Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory samorządowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory samorządowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 czerwca 2018

Zdrajcy i szantażyści z PO

Totalni” sądzą Polaków swoją miarą, przypisując społecznemu ogółowi własne cechy – zdegenerowanych, wyzutych z sumienia, sprzedajnych kanalii.

I. Szantaż

Na początek słynny już cytat z wywiadu Rafała Trzaskowskiego (PO) dla Radia Zet: Mówię jasno: panowie, wycofajcie się z najbardziej rażących przykładów łamania praworządności, to te pieniądze nie będą mrożone. Na szczęście dzięki naszym staraniom te pieniądze nie przepadają, tylko będą mrożone. W związku z tym jak my wygramy kolejne wybory, to te pieniądze zostaną odmrożone i Warszawa skorzysta wtedy z olbrzymich pieniędzy na inwestycje. Natomiast jak dalej będzie rządził PIS, przez kolejne lata, i dalej będzie łamał Konstytucję, to wszyscy w Polsce muszą sobie zdawać sprawę z konsekwencji takich, że nie będzie pieniędzy na inwestycje przez tych awanturników”.

Chciałoby się napisać w tym miejscu, że maski opadły – tyle, że strategia „totalnej opozycji” polegająca na powrocie do władzy dzięki zagranicznym naciskom od dawna jest przed opinią publiczną obnażona w całym swym bezwstydzie. Wypowiedź kandydata PO na prezydenta Warszawy jedynie kontynuuje politykę odwoływania się do zewnętrznych ośrodków w celu zastraszenia rządu, a nade wszystko – polskiego społeczeństwa. Warto tu sobie przypomnieć spot wyborczy z czasów, gdy Platforma była jeszcze u władzy – Janusz Lewandowski z miną szczodrego wujka obiecywał, że w przypadku zwycięstwa na Polskę spadnie złoty deszcz pod postacią, o ile pamiętam, 300 mld. złotych. Przekaz był jasny: mamy „chody” w Brukseli, więc jeśli chcecie pieniędzy, to głosujcie na nas – natomiast jeżeli wybierzecie „oszołomów” z PiS, to Unia zakręci kurek z kasą. Wówczas, w 2011 r., „marchewka” zadziałała, bo unijny budżet jawił się Polakom jako Sezam dzięki któremu dokonamy skoku cywilizacyjnego. Dziś, gdy ta sama Platforma jest w opozycji i w jej szeregach pogłębia się frustracja, akcenty zostały odwrócone i w miejsce marchewki pojawił się bat – jeśli nie wrócimy do władzy, zrobimy wszystko, żebyście odczuli to na własnej skórze. Dlatego, durna hołoto kupiona za „pińćset”, lepiej sobie policzcie, co wam się bardziej opłaca. Taki jest rzeczywisty przekaz skierowany do wyborców, jeśli obedrzeć go z zasłony pięknych słówek i zaklęć o „praworządności”.


II. Służalczość, pycha i pogarda

Mamy w tym przekazie kilka warstw. Pierwsza, najbardziej widoczna, to lokajskie nawyki „totalnych”, które stały się ich drugą naturą do tego stopnia, że przestali nawet dostrzegać niestosowność w zabieganiu o cudze względy kosztem interesów własnego państwa. Ci mentalni folksdojcze zwyczajnie nie widzą niczego złego w oczernianiu swojego kraju za granicą, upokarzającym antyszambrowaniu w przedpokojach euromandarynów czy jawnym nawoływaniu do zastosowania wobec Polski unijnych sankcji. Suwerenność, podmiotowość a nawet zwykła ludzka godność są dla nich jedynie pustymi frazesami z których można zrezygnować za kilka euro więcej. O takich jak oni pisał Tuwim: „W twarz dadzą sobie napluć za tyle a tyle. Obetrą gębę ręką, a sumę przeliczą!”. Dobitnym przykładem powyższego było haniebne głosowanie w Parlamencie Europejskim, gdy przedstawiciele PO opowiedzieli się za otwarciem możliwości uruchomienia wobec Polski procedury z art. 7 Traktatu Lizbońskiego. Nie zapomnijmy tych nazwisk: Michał Boni, Róża Grafin von Thun und Hohenstein, Danuta Hübner, Danuta Jazłowiecka, Barbara Kudrycka, Julia Pitera. Nie jest też tajemnicą, że kolejne antypolskie sabaty w PE również były efektem skrzętnych zabiegów tej unijnej ekspozytury współczesnej Targowicy – i podobnie jak ich historyczni protoplaści, osłaniają swe zaprzaństwo grubą warstwą lepkiej obłudy, rozdzierając szaty nad utraconą „złotą wolnością”.

