Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deficyt budżetowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deficyt budżetowy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 czerwca 2019

Dług publiczny vs. dług prywatny

Warto przypomnieć słownikowe znaczenia pojęcia „austerity” - oznacza ono „prostotę” i „surowość”, ale w drugim znaczeniu również „niedostatek” i „biedę”.

Porozmawiajmy sobie dziś o arcyciekawym procesie przebiegającym na naszych oczach: konwersji długu publicznego na dług prywatny. Jak się to odbywa? Otóż po kryzysie finansowym 2008 r. międzynarodowe gremia i instytucje w rodzaju Banku Światowego czy MFW uznały, że przyczyniła się do niego m.in. rozrzutność państw. Zarządzono zatem politykę austerity, oznaczającą „ekonomię zaciskania pasa” i mającą na celu redukcję deficytów budżetowych oraz trzymanie w ryzach długu publicznego. Jej namiastkę przerobiliśmy w pewnym momencie na własnej skórze, gdy Polska została objęta procedurą nadmiernego deficytu, co przełożyło się na np. zamrożenie płac w sferze budżetowej i oszczędności w sektorze publicznym. Lapidarnie ujął to ówczesny minister finansów Jacek Rostowski w słynnym zdaniu: „piniędzy nie ma i nie będzie”. Pokłosiem tego „programu naprawczego” są niedawne strajki policjantów, lekarzy, nauczycieli, a za rogiem do protestów szykują się kolejne grupy zawodowe „budżetówki”. Rzecz jasna, Polska nie była jedyna – podobne obostrzenia zaordynowały również rządy innych europejskich państw. Wszędzie cięto wydatki sektora publicznego i redukowano programy społeczne, co najboleśniej odczuły kraje południa Europy ze szczególnym uwzględnieniem Grecji, której „trojka” (Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy) przystawiła pistolet do głowy, wymuszając drakońskie cięcia i prywatyzację wszystkiego co się rusza.

Jednocześnie w tym samym czasie amerykański FED i EBC na potęgę wdrażały politykę „luzowania ilościowego” wpompowując w sektor finansowy nieprzytomne miliardy dolarów i euro. Założenie było takie, że pieniądze te trafią do realnej gospodarki, chociażby w postaci kredytów na inwestycje, pobudzając wzrost. Jak wiemy, nic takiego nie nastąpiło – zamiast tego rynek finansowy spuchł od nadmiaru wolnego pieniądza, nadymając kolejną, gigantyczną bańkę, która, jak wieszczy wielu ekonomistów, wkrótce pęknie z takim hukiem, że krach z końca 2008 r. będziemy traktować jak niewinne preludium do prawdziwej, globalnej katastrofy. Zresztą, na zdrowy rozum – jeżeli koncernom przemysłowym (np. samochodowym) bardziej od inwestowania we własnej branży opłaca się zakładać banki i rzucić się w wir spekulacji finansowych, to gołym okiem widać, że coś jest głęboko nie w porządku. Oznaką powyższego jest chociażby anemiczny wzrost gospodarczy w Unii Europejskiej, świadczący o tym, że kryzys przeszedł w fazę permanentną, a góry pieniędzy futrujące finansistów okazały się „w realu” zaledwie plasterkiem, doraźnie tylko łagodzącym dolegliwości. Na gorzką ironię zakrawa przy tym fakt, że na „luzowaniu” zyskali przede wszystkim ci, którzy doprowadzili do kryzysu i beztrosko szykują nam kolejną zapaść.

Ale jeden z celów został w znacznej mierze osiągnięty – faktycznie, „zaciskanie pasa” zdyscyplinowało budżety, a wszelkie próby poluzowania takiego podejścia spotykają się z gniewnymi reakcjami, co właśnie obserwujemy na przykładzie konfliktu Włochy – Komisja Europejska. Jednak ten kij ma dwa końce – ograniczenie państwowych wydatków odbiło się na wzroście gospodarczym, a koszta cięć ponieśli zwykli obywatele. Niedawno organizacja Human Right Watch zaalarmowała, że w Wlk. Brytanii rośnie liczba... niedożywionych dzieci. Ponadto, w zasadzie na całym kontynencie dramatycznie kurczy się sektor usług publicznych – służba zdrowia, edukacja, transport, bezpieczeństwo publiczne (niedofinansowana policja), pomoc społeczna itp.

I tu dochodzimy do sedna. Bowiem państwa, redukując wydatki, bynajmniej nie zmniejszyły podatków, których gros po staremu obciąża relatywnie mniej zamożne warstwy społeczne w ramach „regresywnego systemu podatkowego” z najbardziej dolegliwymi podatkami pośrednimi (VAT, akcyza) na czele. To zaś wymusza na gospodarstwach domowych zadłużanie się – i to bynajmniej nie na „rozrzutną” konsumpcję, lecz na podstawowe potrzeby. Jeżeli nie ma porządnej opieki zdrowotnej, szkoły czy transportu zbiorowego, to nie ma siły – trzeba brać kredyt na leczenie, edukację czy własny samochód. W ten oto sposób rządy walcząc z deficytami, skrycie „sprywatyzowały” zadłużenie, przerzucając je na ludzi. Brak wydatków państwa oznacza po prostu większe wydatki obywatela, bo leczyć się, uczyć i dojechać z punktu „A” do punktu „B” zwyczajnie trzeba. Tak oto odbywa się wspomniana na wstępie konwersja długu publicznego na dług prywatny. Tyle, że budżet domowy nie ma porównywalnego z państwem pola manewru – nie może chociażby kreować pieniądza, wskutek czego jest bardziej narażony na wszelkie zawirowania, co bardzo szybko odbija się na jego kondycji, w skrajnych przypadkach prowadząc do bankructwa. A potem świat dziwi się skąd się biorą na ulicach „żółte kamizelki” - przecież wskaźniki „makro” są w porządku... Cóż, na zakończenie warto przypomnieć słownikowe znaczenia pojęcia „austerity” - oznacza ono „prostotę” i „surowość”, ale w drugim znaczeniu również „niedostatek” i „biedę”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Luzowanie ilościowe dla ludzi

Ludzka polityka monetarna

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 26-27 (28.06-11.07.2019)

czwartek, 15 października 2015

Podatkowa ruletka

Zamiast cywilizowanego systemu podatkowego mamy coś w rodzaju szulerni z ruletką.

