Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek medialny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek medialny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 marca 2019

„Soroszyzacja” mediów

Zamiast repolonizacji, będzie „soroszyzacja” - a wszystko dlatego, że osoby teoretycznie odpowiedzialne za reformę polskiego porządku medialnego wolały w zeszłym roku pajacować z eko-lewakami w obronie norek. Słowem – brawo wy!

I. „Soroszyzacja” zamiast repolonizacji

Nie ma to jak „repolonizacja”... Jak podał branżowy portal wirtualnemedia.pl, Agora do spółki z czeską firmą SFS Ventures przejęła grupę mediową Eurozet od funduszu Czech Media Invest, który zakupił go w 2018 r. od francuskiego koncernu Lagardere. Z wyścigu o kupno radiowego potentata, którego perłą w koronie jest Radio Zet odpadli m.in. „Fratria” (wydawca tygodnika „Sieci”) czy ZPR Media (m.in. „Super Express”, radio „Eska”). Agora będzie mniejszościowym udziałowcem (40 proc. akcji kupione za 130,7 mln. zł.), reszta udziałów przypadnie SFS Ventures – podmiotowi, którego jednym z właścicieli jest spółka Salvatorska Ventures LCC. Spółka ta, co istotne, należy z kolei do funduszu Media Development Investment Fund (MDIF) za którym stoi nie kto inny, tylko nasz dobry znajomy George Soros. Innymi słowy – Soros i Agora powiększają swój stan posiadania na polskim rynku medialnym. Warto dodać, że zgodnie z umową między wspólnikami, żaden z nich nie będzie mógł zbyć swych akcji bez zgody partnera (co automatycznie wyklucza ich kupno np. przez jakiś podmiot państwowy), zaś po upływie roku Agora będzie mogła wezwać SFS Ventures do sprzedania jej pozostałych 60 proc. udziałów (tzw. opcja call – jej termin upłynie 20 czerwca 2020 r.). Oznacza to, że za nieco ponad rok Agora może stać się wyłącznym właścicielem „Zetki”.

Cóż, zatem zamiast „repolonizacji” będzie „soroszyzacja” mediów. Wszystko to odbyło się przy kompletnej bierności podmiotów państwowych - nie pierwszy raz zresztą. Przypomnę, że fundusz Sorosa (MDIF) w 2016 r. odkupił 11 proc. akcji Agory m.in. od należącego do państwowego PZU funduszu „Złota Jesień”. Czyli, zamiast poszerzać wpływy i skupywać od innych udziałowców akcje Agory, wykorzystując ich spadające notowania, państwowa spółka beztrosko opchnęła je Sorosowi. A stopniowe przejmowanie kontroli nad koncernem z Czerskiej było jak najbardziej możliwe – i to bez żadnej „spec-ustawy”, tylko normalnymi, rynkowymi metodami. Teraz natomiast odpuszczono walkowerem walkę o Eurozet. Co ciekawe, gdy w grę wchodziło wykupienie od Włochów (Unicredit) Pekao S.A. za ponad 10 mld. zł, jakoś można się było zmobilizować i PZU wspólnie z Polskim Funduszem Rozwoju przywróciły bank w polskie ręce (słusznie zresztą). Tymczasem w przypadku wystawionego na sprzedaż Eurozetu nie wysupłano dwustu kilkudziesięciu milionów.


II. „Zetka” wraca do macierzy

Tym samym, można powiedzieć, że Radio Zet „wróciło do macierzy”. Mało kto już pamięta, że stacja ta została założona właśnie przez Agorę we wrześniu 1990 r. jako „Radio Gazeta” - i jak sama nazwa wskazuje, miało być emanacją „Gazety Wyborczej” w eterze. Nadawało na sprzęcie francuskiej rozgłośni publicznej RFI użyczonym w ramach „wspierania młodej demokracji” - i robiło to od strony prawnej kompletnie „na dziko”, na podstawie nie przewidzianego żadnymi przepisami „eksperymentalnego zezwolenia” udzielonego przez ministra łączności. W ten oto sposób Radio Zet na samym starcie zgarnęło szerokim gestem ogromny kawał rynku medialnego i co za tym idzie, reklamowego tortu, dystansując już na początku potencjalną konkurencję. Oto narodziny III RP w pigułce – o sukcesie biznesu zadecydowały układy i znajomości. Teraz stacja wraca pod opiekuńcze skrzydła Agory i wujka Sorosa, by dodać swoje 12 proc. słuchalności (druga lokata na rynku) do TOK FM i 29 lokalnych rozgłośni będących już w portfolio koncernu.