Warstwa druga, to głębokie przeświadczenie, wspólne dla całego obozu beneficjentów III RP, że władza nad Polską i dominująca pozycja społeczna należą im się w sposób niejako naturalny – zostali bowiem namaszczeni do pełnienia funkcji namiestników nadwiślańskiej kolonii przez berlińsko-brukselskie elity polityczne i biznesowe. A jeżeli lokalni aborygeni się zbuntują, to należy dołożyć wszelkich starań, by ich spacyfikować – w tym przypadku, odebrać unijne fundusze. Z przytoczonych na wstępie słów Trzaskowskiego jasno bowiem wynika, że korzystać z pieniędzy unijnych może jedynie władza „słuszna” - tj. pozytywnie odbierana przez zewnętrznych nadzorców. Na marginesie - środki te nie są żadną łaską ani jałmużną, lecz częściową i dalece niepełną rekompensatą za otwarcie na oścież naszej gospodarki na wszechstronną eksploatację – i to na długo przed akcesją do UE. Obecnie, wg premiera Morawieckiego, zagraniczne koncerny wyprowadzają z Polski dywidendy rzędu 100 mld. zł. rocznie, przy wpływach z unijnej kasy wynoszących ok. 25 mld. zł. Zatem w sensie przepływów finansowych Polska jest płatnikiem netto.

Warstwa trzecia wreszcie, to głęboka pogarda dla tubylczego „motłochu”, który w oczach „totalnej opozycji” ma być głęboko zdemoralizowany – sprzedajny, pazerny i chwiejny. Polaków wedle tej optyki można kupić obietnicami „300 miliardów” (jak we wspomnianym spocie J. Lewandowskiego) albo za „pińćset”, jeśli zaś to nie podziała – zaszantażować groźbą „zamrożenia” pieniędzy. Krótko mówiąc, „totalni” sądzą Polaków swoją miarą, przypisując społecznemu ogółowi własne cechy – zdegenerowanych, wyzutych z sumienia, sprzedajnych kanalii.


III. Trzaskowski „pasem transmisyjnym” Verhofstadta

Trzeba nadmienić, iż Trzaskowski robi tu jedynie za „pas transmisyjny” przekazujący wolę samozwańczych „władców Europy”. Można się co najwyżej dziwić jego bezmyślnej ostentacji, bowiem w przypływie niewczesnej szczerości przyznał, że Platforma czynnie za takim stanowiskiem lobbowała – i co więcej, otrzymała od swych patronów stosowne gwarancje polityczne, co nosi wszelkie znamiona zdrady. Nieco wcześniej otwartym tekstem nastawienie europejskich elit wyłuszczył w lewicowo-liberalnym „Project Syndicate” Guy Verhofstadt. Przewodniczący frakcji liberałów w europarlamencie znany z niewybrednych ataków na Polskę napisał m.in., że „jest nie do przyjęcia”, by euro-fundusze szły na państwa rządzone przez siły „nieliberalne”, postulując uzależnienie wypłat z Funduszu Spójności od „przestrzegania i egzekwowania norm praworządności” nad czym miałaby czuwać „obiektywna procedura monitoringu. Innymi słowy: środki byłyby wypłacane z klucza politycznego i w każdej chwili mogłyby zostać pod byle pretekstem cofnięte. Później jest jeszcze ciekawiej, albowiem Verhofstadt zaproponował utworzenie z „zamrożonych” środków specjalnego funduszu „na wsparcie dla uniwersytetów, ośrodków badawczych i innych instytucji społeczeństwa obywatelskiego w tym państwie” - czyli, mówiąc wprost, na ośrodki propagandowej dywersji, mające destabilizować sytuację wewnętrzną w „państwach zbaczających z właściwej ścieżki”, jak określa Polskę i Węgry. Krok dalej na tych samych łamach poszedł Sławomir Sierakowski z „Krytyki Politycznej”, pisząc: „przecież PiS i węgierski Fidesz Viktora Orbana zostały demokratycznie wybrane. Pojawia się więc pytanie dlaczego Węgrzy i Polacy nie powinni być karani za swój wybór.

Moim zdaniem, odpowiedź polskiego rządu powinna być twarda i symetryczna. Widać wyraźnie, że dotychczasowa polityka łagodzenia, dążenia do „dialogu” i „kompromisu” nie dała rezultatu – nadęci własną pychą dygnitarze pokroju Verhofstadta czy Timmermansa zwietrzyli tylko krew i zaczęli jeszcze mocniej dokręcać śrubę. Nie łudźmy się – rząd PiS jest przez liberalne unijne władze odbierany jako „ciało obce” i będzie zwalczany z całą bezwzględnością, niezależnie od tego co zrobi. Dlatego też potrzebne jest „nowe otwarcie” polegające na stanowczym walnięciu w stół i np. ogłoszeniu, że w przypadku arbitralnego cofnięcia europejskich funduszy, Polska proporcjonalnie wstrzyma wpłacanie swojej składki członkowskiej. Środki te zostałyby wówczas przekierowane bezpośrednio na projekty, które miały być sfinansowane z unijnego budżetu. Poza wszystkim, nagle może się okazać, że bez unijnej mamony też istnieje życie. W każdym razie – czas uśmiechów się skończył.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Głosuj jak chcemy...

Rynki was nauczą...