Nie tak dawno rząd Ewy Kopacz przedstawił projekt budżetu na rok 2016, zakładający rekordowy deficyt – 54,6 mld zł (co opisywałem w tekście „Mina budżetowa”), przy czym poprzednie rekordy również należały do ekipy PO-PSL – 44,6 mld zł w 2010 i planowane na ten rok 46,1 mld. Warto jeszcze dodać nowelizację budżetu w 2013, który opierał się na księżycowych wyliczeniach Rostowskiego - w efekcie, już w połowie roku wykorzystano cały zaplanowany deficyt i trzeba było znaleźć dodatkowe 24 mld zł. Wszystko przez zbyt optymistyczne szacowanie dochodów Skarbu Państwa – m.in. z podatków. Wspomniane deficyty oczywiście napędzają zadłużanie państwa, które wyłącznie dzięki sztucznym, księgowym zabiegom oraz skokowi na pieniądze z OFE utrzymywane jest na papierze poniżej konstytucyjnego progu 60 proc. PKB. Realnie, już w 2014 według wyliczeń OECD zadłużenie Polski wynosiło 62,5 proc PKB – oparto się na metodologii wliczającej do długu wszystkie zobowiązania publiczne, w tym również samorządów i funduszy celowych, takich jak Krajowy Fundusz Drogowy, do którego Rostowski „wypychał” część zobowiązań.

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka – od zwykłego marnotrawstwa i niegospodarności, poprzez patologiczne mechanizmy wykorzystywania unijnych funduszy (im więcej pieniędzy absorbujemy z Brukseli, tym więcej kredytów musimy zaciągać na tzw. „wkład własny”), do tego dochodzą koszty obsługi zadłużenia będące niemal równowartością wpływów z PIT, wyprowadzanie z Polski kapitału, no i wreszcie ignorowany dotąd słoń w menażerii, czyli katastrofalna ściągalność podatków. Tylko w latach 2008-2013 wg raportu MFW sporządzonego na zlecenie Ministerstwa Finansów wydajność poboru podatków spadła z 16 do 13,1 pkt. PKB. Z kolei wg wspomnianego OECD mamy najmniej efektywny system spośród wszystkich członków, zaś Bank Światowy lokuje nas na 114 miejscu spośród 183 badanych krajów.

Ostatnio uraczono nas nowymi, alarmującymi doniesieniami o skali patologii przy ściąganiu VAT i CIT. I tak, firma doradcza PwC wzięła na tapetę „lukę” w podatku VAT. Owa „luka” to nic innego jak różnica pomiędzy tym co teoretycznie powinno wpłynąć do budżetu państwa, a realnymi dochodami z danego podatku. W perspektywie lat 2007 – 2015 luka podatkowa osiągnęła rozmiary czarnej dziury w której rokrocznie znikają dziesiątki miliardów złotych. Dość powiedzieć, że w relacji do PKB dziura zwiększyła się z 0,6 proc. PKB w 2007 do 3 proc. w 2015, z chwilowym zmniejszeniem do 2,4 proc. w 2014. Jest to skutek (w proporcjach mniej więcej pół na pół) funkcjonowania „szarej strefy” oraz zorganizowanej przestępczości zajmującej się wyłudzeniami VAT. Oczywiście, zapewne tego procederu nie da się całkowicie zniwelować, zresztą trudności w ściąganiu VAT mają w mniejszym lub większym stopniu wszystkie kraje stosujące ten podatek, lecz Polska należy tu do niechlubnej europejskiej czołówki. Wyliczenia PwC wskazują, że samo ograniczenie luki do poziomu z 2007 roku dałoby państwu w tym roku dodatkowe 42 mld zł, ogółem zaś wyniesie ona 53 mld.

Podobnie rzecz się ma ze ściągalnością CIT, czyli podatku od przedsiębiorstw. Prof. SGH Dominik Gajewski oszacował na zlecenie Komisji Europejskiej, że polskie państwo na skutek unikania płacenia CIT traci rocznie 11 mld euro, czyli ok. 46 mld zł. Z sumami tymi polemizuje zarówno Ministerstwo Finansów, jak i wspomniana PwC, twierdząc, że straty z tytułu CIT są tak naprawdę „niepoliczalne” - optymalizacja podatkowa osiągnęła bowiem taki stopień zaawansowania, że nie sposób precyzyjnie wyliczyć luki podatkowej. Przy okazji „afery Junckera”, gdy wyszło na jaw, że wielkie koncerny celem uniknięcia podatków lokowały zyski wypracowane w innych krajach w Luksemburgu, obliczono w przybliżeniu, że na optymalizacji podatkowej Polska traci rocznie ok. 20 mld zł.

Jak by nie patrzeć, nawet przy „nieuchwytności” strat z CIT, otrzymujemy gigantyczne kwoty. Dlatego właśnie na wstępie przypomniałem deficyty budżetowe Polski z ostatnich lat. Okazuje się bowiem, że gdyby choćby częściowo uszczelnić nasz system podatkowy, to zamiast zadłużać się rok po roku i bić kolejne rekordy deficytów, moglibyśmy pokusić się o zrównoważony budżet, a może wręcz o nadwyżkę! Przypomnę: tegoroczny deficyt to 46 mld., a samo ograniczenie dziury podatkowej przy ściąganiu VAT do poziomu z 2007 roku dałoby nam 42 mld, do tego ograniczenie wyprowadzania nieopodatkowanego kapitału przyniosłoby kolejne miliardy z CIT.