Retorycznie zapytam: czy właśnie na tym polegać ma osławiona „dekoncentracja”, nad którą w pocie czoła pracują ponoć od czterech lat prominentni politycy partii rządzącej? Dla porównania – kiedy dotychczasowy właściciel „Zetki”, czyli Czech Media Invest przejął w październiku 2018 49 proc. udziałów we francuskiej gazecie „Le Monde”, publicznie swoje zaniepokojenie z powodu wejścia na rynek obcego kapitału wyraził tamtejszy minister kultury Franck Riester, a pracownicy „Le Monde” zażądali gwarancji zachowania niezależności i deklaracji, że nowy współwłaściciel nie będzie wpływał na politykę redakcyjną. A mowa jedynie o pakiecie mniejszościowym. Natomiast u nas zagraniczne podmioty, ze szczególnym uwzględnieniem niemieckich potentatów, panoszą się jak chcą, terroryzując polskie redakcje i dziennikarzy groźbami rujnujących pozwów – i nie ma siły, żeby coś z tym zrobić. A potem PiS płacze, że ma przeciw sobie koalicję wrogich mediów. Płaczcie dalej i nic nie róbcie – z pewnością wam to pomoże.


III. Medialny bantustan

Repolonizacja mediów była jednym ze sztandarowych haseł wyborczych Prawa i Sprawiedliwości w 2015 r. Potem, przez następne lata, byliśmy karmieni kolejnymi obietnicami i doniesieniami na temat różnych wariantów „dekoncentracji”. Po raz ostatni o temacie zrobiło się głośno przed wyborami samorządowymi, na przełomie września i października 2018 r. Słyszeliśmy wtedy z ust posłanki Joanny Lichockiej, min. Jarosława Sellina i min. Piotra Glińskiego, że ustawa jest gotowa i czeka tylko na odpowiedni polityczny moment. Moment ten nie nastąpił do dziś, a min. Gliński w połowie października ub.r. otwartym tekstem przyznał w rozmowie z „WP.pl”, że sprawa jest odwlekana ze względu na niebezpieczeństwo wybuchu kolejnego konfliktu z Brukselą. Swoje dołożyła ambasador USA Georgette Mosbacher przestrzegając podczas spotkania z posłami w Sejmie, iż „Kongres nie będzie tolerował” jakichkolwiek zamachów na „wolność mediów”. Wkrótce zresztą okazało się w odpowiedzi na poselską interpelację, że Min. Kultury i Dziedzictwa Narodowego poprzestało na sporządzeniu dwóch analiz i żadnych projektów ustaw czekających na „właściwy moment” zwyczajnie nie ma.

Konserwujemy więc medialny bantustan w którym jednym z głównych graczy na rynku telewizyjnym jest grupa TVN należąca do amerykańskiego Discovery, któremu szefuje przyjaciel ambasador Mosbacher, David Zaslav – i z tego powodu jest „nie do ruszenia”. W segmencie prasy niepodzielnie dominuje kapitał niemiecki monopolizujący gazety lokalne (Verlagsgruppe Passau), prasę kolorową (Bauer), a także trzymający największy tabloid i jeden z największych tygodników („Fakt” i „Newsweek” - Ringier Axel Springer). Portale internetowe, to znów Niemcy – springerowski Onet i należąca do Bauera Interia. Do tego czołowa stacja radiowa – RMF FM (ponownie Bauer), której dziennikarze żartują, że u nich coś złego o Niemczech można powiedzieć tylko dwa razy – pierwszy i ostatni. Jako ponurą ciekawostkę podam, że wg danych Ministerstwa Finansów TVN niemal co roku wykazuje „straty” – i co za tym idzie, praktycznie nie płaci podatku CIT. Z kolei Ringier Axel Springer wykazał 13 269 315 zł dochodu, lecz tylko 170 306 zł. podstawy opodatkowania – w związku z czym zapłacił raptem 32 358 zł. CIT. Żaden poważny kraj nie pozwoliłby na coś takiego.