Zdradzieckie mordy najgorszego sortu

Wszyscy płacimy za „optymalizację”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 25 (22-28.06.2018)

piątek, 19 grudnia 2014

Dokąd zmierza ten cały zamordyzm?

Nie ma wolności bez ryzyka. Gdy się pragnie wolności bez ryzyka, otrzymuje się właśnie to, co mamy teraz.


Histeryczna reakcja mainstreamu III RP na marsz w obronie demokracji i wolności mediów pokazuje nam kilka rzeczy, po części oczywistych. Po pierwsze, oni autentycznie boją się wszelkich przejawów protestu społeczno-politycznego. Po drugie, opozycja jest stałym obiektem ataków niezależnie od tego, co zrobi, lub nie zrobi. Po trzecie, oni wiedzą, że nie mogą oddać władzy, że te wybory były skręcone, a skoro były skręcone, to władzy nie mogą oddać tym bardziej. I po czwarte – w związku z powyższym, samoograniczanie się opozycji pozbawione jest sensu.

Proszę tylko spojrzeć. PiS zapowiada legalną demonstrację, rzecz w demokracji najzupełniej normalną, szczególnie w kontekście licznych nieprawidłowości wyborczych, a w tych jakby piorun strzelił. „Wyborcza” na swoim portalu wylicza potępiająco ilu dziennikarzy i biskupów poparło marsz, „Polityka” smaruje wyjątkowo, nawet jak na standardy medialne obecnego rządowego agit-propu, świńską okładkę z Kaczyńskim ucharakteryzowanym na Jaruzela i ogłaszającym „stan wojenki”, zaś wszyscy razem wprost nie posiadają się z oburzenia, że PiS „zawłaszcza” rocznicę stanu wojennego i w związku z tym teraz to już na pewno „podpali Polskę”. I jakoś nikomu się nie kłóci, że tenże Jaruzelski do którego przyrównują lidera partii opozycyjnej został niedawno pochowany z pełnymi honorami na Powązkach, że za rządów PiS Platforma zrobiła swój „błękitny marsz” pod hasłem „dość Kaczorów, chcemy wyborów”, a sami dziennikarze reżimowi licznie defilowali u boku Komorowskiego w marszu z czekoladowym „możełem”.

Z drugiej strony mamy zapewnienia o pokojowym przebiegu manifestacji, że ma to być „marsz róż”, żaden tam polski Majdan... Na nic zdało się gorączkowe odcinanie od „awanturników” z PKW i trwające nieprzerwanie od 20 listopada imputowanie im agenturalności, oszołomstwa, szkodnictwa politycznego, podatności na prowokacje... Wszystko po to, by zaprezentować się na ich tle jako siła umiarkowana, obliczalna i rozsądna. Potwierdza się wspomniana wyżej zasada, że PiS będzie atakowany za samo istnienie, niezależnie od tego jak bardzo będzie się starał ułagodzić swój wizerunek w pogoni za mitycznym centrowym wyborcą, który ma zapewnić mu upragnione zwycięstwo.

Czy tylko ja mam poczucie rozmijania się z rzeczywistością na wielu poziomach? Do czego zdolna jest ta władza wiemy co najmniej od 2010 roku i zamachu w Smoleńsku. Jeżeli najwyższe władze były w stanie spiskować przeciw głowie własnego państwa z wrogim nam mocarstwem, a następnie oddały temuż mocarstwu śledztwo; jeżeli na widok społecznego przebudzenia po tragedii rozpętały socjotechniczną operację podzielenia Polaków na dwa wrogie obozy – począwszy od sprzeciwu wobec wawelskiego pochówku, a skończywszy na „akcji Krzyż”; skoro z wyborów na wybory rośnie liczba przesłanek, że są coraz bezczelniej fałszowane, to oznacza, iż demokracja w naszym kraju nie jest „zagrożona”, tylko jej po prostu nie ma. A skoro ustrój, konstytucja i formalnie obowiązujące procedury są jedynie fasadą, to kwestią czasu pozostaje, kiedy rozzuchwalona władza sięgnie po środki bardziej radykalne niż medialne ataki i punktowe uderzenia „seryjnego samobójcy”. Temu służyć mają ustawy o stanach wyjątkowych oraz „bratniej pomocy”. Póki co, reżim po drastyczne metody nie sięga jedynie dlatego, że nie jest to konieczne.

Tego stanu rzeczy działaniami demokratyczno-parlamentarnymi się nie zmieni. I tu właśnie mam pretensję zarówno do głównej partii opozycyjnej, jak i do sprzyjających jej ośrodków medialnych. Z jednej strony słyszymy krzyk o sfałszowanych wyborach, z drugiej natomiast proponuje się nam kompletnie nieadekwatne reakcje bez żadnej czytelnej strategii. Inicjatywy ustawodawcze, nawet tak niewinne jak przeźroczyste urny, zostały odrzucone, zatem aktywność sejmowa siłą rzeczy staje się pasmem pustych gestów. Na interwencję organów europejskich nie ma co liczyć, co pokazało fiasko niedawnej akcji PiS-u i jego frakcji w PE – ten rząd jest dla kierujących Unią Niemiec zbyt wygodny, by w jakikolwiek sposób wspomagać opozycję. Na drodze wyborczej również niczego się nie osiągnie, o czym przekonujemy się konsekwentnie od lat. Grzeczny protest uliczny przejdzie sobie Warszawą w akompaniamencie prewencyjnego jazgotu reżimowych mediodajni, ludzie posłuchają tysięcznego już zapewnienia o rychłym zwycięstwie, byleby jeszcze ten jeden raz się zmobilizować i dopilnować wyborów, po czym się rozejdą do domów.