Wniosek nasuwa się sam. Zamiast cywilizowanego systemu podatkowego mamy coś w rodzaju szulerni z ruletką, w której wielki biznes i świat przestępczy kręci swoje lody, a płacą frajerzy. Zwyczajnie nie wierzę, że patologie o takiej skali wynikają jedynie z bałaganu i niekompetencji. Albo inaczej – bałagan i niekompetencja to pozory mające na celu stworzenie klasycznej „mętnej wody”. Czy jest to część ceny, którą kosztem nas wszystkich płaciła ekipa PO-PSL różnym lobbies za poparcie? Mam nadzieję, że po wyborach wykaże to stosowne postępowanie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 41 (09-15.10.2015)

czwartek, 24 września 2015

Mina budżetowa

Wszyscy wsiadamy do „złotego pociągu” - nie bacząc na to, że jest on zaminowany.

W zasadzie, był czas przywyknąć do tego, że kolejne budżety uchwalane są przy, delikatnie rzecz ujmując, nadto optymistycznych założeniach. Wszak chodzi głównie o to, by na papierze wszystko się mniej więcej zgadzało, sejmowa większość i tak „przyklepie” projekt – cokolwiek rząd by w nim nie nawypisywał – a potem się zobaczy. Owo „się zobaczy” skutkuje często koniecznością wstawiania różnych fastryg w czasie trwania roku budżetowego, by finanse państwa nie rozlazły się niczym dziadowskie gacie. O takim właśnie „fastrygowaniu” rozmawiał w 2013 u „Sowy i Przyjaciół” Bartłomiej Sienkiewicz z prezesem NBP Markiem Belką, kiedy to dywagowano o obejściu zakazu wykupu przez NBP obligacji Skarbu Państwa. Belka zaproponował wówczas odkupienie przez NBP obligacji na „rynku wtórnym” - od BGK lub PKO BP, by w ten sposób, tylnymi drzwiami, bank centralny mógł sfinansować deficyt.

Fastrygą najbardziej rozpaczliwą, szytą najgrubszą dratwą, jest nowelizacja budżetu. Jak dotąd, w ostatnich latach ustawę budżetową nowelizowano czterokrotnie: w 2001 roku (dwa razy – w lipcu i listopadzie, odpowiednio o 8,6 i 3,8 mld zł); w 2009 – to już epoka „sztukmistrza z Londynu”, Jana Vincenta Rostowskiego – gdy musiano zwiększyć deficyt budżetowy z 18,2 mld zł do 27,2 mld zł; wreszcie – w 2013, kiedy to w połowie roku zrealizowano cały zaplanowany deficyt i okazało się, że brakuje ok. 24 mld zł. Wówczas deficyt zwiększono o 16 mld i zaplanowano cięcia w wydatkach na ok. 8,5 mld zł. Był to ten sam 2013 rok, w którym Sienkiewicz naradzał się z Belką – na dodatek, by nowelizacja mogła dojść do skutku, trzeba było „zawiesić” 50-proc. próg ostrożnościowy. Nawiasem mówiąc, ów próg realnie przekroczono już 2009, jednak wtedy Rostowskiemu udało się „sfastrygować” relację długu publicznego do PKB za pomocą sztucznego zabiegu księgowego, wypychając Krajowy Fundusz Drogowy wraz z jego zobowiązaniami poza sektor finansów publicznych.

Tak więc, jako się rzekło – był czas przywyknąć, jednak jakoś ta niefrasobliwa „dojutrkowość” każdorazowo mnie irytuje, oznacza ona bowiem spacer po naprawdę cienkiej linie, którego efektem jest lawinowe zadłużanie państwa. Już teraz nasz dług zagraniczny jest na poziomie zbliżonym do greckiego, z tą różnicą, że w odróżnieniu od Greków, w przypadku bankructwa nie bardzo mamy co dać wierzycielom w zastaw. Przyczyny kolejnych „kryzysów budżetowych” każdorazowo są te same – zawyżone prognozy wzrostu gospodarczego oraz wpływów do państwowej kasy. Anegdotyczne stały się już założenia do feralnego budżetu na rok 2013, w których Rostowski „wyliczył” wpływy z mandatów na poziomie 1,5 mld zł. Skończyło się na 86 mln.

Jednak powyższe to nic, w porównaniu z sytuacją, gdy zbliżają się wybory, w których władza walczy o przetrwanie. Właśnie przekonaliśmy się o tym, poznając projekt budżetu na rok 2016 przedstawiony przez rząd Ewy Kopacz. Zaplanowano w nim rekordowy deficyt w wysokości 54,6 mld zł. Poprzedni rekord zresztą również należał do rządu PO – w 2010 roku deficyt wyniósł 44,6 mld zł, z tym, że bieżący rok najprawdopodobniej pobije ów stary wynik – plan zakłada bowiem limit na poziomie 46,1 mld zł. To wręcz wygląda na mistrzostwa w zadłużaniu, w której to dyscyplinie rządząca od ośmiu lat ekipa PO-PSL ściga się sama ze sobą. Według rządu, PKB w 2015 ma wzrosnąć o 3,8 proc. (w tym roku, według NBP, PKB wzrośnie o 3,6 proc.) - i tu od biedy można powiedzieć „zobaczymy”, choć przeczuwam, iż mamy do czynienia z przesadnym optymizmem.

