Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lichwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lichwa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 stycznia 2015

Walutowy hazard

Banki pod tym całym blichtrem uprawiają lichwę i cinkciarstwo, połączone na dodatek z grą w trzy karty.


Ostatnie dni upłynęły w atmosferze finansowego trzęsienia ziemi do jakiego doszło za sprawą uwolnienia przez szwajcarski bank centralny kursu franka, w efekcie czego jego cena wzrosła skokowo z niecałych 3,6 do 4,3 PLN. Przypomniało to wszystkim o problemie ryzyka kursowego z jakim zmagają się ci, którzy zaciągnęli kredyty hipoteczne w szwajcarskiej walucie. Z jednej strony padły bliżej niesprecyzowane obietnice pomocy „frankowiczom”, z drugiej natomiast wylała się fala zawistnego hejtu na zasadzie „sami tego chcieli” i „wiedzieli w co wchodzą”.

Czy „frankowicze” rzeczywiście wiedzieli w co się pakują? Wiedzieli i nie wiedzieli. Teoretycznie byli ostrzegani o ryzyku kursowym, ale wszystko to podawane było w takim sosie, by kredytobiorca odniósł wrażenie, że to ryzyko jest minimalne, a już na pewno kurs franka nie skoczy powyżej pewnego poziomu tolerancji. Dyskretne techniki manipulacyjne są w relacjach z potencjalnymi klientami na porządku dziennym. Ciekaw jestem, czy na przykład banki przed zawarciem umowy w czasach gdy frank kosztował dwa złote z groszami pokazywały symulację warunków spłaty, gdy tenże frank będzie grubo powyżej czterech złotych? Ponadto zwróćmy uwagę, że równolegle warunki kredytów złotówkowych były wręcz zaporowe, stawiając klientów pragnących mieć własne mieszkanie w sytuacji bezalternatywnej. Można było albo zgodzić się na ryzyko kursowe, albo zrezygnować z marzeń o własnych czterech ścianach.

Branża bankowa funkcjonuje w dużej mierze dzięki zaufaniu. Wymaganie, by przeciętny człowiek dysponował specjalistyczną wiedzą na temat finansów jest utopią. Zostaje więc wspomniane zaufanie. Oznacza ono, że idąc po kredyt zakładam, iż bank mnie nie orżnie. To w końcu nie jest jakiś pokątny lichwiarz, czy cinkciarz na rogu, tylko poważna instytucja. Tymczasem prawda jest taka, że banki pod tym całym blichtrem uprawiają lichwę i cinkciarstwo właśnie, połączone na dodatek z grą w trzy karty. Bo jak inaczej nazwać np. brane z sufitu tabele przeliczeniowe? Niezorientowanym wyjaśniam, że nagminną praktyką wielu banków było arbitralne ustalanie kursu franka, a co za tym idzie – wysokości raty, zazwyczaj w oderwaniu od cen rynkowych czy średniego kursu NBP. Do tego dochodzi tzw. spread, polegający na tym, iż bank wypłacał kwotę kredytu wg ceny kupna, zaś spłatę ustalał wg ceny sprzedaży.

Czym jest tak naprawdę kredyt walutowy? Otóż jest to nic innego jak zakład – klient „gra” na to, że kurs waluty nie zmieni się znacząco w okresie na jaki zawarto umowę, bank natomiast „gra” na zwyżkę kursu w dłuższym okresie, co gwarantuje mu dodatkowe dochody. Oczywiście bank, jako instytucja fachowa, naganiająca sobie klientów w okresie taniej waluty jest tu na z góry wygranej pozycji – niczym szuler naciągający frajerów na partyjkę pokera. Mamy zatem do czynienia ze specyficznym hazardem – i wszystko byłoby ok, gdyby kredytobiorca miał tego świadomość, tzn. wiedział, że wchodzi nie do banku, tylko do kasyna, punktu bukmacherskiego czy innej szulerni. Banki w istocie oferowały pod nazwą kredytu „produkt wysoko złożony, o charakterze spekulacyjnym”, jak stwierdził barceloński sąd w 2013 r, rozwiązując na wniosek kredytobiorcy tego typu umowę.