Kiedyś mawiało się, że robotnicy gdy protestują, grzmią twardo: „żądamy chleba”, zaś inteligencja skomli przymilnie: „prosimy o pieczywko”. Jeśli wciąż będziemy o to „pieczywko” się dopraszać, zatroskani by nie dać przeciwnikom pretekstu do ataku, to któregoś dnia okaże się, że stoimy na baczność trzymając „ruki po szwam” - bo do tego wszak ten cały aksamitny zamordyzm zmierza. Nie ma wolności bez ryzyka. Gdy się pragnie wolności bez ryzyka, otrzymuje się właśnie to, co mamy teraz.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 50 (12-18.12.2014)

czwartek, 11 grudnia 2014

PiS kontra RN – czyli droga do klęski

Żadna z obecnych sił patriotycznych w pojedynkę nie odzyska Polski.

I. Musztarda po obiedzie

13 grudnia odbędzie się organizowany przez Prawo i Sprawiedliwość marsz protestacyjny przeciw fałszerstwom wyborczym. Jednocześnie ten sam PiS odciął się od demonstracji przed PKW z 20 listopada potępiając „pogłębianie chaosu” (Mastalerek) i „swego rodzaju napaść” (Duda), jednocześnie pouczając, iż „niepokój obywateli (…) powinien być wyrażany w ramach przedsięwzięć, które przewiduje system demokratyczny”. Przy tej okazji do szturmu ruszyły „niepokorne” media imputując organizatorom manifestacji – w kompletnym oderwaniu od faktów i rzeczywistego przebiegu wydarzeń – agenturalność, realizację rosyjskiego scenariusza destabilizacji Polski, tudzież postulując „marginalizację” takich nieodpowiedzialnych elementów jak Grzegorz Braun i Ewa Stankiewicz.

Czy tylko ja mam poczucie schizofrenii towarzyszącej działaniom opozycji? Albo przyjmujemy, że mamy normalną demokrację i działamy w zgodzie z regułami systemu, albo twierdzimy, że wybory sfałszowano i wtedy o żadnej demokracji i praworządności nie może być mowy. Jeżeli przyjmujemy to drugie założenie, wówczas wszelkie „przedsięwzięcia, które przewiduje system demokratyczny”, jak łaskaw był napisać rzecznik PiS w swym oświadczeniu, tracą rację bytu, bo władza nie działa według tych samych zasad i „system demokratyczny” jest dla niej jedynie parawanem. Natomiast opozycja zachowuje się jakby konstytucyjne państwo prawa istniało i zarazem nie istniało, bo sfałszowano wybory. Otóż, drodzy politycy z jedynie słusznej partii, trzeba było albo nie gardłować o fałszerstwach, albo zmobilizować aktyw oraz sympatyków i poprzeć protest przed PKW oraz późniejszą okupację – to wtedy był właściwy moment, żeby zrobić Majdan w Warszawie. Jeżeli kilkanaście osób mogło wymusić dymisję „leśnych dziadków”, to tym bardziej masowy protest połączonej opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej byłby w stanie wymóc co najmniej powtórzenie wyborów.

Marsz 13 grudnia to musztarda po obiedzie. Demonstracja przejdzie się ulicami stolicy, ludzie pokrzyczą, wysłuchają przemówień, że następnym razem to już na pewno wygramy byleby tylko „przypilnować wyborów”, padną apele o mobilizację, po czym wszyscy rozejdą się do domów. Para w gwizdek. Nawiasem mówiąc, podobny przebieg miała przybrać w założeniu pikieta pod PKW. Gdyby nie inicjatywa Grzegorza Brauna wtedy również skończyłoby się na niczym – ot, Winnicki z Wiplerem mieliby swoje kilka minut w mediach i tyle. No chyba, że liderzy zarówno PiS jak i Ruchu Narodowego zwyczajnie nie wierzą w masowe, zaplanowane fałszerstwa, a radykalnej retoryki używają wyłącznie do utrzymywania zwolenników w stanie permanentnej gorączki emocjonalnej, by nie zaczęli rozłazić się na boki. Jeśli tak jest, jeśli całe to pokrzykiwanie o sfałszowaniu wyborów ma służyć jedynie socjotechnicznej manipulacji, to czym prędzej należy pognać na kopach jednych i drugich. Jeżeli zaś autentycznie uważają, że wybory przekręcono, to czemu ma służyć hamowanie przejawów obywatelskiego nieposłuszeństwa? Czy naprawdę sądzą, że da się cokolwiek wymusić grzecznymi protestami w stylu „prosimy o pieczywko”, bądź skazanymi na niepowodzenie z braku sejmowej większości, pustymi inicjatywami parlamentarnymi?