Czymże byłby „budżet wyborczy” bez „kiełbasy wyborczej”, czyli rozdawnictwa? Płace w budżetówce wzrosną o 2 mld zł – co z punktu widzenia rządu jest racjonalne, bo urzędnicy to chyba najwierniejszy, a przy okazji bardzo liczny (szczególnie wraz z rodzinami) elektorat i beneficjent obecnego układu. Jednorazowe dodatki do rent i emerytur (waloryzacji praktycznie nie będzie, bo mamy deflację) wyniosą łącznie 1,4 mld zł. Nowo narodzone dzieci – 1000 zł/mies przez pierwsze 12 miesięcy życia. Zasiłki socjalne – zmodyfikowane zostaną kryteria dochodowe na zasadzie „złotówka za złotówkę” oznaczającej zmniejszenie zasiłku o kwotę przekroczenia progu – łącznie 1 mld zł. Restrukturyzacja górnictwa – 900 mln zł – i te de, i te pe...

Zastanawiające, że jakoś wiodące media tym razem nie pomstują na nieodpowiedzialność, nie żądają podania źródeł finansowania (w końcu, od czego jest deficyt). Nikt również nie zadaje pytań, czy aby ściągalność podatków, która za rządów PO systematycznie maleje, ulegnie nagle jakiejś radykalnej poprawie. Cóż za odmiana w porównaniu z reakcjami na propozycje partii opozycyjnej, kiedy to wszystkim dziennikarzom, niezależnie od tego, czy odróżniają deficyt od długu publicznego, włącza się nagle budżetowy rygoryzm. Wniosek z tego jest taki, że rozdawnictwo rządu PO zostanie najwyraźniej pokryte z tych pieniędzy, których „nie ma” na spełnienie postulatów PiS. Słowem, wszyscy wsiadamy do „złotego pociągu” - nie bacząc na to, że jest on zaminowany.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/kie%C5%82basa-wyborcza-na-kredyt#.VfhY8X1vA-8

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2461-pod-grzybki-21

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 38 (18-24_09_2015)

niedziela, 16 lutego 2014

Aukcja Polski

Mamy do czynienia z permanentną aukcją Polski – jej zasobów, oraz obecnych i przyszłych dochodów obywateli. Aż do nieuchronnego końca.

I. Utarczka o rentowność

Niedawno, na stronach „Rzepy”, wpadł mi w oko taki oto tytuł: „Słaba aukcja polskiego długu”. Już wyjaśniam o co chodzi. Otóż Ministerstwo Finansów, by pokryć planowany deficyt, wystawia na sprzedaż rządowe papiery dłużne oferując nabywcom określoną „rentowność”, czyli oprocentowanie. Tu jednak jest haczyk. Potencjalni kupcy przez brak popytu mogą wymusić na rządzie zwiększenie „rentowności”, czytaj - oprocentowania obligacji. Jeśli rząd jednak uzna, że proponowane przez „inwestorów” warunki są nie do przyjęcia, to wycofuje się ze sprzedaży części obligacji.

I jedna z takich właśnie cyklicznych „aukcji długu” odbyła się w ostatni czwartek (13.02.2014). Dlaczego według „Rzeczpospolitej” była ona „słaba”? Ano dlatego, że mimo iż popyt nabywców opiewał na papiery o wartości ok. 6 mld zł, to Ministerstwu Finansów udało się sprzedać obligacje za jedyne 3 mld. Powód? „Inwestorzy” oczekują papierów bardziej „rentownych” - innymi słowy, wyżej oprocentowanych - na co z kolei nie godzi się rząd, gdyż oznaczałoby to wypłacanie nabywcom wyższych odsetek i w konsekwencji podrożenie obsługi polskiego zadłużenia – przykładowo, w 2012 roku koszt obsługi długu wyniósł więcej niż wpływy z podatku PIT.

Zresztą, rząd i tak zmuszony był podnieść rentowność obligacji. „Rzepa” podaje, iż w stosunku do przetargów styczniowych oprocentowanie obligacji pięcioletnich wzrosło z 3,69% do 3,88%, a dziesięcioletnich z 4,34% do 4,54%. Oprocentowanie obligacji zeszłorocznych było jeszcze niższe.

II. Pod presją finansjery

Cóż to oznacza? Oznacza to, że polskie papiery wartościowe powoli, ale wyraźnie tracą zaufanie „rynków” - czyli spekulantów skupujących nasze długi. W ostatnim czasie zagrały tu dwa czynniki. Pierwszy, to przekazanie do ZUS funduszy z OFE i umorzenie obligacji będących w ich „portfelu” - jeszcze w 2012 roku obligacje Skarbu Państwa stanowiły ok. 45% aktywów OFE na sumę ok. 118 mld zł. „Nacjonalizacja” obligacji pokazała czarno na białym jak tragiczna jest sytuacja finansów państwa, niezależnie od księgowych sztuczek. Czynnikiem drugim jest natomiast obowiązujący od lutego zakaz kupowania przez OFE dłużnych papierów skarbowych, co sprawia, że głównym ich nabywcą stają się pomioty zagraniczne – i to one będą dyktować warunki, czyli wymuszać na polskim rządzie podnoszenie „rentowności”. Obecnie udział inwestorów zagranicznych w polskim długu przekracza 40% i będzie nieuchronnie wzrastał. Jak niebezpieczna jest to sytuacja nie trzeba chyba tłumaczyć.

Oczywiście, mamy tutaj diabelską alternatywę – z jednej strony ZUS-owski bankrut, z drugiej – finansowy pasożyt, czyli OFE zasysający część składki emerytalnej i powiększający tym samym dziurę w finansach ZUS-u, nie dając w zamian w zasadzie niczego przyszłym emerytom. Co więcej, od czasu orzeczenia Sądu Najwyższego z 2008 roku stwierdzającego, że pieniądze gromadzone w OFE są środkami publicznymi a nie własnością ubezpieczonego i nie mogą być wypłacone obywatelowi na żądanie, mieliśmy tak naprawdę do czynienia z haraczem rozbitym na dwa „filary” płaconym dwóm różnym instytucjom, tyle że jedna z części owego haraczu została „sprywatyzowana” przynosząc profity z obracania nią garstce grandziarzy.