IV. „Chilling effect”

Na zakończenie, jeszcze jeden wątek, którego nasi politycy unikają jak ognia. To umowy o ochronie i popieraniu inwestycji (BIT), łączące nas z ok. 60 państwami – w tym z Niemcami, USA czy Francją. W umowach tych zawarty jest mechanizm ISDS, pozwalający obcemu podmiotowi gospodarczemu pozwać państwo polskie przed międzynarodowy arbitraż w przypadku np. uchwalenia niekorzystnych rozwiązań legislacyjnych, mogących skutkować wywłaszczeniem – w tym również tzw. „wywłaszczeniem z zysków”. I właściciele zagranicznych koncernów medialnych otwarcie takimi pozwami grożą, gdy tylko do debaty publicznej powraca wątek dekoncentracji mediów – a że odszkodowania (nie mówiąc o kosztach procesów) mogą iść w grube miliony, to nasi wybrańcy po chwili retorycznej szarży, natychmiast milkną i podkulają ogony. Przy takich okazjach używa się pojęcia „chilling effect” („efekt mrożący”) - i właśnie obserwujemy jego działanie w praktyce. Nawiasem, z umowami BIT również nic nie robimy. W takiej sytuacji nie dziwi, że osoby teoretycznie odpowiedzialne za reformę polskiego porządku medialnego wolały w zeszłym roku pajacować z eko-lewakami w obronie norek. Słowem – brawo wy!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Repolonizacji mediów nie będzie

Ech, ta repolonizacja...

Dekoncentracja – kolejne podejście


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 09 (01-07.03.2019)

niedziela, 2 grudnia 2018

Repolonizacji mediów nie będzie

Jeżeli obecna władza nie będzie respektowała prawa Polaków do gospodarzenia we własnym domu, to tę władzę również zmieni ulica” - Witold Gadowski.

I. Mosbacher locuta, causa finita

Chyba można już ogłosić to oficjalnie: repolonizacji mediów nie będzie. Ani w tej, ani w następnej kadencji. Zabroniła tego ambasador USA Georgette Mosbacher podczas spotkania z posłami w polskim Sejmie. Ujawniona przez Agencję Informacyjną Polska Press wypowiedź pani ambasador była jednoznaczna i dobitna: „Powinniście mieć świadomość, że jedna rzecz, co do której Kongres amerykański się zgadza zarówno demokraci, jak i republikanie, to jest wolność prasy. I nie mogę tego mocniej wyrazić (...)”. Nieco później kontynuowała: „Jesteśmy przyzwyczajeni w USA, że prasa jest brutalna, (...) ale nie ingerujemy. (…) Dlatego jeśli chodzi o wolność prasy, to z niczym Państwu nie pomogę. Kongres nie będzie tolerował takich rzeczy”. Tak więc, Roma locuta, causa finita.

Ale to jeszcze nie wszystko. Otóż Mosbacher zażądała ni mniej, ni więcej, tylko stałego wglądu do projektów legislacyjnych, powołując się na niedawny casus nowelizacji ustawy o IPN penalizującej przypisywanie Polakom niemieckich, nazistowskich zbrodni. Nowelizację tę określiła zresztą wdzięcznym mianem „holocaust law”: „Gdybyśmy współpracowali ściślej, bardziej na bieżąco, to w przypadku takich ustaw, jak »Holocaust law« i skonsultowali to odpowiednio wcześniej, to moglibyśmy wyrazić nasze stanowisko odpowiednio wcześniej”. I wreszcie clou: „Byłabym wdzięczna, gdybym mogła być na bieżąco informowana, gdybym wiedziała zawczasu, gdybyśmy wiedzieli, nad czym pracujemy. By mieć pewność, ze zmiany legislacyjne są korzystne dla obu naszych krajów”.