II. Destrukcyjna wojenka

Na powyższe nakłada się destrukcyjna wojenka między PiS a narodowcami, sprowadzająca społeczne niezadowolenie i ludzką energię w bezpieczne dla władzy koleiny. Z jednej strony narodowcy głupio i bez sensu zarzucają PiS zdradę i umiejscawiają Prawo i Sprawiedliwość w jednym szeregu z resztą politycznego establishmentu III RP jako część „Republiki Okrągłego Stołu”, z drugiej strony - PiS i sympatyzujące z nim media równie głupio i bez sensu wrzucają wszystkie odłamy narodowców do jednego worka z napisem „ruska agentura”. Dopóki obie strony nie przyjdą do opamiętania i nie porzucą swego jadowitego sekciarstwa oraz dewastującej, uniemożliwiającej jakąkolwiek debatę retoryki, dopóty o „obaleniu Republiki Okrągłego Stołu” będziemy mogli sobie marzyć do us...j śmierci i jeden dzień dłużej.

Należy tu zadać pytanie, które od pewnego czasu rozbrzmiewa coraz głośniej po prawej stronie: czy PiS-owi w tej wiecznej opozycji nie jest aby zbyt wygodnie? Jest jedyną liczącą się siłą w obozie patriotycznym, której zahartowany, żelazny elektorat, zapewnia w kolejnych wyborach określoną pulę miejsc w parlamencie i związane z tym państwowe dotacje. W terenie działacze również mogą załapać się na jakieś samorządowe posady. Patrząc z tej perspektywy, wystarczy nieco pogardłować w mediach, utrzymując zwolenników w stanie wzmożeniowego napięcia. No i podstawa - pilnować monopolu na prawicowość i patriotyzm, a jeśli pod bokiem wykiełkuje coś nowego pokroju Ruchu Narodowego, to wystarczy potencjalną konkurencję zdyskredytować jako „rozbijaczy prawicy”, którzy chcą urwać bezcenne głosy, tudzież zwyzywać od „ruskich agentów” i pozamiatane. Socjotechnika toporna jak konstrukcja cepa, ale póki co, skuteczna.

Otóż przypominam, że w wyniku tych wyborów swój stan posiadania znacząco zwiększyła najbardziej prorosyjska partia w Polsce, czyli PSL i to ona może realnie szkodzić, a nie marginalny politycznie RN zbierający jakieś 1,7 proc. Ale ważniejsze jak się okazuje jest tropienie ruskich agentów w szeregach narodowców - w imię realizacji „doktryny Lipińskiego”, wedle której patriotyczny wyborca nie może mieć żadnej alternatywy na prawicy, dzięki czemu tak czy inaczej zagłosuje na PiS. Otóż nie. Skąd pomysł, że gdyby nie istniały ugrupowania narodowe, to te 1-2 proc. zagłosowałoby na Prawo i Sprawiedliwość? Równie dobrze mogą zostać w domach - i nie tylko oni.


III. Odwrócona synergia

Czepiam się w tym tekście głównie PiS-u, ale w końcu ta partia właśnie jest głównym ugrupowaniem opozycyjnym, to ona ma możliwości oraz środki działania, zaplecze finansowo-organizacyjne i to właśnie od niej należy przede wszystkim wymagać skuteczności działania, a nie pustych gestów i biadolenia, że „znowu nas oszukali”. Marsze, takie jak ten 13 grudnia należało organizować przed wyborami – wywierać nacisk zamiast uprawiać „konstruktywną” kampanię i liczyć, że wszystko załatwią mężowie zaufania. Tymczasem po raz kolejny nie udało się nawet zorganizować alternatywnego systemu liczenia głosów. Słyszę, że z mężami zaufania był problem, bo większość działaczy gdzieś kandydowała i trzeba było poszukiwać wolontariuszy z zewnątrz. Cóż, tak się mści formuła wąskiej partii kadrowej i lata odpychania od siebie potencjalnych sympatyków – począwszy od pierwszej fali społecznego zaangażowania po Smoleńsku.

Zresztą, już nawet po wyborach należało zrobić prostą rzecz: miejscowi działacze powinni przebiec się po lokalach wyborczych na swoim terenie i pospisywać wyniki z wywieszonych protokołów, a następnie przesłać dane wyżej. W regionalnych centralach PiS powinno się zliczyć te dane z terenu i porównać z oficjalnymi. Głowę dam, że nawet zakładając fałszerstwa w obwodowych komisjach, to przy info-bardaku i paraliżu PKW wyniki różniłyby się od tego co ostatecznie podały „leśne dziadki”. W ten sposób PiS miałby w ręku twardy argument i dowód nieprawidłowości. Do takiej operacji nie potrzeba ochotników z zewnątrz, można to zrobić wyłącznie partyjnymi siłami. Jednak albo nikt nie wpadł na takie narzucające się wręcz rozwiązanie, albo się nie chciało duszyć rupy.