III. „Chwilówki” dla Polski

Powyższe pokazuje jak zbrodniczym procederem jest zadłużanie państwa – szczególnie, gdy uzyskane w ten sposób środki nie idą na inwestycje, tylko na przejedzenie. To coś jak „chwilówki” zaciągane, by poratować doraźnie rodzinny budżet, a które potem trzeba spłacać z lichwiarskim procentem – bo jak nie, to komornik ogołoci dom do czysta. Rządowe „chwilówki” jeszcze trzymają akceptowalny poziom oprocentowania (choć już nie rozmiar – rząd Tuska z Janem Vincentem przez niespełna 7 lat niemal podwoił polski dług publiczny), ale to oprocentowanie na skutek presji „inwestorów” będzie rosło – i to głównie na rzecz międzynarodowych spekulantów.

Opisana na początku „aukcja długu” jest wielce wymownym sygnałem, bowiem de facto międzynarodowa finansjera postawiła rząd pod ścianą: albo zwiększycie „rentowność” waszych papierów dłużnych, albo nie będziecie w stanie sfinansować deficytu. A żeby spłacać obligacje o podwyższonej „rentowności”, plus zaspokajać bieżące potrzeby rozdętego do granic absurdu państwa, zaciągać trzeba będzie kolejne długi na coraz wyższy procent... i tak dalej. Korkociąg długu. W tym kontekście dodatkowo niepokoi informacja, że podczas uzupełniającej aukcji Ministerstwo Finansów zdołało opchnąć obligacje na kolejny miliard – ale nie podano na jakich warunkach.

Mamy więc do czynienia z permanentną aukcją Polski – jej zasobów oraz obecnych i przyszłych dochodów obywateli. Aż do nieuchronnego końca.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/korkociag-dlugu

http://niepoprawni.pl/blog/287/dlugi-suwerennosc http://niepoprawni.pl/blog/287/szesciolatki-na-emigracje http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w-zjednoczonej-europie

http://niepoprawni.pl/blog/287/biale-noski-zamiast-bialych-kolnierzykow

 

czwartek, 18 lipca 2013

Długi a suwerenność

Finansowe chciejstwo każdorazowo kończy się tym samym: bankructwem i utratą suwerenności.

I. Przemysł przykrywkowy wciąż działa

Jak to się wszystko pięknie składa: najpierw otrzymujemy spektakl „mama Madzi v. 2.0”, gdzie w roli Madzi obsadzono księdza Lemańskiego, zaś w roli wyrodnej Katarzyny W. abp. Henryka Hosera, a na wszelki wypadek – gdyby emocje i uwaga publiczności nie zostały rozbujane wystarczająco – dołożono jeszcze ubój rytualny, by gawiedź mogła do woli przejmować się, co Żydzi o nas powiedzą. No, po takim przygotowaniu można już śmiało ogłosić nowelizację budżetu i niedobór 24 miliardów złotych, dalsze zapożyczanie się na koszt przyszłych pokoleń i „zawieszenie” progu 50% relacji długu publicznego do PKB. Uwaga społeczna odwrócona została w inną stronę, mediodajnie pomne swej organizatorskiej funkcji skutecznie o to zadbały, słowem - przemysł przykrywkowy wciąż działa.

Proszę zwrócić uwagę: głównonurtowe mediodajnie nad wydarzeniem mogącym w przyszłości odbić się tragicznymi dla Polski reperkusjami przeszły w zasadzie do porządku dziennego. To znaczy, odnotowały, ma się rozumieć, że „nowelizacja” będzie miała miejsce, by żaden „faszysta” nie mógł zarzucić, że przemilczały temat, ale ze sprawą „Madzi – Lemańskiego”, czy sposobem szlachtowania wołów na koszerne nie ma porównania. Kompletnie inna skala emocjonalnego zaangażowania, zapełnionych szpalt i czasu antenowego. W zasadzie szerszy oddźwięk możemy znaleźć jedynie na prawicowych portalach i w blogosferze.

II. Balansowanie na linie

Tymczasem kolejny finansowy szacher-macher „sztukmistrza z Londynu” skutkował będzie na najróżniejsze i zawsze negatywne sposoby. Nie łudźmy się - „chwilowe” zawieszenie zasady 50% relacji długu publicznego do PKB będzie trwałym odejściem od tego progu ostrożnościowego – pamiętajmy, że podwyżki VAT również miały być „tymczasowe”, a tu Jan „no PESEL” Vincent mówi, że obniżka będzie możliwa najwcześniej w 2017, czyli czekaj tatka latka. Z tą podwyżką VAT-u, to też zresztą była ciekawa sprawa. Jak pamiętamy, Rostowski chciał w ten sposób uzyskać dodatkowe 5 mld zł. PiS proponował wtedy wprowadzenie podatku bankowego w wysokości 0,39%, który wg GUS i Komisji Nadzoru Finansowego miał przynieść te same 5 mld. No, ale to za bardzo pachniało Orbanem i „pomysłami rodem z Budapesztu”, które – jak surowo zapowiedział wówczas Jan Vincent - „nie przejdą”, stawiając się tym samym ostentacyjnie w roli strażnika interesów międzynarodowej finansjery.