II. Sojusznik, czy wasal?

No i wszystko jasne. Pani ambasador „zaprzyjaźnionego mocarstwa” wyraźnie określiła, jak ma wyglądać nasz „sojusz”: Waszyngton mówi, my słuchamy. Natomiast rola dyplomatów USA ma sprowadzać się do trzymania nas w ryzach, byśmy przypadkiem jakimiś niewczesnymi wyskokami nie narazili na szwank „dobrych stosunków”. W przytoczonych cytatach mamy całą paletę dyscyplinujących chwytów: wyższościowy, paternalistyczny ton („polskich Irokezów” trzeba nauczyć szacunku dla wolnej prasy); szantażowanie pogorszeniem relacji („Kongres nie będzie tolerował takich rzeczy”) i postawienie warunków jaskrawo ingerujących w naszą suwerenność – czyli stanowienie prawa. Jednym słowem – dyktat. Wyobrażam sobie, że w XVIII wieku takim tonem mógł do polskich posłów przemawiać Nikołaj Repnin, albo za komuny kolejni nadzorcy przysyłani tu przez moskiewskich genseków. W nowszych czasach, być może PO pozwalała sobie na podobne połajanki ze strony wysłanników Angeli Merkel. Teraz widać, że zamiana Moskwy i Berlina na Waszyngton nie przyniosła jakościowej odmiany w naszych sojuszach i ogólnym położeniu – kto inny jedynie trzyma bat i lejce.

Ach, zapomniałbym. Na osłodę pani ambasador pokazała nam tradycyjny cukierek, czyli zniesienie wiz, zapewniając o swym zaangażowaniu. Oczywiście, żadnego zniesienia wiz dla Polaków nie będzie. To zbyt wygodne narzędzie nacisku – błyskotka, którą można nas wabić i szantażować na przemian. Po co USA miałyby się jej pozbywać?

Wystąpienie Georgette Mosbacher jako żywo przypomina niesławną tyradę izraelskiej ambasador Anny Azari po uchwaleniu art.55a ustawy o IPN. Wtedy, przypomnę, ta bezczelna litwaczka nie została wydalona w Polski w ciągu 24 godzin jako persona non grata – zamiast tego wdaliśmy się w upokarzający spektakl konsultacyjno-negocjacyjny, zakończony naszą sromotną rejteradą. Czy zatem może dziwić, że skoro na tak obcesowe zachowania pozwala sobie „sojusznik naszego sojusznika”, to jeszcze mniej skrupułów mają przedstawiciele samego „Wielkiego Brata”? Dobrze jednak, że przynajmniej pozbyliśmy się złudzeń: nie jesteśmy z perspektywy USA żadnym „sojusznikiem” (choć grzecznościowo tak się nas nazywa). Sojusz zakłada bowiem jakieś minimum partnerskich relacji. Jesteśmy protektoratem, wasalem, satelickim państewkiem, któremu amerykański hegemon przekazuje polecenia „do wykonu”. Tak kończy się uprawianie „bezalternatywnej”, jednowektorowej polityki zagranicznej. Ileż to razy słyszeliśmy, również z ust samego nieformalnego Naczelnika państwa, że dla członkostwa w Unii, sojuszu z USA czy obecnej polityki wschodniej „nie ma alternatywy”? Takim postępowaniem sami wpędzamy się w ślepą uliczkę, sytuację bez wyjścia, podajemy się do skonsumowania na srebrnej tacy – i właśnie zbieramy tego efekty. Powtórzę to, co pisałem już wielokrotnie: nie ma strategicznych sojuszy dla słabych. Dla frajerów tym bardziej.

Swoją drogą, czy wyobrażają sobie Państwo, że polski ambasador w Waszyngtonie próbuje strofować członków Kongresu, grożąc, że nasze wzajemne stosunki ucierpią, jeśli zostanie przyjęta np. „ustawa 447”? Jeżeli nawet pozwoliłby sobie na podobny krok, to w ciągu kilku dni pożegnałby się ze stanowiskiem. I na dobrą sprawę, protegowana Trumpa, która dostała dyplomatyczną posadę w nagrodę za sprawne zbieranie kasy na kampanię, również powinna w ekspresowym tempie wylecieć z Warszawy.