Zamiast tego, obserwujemy dobieranie „bagnetu” w postaci SLD i oszczędzanie PSL, bo to potencjalnie przyszły koalicjant. Bawcie się tak dalej, to będziecie mieli gwarancję, że nigdy niczego nie wygracie. Przykro mi, ale w poczynaniach „bezalternatywnego” ugrupowania opozycyjnego widzę mieszaninę gnuśności, wygodnictwa i głupoty. Widzę strach przed społecznymi inicjatywami i kanalizowanie nastrojów. Niech PiS podejmuje swoje gry parlamentarno-gabinetowe, lecz niech nie odcina się w panice od oddolnych przedsięwzięć. Nikomu nie zaszkodzą działania dwutorowe – parlament i ulica. W przeciwnym razie, PiS może już wkrótce zapłacić słony rachunek za dzisiejsze kunktatorstwo.

Na zakończenie wrócę jeszcze do opisanej wyżej wojenki na linii PiS – Ruch Narodowy. W moim najgłębszym przekonaniu skutkuje ona efektem odwróconej synergii – walcząc ze sobą oba ugrupowania otrzymują osobno mniej niż wynikałoby z ich potencjałów. A wystarczyłoby, gdyby postawić jeśli nawet nie na sojusz, to chociaż na przyjazną neutralność. Zaprzestanie wzajemnego okładania się kijami jest warunkiem absolutnie podstawowym. Żadna z obecnych sił patriotycznych w pojedynkę nie odzyska Polski. Ani PiS nie zdobędzie realnej władzy, ani narodowcy nie przekroczą progu wyborczego. Koncentrując się na utrwalaniu „stanu posiadania” można sprawić, że utraci się nawet to, co ma się teraz.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 49 (08-14.12.2014)

czwartek, 27 listopada 2014

Wybory, d...a i kamieni kupa

Czy cały ten bajzel został na zimno przygotowany do odpalenia na wypadek, gdyby wybory wygrał nie ten co trzeba?

I. Broszurowy skandal

Afera związana z wyborami samorządowymi jest wielowarstwowa i dotyczy zarówno wszechogarniającej degrengolady organizacyjnej przy ustalaniu wyników, jak i konkretnych czynności przedwyborczych, które znacząco przyczyniły się do sprokurowania obecnego bardaku. Pierwszą sprawą, która nieco ginie przykryta zamieszaniem wokół informatyzacji procesu wyborczego jest kwestia zbroszurowanych kart do głosowania w wyborach do sejmików wojewódzkich (niebieska książeczka) oraz rad powiatów i dzielnic (broszurka żółta). W tym roku mieliśmy po raz pierwszy do czynienia z tą formą karty wyborczej (dotychczas używana była tzw. „płachta” na której znajdowały się listy wszystkich komitetów) i uważam, że była to podstawowa przyczyna zarówno gigantycznej ilości głosów nieważnych jak i ponadnormatywnego wyniku PSL. Z moich doświadczeń jako członka jednej z obwodowych komisji wyborczych wynika, że forma „zeszytowa” totalnie zaskoczyła i zdezorientowała głosujących, do tego stopnia, że sądzili, iż mogą postawić krzyżyk na każdej kartce wyborczej broszurki. Wyborcy gremialnie dopytywali się jak oddać ważny głos, aż w końcu przy wydawaniu kart zaczęliśmy wydawać łopatologiczne instrukcje: „jeden kolor, jeden głos”, na co często odpowiedzią było zdziwienie - „w tej niebieskiej książeczce też?”. W efekcie, na blisko tysiąc oddanych głosów doliczyliśmy się niemal 150 głosów nieważnych – w przeliczeniu wyszło mi prawie 15%! Główną przyczyną było zakreślanie więcej niż jednej listy. Podkreślam, że dotyczyło to wyłącznie kart zbroszurowanych, tam gdzie karty były jednostronicowe, odsetek nieważnych głosów był śladowy.

Inną konsekwencją wprowadzenia wyborczych broszurek w wyborach do sejmików jest wysoki wynik PSL-u, który zgarnął swoistą premię za wylosowanie listy nr1. Lista ludowców oczywiście znalazła się na pierwszej stronie niebieskiej książeczki i wielu wyborców zakreślało automatycznie pierwszego kandydata nie zaprzątając sobie głowy wertowaniem pozostałych kartek. Naprawdę, chciałbym wiedzieć jaki to geniusz wpadł na ten reformatorski pomysł, który jak się okazało masowo wprowadził ludzi w błąd. Jak widać, formuła karty wyborczej może sama w sobie prowadzić do wypaczenia wyników – nawet jeśli optymistycznie założymy, że nie doszło do innych machlojek.