W tym samym mniej więcej czasie, polski rząd robił interes życia, udzielając transzy Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu w wysokości 5,8 miliarda euro na oszałamiające 0,1-0,2 procenta, podczas gdy nasza linia kredytowa w MFW oprocentowana jest na 5-6%. Wyszło na to, że tę pożyczkę potrzebną MFW na ratowanie Grecji sfinansowano m.in. z podwyżki VAT – czyli z pieniędzy polskich konsumentów. I dokładnie tych pieniędzy oddanych hojną ręką MFW zabrakło dziś w budżecie, bowiem 5,8 mld euro to jak raz 24,3 mld złotych.

Ciekaw jestem, na ile „rentowne” będą papiery dłużne, wyemitowane by uzyskać 16 mld złotych, które rząd chce pożyczyć na rynkach. Tak się bowiem składa, że przekroczenie progu ostrożnościowego będzie wyraźnym sygnałem dla międzynarodowej banksterki, że pożyczanie nam pieniędzy jest obarczone coraz wyższym ryzykiem. Na dodatek przesądzona już raczej likwidacja OFE sprawi, że instytucje te przestaną inwestować w papiery wartościowe Skarbu Państwa – do tej pory bowiem część długu publicznego finansowana była właśnie z pieniędzy „II Filaru”, czyli ze składek przyszłych emerytów. Na koniec 2012 roku 45% papierów wartościowych w portfelu OFE stanowiły właśnie obligacje Skarby Państwa na łączną sumę 118 mld zł, a bywało jeszcze więcej. Teraz to źródełko finansowania wyschnie, choć doraźnie przejęcie OFE i umorzenie obligacji nieco zmniejszy dług publiczny. Jednym słowem – dojutrkowość i ciągłe balansowanie na linie.

Aha, prócz pożyczenia 16 mld rząd chce dodatkowo zaoszczędzić ponad 8 mld złotych – logiczne byłoby tu zredukowanie liczby urzędników, których rząd Tuska we wszelkich podległych mu instytucjach zatrudnił od 2007 roku około stu tysięcy, ale to czyste samobójstwo – zrażać do siebie 100.000 przekupionego posadami elektoratu? Toteż już słyszymy, że oszczędzi się 3,3 miliarda zł na armii – pozostałe cięcia pójdą zapewne po innych, równie zbędnych nam instytucjach – policji, służbie zdrowia itp.

III. Kryzysowy korkociąg

Tak czy owak, najprawdopodobniej jesteśmy świadkami wpadania Polski w kryzysowy korkociąg. Wyczerpanie niemal całego zaplanowanego deficytu w pół roku nie jest sytuacją normalną, a rozmontowanie ustawowych zabezpieczeń tylko to potwierdza. O skali zapaści finansowej państwa może świadczyć, że już teraz na samą obsługę zadłużenia wydajemy wszystkie wpływy z PIT plus jeszcze trochę. Dodajmy, że obecna rozpaczliwa miotanina rządu skutkować może obniżeniem ratingu Polski na rynkach finansowych, czego konsekwencją będzie podrożenie kolejnych pożyczek, co z kolei napędzi spiralę zadłużenia... Kto to przerabiał? Grecja chociażby.

To, co niepokoi dodatkowo, to zerowy społeczny oddźwięk. Podejrzewam, iż bierze się to nie tylko stąd, że ludziska są ogłupiani zaznaczonymi na wstępie spektaklami typu „mama Madzi” i „ksiądz Lemański”. Dla większości, coś takiego jak „dług publiczny”, „deficyt”, „progi ostrożnościowe” jest czystą abstrakcją i wolą hołdować przekonaniu, że jednak tak źle nie będzie. Dopiero gdy wszystko runie, wylegną nagle na ulice protestując – wciąż nie rozumiejąc, co się tak naprawdę stało. A stało się to, że wybierając dwa razy pod rząd czarusiów od „cieplej wody w kranie” za pożyczone pieniądze i nie chcąc słuchać przestróg, sami sprzedali Polskę międzynarodowej lichwie.

Dyktatura Matołów jest jedynie emanacją chciejstwa elektoratu. A takie chciejstwo, polegające na przeświadczeniu, że „jakoś to będzie” i to nie my będziemy musieli martwić się długami, każdorazowo kończy się tym samym: bankructwem i utratą suwerenności. Przyjdą windykatorzy, zdominowane przez Niemcy instytucje europejskie postawią swój twardy dyktat – i płacić, frajerzy! Nie macie gotówki? To przejmiemy w naturze, co tam jeszcze zostało: ostatnie przedsiębiorstwa, lasy, kopaliny... Zastawiliście swój kraj za parę lat konsumpcji na kredyt, to teraz oddawać ostatnią koszulę. Nic nowego – kiedyś w takiej sytuacji wysyłało się korpus ekspedycyjny, który przejmował kontrolę nad zbankrutowanym krajem, teraz robi się dokładnie to samo, tyle że w białych rękawiczkach.

Oczywiście, można się z tego wywikłać. Takie Węgry przed czasem spłacą w tym roku ostatnią transzę do MFW i podziękują temu gremium za współpracę. Ale Węgrzy – tak obecne władze, jak i społeczeństwo – są jakby bardziej rozgarnięci i odporni na presję. Obawiam się, że nam pod tym względem o wiele bliżej do Greków.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w-zjednoczonej-europie

http://niepoprawni.pl/blog/287/biale-noski-zamiast-bialych-kolnierzykow

sobota, 18 maja 2013

Białe noski zamiast „białych kołnierzyków”

Wszystkie te bankiery i maklery to banda nabuzowanych ćpunów z upudrowanymi od „jechania krechy” kinolami.