Klienci banków wystawieni są na nieograniczone ryzyko kursowe, bank natomiast nie ryzykuje niczym – w ostateczności przejmie zadłużone mieszkanie, zresztą często mamy do czynienia z sytuacją, gdy po latach spłacania kredytu jego pozostała kwota wciąż znacząco przekracza wartość kupionej nieruchomości. Na marginesie zwrócę uwagę na jeszcze jeden długofalowy aspekt procederu – klient wypruwając sobie żyły spłaca kredyt niemal do emerytury, a gdy już na nią przechodzi okazuje się ona na tyle nędzna, że zostaje zmuszony do zawarcie tzw. odwróconej hipoteki, w wyniku której dom lub mieszkanie tak czy inaczej finalnie staje się własnością banku. Genialny szwindel.

Budżet państwa nie musi na „frankowiczów” wydawać ani grosza. Wystarczy systemowe rozwiązanie prawne nakazujące przewalutowanie kredytu na złotówki po kursie z dnia zawarcia umowy, bądź po uśrednionym kursie NBP z dotychczasowego okresu jej trwania – czyli wymuszenie na bankach, by wzięły na siebie część ryzyka. Banki na tym nie stracą, ponieważ i tak zgarną swoje oprocentowanie, marże itd. - zostaną jedynie pozbawione nieuprawnionego zysku wynikającego z zastosowania „produktu spekulacyjnego”. Jest to zasadne tym bardziej, że banki de facto żadnych franków nie pożyczały! One pożyczały złotówki i pozyskują również złotówki, a cały „myk” polegał na stworzeniu czysto wirtualnej konstrukcji w ramach której te złotówki indeksowane są według kursu obcej waluty.

Można było tak zrobić na Węgrzech, podobnie w Chorwacji, gdzie tamtejszy sąd rozpatrując pozew zbiorowy nakazał przewalutowanie na kuny – więc dlaczego nie w Polsce? Trzeba tylko chcieć – no chyba, że obecny reżim siedzi głębiej w banksterskich kieszeniach, niż to sobie wyobrażamy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2013/08/gra-kredytem.html

http://podgrzybem.blogspot.com/2014/03/kredytowa-szulernia.html

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 4 (23-29.01.2015)

sobota, 18 lutego 2012

Budapeszt czy Ateny?


„- Pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą” - zagrzmiał Rostowski. No to, prędzej czy później, będą Ateny...


I. Rząd się żywi

Jan Vincent Rostowski, oddelegowany aktualnie do pilnowania nad Wisłą interesów międzynarodowej finansjery, pokrzyczał sobie z sejmowej mównicy na niekonstruktywną opozycję. No bo, przyznajmy, posiadanie przez opozycję jakichkolwiek pomysłów wykraczających poza palenie zioła i skrobanki na życzenie, jest wyjątkową bezczelnością, a już zwłaszcza gdy są to pomysły, które godzą w jedynie słuszną linię ekonomiczną Zielonej Wyspy, gwarantującą nam stabilny wzrost gospodarczy.

Co prawda, jak napisałem niedawno, z tego osławionego, czteroprocentowego wzrostu nic nie wynika, o czym świadczą dane Eurostatu ogłaszające zdumionej gawiedzi, iż 10 milionów Polaków czyli 27,8% jest zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym. Te 10 milionów, to jedna czwarta tubylczej populacji, ćwierć narodu. I to pomimo wpompowanego w polską gospodarkę strumienia unijnych pieniędzy, trzystu miliardów pożyczonych w ciągu czterech lat przez rząd Tuska (rekord świata!) oraz kaski przesyłanej rodzinom przez zarobkowych emigrantów rozsianych po Europie. Jeśli dołożymy do tego bezrobocie na poziomie ponad 13% (w tym 25% wśród młodych) i ponaddwumilionową rzeszę tzw. „pracującej biedoty” (working poor), to pytanie o owe „pozytywne wskaźniki” za które ponoć tak chwali nas Europa staje się całkiem zasadne.