II. Pierdel, serdel, burdel

Kolejnym elementem pejzażu powyborczej zgrozy jest słynny Kalkulator Wyborczy opracowany przez łódzką firmę Nabino, zwany „kalku-gniotem”. Tutaj dyletanctwo i zaniedbania sięgają kilku miesięcy wstecz. Po pierwsze, PKW rozpisała przetarg na trzy miesiące przed wyborami, wskutek czego poważne firmy nie stanęły w ogóle do konkursu, wiedząc, że przygotowanie sprawnie działającego systemu w tak krótkim czasie jest zwyczajnie niemożliwe. Jedyną firmą, która się zgłosiła była właśnie wspomniana Nabino – niewielki podmiot, którego głównym dokonaniem było do tej pory wdrożenie Scentralizowanego Systemu Dostępu do Informacji Publicznej dla MSWiA, z tym, że w konsorcjum z większą firmą Infomex, oraz – uwaga – Komunix. Ta ostatnia firma jest powiązana personalnie z Nabino (osoba Macieja Cetlera), mieści się w tym samym budynku przy ulicy Wróblewskiego 18, zaś z danych w KRS wynika, że jest obecnie... w stanie likwidacji. Czyli co – zmieniamy kolejne szyldy i jedziemy dalej? Osobną sprawą jest pula nieco ponad 400 tys zł, jaką PKW przeznaczyła na informatyzację wyborów. Z tego co udało mi się zorientować, za tego typu projekty rynkowa cena powinna być wielokrotnie wyższa. Podsumowując, dziadowskie oszczędności połączone z nierealnym terminem wykonania projektu i dyletanctwem wykonawcy nieprzygotowanego do realizacji tego typu zleceń (ponoć jedna z programistek do tej pory zajmowała się głównie projektowaniem stron www i programowania uczyła się „w biegu”) poskutkowały obecnym paraliżem wyborczym.

Skutki były łatwe do przewidzenia. Informatyczny bubel nie przeszedł żadnego z przedwyborczych testów, doprowadzając informatyków w terenie do szewskiej pasji. Mimo to PKW i Krajowe Biuro Wyborcze dopuściło system do użytku, choć było wiadome, że oprogramowanie nie ma prawa zadziałać i wyłoży się w momencie, gdy zaczną z kraju masowo spływać protokoły. Potem ruszyła lawina – okazało się, że poziom zabezpieczeń jest właściwie żaden (znów – podobno powierzono to studentce politechniki!), że byle domorosły haker może się włamać i dowolnie mieszać danymi, że z niczego wyskakują w charakterze zwycięzców kandydaci, których w danym okręgu nawet nie było na listach... Oliwy do ognia dolała sama PKW ogłaszając zwycięstwo PSL w województwie Świętokrzyskim, podczas gdy wiceszef tamtejszej komisji twierdzi, że nie wysyłał żadnych protokołów, bo sam czeka wciąż na dane z dwóch powiatów, w międzyczasie okazało się, że liczba nieważnych głosów sięga gdzieniegdzie 25-40%... Do tego doniesienia o błędnie wydrukowanych kartach, fałszerstwach podczas liczenia głosów, workach z kartami pozostawionymi bez nadzoru... Pierdel, serdel, burdel. Wybory, d...a i kamieni kupa.

III. Indolencja czy sabotaż?

No i teraz pytanie za 100 punktów: indolencja, czy świadomy sabotaż? Innymi słowy – czy mamy do czynienia z samoistnie powstałym bałaganem będącym wyłącznie efektem skandalicznej niekompetencji a który może teraz zostać wykorzystany do różnego rodzaju fałszerstw i nadużyć, czy też przeciwnie – cały ten bajzel został na zimno zaplanowany i przygotowany do odpalenia na wypadek, gdyby wybory wygrał nie ten co trzeba? W pierwszym przypadku trzeba by stwierdzić, że faktycznie polskie państwo istnieje tylko teoretycznie, w praktyce zaś toczy się jedynie siłą bezwładu i byle kryzys może doprowadzić do krachu. W drugim wariancie należałoby przyjąć, że to co przywykliśmy uważać za wbudowane w system patologie jest de facto tegoż systemu istotą, podstawą, tudzież głównym czynnikiem sprawczym państwowej oraz politycznej dynamiki. Jestem sobie w stanie wyobrazić, że pozbawione realnego nadzoru służby montują podobną prowokację w obronie zagrożonych interesów. Weźmy pod uwagę PRL-owski rodowód biografii członków PKW, ogłoszenie na gwałtu-rety wdrażania nowego systemu wyborczego, kurczowe trzymanie się tegoż mimo porażki testów i potwierdzonych informacji o prawdopodobieństwie zewnętrznych manipulacji... Natomiast już po blamażu wyborczym wciąż, dzień po dniu, PKW odwleka decyzję o wyrzuceniu do kosza kalku-gniota i przejściu na ręczne liczenie głosów – czyli rezygnuje ostatniej szansy by uratować resztki własnej powagi. Na to jeszcze nakładają się ruskie serwery, niedawna działalność informatyzacyjna byłego konsula honorowego Rosji, no i słynne wycieczki szkoleniowe do Moskwy. Czego „leśnych dziadków” tak naprawdę nauczał „czarodziej Putina” Władimir Czurow?