I. „Kultura ekscytacji”

Jakiś czas temu natrafiłem na stronach „Rzepy” na pewną ciekawostkę. Oto były doradca brytyjskiego rządu do spraw polityki antynarkotykowej David Nutt (profesor neuropsychofarmakologii w Imperial College London) twierdzi, że kryzys finansowy został wywołany przez bankierów nadużywających kokainy. W kręgach finansowych panować ma tzw. „kultura ekscytacji”, której nieodłącznym elementem są silnie pobudzające narkotyki, sprawiające iż funkcjonujący w takich warunkach pracownicy sektora finansowego, goniąc za maksymalizacją zysków, skłonni są do podejmowania nadmiernego ryzyka.

Innymi słowy, te wszystkie bankiery, maklery tudzież insze „szpece” i magiki od robienia pieniędzy z niczego oraz kreowania i obrotu pochodnymi od pochodnych aktywów – to banda nabuzowanych ćpunów z upudrowanymi od „jechania krechy” kinolami. Kiedyś nazywano takich „białymi kołnierzykami”, dziś przyjdzie ich nazywać „białymi noskami”. Cóż, kiedy czyta się opowieści o przyczynach kryzysu na amerykańskim rynku nieruchomości, który zapoczątkował globalne domino, to trudno odmówić angielskiemu naukowcowi racji. Udzielanie na masową skalę kredytów tak zwanym „ninja” („no income, no job, no assets” - czyli „bez dochodów, bez pracy, bez aktywów”) przy założeniu, że kupiona tą drogą nieruchomość tak czy inaczej zachowa swą wartość, w związku z czym można na tej podstawie spokojnie budować piramidę pochodnych papierów wartościowych w które inwestowały kolejne podmioty na całym świecie – coś takiego mogło narodzić się tylko w odmętach znarkotyzowanego umysłu.

II. Horda „białych nosków”

Zapewne wszyscy słyszeliśmy historie o tym, jak to jakiemuś naćpanemu gówniarzowi wydało się nagle, że potrafi latać, po czym radośnie rzucał się z balkonu. No więc wychodzi na to, że „wysokiej klasy specjaliści” od finansów, po najlepszych uczelniach, robili dokładnie to samo z powierzanymi im funduszami – z pełnym poparciem swych zwierzchników zawiadujących instytucjami „zbyt dużymi, by upaść”. A my się czasami dziwimy, dlaczego giełda jest nieprzewidywalna i czasem reaguje irracjonalnie z byle powodu. A jak ma reagować, skoro kręci tym wszystkim horda narkomanów pogrążonych non-stop w kokainowym cyklu euforyczno-depresyjnym? Równie dobrze można by za tymi komputerami, w tych sterylnych boksach, usadzić stado pawianów. Pewnie nawet taniej by wyszło.

Zwróćmy uwagę, że ci naprani koką akolici „kultury ekscytacji” siedzą wszędzie – w bankach, funduszach inwestycyjnych, firmach ubezpieczeniowych, na giełdach i tak dalej. Bez kontaktu z rzeczywistością. Przerąbali w narkotycznym widzie niewyobrażalne sumy, ale że funkcjonują w ramach struktur „zbyt wielkich, żeby upaść”, to rządy potulnie wyasygnowały kolejne „pierdyliardy” (określenie Krzysztofa Rybińskiego) euro i dolarów pod zastaw dochodów przyszłych pokoleń na ratowanie finansowych molochów. Kumple od jechania krechy, czy jak?

III. „Ekscytujący” Rostowski

A teraz konstatacja dotycząca nas wszystkich tu i teraz. Oto ministrem finansów w rządzie Donalda Tuska jest niejaki Jan Vincent „no PESEL” Rostowski. Prościutko z centrum opisywanej tu „kultury ekscytacji”, czyli finansowego Londynu, zasiedlonego wedle prof. Nutta przez żuli w garniturach, którzy na dobrą sprawę powinni się zajmować zaspokajaniem dworcowych pederastów. Pod jego kierownictwem dług publiczny Polski zwiększył się dwukrotnie - z nieco ponad 500 mld zł w 2007 do ok. biliona w chwili obecnej (a tak naprawdę skali zadłużenia nikt nie jest w stanie dokładnie określić ze względu na „ekscytującą” księgowość prowadzoną przez sztukmistrza z Londynu). Do tego na koniec kwietnia bieżącego roku odnotowano 31,75 mld zł deficytu, co daje prawie 90% (dokładnie – 89,3%) całorocznego planu przewidzianego w ustawie budżetowej. Oto produkt finansowej „kultury ekscytacji” w działaniu.

Zresztą, obserwując różne publiczne wystąpienia pana ministra – z tymi szklistymi oczkami, dziwnie nieobecnym uśmiechem i podejrzaną mową ciała, autentycznie nie jestem w stanie dać głowy za jego trzeźwość. A wspomniawszy na słynne zdjęcie córuni – Mai „fuck me like the whore I am” Rostowskiej nabieram wręcz pewności, że mamy do czynienia z czystą patologią.

Maja Rostowska

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 31 lipca 2010

Gra pozorów.


Budżetowe zmagania rządu, czyli łże – liberalizm w natarciu.

I. Kto obniżał, kto podwyższa?

Jak przystało na partię liberalną (he, he), Platforma przymierza się do podwyższenia podatków. Cóż, kolejny to dowód na to, że w polskiej polityce nic nie jest takie, jakim się wydaje. Jedyne obniżki podatków i innych obciążeń fiskalnych, tudzież parafiskalnych są bowiem jak do tej pory zasługą przefarbowanych „socjaldemokratów” od Leszka Millera (obniżka CIT z 27% do 19% w 2003r. i akcyzy na alkohol o 30% w 2002r.) i oskarżanego o „populizm” rządu Jarosława Kaczyńskiego („spłaszczenie” PIT – likwidacja II progu podatkowego i obniżenie I progu z 19% do 18 % oraz dawnego III progu z 40% do 32%, do tego obniżenie składki rentowej). Co ciekawe, Leszek Miller wykazał się przy redukcji podatku od przedsiębiorstw odpornością na pomruki naszych „adwokatów w UE” i zignorował niemieckie lamenty o stosowaniu przez Polskę „dumpingu podatkowego”. Trudno natomiast oczekiwać podobnej asertywności po obecnej ekipie Tuska.