Tu, po namyśle, muszę sprostować swe radykalne stwierdzenie sprzed chwili, że z polskiego wzrostu gospodarczego „nic nie wynika”. Zależy, jak dla kogo. W ciągu czterech lat rządu Tuska w szeroko rozumianej administracji (wliczając ZUS, KRUS i NFZ) przybyło blisko sto tysięcy urzędników (538 tys w 2011 w stosunku do ok. 440 tys w 2007 – wzrost o 23%), zaś średnia płaca w administracji państwowej podniosła się o 1000 zł (30-procentowy wzrost). Można się domyślać, że większość z tej rzeszy głosuje na swych dobroczyńców z PO. Tak się hoduje lojalny elektorat, związany klientelistycznymi zależnościami ze swym patronem. Krótko mówiąc, wzrost gospodarczy ma pracować na władzę, by ta – niczym za Urbana - mogła sama się wyżywić. Czyż nie jest to ze wszech miar słuszne podejście?

II. Wzrost i kapitał

No, ale wszak rząd, choć żarłoczny, nie jest w stanie samodzielnie przejeść owoców wzrostu. To znaczy jest w stanie, jak najbardziej, ale chcąc nie chcąc musi doprosić do stołu tych, dzięki którym ów wzrost wzrasta i wzrasta – i jeszcze wzrasta... Oczywiście, jak nas uczą różni mądrzy ludzie, tegoż mitycznego wzrostu, którego nikt z nas na oczy nie widział, chyba że pod postacią entuzjastycznych słupków w mediodajniach - tegoż bezcennego wzrostu powiadam, nie wypracowują miliony takich jak my szaraczków na śmieciowych umowach czy znoszący codzienną gehennę prowadzenia small-businessu drobni przedsiębiorcy bez podwieszeń i układów w rozmaitych sitwach. Ten wzrost, mianowicie, generują ponoć „inwestorzy” na czele ze szlachetną rasą bankierów i w związku z tym powinniśmy całować ich po piętach, łykając przy tym łzy wdzięczności.

Owi dobroczyńcy z workami złota przybywają do nas z zagranicy, by wspomóc, zasilić i ucywilizować gospodarczych Irokezów, zatem zrozumiałe jest, że każde próby brużdżenia muszą spotkać się z odporem światłych kół rządzących oraz beneficjentów i utrwalaczy III RP, którzy nie po to przecież zostali dopuszczeni do komitywy i pousadzani na różnych posadach, by teraz kąsać rękę, która im chleb daje. Tym bardziej, że światłe koła rządzące dobrze znają tzw. „sytuację ogólną” oraz „generalne uwarunkowania”, które sprawiają, iż „obiektywne rynkowe okoliczności” są takie a nie inne.

Skomplikowane? Już wyjaśniam. Otóż, jak wiadomo, polskiego sektora finansowego nie ma. Nie ma i już. Są tylko filie wielkich międzynarodowych koncernów, światowych macherów od pieniądza i jego kreacji. To by nawet pasowało do hasła „kapitał nie ma narodowości”, ale takie ględzenie dobre jest na czas prosperity. W czasie kryzysu kapitał sobie o narodowości przypomina, bo potrzebuje pieniędzy podatników na „dokapitalizowanie” po poniesionych w wyniku własnej chciwości stratach. A i narodowość sobie przypomina o kapitale - o tym, że jednak te wszystkie jaskinie spekulacji są formalnie niemieckie, włoskie, angielskie i warto grać na ich korzyść, bowiem one po wyżyłowaniu „rynków wschodzących” na których grasowali „budując” tamtejszy „wzrost gospodarczy”, wytransferują jakoś prawem i lewem te fundusze do rodzimych central i puszczą w obieg u siebie, co jest cichym warunkiem rządowego „dokapitalizowywania”. Ot, symbioza taka. U nas również poniewczasie się w tym mechanizmie połapano i zaczęto przebąkiwać o zrobieniu jakiegoś polskiego konsorcjum, które wykupiłoby („udomowiło”) jedną czy drugą filię zachodniego banku, ale zapewne „rynki” („ponadnarodowe” oczywiście) zmarszczyły brwi i na gadaniu się skończyło.

III. Konsumowanie owoców wzrostu

Powyższy przydługi szkic sytuacyjny przedstawiłem dlatego, gdyż daje on nam odpowiedź na przyczyny furii, która ogarnęła nieocenionego Jana Vincenta na sejmowej mównicy podczas debaty z posłami opozycji. Albowiem, jak wiemy, nasz sztukmistrz z Londynu w ramach programu żywienia rządu i podtrzymywania słupka wzrostu gospodarczego zapożyczył nas u scharakteryzowanych powyżej rekinów spekulacji tak skutecznie, że pod koniec zeszłego roku musiał uciekać się do iście cyrkowej ekwilibrystyki, by dług publiczny nie przekroczył progu ostrożnościowego 55% PKB. Czego to nie było!Rozpaczliwe rozpisywanie wydatków na kolejne rubryczki i fundusze, wypychane następnie na papierze poza zobowiązania Skarbu Państwa, no i spektakularna interwencja, by utrzymać relację złotówki do innych walut na poziomie umożliwiającym odnotowanie, że oto na 31.XII.2011 prześlizgnęliśmy się pod gilotyną.

Tym razem się udało, ale nie zmienia to faktu, że siedzimy w kieszeniach „banksterów” po same uszy i nie możemy im podskoczyć, gdyż to właśnie oni sfinansowali państwowe zobowiązania oraz wyżywienie rządu w ramach napędzonego pożyczkami „wzrostu gospodarczego”. A że teraz mają walizki pełne polskich papierów dłużnych i to coraz bardziej „rentownych”, czyli wypisywanych wraz z upływem czasu na coraz wyższy procent, zatem oczywiste jest, iż nasza dyktatura matołów musi ich dopuścić do żłobu, by mogli pospołu z władzą konsumować owoce tegoż ciężko wypracowanego „wzrostu”, czyli wpuszczonego w gospodarkę via budżet państwa pożyczonego pieniądza.

Owa konsumpcja zaś ma polegać na tym, by na owych pieniądzach wpuszczonych w obieg zarobić podwójnie. Pierwszy raz – obracając nimi, bo wszak obracanie pieniędzmi odbywa się w przytłaczającej mierze za pośrednictwem banków i firm zależnych – a nie czynią tego przecież za darmo, tylko liczą sobie najrozmaitsze opłaty, odsetki i prowizje. Drugi raz – zarobić na nich poprzez nasze podatki, którymi rząd spłaci zaciągnięte wobec „rynków” zobowiązania.

IV. „Na tym się świata ład opiera, że jeden sieje, drugi zbiera”

W tej sytuacji nie dziwi wzburzenie oddelegowanego na polski odcinek finansowego lobbysty Jana Vincenta, gdy niekonstruktywna, pisowska opozycja wniosła – o zgrozo – projekt opodatkowania aktywów banków, towarzystw ubezpieczeniowych i funduszy inwestycyjnych zamiast 23% stawki VAT na towary i usługi. Wprawdzie proponowany podatek bankowy w wysokości 0,39% (!) przyniósłby wg danych Komisji Nadzoru Finansowego i GUS te same 5 miliardów złotych co zwiększony do 23% VAT (4,1 mld zł od aktywów banków, 538 mln zł od aktywów zakładów ubezpieczeń oraz 405 mln zł od aktywów funduszy inwestycyjnych), ale przecież - jak wykazałem powyżej - nie po to „rynki finansowe” wsadziły sobie państwo polskie do kieszeni, żeby teraz płacić temuż państwu z tego tytułu podatki. To my jesteśmy od tego, by naszymi podatkami, w tym dwudziestotrzyprocentowym VAT-em, spłacać papiery dłużne państwa, to chyba oczywiste. Inne rozwiązanie byłoby wbrew naturze, albowiem „na tym się świata ład opiera, że jeden sieje, drugi zbiera”.

Na dzień dzisiejszy owo „sianie i zbieranie” wygląda tak, że w 2012 roku prognozowane wpływy z PIT przyniosą ok. 42,4 mld, zaś obsługa długu Skarbu Państwa wyniesie... ok. 43,8 mld złotych (TU). Czyli, nasze PIT-y idą w całości na pokrycie odsetek i wykup roczny państwowych papierów wartościowych!

Histeryczną obroną finansowej oligarchii uskutecznioną przez Jana Vincenta Rostowskiego dyktatura matołów pokazała jasno (który to już raz?) po czyjej stoi stronie i gdzie ma obywateli jako potencjalnych beneficjentów wzrostu gospodarczego. Wiadomo, że słodkich pierniczków dla wszystkich nie wystarczy, zatem plony wspólnego wysiłku zbierać będzie „waadza” do spółki z grandziarzami. Dla tubylców przewidziana jest rola taniej siły roboczej, mordercze podatki i obszary nędzy nakreślone w cytowanych na wstępie danych dotyczących ubóstwa.

„- Pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą” - zagrzmiał Rostowski. No to, prędzej czy później, będą Ateny...

Gadający Grzyb

(Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL)

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

piątek, 18 listopada 2011

Kryzysowy korkociąg


Już wkrótce przyjdzie nam zapłacić za lata „ciepłej wody w kranie”, czyli zaordynowanej przez Tuska i jego dyktaturę matołów gierkowszczyzny.


I. Krach w 2012?

Po obniżeniu przez agencję ratingową Moody’s perspektywy dla polskiego sektora bankowego ze „stabilnej”do „negatywnej” zrobił się mały szum, a momentami nawet większy huczek. No bo, jak to – banki notują rekordowe zyski (lider, PKO BP, nawet 1 mld PLN), a tu taki despekt? Posypały się narzekania, że niesprawiedliwie wrzucono nas do jednego worka z innymi krajami UE, przypomniano wpadki agencji ratingowych jak utrzymywanie wysokiej oceny Lehman Brothers tuż przed bankructwem i, generalnie, wszystkie wątpliwe ratingi z ostatnich czasów.

No dobrze, może i Moody’s się myli. Ale niewykluczone przecież, że swe prognozy opiera na racjonalnych podstawach i wie co mówi. Co to oznacza? Ano, oznacza to, że w przyszłym roku czeka nas kryzysowe łupnięcie jak się patrzy. Już teraz klienci banków mają coraz większe problemy ze spłatami kredytów gotówkowych. Jeśli fala kryzysu spowoduje gwałtowny wzrost bezrobocia, to zacznie się również zaleganie na masową skalę z ratami kredytów hipotecznych, do czego dodatkowo może się przyczynić dalsze osłabienie złotego, czyli wzrost ceny m.in. franka szwajcarskiego. Nie będzie to może zapaść porównywalna z rynkiem nieruchomości w USA, ale pamiętajmy, że Polacy są zadłużeni po uszy - orientacyjnie (bo konkretnych danych nikt nie podaje) ocenia się „prywatne” zadłużenie na jakieś 400 mld zł, czyli połowę wartości długu publicznego państwa (czyli de facto również nas).

Osłabienie złotego zwiększy również koszta obsługi zadłużenia Polski (ok. 800 mld zł, a tak naprawdę, to nie wiadomo...), a to poskutkuje przekroczeniem kolejnych progów ostrożnościowych i w konsekwencji obniżeniem ratingu Polski, co wiąże się z kolei z podrożeniem kolejnych pożyczek, a w konsekwencji z dalszym zwiększeniem długu publicznego... i tak dalej... – słowem, kryzysowy, grecki korkociąg.

Konsekwencji takiego rozwoju wypadków tłumaczyć chyba nie trzeba i nie pomogą żadne księgowe sztuczki ministra Rostowskiego, który w pocie czoła misternie rozpisuje państwowe zobowiązania w kolejnych rubryczkach, tak by na papierze wszystko się zgadzało. Urwie się także strumień kasy unijnej, bo te „nawet 300 miliardów” obiecywanych w kampanii wyborczej było bajeczką dla naiwnych, którzy na dodatek bardzo chcą, by nie wytrącano ich z błogiego letargu. Krótko mówiąc, przyjdzie nam zapłacić za lata „ciepłej wody w kranie”, czyli zaordynowanej przez Tuska i jego dyktaturę matołów gierkowszczyzny.

Powyższe wiąże się z zagrożeniem wartości obligacji Skarbu Państwa, zaś dla banków, które zainwestowały w te papiery jest to zdecydowanie zła perspektywa, która mogła być kolejnym czynnikiem wziętym pod uwagę przez Moody’s. Co bowiem zrobią banki, jeśli poleci wypłacalność zarówno prywatnych klientów, jak i państwa? Będą pożyczać od siebie nawzajem?

II. Kapitał odzyskuje narodowość

Analitycy wskazują, że na obniżenie ratingu mają wpływ „czynniki zewnętrzne”, czyli problemy banków europejskich, których spółkami-córkami są banki działające w Polsce, bo też ten „nasz” system bankowy „polski” jest tylko z nazwy. Obecnie większość banków pozyskuje środki (pożyczane następnie konsumentom w formie różnych kredytów) teoretycznie „na rynku”, a w praktyce od swych zachodnich „matek”, bo przecież nie z depozytów – Polacy bowiem albo w ogóle nie posiadają oszczędności, albo na jakimś minimalnym poziomie (mają za to, jak wspomniałem, furę długów, co dodatkowo uwiarygadnia czarne prognozy związane z wypłacalnością). Firmy również raczej „balansują” obracając cały czas pieniędzmi, a przynajmniej starają się, czemu nie sprzyjają zatory płatnicze będące jedną ze zmór naszej gospodarki. Na luksus mrożenia funduszy na lokatach naszych przedsiębiorców raczej nie stać.

Na dodatek, że w związku z kryzysem strefy euro, banki-matki same potrzebują na gwałt dokapitalizowania, bo w swych aktywach mają kupę śmieciowych obligacji z którymi nie wiadomo co począć. Zachodzi raczej obawa, że będą próbowały jakimś sposobem, „prawem i lewem”, wyprowadzić środki z polskich „córek” do zachodnich central. Po to się przecież inwestuje w dzieci, by pomogły rodzicom w ciężkich terminach, nieprawdaż?

W ten oto sposób sypie się mit, który podawano nam do wierzenia jako niewzruszony dogmat: że niby, panie, w zglobalizowanym świecie „kapitał nie ma ojczyzny i narodowości”. Otóż, okazuje się, że owa zasada sprawdza się jedynie w latach prosperity. W czasach kryzysu, gdy przychodzi co do czego, to jednak ów kosmopolityczny, bezosobowy „kapitał” nagle sobie o „ojczyźnie” i „narodowości” przypomina. Albo inaczej – to „narodowość” przypomina sobie o kapitale...

III. „Udomowienie” banków?

Zatem, na naszych oczach dzieją się istne dziwy: oto ci sami szemrani „liberałowie”, którzy przez ostatnie dwadzieścia lat zabijali śmiechem, „oszołomów” i „ekonomicznych dyletantów” protestujących przeciw wyprzedaży sektora bankowego... tj. pardon - „modernizacji” i „unowocześnieniu”, teraz zaczynają pomału gadać ludzkim głosem i powtarzać argumenty tych, na których jeszcze niedawno nie zostawiali suchej nitki. Potrzebowali dwudziestu lat i widma gospodarczej zapaści o pokoleniowym wymiarze, by podrapać się z frasunkiem po głowach, czy po czym tam zwykli się drapać światli architekci naszej transformacji oraz ich wychowankowie i przebąknąć nieśmiało, że może by tak, kumie, jak już ta wartość „polskiego sektora bankowego” nieco spadnie, wykupić tak jeden czy drugi bank od zagranicznej centrali i ten, tego – jakoś „udomowić”?

Gada się na mieście, że konsorcjum złożone z tych resztek, których jeszcze nie opędzlowaliśmy zagranicznym „partnerom”, czyli PKO BP, PZU i KGHM miałoby wyemitować obligacje i z pozyskanych funduszy coś tam kupić. Byłoby miło i na dodatek mądrze, nie powiem, tyle że jak u nas coś ma pójść źle to z pewnością pójdzie i na gadaniu się skończy.

Stanie się tak dlatego, że na polskie oddziały banków, a także na ich zachodnie centrale chrapkę ma również Rosja, a konkretnie – Sbierbank. Od jakiegoś czasu mówi się o portugalskim Millenium i belgijskim Kredyt Banku – tak na dobry początek. Przywódcy strefy euro dość rozpaczliwie zabiegają o kapitał – zarówno chiński jak i rosyjski, zatem pewnie nie będą robić trudności, mimo iż Sbierbank jest bankiem państwowym (należy w większości do Banku Centralnego Rosji). Ale co tam – z doświadczenia wiemy, że jeśli Rosja coś postanowi, to zrealizuje czego widomym znakiem jest uruchomiony niedawno Nord Stream. Na dodatek rychłe przyjęcie Rosji do WTO zrobi niezbędną do takich transakcji „dobrą atmosferę”.

Koniec końców, efekt będzie zapewne taki, że Rosja uruchomi u nas swe rozliczne ludzkie aktywa i nagle okaże się, że naszym wschodnim przyjaciołom nie warto wchodzić w paradę, ba – po co mamy „udomawiać” banki, skoro znakomicie może za nas „udomowić” je Rosja...

