – ale cen żywności. Rosjanom zwyczajnie pomału zaczyna brakować na jedzenie. Ciekawe, czy rosyjski człowiek, który - co by nie mówić - zdążył się już na przestrzeni ostatnich lat nieco zdeprawować dostępnością rozmaitych produktów po akceptowalnych cenach, wytrzyma chude lada, karmiąc się dumą z zajętego Krymu i okupowanej „Noworosji”?

Ale, nim się to rozstrzygnie, warto podbudować ekonomiczny patriotyzm głodniejących poddanych Putina. Przymiotnik „ojczysty” - czy to przy jabłkach, czy to przy nabiale, zapewne już nieco się opatrzył. Proponuję nowy obowiązkowy człon nazw produktów spożywczych: „wielkoruski”, albo wręcz - „imperialny”. Tak, „kiełbasa wielkoruska”, albo „imperialna mielonka” - to z pewnością brzmi odpowiednio mocarstwowo i dumnie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/embargo-na-rozum#.VFQOAlfYiGc

Źródło ilustracji: http://pl.memgenerator.pl/

czwartek, 28 sierpnia 2014

Embargo, czyli normalka

Stosunki polsko-rosyjskie od lat upływają w rytmie – lub raczej, w paroksyzmach - wprowadzanych i zdejmowanych embarg, obostrzeń i sankcji.

I. Nieuchronność embarga

Rozdzieranie szat nad rosyjskim embargiem nałożonym na płody rolne i inne produkty spożywcze w odpowiedzi na zachodnie sankcje ma tyle samo sensu, co groteskowa akcja „jedz jabłka na złość Putinowi”. Ci bowiem, którzy najgłośniej biadolą nad polskim jabłkiem zdają się wychodzić z założenia, że gdybyśmy siedzieli cicho i nie gardłowali przeciw rosyjskiej agresji na Ukrainę, to mielibyśmy wciąż otwarte rynki zbytu na wschodzie i szafa by grała. Nic bardziej mylnego.

Otóż embargo pomijające Polskę nie miałoby z punktu widzenia Rosji najmniejszego sensu. To przez nasz kraj wiedzie główny szlak tranzytowy z zachodu. Gdyby Rosja pominęła nas w swych sankcjach, to stalibyśmy się automatycznie głównym punktem reeksportu obłożonych embargiem towarów z pozostałych krajów Unii Europejskiej. Przepakowywalibyśmy je i wysyłali dalej jako swoje – dokładnie tak, jak obecnie mają zamiar to czynić Kazachstan i Białoruś wykorzystując fakt znajdowania się wraz z Rosją w Unii Celnej. Na Kremlu nie siedzą idioci. Zbrodniarze, owszem, ale z pewnością nie głupcy – zatem chcąc uczynić embargo dotkliwym dla Europy po prostu musieliby tak czy inaczej objąć nim również Polskę, w przeciwnym razie jego ostrze zostałoby zupełnie stępione.

II. Jak z „katarskim inwestorem”

Inną sprawą pozostaje indolencja naszych władz. Jak słusznie zauważył Grzegorz Braun, gdy jasnym stało się, że sytuacja na Ukrainie zmierza do nieuchronnej konfrontacji wobec której Rosja nie pozostanie obojętna, to polski rząd najdalej w styczniu powinien był zacząć się rozglądać za alternatywnymi rynkami zbytu dla naszego rolnictwa. Tak to już jest we współczesnym świecie, że rządy muszą wypełniać m.in. zadania lobbystów i akwizytorów dla swych gospodarek. Jeśli np. do Chin jedzie kanclerz Angela Merkel, to w jej świcie znajduje się gospodarcza elita Niemiec, która przy wsparciu służb dyplomatycznych nawiązuje kontakty i zawiera umowy.

Tymczasem rząd Donalda Tuska sprawia wrażenie kompletnie zaskoczonego rozwojem wydarzeń, zaś jego niezborna miotanina przypomina próby gaszenia pożaru w burdelu. Nagle ich oświeciło, że wypadałoby się rozejrzeć za alternatywnymi odbiorcami naszych towarów, by mieć jakiekolwiek pole manewru w relacjach z chimerycznym rosyjskim rynkiem. Teraz dotarło, że konieczność dywersyfikacji nie dotyczy wyłącznie dostaw surowców, ale także kwestii zbytu i że nie jest zdrową sytuacja, gdy skazani jesteśmy na jednego kontrahenta, dla którego gospodarka jest narzędziem uprawiania mocarstwowej polityki.

Obecnie jesteśmy świadkami gorączkowych peregrynacji do Brukseli z uniżoną prośbą o „rekompensaty”, tudzież prób kokietowania białoruskiego „baćki” by stał się naszym handlowym dywersantem w Unii Celnej. Łukaszenka swój rozum ma i jeśli będzie mu się to opłacało, to pewnie przystanie na taki interes – pytanie, za jaką cenę i czy warunki nie byłyby korzystniejsze, gdybyśmy wcześniej mieli z Białorusią normalne relacje. Ostatnio dowiedziałem się, że polskie pomidory nagle zaczęły jeździć do Serbii – w domyśle, przez Serbię do Rosji - z tym, że jest to zasługa inicjatywy naszych przedsiębiorców, a nie rządu. Osobiście kojarzy mi się to z pamiętnym poszukiwaniem „katarskiego inwestora” wziętego z googla. Wtedy też było wiadomo, że stocznie w Gdyni i w Szczecinie będą musiały zwrócić pomoc publiczną co jest równoznaczne z ich bankructwem – również na skutek zbrodniczego zaniechania rządu PO, który nie miał odwagi (lub mu zabroniono) odwołać się od decyzji Komisji Europejskiej. I podobnie jak dziś - żenująco amatorskie zresztą - działania podjęto, gdy mleko już się rozlało.

III. Embargo a „bliska zagranica”

Zastanawiam się, czy nasi mężykowie stanu dopuszczą kiedyś do głów myśl, że rynek rosyjski może być wprawdzie chłonny i popłatny, lecz jest zarazem dramatycznie niestabilny. Dzieje się tak dlatego, iż gospodarka – jak nadmieniłem powyżej – pełni w Rosji rolę jednego z narzędzi politycznych za pomocą którego Kreml z lubością dyscyplinuje kraje, które zwykł uznawać za swą „bliską zagranicę”. Przecież stosunki polsko-rosyjskie od lat upływają w rytmie – lub raczej, w paroksyzmach - wprowadzanych i zdejmowanych embarg, obostrzeń i sankcji. Jest to dla Rosji arcyporęczny instrument nacisku stosowany pod byle pretekstem, gdy Putin chce coś ugrać, bądź przywołać do porządku niepokornego sąsiada. Tak to działa w przypadku Polski, ale też np. Gruzji, lub Mołdawii. Tak było, jest i będzie, nie ma co się łudzić, dlatego też możliwość wprowadzenia przez Rosję blokady handlowej należy przyjąć jako element stały w politycznej grze i szukać zawczasu innych rynków zbytu.

Szkodliwym złudzeniem jest także postawa poddańcza, wedle której jeśli będziemy grzeczni, to Rosja pozwoli nam spokojnie handlować. Z kremlowskiej, neoimperialnej perspektywy jesteśmy bowiem chwilowo utraconą częścią składową mocarstwa, zbuntowanym wasalem, w związku z czym nigdy nie będziemy traktowani jako równorzędny partner – w przeciwieństwie do Niemiec lub Francji. Względny spokój moglibyśmy mieć jedynie za cenę totalnego podporządkowania, a i wtedy groźba sankcji „fitosanitarnych” wisiałaby nad nami niczym miecz Damoklesa – choćby przy okazji renegocjacji umów gazowych, prób przejęcia strategicznych przedsiębiorstw przez rosyjski kapitał, czy co tam akurat Putin chciałby na nas wymusić.

Prócz realnych strat, embargo ma skutkować efektem psychologicznym, na który Putin liczy równie mocno, co na skutki ekonomiczne. Jest to komunikat: nie podskakujcie, bo wasi rolnicy, przetwórcy, transportowcy pójdą z torbami. Jednak jest to broń obosieczna. Rosja z dnia na dzień nie obsieje pól, nie posadzi sadów, nie wyhoduje ryb, bydła, drobiu i trzody – a jeść trzeba. Nie zastąpi też tanich dostawców z naszego regionu, dajmy na to, argentyńską wołowiną. Pozostaje przeczekać, a nade wszystko – wyciągnąć wreszcie konstruktywne wnioski na przyszłość.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 34 (25.08-31.08.2014)