Jako się zatem rzekło, liberalna (he, he) Platforma, która szła do władzy między innymi pod hasłem „3x15” (ludzie już o tym nie pamiętają, a reżimowe mediodajnie jakoś nie kwapią się, by to przypominać) zapowiedziała ustami duetu Boni - Rostowski tymczasową (znów – he, he) jednoprocentową podwyżkę VAT plus jakieś pomniejsze posunięcia, takie jak likwidacja ulg na samochody „z kratką” i rozszerzenie obowiązku posiadania kas fiskalnych na kolejne grupy zawodowe – m.in. prawników i lekarzy. Wcześniej podniesiono już akcyzę na wyroby spirytusowe (od 2009 roku, 4960 zł/hl – większą akcyzę w UE ma od nas tylko Szwecja). Co do VAT-u, jestem jakoś dziwnie spokojny, że rzekoma prowizorka okaże się zadziwiająco trwała i gdy w raczej dalszej, niż bliższej przyszłości jakiś rząd zechce się z niej wycofać, będzie to poczytywane za „śmiałą” reformę. Chociaż nie – jeśli to będzie przypadkiem PiS, wówczas będzie wrzask o „populizmie” i „nieodpowiedzialności”. Natomiast podwyższanie obciążeń fiskalnych przez liberalną (he, he) Platformę każdorazowo interpretowane jest jako „odpowiedzialne” i „propaństwowe”.

II. Łże – liberalizm.

Ktoś naiwny mógłby przypomnieć, że liberałom, zwłaszcza w okresie kryzysu gospodarczego przystoi raczej redukowanie podatków, cięcie wydatków, odchudzenie administracji, reforma finansów publicznych i takie tam. Nic bardziej mylnego! Owszem, może i pobudziłoby to gospodarkę i pomogło z czasem zredukować te 700 mld długu publicznego, ale po pierwsze, ma być „500 dni spokoju”, a wszelki reformy mają to do siebie, że spokój nieuchronnie burzą, po drugie - liberalne posunięcia rządu mogłyby zachwiać słupkami popularności, co otworzyłoby PiSowi drogę do odzyskania władzy, a sami Państwo wiedzą, że to byłaby katastrofa, faszyzm i nagłe ataki mleczarzy o piątej nad ranem... czy jakoś tak. Zatem, zamiast gospodarczego liberalizmu mamy godny kartoflanej republiki łże – liberalizm, ale cóż począć... Najwyraźniej taka już jest na obecnym etapie historyczna konieczność.

Jedyne na co mogę spojrzeć łaskawszym okiem, to wspomniane wyżej wprowadzenie kas fiskalnych do lekarskich gabinetów i prawniczych kancelarii. Nie dlatego, żebym był zwolennikiem rozbuchanego fiskalizmu (bo nie jestem), ale dlatego, że dotychczasowa wybiórczość łamała fundamentalną dla zdrowej gospodarki zasadę równego traktowania poszczególnych podmiotów. No bo – jeśli taksówkarze, to dlaczego nie adwokaci? Nerwowe reakcje dowodzą, że całkiem pokaźna część dochodów przepływała sobie do tej pory bez zbędnego chwalenia się tym faktem przed urzędami skarbowymi.

Na marginesie - rozczuliła mnie zasłyszana w telewizorni wypowiedź pewnego psychoterapeuty, który stwierdził, że konieczność bezdusznego wydrukowania paragonu zniszczy „sacrum” jakie jest między pacjentem a lekarzem i zniweczy skutki terapii. Nie to, co czułe i intymne przekazywanie należności za sesję terapeutyczną z rączki do rączki, bez angażowania fiskalnego automatu... i aparatu skarbowego.

III. „Stłucz pan termometr...”

Żeby jednak nie było tak czarno, śpieszę z dobrą nowiną – otóż liberalny (nieodmiennie – he, he) rząd planuje jednak pewne cięcia i oszczędności! Na czym? Ano, na tym, co zwykle – na armii. Ponieważ niedawny raport NIK ujawnił, że siły zbrojne nie dostały zagwarantowanych ustawowo 1,95 % PKB (rząd zatem zwyczajnie złamał prawo), zaś to co zostało przekazane w znacznej mierze zmarnotrawiono, postanowiono zatem zlikwidować tak morderczy dla budżetu sztywny pułap wydatków na MON. Wszystko zgodnie z „arcyliberalną” jak mniemam dewizą „stłucz pan termometr, nie będziesz miał pan gorączki”. Mam przy tym nieodparte przeczucie, że cięcia nie dotkną wojskowej biurokracji ani tym bardziej „wodzów”. Koszty, jak zwykle, poniosą „indianie”. Wstrzyma się nabór, zakup sprzętu i generalnie, cały proces „profesjonalizacji”. A że żołnierze już niemal nie ćwiczą? To nie będą ćwiczyli jeszcze bardziej, wielka mi nowina. W końcu przecież nikt nam nie zagraża, a na jakąś zagraniczną misję zawsze się coś z dna garnka wyskrobie.

Łże – liberalizm
postępuje. Co teraz? Rezerwa rewaluacyjna NBP na którą onegdaj ostrzył sobie zęby Lepper? Wszak, jak łże – liberalizm, to na całego...

Gadający Grzyb

P.S. Sprawozdania Ministerstwa Finansów dotyczące długu publicznego:

http://www.mf.gov.pl/dokument.php?const=5&dzial=590&id=70509&typ=news

I jeszcze to:

http://www.zegardlugu.pl/


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl