Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spekulanci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spekulanci. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 sierpnia 2018

Nikt nie może być „zbyt wielki, by upaść”

Jeżeli w przypadku kryzysu z 2008 r. można mówić o jakiejkolwiek lekcji, to jest to lekcja demoralizacji.

Stan światowych rynków finansowych budzi rosnące zaniepokojenie i staje się powodem do formułowania kasandrycznych przepowiedni o zbliżającym się kolejnym kryzysie. Również w „Gazecie Finansowej” niedawno Robert Cheda podjął wątek zbliżającego się „finansowego Armagedonu” - i wszystko wskazuje na to, że faktycznie katastrofa wydaje się nieuchronna, a co więcej jej rozmiary mogą przyćmić wielki krach z 2008 roku. Dość powiedzieć, że globalny dług wynosi obecnie 247 bilionów dolarów, z czego 61 bln. przypada na sektor finansowy. Oznacza to, że światowe zadłużenie opiewa na 318 proc. w relacji do PKB. Z kolei Europejski Urząd Nadzoru Bankowego podał ostatnio informację (przytaczam za „Deutsche Welle”), wg której suma złych kredytów w europejskich bankach osiągnęła kwotę 813 mld. euro, przy czym 186,7 mld. euro przypada na banki włoskie. Zresztą, generalnie, motorem destrukcji jest sytuacja na południu kontynentu – prócz Włoch, mamy tu Grecję, gdzie za zagrożone uważa się 44,9 proc. kredytów oraz Cypr z 38,9 proc. złych długów. Jeżeli dodać, że większość z nich przypada na rynek nieruchomości, to analogie z rokiem 2008 nasuwają się same.

Na marginesie, w tej sytuacji nie dziwi, że Niemcy niechętnie spoglądają na koncepcję powołania wspólnego budżetu strefy euro, na co naciska zadłużona po uszy Francja (97 proc. PKB). Taki krok bowiem oznaczałby uwspólnotowienie długów, zaś w niemieckim interesie jest zachowanie obecnego statusu „wielkiego wierzyciela” strefy euro, zarabiającego na drenowaniu słabszych gospodarek – a nawet na ich bankructwach, czego dowiódł przykład Grecji, która wskutek kolejnych „transzy pomocowych” powiększyła swoje zadłużenie ze 108 do 180 proc. PKB, podczas gdy równolegle niemieckie banki zarobiły na odsetkach od greckich obligacji 2,9 mld. euro.

Wracając do głównego wątku. Mamy do czynienia z gigantyczną bańką zadłużeniowo-spekalucyjną, rodzajem światowej piramidy finansowej, która prędzej czy później musi się zawalić – wystarczy chociażby podniesienie stóp procentowych, by wywołać efekt domina. Takie są efekty „luzowania ilościowego”, czyli zasypywania poprzedniego kryzysu stertami dolarów i euro. Nafutrowane tanim pieniądzem „rynki” rzuciły się w wir spekulacyjnego hazardu w globalnym kasynie, domagając się przy okazji dalszej deregulacji i zwiększania swobody działania. Oznacza to, że świat finansów z załamania w 2008 r. nie wyciągnął żadnych wniosków i ochoczo ciągnie nas za sobą w tę samą przepaść. W efekcie, będziemy mieli kolejny kataklizm i to w sytuacji, kiedy wciąż odczuwamy jeszcze skutki poprzedniego, powierzchownie tylko zaleczonego dodrukiem pieniądza.

Dlaczego jesteśmy skazani na ponowne przerabianie patologii kreowanych przez rozpasanie globalnych spekulantów? Mówiąc najprościej – dlatego, że poprzednio niemal nikt nie poniósł żadnych konsekwencji. Szefowie skompromitowanych banków i instytucji finansowych cieszą się wolnością i zgromadzonym majątkiem, co najwyżej niektórzy z nich musieli odejść z branży inkasując na koniec sute odprawy. Rządy, z USA na czele, rzuciły się na wyprzódki ratować banksterskie korporacje publicznymi pieniędzmi – jako że, ponoć są „zbyt wielkie, by upaść”. Nawiasem, management tychże ratowanych podmiotów z miejsca został przez udziałowców wynagrodzony za skuteczny lobbying milionowymi premiami, ku bezsilnemu oburzeniu opinii publicznej. Jedynym chlubnym wyjątkiem była Islandia, której rząd pod społeczną presją pozwolił zbankrutować swoim umoczonym w spekulacje bankom, zaś ich szefostwu wytoczono procesy zakończone karami więzienia.

Jednak w USA i Europie było inaczej, co w oczywisty sposób rozzuchwaliło finansowe hieny i utwierdziło je w przekonaniu o bezkarności. Nic więc dziwnego, że gdy minął pierwszy strach, z miejsca zaczęli robić dokładnie to samo co wcześniej, ostentacyjnie odmawiając uczenia się na błędach. Znów więc mamy szaleństwo kredytowe, piętrowe instrumenty pochodne wysokiego ryzyka i całą gamę toksycznych produktów finansowych. Skutkiem będzie kolejna odsłona prywatyzacji zysków i upublicznienia strat, za co w pierwszym rzędzie zapłacą jak zwykle szarzy ciułacze. Jeżeli więc w przypadku kryzysu z 2008 r. można mówić o jakiejkolwiek lekcji, to jest to lekcja demoralizacji.

Czy jest na to rada? Hm, znalazłaby się, ale wymagałoby to od rządów nie byle jakiej asertywności w kontaktach z instytucjami finansowymi. Przede wszystkim, należałoby jasno zapowiedzieć, że nikt nie może być „zbyt wielki, by upaść”. Jeżeli przez swą pazerną, nieodpowiedzialną politykę banki czy fundusze inwestycyjne wpadną w kłopoty, to mają być to ich kłopoty, a nie rządów czy obywateli. Przypomnę tu znów Islandię, która program pomocowy skierowała właśnie do zwykłych ludzi, a nie do kieszeni banksterów. Takie podejście jest nie tylko sprawiedliwe, lecz również racjonalne, bowiem dzięki temu pieniądze trafią do realnej gospodarki, zamiast pompować kolejne „bańki”, tak jak niestety dzieje się to obecnie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Euro-utopia

Islandia nie odpuszcza banksterom

Islandia, czyli jak się nie dać

A tymczasem na Islandii...


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 31-32 (10-23.08.2018)

czwartek, 18 lipca 2013

Długi a suwerenność

Finansowe chciejstwo każdorazowo kończy się tym samym: bankructwem i utratą suwerenności.

I. Przemysł przykrywkowy wciąż działa

Jak to się wszystko pięknie składa: najpierw otrzymujemy spektakl „mama Madzi v. 2.0”, gdzie w roli Madzi obsadzono księdza Lemańskiego, zaś w roli wyrodnej Katarzyny W. abp. Henryka Hosera, a na wszelki wypadek – gdyby emocje i uwaga publiczności nie zostały rozbujane wystarczająco – dołożono jeszcze ubój rytualny, by gawiedź mogła do woli przejmować się, co Żydzi o nas powiedzą. No, po takim przygotowaniu można już śmiało ogłosić nowelizację budżetu i niedobór 24 miliardów złotych, dalsze zapożyczanie się na koszt przyszłych pokoleń i „zawieszenie” progu 50% relacji długu publicznego do PKB. Uwaga społeczna odwrócona została w inną stronę, mediodajnie pomne swej organizatorskiej funkcji skutecznie o to zadbały, słowem - przemysł przykrywkowy wciąż działa.

Proszę zwrócić uwagę: głównonurtowe mediodajnie nad wydarzeniem mogącym w przyszłości odbić się tragicznymi dla Polski reperkusjami przeszły w zasadzie do porządku dziennego. To znaczy, odnotowały, ma się rozumieć, że „nowelizacja” będzie miała miejsce, by żaden „faszysta” nie mógł zarzucić, że przemilczały temat, ale ze sprawą „Madzi – Lemańskiego”, czy sposobem szlachtowania wołów na koszerne nie ma porównania. Kompletnie inna skala emocjonalnego zaangażowania, zapełnionych szpalt i czasu antenowego. W zasadzie szerszy oddźwięk możemy znaleźć jedynie na prawicowych portalach i w blogosferze.

II. Balansowanie na linie

Tymczasem kolejny finansowy szacher-macher „sztukmistrza z Londynu” skutkował będzie na najróżniejsze i zawsze negatywne sposoby. Nie łudźmy się - „chwilowe” zawieszenie zasady 50% relacji długu publicznego do PKB będzie trwałym odejściem od tego progu ostrożnościowego – pamiętajmy, że podwyżki VAT również miały być „tymczasowe”, a tu Jan „no PESEL” Vincent mówi, że obniżka będzie możliwa najwcześniej w 2017, czyli czekaj tatka latka. Z tą podwyżką VAT-u, to też zresztą była ciekawa sprawa. Jak pamiętamy, Rostowski chciał w ten sposób uzyskać dodatkowe 5 mld zł. PiS proponował wtedy wprowadzenie podatku bankowego w wysokości 0,39%, który wg GUS i Komisji Nadzoru Finansowego miał przynieść te same 5 mld. No, ale to za bardzo pachniało Orbanem i „pomysłami rodem z Budapesztu”, które – jak surowo zapowiedział wówczas Jan Vincent - „nie przejdą”, stawiając się tym samym ostentacyjnie w roli strażnika interesów międzynarodowej finansjery.

W tym samym mniej więcej czasie, polski rząd robił interes życia, udzielając transzy Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu w wysokości 5,8 miliarda euro na oszałamiające 0,1-0,2 procenta, podczas gdy nasza linia kredytowa w MFW oprocentowana jest na 5-6%. Wyszło na to, że tę pożyczkę potrzebną MFW na ratowanie Grecji sfinansowano m.in. z podwyżki VAT – czyli z pieniędzy polskich konsumentów. I dokładnie tych pieniędzy oddanych hojną ręką MFW zabrakło dziś w budżecie, bowiem 5,8 mld euro to jak raz 24,3 mld złotych.

Ciekaw jestem, na ile „rentowne” będą papiery dłużne, wyemitowane by uzyskać 16 mld złotych, które rząd chce pożyczyć na rynkach. Tak się bowiem składa, że przekroczenie progu ostrożnościowego będzie wyraźnym sygnałem dla międzynarodowej banksterki, że pożyczanie nam pieniędzy jest obarczone coraz wyższym ryzykiem. Na dodatek przesądzona już raczej likwidacja OFE sprawi, że instytucje te przestaną inwestować w papiery wartościowe Skarbu Państwa – do tej pory bowiem część długu publicznego finansowana była właśnie z pieniędzy „II Filaru”, czyli ze składek przyszłych emerytów. Na koniec 2012 roku 45% papierów wartościowych w portfelu OFE stanowiły właśnie obligacje Skarby Państwa na łączną sumę 118 mld zł, a bywało jeszcze więcej. Teraz to źródełko finansowania wyschnie, choć doraźnie przejęcie OFE i umorzenie obligacji nieco zmniejszy dług publiczny. Jednym słowem – dojutrkowość i ciągłe balansowanie na linie.

Aha, prócz pożyczenia 16 mld rząd chce dodatkowo zaoszczędzić ponad 8 mld złotych – logiczne byłoby tu zredukowanie liczby urzędników, których rząd Tuska we wszelkich podległych mu instytucjach zatrudnił od 2007 roku około stu tysięcy, ale to czyste samobójstwo – zrażać do siebie 100.000 przekupionego posadami elektoratu? Toteż już słyszymy, że oszczędzi się 3,3 miliarda zł na armii – pozostałe cięcia pójdą zapewne po innych, równie zbędnych nam instytucjach – policji, służbie zdrowia itp.

III. Kryzysowy korkociąg

Tak czy owak, najprawdopodobniej jesteśmy świadkami wpadania Polski w kryzysowy korkociąg. Wyczerpanie niemal całego zaplanowanego deficytu w pół roku nie jest sytuacją normalną, a rozmontowanie ustawowych zabezpieczeń tylko to potwierdza. O skali zapaści finansowej państwa może świadczyć, że już teraz na samą obsługę zadłużenia wydajemy wszystkie wpływy z PIT plus jeszcze trochę. Dodajmy, że obecna rozpaczliwa miotanina rządu skutkować może obniżeniem ratingu Polski na rynkach finansowych, czego konsekwencją będzie podrożenie kolejnych pożyczek, co z kolei napędzi spiralę zadłużenia... Kto to przerabiał? Grecja chociażby.

To, co niepokoi dodatkowo, to zerowy społeczny oddźwięk. Podejrzewam, iż bierze się to nie tylko stąd, że ludziska są ogłupiani zaznaczonymi na wstępie spektaklami typu „mama Madzi” i „ksiądz Lemański”. Dla większości, coś takiego jak „dług publiczny”, „deficyt”, „progi ostrożnościowe” jest czystą abstrakcją i wolą hołdować przekonaniu, że jednak tak źle nie będzie. Dopiero gdy wszystko runie, wylegną nagle na ulice protestując – wciąż nie rozumiejąc, co się tak naprawdę stało. A stało się to, że wybierając dwa razy pod rząd czarusiów od „cieplej wody w kranie” za pożyczone pieniądze i nie chcąc słuchać przestróg, sami sprzedali Polskę międzynarodowej lichwie.

Dyktatura Matołów jest jedynie emanacją chciejstwa elektoratu. A takie chciejstwo, polegające na przeświadczeniu, że „jakoś to będzie” i to nie my będziemy musieli martwić się długami, każdorazowo kończy się tym samym: bankructwem i utratą suwerenności. Przyjdą windykatorzy, zdominowane przez Niemcy instytucje europejskie postawią swój twardy dyktat – i płacić, frajerzy! Nie macie gotówki? To przejmiemy w naturze, co tam jeszcze zostało: ostatnie przedsiębiorstwa, lasy, kopaliny... Zastawiliście swój kraj za parę lat konsumpcji na kredyt, to teraz oddawać ostatnią koszulę. Nic nowego – kiedyś w takiej sytuacji wysyłało się korpus ekspedycyjny, który przejmował kontrolę nad zbankrutowanym krajem, teraz robi się dokładnie to samo, tyle że w białych rękawiczkach.

Oczywiście, można się z tego wywikłać. Takie Węgry przed czasem spłacą w tym roku ostatnią transzę do MFW i podziękują temu gremium za współpracę. Ale Węgrzy – tak obecne władze, jak i społeczeństwo – są jakby bardziej rozgarnięci i odporni na presję. Obawiam się, że nam pod tym względem o wiele bliżej do Greków.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w-zjednoczonej-europie

http://niepoprawni.pl/blog/287/biale-noski-zamiast-bialych-kolnierzykow

sobota, 18 lutego 2012

Budapeszt czy Ateny?


„- Pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą” - zagrzmiał Rostowski. No to, prędzej czy później, będą Ateny...


I. Rząd się żywi

Jan Vincent Rostowski, oddelegowany aktualnie do pilnowania nad Wisłą interesów międzynarodowej finansjery, pokrzyczał sobie z sejmowej mównicy na niekonstruktywną opozycję. No bo, przyznajmy, posiadanie przez opozycję jakichkolwiek pomysłów wykraczających poza palenie zioła i skrobanki na życzenie, jest wyjątkową bezczelnością, a już zwłaszcza gdy są to pomysły, które godzą w jedynie słuszną linię ekonomiczną Zielonej Wyspy, gwarantującą nam stabilny wzrost gospodarczy.

Co prawda, jak napisałem niedawno, z tego osławionego, czteroprocentowego wzrostu nic nie wynika, o czym świadczą dane Eurostatu ogłaszające zdumionej gawiedzi, iż 10 milionów Polaków czyli 27,8% jest zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym. Te 10 milionów, to jedna czwarta tubylczej populacji, ćwierć narodu. I to pomimo wpompowanego w polską gospodarkę strumienia unijnych pieniędzy, trzystu miliardów pożyczonych w ciągu czterech lat przez rząd Tuska (rekord świata!) oraz kaski przesyłanej rodzinom przez zarobkowych emigrantów rozsianych po Europie. Jeśli dołożymy do tego bezrobocie na poziomie ponad 13% (w tym 25% wśród młodych) i ponaddwumilionową rzeszę tzw. „pracującej biedoty” (working poor), to pytanie o owe „pozytywne wskaźniki” za które ponoć tak chwali nas Europa staje się całkiem zasadne.

Tu, po namyśle, muszę sprostować swe radykalne stwierdzenie sprzed chwili, że z polskiego wzrostu gospodarczego „nic nie wynika”. Zależy, jak dla kogo. W ciągu czterech lat rządu Tuska w szeroko rozumianej administracji (wliczając ZUS, KRUS i NFZ) przybyło blisko sto tysięcy urzędników (538 tys w 2011 w stosunku do ok. 440 tys w 2007 – wzrost o 23%), zaś średnia płaca w administracji państwowej podniosła się o 1000 zł (30-procentowy wzrost). Można się domyślać, że większość z tej rzeszy głosuje na swych dobroczyńców z PO. Tak się hoduje lojalny elektorat, związany klientelistycznymi zależnościami ze swym patronem. Krótko mówiąc, wzrost gospodarczy ma pracować na władzę, by ta – niczym za Urbana - mogła sama się wyżywić. Czyż nie jest to ze wszech miar słuszne podejście?

II. Wzrost i kapitał

No, ale wszak rząd, choć żarłoczny, nie jest w stanie samodzielnie przejeść owoców wzrostu. To znaczy jest w stanie, jak najbardziej, ale chcąc nie chcąc musi doprosić do stołu tych, dzięki którym ów wzrost wzrasta i wzrasta – i jeszcze wzrasta... Oczywiście, jak nas uczą różni mądrzy ludzie, tegoż mitycznego wzrostu, którego nikt z nas na oczy nie widział, chyba że pod postacią entuzjastycznych słupków w mediodajniach - tegoż bezcennego wzrostu powiadam, nie wypracowują miliony takich jak my szaraczków na śmieciowych umowach czy znoszący codzienną gehennę prowadzenia small-businessu drobni przedsiębiorcy bez podwieszeń i układów w rozmaitych sitwach. Ten wzrost, mianowicie, generują ponoć „inwestorzy” na czele ze szlachetną rasą bankierów i w związku z tym powinniśmy całować ich po piętach, łykając przy tym łzy wdzięczności.

Owi dobroczyńcy z workami złota przybywają do nas z zagranicy, by wspomóc, zasilić i ucywilizować gospodarczych Irokezów, zatem zrozumiałe jest, że każde próby brużdżenia muszą spotkać się z odporem światłych kół rządzących oraz beneficjentów i utrwalaczy III RP, którzy nie po to przecież zostali dopuszczeni do komitywy i pousadzani na różnych posadach, by teraz kąsać rękę, która im chleb daje. Tym bardziej, że światłe koła rządzące dobrze znają tzw. „sytuację ogólną” oraz „generalne uwarunkowania”, które sprawiają, iż „obiektywne rynkowe okoliczności” są takie a nie inne.

Skomplikowane? Już wyjaśniam. Otóż, jak wiadomo, polskiego sektora finansowego nie ma. Nie ma i już. Są tylko filie wielkich międzynarodowych koncernów, światowych macherów od pieniądza i jego kreacji. To by nawet pasowało do hasła „kapitał nie ma narodowości”, ale takie ględzenie dobre jest na czas prosperity. W czasie kryzysu kapitał sobie o narodowości przypomina, bo potrzebuje pieniędzy podatników na „dokapitalizowanie” po poniesionych w wyniku własnej chciwości stratach. A i narodowość sobie przypomina o kapitale - o tym, że jednak te wszystkie jaskinie spekulacji są formalnie niemieckie, włoskie, angielskie i warto grać na ich korzyść, bowiem one po wyżyłowaniu „rynków wschodzących” na których grasowali „budując” tamtejszy „wzrost gospodarczy”, wytransferują jakoś prawem i lewem te fundusze do rodzimych central i puszczą w obieg u siebie, co jest cichym warunkiem rządowego „dokapitalizowywania”. Ot, symbioza taka. U nas również poniewczasie się w tym mechanizmie połapano i zaczęto przebąkiwać o zrobieniu jakiegoś polskiego konsorcjum, które wykupiłoby („udomowiło”) jedną czy drugą filię zachodniego banku, ale zapewne „rynki” („ponadnarodowe” oczywiście) zmarszczyły brwi i na gadaniu się skończyło.

III. Konsumowanie owoców wzrostu

Powyższy przydługi szkic sytuacyjny przedstawiłem dlatego, gdyż daje on nam odpowiedź na przyczyny furii, która ogarnęła nieocenionego Jana Vincenta na sejmowej mównicy podczas debaty z posłami opozycji. Albowiem, jak wiemy, nasz sztukmistrz z Londynu w ramach programu żywienia rządu i podtrzymywania słupka wzrostu gospodarczego zapożyczył nas u scharakteryzowanych powyżej rekinów spekulacji tak skutecznie, że pod koniec zeszłego roku musiał uciekać się do iście cyrkowej ekwilibrystyki, by dług publiczny nie przekroczył progu ostrożnościowego 55% PKB. Czego to nie było!Rozpaczliwe rozpisywanie wydatków na kolejne rubryczki i fundusze, wypychane następnie na papierze poza zobowiązania Skarbu Państwa, no i spektakularna interwencja, by utrzymać relację złotówki do innych walut na poziomie umożliwiającym odnotowanie, że oto na 31.XII.2011 prześlizgnęliśmy się pod gilotyną.

Tym razem się udało, ale nie zmienia to faktu, że siedzimy w kieszeniach „banksterów” po same uszy i nie możemy im podskoczyć, gdyż to właśnie oni sfinansowali państwowe zobowiązania oraz wyżywienie rządu w ramach napędzonego pożyczkami „wzrostu gospodarczego”. A że teraz mają walizki pełne polskich papierów dłużnych i to coraz bardziej „rentownych”, czyli wypisywanych wraz z upływem czasu na coraz wyższy procent, zatem oczywiste jest, iż nasza dyktatura matołów musi ich dopuścić do żłobu, by mogli pospołu z władzą konsumować owoce tegoż ciężko wypracowanego „wzrostu”, czyli wpuszczonego w gospodarkę via budżet państwa pożyczonego pieniądza.

Owa konsumpcja zaś ma polegać na tym, by na owych pieniądzach wpuszczonych w obieg zarobić podwójnie. Pierwszy raz – obracając nimi, bo wszak obracanie pieniędzmi odbywa się w przytłaczającej mierze za pośrednictwem banków i firm zależnych – a nie czynią tego przecież za darmo, tylko liczą sobie najrozmaitsze opłaty, odsetki i prowizje. Drugi raz – zarobić na nich poprzez nasze podatki, którymi rząd spłaci zaciągnięte wobec „rynków” zobowiązania.

IV. „Na tym się świata ład opiera, że jeden sieje, drugi zbiera”

W tej sytuacji nie dziwi wzburzenie oddelegowanego na polski odcinek finansowego lobbysty Jana Vincenta, gdy niekonstruktywna, pisowska opozycja wniosła – o zgrozo – projekt opodatkowania aktywów banków, towarzystw ubezpieczeniowych i funduszy inwestycyjnych zamiast 23% stawki VAT na towary i usługi. Wprawdzie proponowany podatek bankowy w wysokości 0,39% (!) przyniósłby wg danych Komisji Nadzoru Finansowego i GUS te same 5 miliardów złotych co zwiększony do 23% VAT (4,1 mld zł od aktywów banków, 538 mln zł od aktywów zakładów ubezpieczeń oraz 405 mln zł od aktywów funduszy inwestycyjnych), ale przecież - jak wykazałem powyżej - nie po to „rynki finansowe” wsadziły sobie państwo polskie do kieszeni, żeby teraz płacić temuż państwu z tego tytułu podatki. To my jesteśmy od tego, by naszymi podatkami, w tym dwudziestotrzyprocentowym VAT-em, spłacać papiery dłużne państwa, to chyba oczywiste. Inne rozwiązanie byłoby wbrew naturze, albowiem „na tym się świata ład opiera, że jeden sieje, drugi zbiera”.

Na dzień dzisiejszy owo „sianie i zbieranie” wygląda tak, że w 2012 roku prognozowane wpływy z PIT przyniosą ok. 42,4 mld, zaś obsługa długu Skarbu Państwa wyniesie... ok. 43,8 mld złotych (TU). Czyli, nasze PIT-y idą w całości na pokrycie odsetek i wykup roczny państwowych papierów wartościowych!

Histeryczną obroną finansowej oligarchii uskutecznioną przez Jana Vincenta Rostowskiego dyktatura matołów pokazała jasno (który to już raz?) po czyjej stoi stronie i gdzie ma obywateli jako potencjalnych beneficjentów wzrostu gospodarczego. Wiadomo, że słodkich pierniczków dla wszystkich nie wystarczy, zatem plony wspólnego wysiłku zbierać będzie „waadza” do spółki z grandziarzami. Dla tubylców przewidziana jest rola taniej siły roboczej, mordercze podatki i obszary nędzy nakreślone w cytowanych na wstępie danych dotyczących ubóstwa.

„- Pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą” - zagrzmiał Rostowski. No to, prędzej czy później, będą Ateny...

Gadający Grzyb

(Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL)

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

piątek, 18 listopada 2011

Kryzysowy korkociąg


Już wkrótce przyjdzie nam zapłacić za lata „ciepłej wody w kranie”, czyli zaordynowanej przez Tuska i jego dyktaturę matołów gierkowszczyzny.


I. Krach w 2012?

Po obniżeniu przez agencję ratingową Moody’s perspektywy dla polskiego sektora bankowego ze „stabilnej”do „negatywnej” zrobił się mały szum, a momentami nawet większy huczek. No bo, jak to – banki notują rekordowe zyski (lider, PKO BP, nawet 1 mld PLN), a tu taki despekt? Posypały się narzekania, że niesprawiedliwie wrzucono nas do jednego worka z innymi krajami UE, przypomniano wpadki agencji ratingowych jak utrzymywanie wysokiej oceny Lehman Brothers tuż przed bankructwem i, generalnie, wszystkie wątpliwe ratingi z ostatnich czasów.

No dobrze, może i Moody’s się myli. Ale niewykluczone przecież, że swe prognozy opiera na racjonalnych podstawach i wie co mówi. Co to oznacza? Ano, oznacza to, że w przyszłym roku czeka nas kryzysowe łupnięcie jak się patrzy. Już teraz klienci banków mają coraz większe problemy ze spłatami kredytów gotówkowych. Jeśli fala kryzysu spowoduje gwałtowny wzrost bezrobocia, to zacznie się również zaleganie na masową skalę z ratami kredytów hipotecznych, do czego dodatkowo może się przyczynić dalsze osłabienie złotego, czyli wzrost ceny m.in. franka szwajcarskiego. Nie będzie to może zapaść porównywalna z rynkiem nieruchomości w USA, ale pamiętajmy, że Polacy są zadłużeni po uszy - orientacyjnie (bo konkretnych danych nikt nie podaje) ocenia się „prywatne” zadłużenie na jakieś 400 mld zł, czyli połowę wartości długu publicznego państwa (czyli de facto również nas).

Osłabienie złotego zwiększy również koszta obsługi zadłużenia Polski (ok. 800 mld zł, a tak naprawdę, to nie wiadomo...), a to poskutkuje przekroczeniem kolejnych progów ostrożnościowych i w konsekwencji obniżeniem ratingu Polski, co wiąże się z kolei z podrożeniem kolejnych pożyczek, a w konsekwencji z dalszym zwiększeniem długu publicznego... i tak dalej... – słowem, kryzysowy, grecki korkociąg.

Konsekwencji takiego rozwoju wypadków tłumaczyć chyba nie trzeba i nie pomogą żadne księgowe sztuczki ministra Rostowskiego, który w pocie czoła misternie rozpisuje państwowe zobowiązania w kolejnych rubryczkach, tak by na papierze wszystko się zgadzało. Urwie się także strumień kasy unijnej, bo te „nawet 300 miliardów” obiecywanych w kampanii wyborczej było bajeczką dla naiwnych, którzy na dodatek bardzo chcą, by nie wytrącano ich z błogiego letargu. Krótko mówiąc, przyjdzie nam zapłacić za lata „ciepłej wody w kranie”, czyli zaordynowanej przez Tuska i jego dyktaturę matołów gierkowszczyzny.

Powyższe wiąże się z zagrożeniem wartości obligacji Skarbu Państwa, zaś dla banków, które zainwestowały w te papiery jest to zdecydowanie zła perspektywa, która mogła być kolejnym czynnikiem wziętym pod uwagę przez Moody’s. Co bowiem zrobią banki, jeśli poleci wypłacalność zarówno prywatnych klientów, jak i państwa? Będą pożyczać od siebie nawzajem?

II. Kapitał odzyskuje narodowość

Analitycy wskazują, że na obniżenie ratingu mają wpływ „czynniki zewnętrzne”, czyli problemy banków europejskich, których spółkami-córkami są banki działające w Polsce, bo też ten „nasz” system bankowy „polski” jest tylko z nazwy. Obecnie większość banków pozyskuje środki (pożyczane następnie konsumentom w formie różnych kredytów) teoretycznie „na rynku”, a w praktyce od swych zachodnich „matek”, bo przecież nie z depozytów – Polacy bowiem albo w ogóle nie posiadają oszczędności, albo na jakimś minimalnym poziomie (mają za to, jak wspomniałem, furę długów, co dodatkowo uwiarygadnia czarne prognozy związane z wypłacalnością). Firmy również raczej „balansują” obracając cały czas pieniędzmi, a przynajmniej starają się, czemu nie sprzyjają zatory płatnicze będące jedną ze zmór naszej gospodarki. Na luksus mrożenia funduszy na lokatach naszych przedsiębiorców raczej nie stać.

Na dodatek, że w związku z kryzysem strefy euro, banki-matki same potrzebują na gwałt dokapitalizowania, bo w swych aktywach mają kupę śmieciowych obligacji z którymi nie wiadomo co począć. Zachodzi raczej obawa, że będą próbowały jakimś sposobem, „prawem i lewem”, wyprowadzić środki z polskich „córek” do zachodnich central. Po to się przecież inwestuje w dzieci, by pomogły rodzicom w ciężkich terminach, nieprawdaż?

W ten oto sposób sypie się mit, który podawano nam do wierzenia jako niewzruszony dogmat: że niby, panie, w zglobalizowanym świecie „kapitał nie ma ojczyzny i narodowości”. Otóż, okazuje się, że owa zasada sprawdza się jedynie w latach prosperity. W czasach kryzysu, gdy przychodzi co do czego, to jednak ów kosmopolityczny, bezosobowy „kapitał” nagle sobie o „ojczyźnie” i „narodowości” przypomina. Albo inaczej – to „narodowość” przypomina sobie o kapitale...

III. „Udomowienie” banków?

Zatem, na naszych oczach dzieją się istne dziwy: oto ci sami szemrani „liberałowie”, którzy przez ostatnie dwadzieścia lat zabijali śmiechem, „oszołomów” i „ekonomicznych dyletantów” protestujących przeciw wyprzedaży sektora bankowego... tj. pardon - „modernizacji” i „unowocześnieniu”, teraz zaczynają pomału gadać ludzkim głosem i powtarzać argumenty tych, na których jeszcze niedawno nie zostawiali suchej nitki. Potrzebowali dwudziestu lat i widma gospodarczej zapaści o pokoleniowym wymiarze, by podrapać się z frasunkiem po głowach, czy po czym tam zwykli się drapać światli architekci naszej transformacji oraz ich wychowankowie i przebąknąć nieśmiało, że może by tak, kumie, jak już ta wartość „polskiego sektora bankowego” nieco spadnie, wykupić tak jeden czy drugi bank od zagranicznej centrali i ten, tego – jakoś „udomowić”?

Gada się na mieście, że konsorcjum złożone z tych resztek, których jeszcze nie opędzlowaliśmy zagranicznym „partnerom”, czyli PKO BP, PZU i KGHM miałoby wyemitować obligacje i z pozyskanych funduszy coś tam kupić. Byłoby miło i na dodatek mądrze, nie powiem, tyle że jak u nas coś ma pójść źle to z pewnością pójdzie i na gadaniu się skończy.

Stanie się tak dlatego, że na polskie oddziały banków, a także na ich zachodnie centrale chrapkę ma również Rosja, a konkretnie – Sbierbank. Od jakiegoś czasu mówi się o portugalskim Millenium i belgijskim Kredyt Banku – tak na dobry początek. Przywódcy strefy euro dość rozpaczliwie zabiegają o kapitał – zarówno chiński jak i rosyjski, zatem pewnie nie będą robić trudności, mimo iż Sbierbank jest bankiem państwowym (należy w większości do Banku Centralnego Rosji). Ale co tam – z doświadczenia wiemy, że jeśli Rosja coś postanowi, to zrealizuje czego widomym znakiem jest uruchomiony niedawno Nord Stream. Na dodatek rychłe przyjęcie Rosji do WTO zrobi niezbędną do takich transakcji „dobrą atmosferę”.

Koniec końców, efekt będzie zapewne taki, że Rosja uruchomi u nas swe rozliczne ludzkie aktywa i nagle okaże się, że naszym wschodnim przyjaciołom nie warto wchodzić w paradę, ba – po co mamy „udomawiać” banki, skoro znakomicie może za nas „udomowić” je Rosja...

IV. Demokratyczna fasada, czyli państwo oddane w zastaw

Trochę przedłużę, ale chciałbym poruszyć jeszcze jeden wątek. Jeśli ktoś z Państwa miał jakiekolwiek wątpliwości co do tego, że współczesna demokracja jest pustą atrapą, to po ostatnich wydarzeniach w Grecji i we Włoszech wątpliwości te musiały rozwiać się ostatecznie. Demos od dawna już nie jest suwerenem. Jego miejsce zajęły anonimowe, bezosobowe „rynki” składające się z tzw. „inwestorów” czyli spekulantów. Ile razy słyszeliśmy frazy typu „rynki zareagowały z satysfakcją”, bądź „inwestorzy są zaniepokojeni”? A wszystkie te „satysfakcje” i „zaniepokojenia” każdorazowo i bardzo konkretnie przekładają się na sytuację polityczno-gospodarczą krajów do których się odnoszą.

Papandreu ani Berlusconi nie są moimi ulubieńcami, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że tych przywódców nie odwołali wyborcy. Odwołały ich „rynki”. Te same „rynki” powołały ich następców – wszak niemal jawnie przeprowadzano casting, by wyłonić takich premierów, których obecność uspokoi sytuację na giełdach. „Demos” zresztą zrzekł się suwerenności na własne życzenie – domagając się łatwego życia za cudze pieniądze i wybierając odpowiednio spolegliwych polityków, którzy następnie, by spełnić obietnice, przez dziesięciolecia zadłużali swe kraje, wydając je w konsekwencji na pastwę finansowej oligarchii, która sama nic nie wytwarza, za to zawsze bardzo chętnie pożywi się na zastawionym majątku.

Powiedzmy jasno: zaciąganie długów to oddawanie państwa w zastaw, więc nie ma co się dziwić, że w końcu walą do drzwi windykatorzy. Co gorsza, „demos” niczego się nie nauczył. Wszak ten cały „ruch oburzonych” domaga się w zasadzie tylko tego, by było jak do tej pory – by wróciło „dolce vita” sprzed epoki kryzysu. Zła wiadomość, odmóżdżeni frajerzy: nie wróci. Sami sprzedaliście lichwiarzom własne ojczyzny.

Oto konsekwencje zadłużania się państw i życia długimi latami ponad stan, na kredyt. Wbijmy to sobie do głów: zadłużając państwo sami oddajemy się we władzę spekulantów, obsługiwanych przez agencje ratingowe zdolne jednym oświadczeniem zmienić sytuację gospodarczą. Czasem zresztą mówią to bez ogródek. Pamiętacie Państwo, jak agencja S&P obniżyła rating USA, po czym jej szef John Chambers wprost przyznał, że chciał „przede wszystkim ukarać polityków"? Tak oto „ratingowcy” wyszli z roli analityków i prognostyków, by wcielić się w role aktywnych kreatorów politycznej i ekonomicznej rzeczywistości.

Nie wiem, czy rating Moody’s odnoszący się do „naszego”systemu bankowego jest z tej samej „kreatywnej” parafii. Może nie. A może tak. Pewności nie mamy.

***

Wszystko co powyżej odnosi się również w całej rozciągłości do nas, Polaków, bo tak się składa, że mając wybór wielokrotnie zastawialiśmy Polskę za obietnicę ciepłej wody w kranie. Tak więc, jak widzimy, czasy zapowiadają się jeszcze ciekawsze niż dotychczas i nasi „wybrańcy” doskonale o tym wiedzą. Dlatego też, jak mniemam, nie-miłościwie nam panująca dyktatura matołów w ramach doskonalenia systemu pełzającej represjonizacji postanowiła urządzić sobie na warszawskich ulicach przy okazji Marszu Niepodległości poligon doświadczalny dla „kasków” oraz różnych tajniaków i prowokatorów. Ktoś naiwny mógłby sądzić, że to taka putinada, „pokazucha” mająca upokorzyć środowiska opozycyjne, lub może ćwiczenia przed Euro2012. Otóż nie. Tu chodziło o coś poważniejszego. Znacznie poważniejszego.

Gadający Grzyb

czwartek, 15 września 2011

Lewacka prawica


Jedyną różnicą między naszymi ober-narodowcami a lewactwem jest tradycjonalizm. We wszystkich pozostałych kwestiach mogliby śmiało podać sobie ręce.



I. Lewak i ober-narodowiec w jednym stali domu...


Jest coś, co nieodmiennie wyprowadza z równowagi pewien specyficzny rodzaj „ober-narodowców”, którzy probierzem prawicowości i patriotyzmu uczynili kliniczne żydożerstwo. Tym czymś jest zestawienie głoszonych przez nich haseł z retoryką charakterystyczną dla współczesnego i historycznego lewactwa. Można powiedzieć, że oba nurty światopoglądowe doszły do takiej skrajności, że koniec końców zeszły się z drugiej strony.


Podobne są nawet stroje maskujące zakładane przez naszych milusińskich by uniknąć łatki antysemityzmu. Lewica operuje pojęciem „antyizraelizmu”, zaś środowiska narodowe deklarują swój sprzeciw wobec „ideologii syjonistycznej”, następnie zaś i jedni i drudzy wrzucają do tych worków wszelkie antysemickie stereotypy znane od czasów Karola Marksa (żydożercze dziecię rabina), czy „Protokołów Mędrców Syjonu”. Tu uwaga porządkująca - znam różnicę pojęciową między „Żydem” pisanym z wielkiej, a „żydem” pisanym z małej litery. W tekście, żeby nie mieszać, będę pisał „Żyd” w znaczeniu osoby narodowości żydowskiej – tak wyznania mojżeszowego, jak i bezwyznaniowej.


II. Protokół zbieżności


A oto skrócony katalog podobieństw.


1) Wrogi stosunek do Izraela.


Naszych misiów z lewicy i z prawicy łączy obsesyjnie nienawistny stosunek do Izraela. Dla jednych i drugich jest to państwo ludobójcze, bandyckie, terrorystyczne, pozostające głównym zagrożeniem dla światowego pokoju. A że jest to kraj boksujący w permanentnym okrążeniu, otoczony wrogim arabskim żywiołem, który to żywioł po załatwieniu wiążącego islamskie siły Izraela rzuci się do gardeł Zachodowi w imię światowego kalifatu? To nieistotne, grunt, że robią kuku Żydom. Ten „antyizraelizm” pozostaje wiecznie żywym pokłosiem Zimnej Wojny – nienawiść do sprzymierzonego z USA Izraela stanowi swoistą pochodną wspieranego z Kremla antyamerykanizmu.


2) Antyamerykanizm.


Dla lewaków i „ober-narodowców” USA to diabeł wcielony: imperialiści, wyzyskiwacze, rozsadnik militaryzmu, matecznik spekulantów, kapitalizmu korporacyjnego i generalnie źródło wszelkiego zła. Na dodatek, powiadają, Ameryką rządzą Żydzi, stąd z upodobaniem stosowana nazwa „USrael”. Czym byłby świat, bez Ameryki i jej decydującego wkładu w rozgromienie sowietów, którego elementem było w globalnej rozgrywce poparcie dla Izraela? Ależ to właśnie główna wina Stanów, wina niewybaczalna.


Co ciekawe, tak lewacy, jak i „ober-narodowcy” zgodnie nienawidzą Republikanów, o wiele łagodniej traktując Demokratów. Czyli: Ameryka być zła, ale jeżeli już musi istnieć, to niech przynajmniej będzie słaba gospodarczo, bardziej „socjalna”, mniej patriotyczna i religijna, a także bardziej „konstruktywna” wobec Rosji i świata arabskiego...


3) Sympatia dla islamskiego terroryzmu.


Wysadzający się w autobusie pełnym niewinnych cywilów, podkładający bomby w metrze czy rozpieprzający się samolotem o wieżowiec fanatycy mogą liczyć na usprawiedliwienie i sympatię zarówno ze strony lewaków w arafatkach jak i naszych „prawicowców”. W ich optyce są to wolnościowi bojownicy przeciw amerykańsko-syjonistycznemu imperializmowi, pokrzywdzone ofiary procesów dziejowych, powstańcy uderzający w swych oprawców. Furda islamistyczna ideologia światowego jihadu, furda niewinne ofiary.


Przy okazji, obserwujemy tu interesujące sprzeczności narracyjne: raz bowiem nasi arabofile mówią o słusznej walce swych ulubieńców, by za moment, niemal na jednym oddechu, gardłować o spiskach CIA i Mossadu stojących za zamachami. Raz twierdzą, że terroryzm to imperialistyczna/syjonistyczna propaganda, by za moment twierdzić że terroryści są tak naprawdę na żołdzie Żydów i Amerykanów, a na koniec na wyprzódki bronić zindoktrynowanego popaprańca z bombą za pazuchą. I nic im się tu nie kłóci. Na koniec wreszcie – uzależniają stosunek do arabskiej „wiosny ludów” od tego, czy ruchawki wymierzone są w satrapów przyjaznych Ameryce i utrzymujących poprawne stosunki z Izraelem („zły” Mubarak, „dobre” Bractwo Muzułmańskie), czy przeciwnie („dobry” Kadafi - „źli” opłacani przez Zachód powstańcy).


4) Prorosyjskość.


U lewactwa obciążenie wręcz genetyczne, sięgające do Woltera i czasów Oświecenia, współcześnie wywodzące się z kremlowskiego sponsoringu i agentury z okresu Zimnej Wojny. Każe to przemilczać bandycki charakter rosyjskiego państwa, ludobójstwo w Czeczenii, czy wyrozumiale podchodzić do najazdu na Gruzję, tym bardziej, że Saakaszwili w odbiorze lewaków jest marionetką amerykańskich „imperialistów” i – dodają nasi narodowcy – Izraela. Tę prorosyjskość połączoną z silną żydofobią i nieufnością do „przeżartego judaizmem” Zachodu wyraźnie widać u naszych „ober-narodowców”.


Jeśli prześledzić ich przekaz, to okazuje się, że zawsze biorą stronę Kremla, nie wyłączając katastrofy smoleńskiej do której mieli doprowadzić „USrael” i Żydzi. NATO? Stany Zjednoczone nas „zwasalizują”. Tarcza antyrakietowa? Rozdrażnimy niepotrzebnie Rosję... Polityka jagiellońska? Wkraczamy w rosyjską strefę wpływów, pogrzebiemy szanse na współpracę. Dysydenci? A kto za nimi stoi – czy aby nie „USrael”? Na podobnej zasadzie „ober-narodowcy” każdorazowo angażują się w obronę przyjaznych Kremlowi i antyzachodnich reżimów, zaś każde działanie niewygodne dla Rosji określają mianem „awanturnictwa”.


Swoją drogą, to nawet logiczne – jeśli zważyć, że ci „patrioci” nie są politycznymi prawnukami Dmowskiego, na którego tak często lubią się powoływać, lecz spadkobiercami zwasalizowanego przez komunę PAX-u i „narodowych komunistów” z postmoczarowskiego ZP„Grunwald” - to nic dziwnego, że wskazywać zagrożeń płynących ze wschodu nie lzia...


5) Alterglobalizm.


Kolejne poletko na którym lewactwo i nasi „ober-narodowcy” orzą ramię w ramię. Kryzysowi winni są drapieżni, żydowscy spekulanci, którzy chcą z jakichś powodów zniszczyć świat w którym całkiem zyskownie funkcjonują. Wszystkim rządzi międzynarodówka spekulantów i „banksterów”. Gospodarka światowa pozostaje w rękach międzynarodowych korporacji, wyzyskiwaczy, których macki sięgają wszędzie. Kto tak diagnozuje rzeczywistość – alterglobalistyczni zadymiarze, czy nasza wielce narodowa „prawica”? Jedni i drudzy. Powiedzieć im, że kryzysowi winne są nieodpowiedzialne rządy zadłużające kraje ponad miarę, w imię „dojutrkowej” polityki utrzymywania „państwa dobrobytu” na które Zachodu już dawno nie stać, oraz nieodpowiedzialni i zdziecinniali wyborcy przekonani, że wszystko im się należy – to wygłosić herezję. Kłóci się to bowiem z wizerunkiem nosatego „bankstera” na workach ze złotem rodem bodaj z XIX-wiecznych jeszcze karykatur.


Świat od zawsze jest polem ścierania się różnych układów, sitw, koterii starających się wyrwać dla siebie kawał ścierwa. Jednak te spekulacyjne hieny nie chapnęły by ani grosika, gdyby rządy wybrane przez ogłupiałe od dobrobytu społeczeństwa nie uciekały przed kryzysem w kolejne pożyczki, nie dotowały ze strachu o własne tyłki padających instytucji finansowych i nie zasypywały wirtualnym pieniądzem krachu, co nawiasem mówiąc, guzik pomaga.


Ale proszę to wytłumaczyć gościom w arafatkach lub zapiętym pod szyję narodowcom – oni mają założone okulary z żydowskim „banksterem” i nie zdziwiłbym się, gdyby w końcu umówili się w jakimś Davos na wspólną zadymę.


III. Narodowo-lewacki uścisk dłoni


Niejeden „ober-narodowiec” zachłyśnie się oburzeniem: to podobieństwa pozorne, my wywodzimy nasze przekonania z całkiem innych źródeł! Po pierwsze - w praktyce jest to bez znaczenia; po drugie zaś – ta różnica w źródłach przekonań jak się przyjrzeć, okazuje się mocno problematyczna, co opisałem onegdaj w notce „Na czerwonym rowerku”, proszę sprawdzić.


Podsumowując, jak się dobrze przyjrzeć, to jedyną różnicą między naszymi ober-narodowcami a lewactwem jest podejście do zagadnień obyczajowo-religijnych. Tu nasi „narodowcy” są tradycjonalistami w przeciwieństwie do postępackich lewaków. Ale to jest jedyna różnica. We wszystkich pozostałych kwestiach przedstawiciele na pozór tak odległych obozów mogliby śmiało podać sobie ręce.


Gadający Grzyb