IV. Demokratyczna fasada, czyli państwo oddane w zastaw

Trochę przedłużę, ale chciałbym poruszyć jeszcze jeden wątek. Jeśli ktoś z Państwa miał jakiekolwiek wątpliwości co do tego, że współczesna demokracja jest pustą atrapą, to po ostatnich wydarzeniach w Grecji i we Włoszech wątpliwości te musiały rozwiać się ostatecznie. Demos od dawna już nie jest suwerenem. Jego miejsce zajęły anonimowe, bezosobowe „rynki” składające się z tzw. „inwestorów” czyli spekulantów. Ile razy słyszeliśmy frazy typu „rynki zareagowały z satysfakcją”, bądź „inwestorzy są zaniepokojeni”? A wszystkie te „satysfakcje” i „zaniepokojenia” każdorazowo i bardzo konkretnie przekładają się na sytuację polityczno-gospodarczą krajów do których się odnoszą.

Papandreu ani Berlusconi nie są moimi ulubieńcami, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że tych przywódców nie odwołali wyborcy. Odwołały ich „rynki”. Te same „rynki” powołały ich następców – wszak niemal jawnie przeprowadzano casting, by wyłonić takich premierów, których obecność uspokoi sytuację na giełdach. „Demos” zresztą zrzekł się suwerenności na własne życzenie – domagając się łatwego życia za cudze pieniądze i wybierając odpowiednio spolegliwych polityków, którzy następnie, by spełnić obietnice, przez dziesięciolecia zadłużali swe kraje, wydając je w konsekwencji na pastwę finansowej oligarchii, która sama nic nie wytwarza, za to zawsze bardzo chętnie pożywi się na zastawionym majątku.

Powiedzmy jasno: zaciąganie długów to oddawanie państwa w zastaw, więc nie ma co się dziwić, że w końcu walą do drzwi windykatorzy. Co gorsza, „demos” niczego się nie nauczył. Wszak ten cały „ruch oburzonych” domaga się w zasadzie tylko tego, by było jak do tej pory – by wróciło „dolce vita” sprzed epoki kryzysu. Zła wiadomość, odmóżdżeni frajerzy: nie wróci. Sami sprzedaliście lichwiarzom własne ojczyzny.

Oto konsekwencje zadłużania się państw i życia długimi latami ponad stan, na kredyt. Wbijmy to sobie do głów: zadłużając państwo sami oddajemy się we władzę spekulantów, obsługiwanych przez agencje ratingowe zdolne jednym oświadczeniem zmienić sytuację gospodarczą. Czasem zresztą mówią to bez ogródek. Pamiętacie Państwo, jak agencja S&P obniżyła rating USA, po czym jej szef John Chambers wprost przyznał, że chciał „przede wszystkim ukarać polityków"? Tak oto „ratingowcy” wyszli z roli analityków i prognostyków, by wcielić się w role aktywnych kreatorów politycznej i ekonomicznej rzeczywistości.

Nie wiem, czy rating Moody’s odnoszący się do „naszego”systemu bankowego jest z tej samej „kreatywnej” parafii. Może nie. A może tak. Pewności nie mamy.

***

Wszystko co powyżej odnosi się również w całej rozciągłości do nas, Polaków, bo tak się składa, że mając wybór wielokrotnie zastawialiśmy Polskę za obietnicę ciepłej wody w kranie. Tak więc, jak widzimy, czasy zapowiadają się jeszcze ciekawsze niż dotychczas i nasi „wybrańcy” doskonale o tym wiedzą. Dlatego też, jak mniemam, nie-miłościwie nam panująca dyktatura matołów w ramach doskonalenia systemu pełzającej represjonizacji postanowiła urządzić sobie na warszawskich ulicach przy okazji Marszu Niepodległości poligon doświadczalny dla „kasków” oraz różnych tajniaków i prowokatorów. Ktoś naiwny mógłby sądzić, że to taka putinada, „pokazucha” mająca upokorzyć środowiska opozycyjne, lub może ćwiczenia przed Euro2012. Otóż nie. Tu chodziło o coś poważniejszego. Znacznie poważniejszego.

Gadający Grzyb