III. Efekt Mosbacherowej

Wracając do repolonizacji – Georgette Mosbacher otwartym tekstem przyznała, że do dyplomacji trafiła z biznesu i jednym z jej priorytetów jest ochrona interesów amerykańskich firm. A tak się składa, że TVN należy do amerykańskiego potentata Discovery. Mamy zatem przykład „dyplomacji gospodarczej” w działaniu. Dziwnym trafem, wkrótce po ujawnieniu treści spotkania pani ambasador z polskimi podwładnymi (bo tak to wyglądało), Prokuratura Krajowa poinformowała o odstąpieniu od przesłuchania operatora TVN Piotra Wacowskiego, hailującego na pamiętnych „urodzinach Hitlera” w krzakach pod Wodzisławiem Śląskim. Jeszcze chwilę wcześniej temu samemu operatorowi stosowne wezwanie wręczali funkcjonariusze ABW – a tu taka zmiana. Efekt Mosbacherowej? W każdym razie, wiadomo już, że TVN-owi nie stanie się krzywda i może pozwolić sobie na wszystko – parasol pani ambasador został rozpostarty. Podobnie, siłą rzeczy, będzie z polskojęzycznymi mediami niemieckimi, toteż należy się spodziewać z ich strony jeszcze większego tupetu, buty i arogancji. Dziś Ringier Axel Springer nęka za mówienie prawdy procesami „Warszawską Gazetę” i dziennikarza Witolda Gadowskiego (inne tytuły, które swojego czasu pisały to samo, pokornie przeprosiły i zamilkły). Jutro niemieccy specjaliści od sądowego kneblowania mogą wziąć na celownik następne ofiary – przy kompletnej bierności polskiego rządu.

W tym kontekście rozbrajająco naiwnie brzmią nieśmiałe protesty posłanek PiS Małgorzaty Wypych i Joanny Lichockiej, które na spotkaniu próbowały przekonać amerykańską ambasador, że problem polega na dominacji obcego kapitału, a wolność mediów jest obecnie o wiele szersza, niż za PO. Nic z tego – Mosbacher przyszła z wyrobioną i ugruntowaną opinią (ciekawe, z kim się konsultowała?). Trzeba było naświetlać sprawę wcześniej, tłumacząc chociażby, że niemieckie media realizują politykę Berlina sprzeczną również z interesami USA, a nade wszystko – nie ociągać się z repolonizacją. Tymczasem PiS po gromkich zapowiedziach, zaczął traktować „dekoncentrację” mediów niczym gorący kartofel – bo nagle okazało się, że może to stanowić kolejne pole konfliktu z Brukselą, a ponadto obce koncerny zaczęły grozić pozwami przed międzynarodowym arbitrażem na podstawie podpisanych przez Polskę umów o ochronie inwestycji (BIT). Efekt tradycyjny – po retorycznych szarżach, wstydliwa ucieczka i odkładanie sprawy na „święty nigdy”. Przykładowo, słyszeliśmy, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego pracuje nad różnymi wariantami ustawy dekoncentracyjnej. Co się okazało? W odpowiedzi na poselską interpelację resort kultury oznajmił, że żadnych projektów ustaw nie ma – przygotowano jedynie dwie analizy i na tym zakończono sprawę.

Cóż, PiS-owi na koniec dedykuję jako memento słowa Witolda Gadowskiego po niedoszłej rozprawie z Ringier Axel Springer: „Jeżeli obecna władza nie będzie respektowała prawa Polaków do gospodarzenia we własnym domu, to tę władzę również zmieni ulica”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sojusznik czy wasal?

Ech, ta repolonizacja...

Dekoncentracja – kolejne podejście?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (30.11-06.12.2018)

niedziela, 7 października 2018

Czy Niemcy przejmą „Ruch”?

Niemiecki kapitał wkrótce dołoży do swojego stanu posiadania jedną trzecią krajowego systemu dystrybucji, utrwalając medialną kolonizację Polski.

Branżowy portal „Wirtualne Media” zamieścił relację z posiedzenia sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu w którym udział wzięli m.in. wiceminister kultury Paweł Lewandowski, przedstawiciele Izby Wydawców Prasy oraz szef jednego z czołowych kolporterów – Jerzy Szmid („Garmond Press”). Tematem była fatalna sytuacja na rynku dystrybucji związana ze złą kondycją „Ruchu” (drugi co do wielkości kolporter, z 30 proc. udziałów w rynku). Borykający się z problemami finansowymi „Ruch” zalega z wypłatami dla wydawców, co bezpośrednio przekłada się na pogorszenie sytuacji finansowej szeregu tytułów. Jak to się stało, że rynkowy potentat znalazł się na granicy bankructwa, podczas gdy dwaj inni czołowi gracze („Kolporter” ma 52 proc., a „Garmond Press” 13 proc. udziałów w rynku) jakoś dają sobie radę? Rąbka tajemnicy uchylił Jerzy Szmid, ujawniając, że bezpośrednio po prywatyzacji za rządów PO (2010 r.), z firmy zaczęto regularnie wyprowadzać pieniądze. W samym 2011 r. przekazano (poprzez zakup obligacji) do zagranicznej spółki o majątku wartym 18 tys. euro środki „Ruchu” w wysokości 204 mln. zł. Proszę to sobie wyobrazić – niewielka spółeczka emituje obligacje na grube miliony, a „Ruch” wykupuje je bez mrugnięcia okiem. Mało tego – w latach 2010-2016 wyprzedano niemal wszystkie nieruchomości „Ruchu” za łączną kwotę 400 mln. zł. Jednak dziś tych pieniędzy w firmie próżno szukać. Na powyższe nakłada się jeszcze „dublowanie” zarządu „Ruchu” przez spółkę prezesa, p. Igora Chalupca, który miał pobrać łącznie od 50 do 70 mln. wynagrodzenia – niezależnie od wyników finansowych firmy. Ogółem „Ruch” od momentu prywatyzacji notował co roku na swej działalności podstawowej straty od kilkudziesięciu do nawet 100 mln. zł, a dzisiaj „dziura” w finansach wynosi jakieś 500 mln. Wg Jerzego Szmida sprawa prywatyzacji „Ruchu” wymaga nie tylko kontroli NIK, ale wręcz sejmowej komisji śledczej.

Obecnie „Ruch” to wydmuszka, której jedynym atutem jest sieć kolportażu licząca ok. 1700 placówek. I o tę sieć toczy się gra. Otóż najwięksi wydawcy, tak się składa, że głównie należący do niemieckiego (i szwajcarskiego) kapitału, jak np. Bauer (zdecydowany lider na rynku prasy) weszli w swoisty układ z „Ruchem” i kredytującym kolportera Alior Bankiem. Polegał on na tym, że sztucznie podtrzymywali „Ruch” przy życiu, nie upominając się o należne pieniądze, utrzymując mimo zaległości nadziały nakładów i odstępując od składania wniosków o upadłość – wszystko z błogosławieństwem władz Izby Wydawców Prasy. To z kolei pozwalało Alior Bankowi przedłużyć kredytowanie „Ruchu” finansową kroplówką. Zabezpieczeniem całej operacji była dla największych wierzycieli właśnie sieć punktów sprzedaży. Efekt jest taki, że w przypadku ostatecznej upadłości „Ruchu” owa sieć przypadnie tym koncernom prasowym, które się na niej zabezpieczyły – czyli w praktyce firmom niemieckim. Będzie to oznaczało, że prócz dominacji na rynku prasowym, niemiecki kapitał wejdzie do gry jako jeden z czołowych kolporterów prasy, powiększając tym samym i tak już gigantyczną przewagę rynkową nad podmiotami krajowymi.

Taka sytuacja będzie miała potencjalnie poważne konsekwencje polityczne. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że niemieckie media są bezwarunkowo lojalne wobec swego macierzystego kraju – na co wpływ ma m.in. splot biznesowo-towarzyskich powiązań między tamtejszymi politykami a światem wielkiego biznesu. Przejawia się to w linii redakcyjnej niemieckich tytułów medialnych zgodnej z interesami Berlina i kształtującej w tym duchu opinię publiczną. Nietrudno więc sobie wyobrazić, że po przejęciu sieci sprzedażowej „Ruchu” przez niemiecki kapitał, polska prasa (zwłaszcza pisma krytyczne wobec Niemiec) zacznie nagle napotykać na niewytłumaczalne trudności. Z podobnymi problemami polskie tytuły prasowe miały już w przeszłości do czynienia – zdarzało się, że np. opozycyjne wobec władzy gazety wracały bez wyraźnej przyczyny jako zwroty całymi, nierozpakowanymi paczkami. Na porządku dziennym była również osobliwa „polityka ekspozycyjna” polegająca na ukrywaniu niewygodnych czasopism pod innymi gazetami. W przypadku przejęcia placówek „Ruchu” należy liczyć się z podobnymi praktykami wobec gazet krytykujących niemiecki rząd, czy dominację obcego kapitału na polskim rynku medialnym.

A tymczasem rząd PiS jak ognia boi się dotknąć tematu. Wiceminister Paweł Lewandowski stwierdził nawet, że „nie dostrzega znaczących nieprawidłowości w funkcjonowaniu rynku kolportażu i prasy w Polsce”. Podobno w Ministerstwie Kultury opracowano kilka wariantów tzw. ustawy dekoncentracyjnej – lecz czeka ona na „właściwy polityczny moment”. Mogę powiedzieć już teraz – moment nigdy nie będzie „właściwy”, bowiem taka ustawa uderzy w wiodących graczy, którzy nie omieszkają zrobić rabanu na całą Europę. Skutek zaniechań będzie taki, że niemiecki kapitał wkrótce dołoży do swojego stanu posiadania jedną trzecią krajowego systemu dystrybucji, utrwalając medialną kolonizację Polski.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ech, ta repolonizacja

Dekoncentracja – kolejne podejście


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 39 (05-11.10.2018)

niedziela, 17 czerwca 2018

Dekoncentracja – kolejne podejście?

Albo zerwiemy ze statusem medialnej kolonii, albo kolejnym rządom pozostaną bezsilne złorzeczenia na dominację zagranicznego kapitału.

Piotr Zaremba w „Dzienniku Gazecie Prawnej” (powołując się na „bliskiego współpracownika” Jarosława Kaczyńskiego) podał, iż w PiS powrócił temat dekoncentracji mediów. Stosowna ustawa miałaby zostać uchwalona jeszcze jesienią tego roku – co oznacza, że wpisałaby się w kampanię samorządową. Jarosław Kaczyński dał ponoć wstępnie „zielone światło”, prace nad projektem trwają w MKiDN i wszyscy tylko czekają na ostateczny sygnał od prezesa. Oczywiście, działające na naszym rynku podmioty z zagranicznym kapitałem zareagowały na to doniesienie tradycyjnym alarmem spod znaku „autorytarna władza chce zdusić medialną krytykę i wolność prasy”. Warto tu nadmienić, iż owa „wolność” tak naprawdę sprowadza się do uczestnictwa w politycznej dywersji obliczonej na wewnętrzną destabilizację Polski, w czym osobliwą gorliwość wykazują ośrodki niemieckie, nawet niespecjalnie ukrywające, że mają na celu obalenie obecnego rządu - skrajnie niewygodnego dla ich mocodawców - i przywrócenie status quo sprzed 2015 r. Ot, taka agentura wpływu masowego rażenia.

Informacje „DGP” stanowczo zdementowała rzeczniczka PiS Beata Mazurek, twierdząc, iż jest to „fake news” i generalnie nie ma tematu. W podobnym duchu wtórował jej marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Cóż, tego typu doniesień mieliśmy okazję wysłuchiwać od 2015 r. wielokrotnie i każdorazowo przebiegały one w rytmie: repolonizacja mediów jest naszym priorytetem - już, już zaraz ruszymy – mamy kilka wariantów ustawy - jednak nie, sytuacja się skomplikowała – generalnie jesteśmy za, ale moment jest nieodpowiedni – i nieodmienny finał: odkładamy projekt do zamrażarki. Jeszcze na początku tego roku premier Morawiecki deklarował, że „nie ma pośpiechu”, a z kręgów rządowych szły sygnały, że nie będziemy otwierać „nowego frontu” w napiętych relacjach z zagranicą. Tymczasem niedawno tenże premier Morawiecki grzmiał we Wrocławiu, że 80 proc. mediów jest w rękach politycznych przeciwników rządu, a prasa regionalna znajduje się w 95 proc. pod kontrolą zagranicznych koncernów.

Czyżby zatem przestawienie wajchy? Niekoniecznie. Gołym okiem widać, że ścierają się dwie wzajemnie blokujące się frakcje - „jastrzębi” i „gołębi”. Pierwsi faktycznie chcieliby utrącić dominującą pozycję zagranicznego kapitału na medialnym rynku, drudzy zaś uprawiają swoisty „kult świętego spokoju” pokrywany zaklęciami o politycznej racjonalności – bo spór z Komisją Europejską o sądownictwo, bo Polska po nowelizacji ustawy o IPN ma i tak wystarczająco złą prasę na świecie, bo trwają negocjacje budżetowe z Brukselą...

Tymczasem sytuacja jest, wbrew pozorom, dość prosta. Nad kwestią „dekoncentracji”, „repolonizacji” czy jak to zwał, wiszą dwa zagrożenia - z czego jedno jest fikcyjne, drugie zaś realne. Zagrożeniem fikcyjnym jest obawa, że ustawa dekoncentracyjna pogorszy naszą sytuację przetargową w sporze z Unią Europejską. Warto przyjąć do wiadomości, że Bruksela będzie zwalczała wszelkimi możliwymi metodami obecny rząd bez względu na to, co ten zrobi lub czego nie zrobi. Te wszystkie trybunały konstytucyjne, niezależność sądownictwa czy właśnie rynek medialny – to jedynie preteksty. W optyce eurokratów PiS jest „ciałem obcym” - „nieliberalnym” ugrupowaniem, które należy zwalczać bez względu na wszystko. Warunkiem względnego spokoju byłaby tylko stuprocentowa kapitulacja, sprowadzająca się do uznania przez Polskę swojego kolonialnego statusu – politycznego, gospodarczego oraz ideologicznego. Tak więc histeryczną reakcję Brukseli trzeba z góry wliczyć w koszty i robić swoje.

Drugie zagrożenie, realne, to kwestia umów o wzajemnym popieraniu inwestycji (BIT), jakie łączą nas z kilkudziesięcioma państwami – w tym z krajami macierzystymi zagranicznych medialnych potentatów. W umowy te wmontowany jest mechanizm ISDS pozwalający inwestorowi pozywać państwo-gospodarza przed międzynarodowy arbitraż i domagać się odszkodowań np. z tytułu wywłaszczenia (w tym również „wywłaszczenia z zysków”). Skutkiem powyższych umów jest chociażby tzw. „efekt mrożący” („chilling effect”) - państwo celowo wstrzymuje się od posunięć mogących narazić je na straty finansowe. W przypadku korowodów wokół dekoncentracji najprawdopodobniej obserwujemy właśnie to zjawisko. Pytanie, czy nie warto ponieść ryzyka procesu, tym bardziej, że nie jesteśmy tak całkiem bez argumentów – począwszy od powołania się na zapisy dekoncentracyjne obowiązujące w innych krajach UE, po wykazanie, że rzekome „wywłaszczenie z zysków” nie ma pokrycia w „zyskowności” wykazywanej na potrzeby zeznań podatkowych CIT. Jeżeli TVN wykazuje niemal co roku straty, a np. Ringier Axel Springer Polska przy dochodzie 13 269 315 zł. „wypracował” 170 306 zł. podstawy opodatkowania i w związku z tym zapłacił... 32 358 zł. CIT (dane Min Fin) – to o jakim „wywłaszczeniu z zysków” tu mówimy?

Jedno jest pewne - albo zerwiemy ze statusem medialnej kolonii, albo kolejnym rządom pozostaną bezsilne złorzeczenia na dominację zagranicznego kapitału.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ech, ta repolonizacja...


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 23 (15-21.06.2018)