Afera wyborcza to o wiele więcej niż sprawa wygranej bądź przegranej tej czy innej partii. Obecny paraliż to uderzenie w same ustrojowe fundamenty Polski i tak należy go traktować. Wyobraźmy sobie, że PKW koniec końców ogłasza oficjalne wyniki. Kto w nie uwierzy? Nawet jeśli utopijnie założymy, że nie zostały wypaczone? Owszem, można powrócić do ręcznego przeliczenia wszystkich głosów. Jako członek komisji obwodowej nie mam powodu obawiać się takiej weryfikacji – ale wyłącznie pod warunkiem, że w międzyczasie nikt nie dobrał się do opieczętowanych przez nas pudeł z kartami. Jednak skądinąd wiadomo, że w różnych miejscach różnie z tym bywało, zatem nawet takie rozwiązanie nie załatwi problemu. Jedyną możliwą opcją jest więc spec-ustawa radykalnie skracająca kadencję samorządów i nakazująca rozpisanie nowych wyborów. Bez tego czeka nas wieloletni festiwal podważania legalności władzy na trzech, niezwykle istotnych poziomach. Chyba nie trzeba tłumaczyć jak destrukcyjny będzie to miało wpływ na funkcjonowanie całego państwa.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/kalkulator-czy-liczyd%C5%82o#.VHd7kWfYiGc

http://blog-n-roll.pl/pl/b%C4%99d%C4%85c-cz%C5%82onkiem-komisji#.VHd7nWfYiGc

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 47 (24-30.11.2014)

wtorek, 25 listopada 2014

Będąc członkiem komisji...

...czyli refleksje powyborcze z perspektywy OKW

Wybory samorządowe za nami, a PKW wraz z jej informatycznym „kalku-gniotem” produkcji firmy Nabino o którym pisałem tydzień temu, zgodnie z przewidywaniami spektakularnie się wyłożyła. Ja natomiast, zostawiając na boku rozważania, czy leśne dziadki wykorzystają okazję, by zgodnie z lekcjami czarodzieja Czurowa dokonać odpowiedniej korekty wyników, chciałbym się podzielić kilkoma „oddolnymi” refleksjami z punktu widzenia członka obwodowej komisji wyborczej w jednym z powiatowych miasteczek w województwie łódzkim.

Sprawa pierwsza, to kwestia nieważnych głosów, których ponadprzeciętna ilość każdorazowo rozpalała emocje prawej strony elektoratu – do tego stopnia, że począwszy od tegorocznych wyborów do PE, PiS wdrożyło akcję „Uczciwe Wybory”, w ramach której mężowie zaufania mieli monitorować przebieg procedowania we wszystkich komisjach w kraju. Otóż z moich świeżych obserwacji wynika, że ilość nieważnych głosów faktycznie bardzo przekroczyła standardowy odsetek, za który przyjęło się uznawać ok 2%. Działo się tak jednak jedynie w dwóch przypadkach – wyborów do sejmików wojewódzkich i rad powiatów, gdzie mieliśmy do czynienia z listami spiętymi w „książeczkę”. Dlaczego tak się stało? Ano dlatego, muszę to z przykrością stwierdzić, że znaczna część wyborców zwyczajnie „nie ogarniała” zbroszurowanych kart do głosowania. Na marginesie – przypuszczam, że właśnie dlatego PSL uzyskał aż 17%. Po prostu lista nr 1 była na pierwszej stronie wyborczego zeszytu. W każdym razie, smutna prawda jest taka, że pewna ilość głosujących nie wiedzieć czemu uznała, iż w tych dwóch przypadkach - sejmiki i rady powiatów - może skreślić po jednym kandydacie z każdej listy wyborczej. Co więcej, gdy wręczając karty wyjaśnialiśmy najprościej jak się dało „jeden kolor, jeden głos”, często odpowiedzią było niedowierzanie: „w tej grubej niebieskiej książeczce też?”.

W efekcie, na niemal tysiąc oddanych w moim obwodzie głosów (niezła frekwencja – 49,9%), blisko 150 było nieważnych, co dało ponad 14,7% zmarnowanych głosów! Podejrzewam, że gdyby nie nasze możliwie częste instrukcje przy wydawaniu kart, odsetek byłby jeszcze wyższy. W przypadku wyborów do rady miasta, czy na burmistrza ilość nieważnych głosów była śladowa i z tego co się dowiedziałem od znajomych, w innych obwodach było podobnie. Broszurom faworyzującym jedną listę i wprowadzającym w błąd wyborców trzeba się na przyszłość przeciwstawić, bo to dopiero jest manipulacja!

Drugą kwestią jest słynne „monitorowanie wyborów” przez mężów zaufania. U nas o szóstej rano pojawiła się akurat „małżonka zaufania” w postaci młodej, fajnej na oko dziewczyny. Pogadałem z nią chwilę i wyznała mi, że akurat przyjechała z Lublina „do znajomego”. Ot, potęga miłości – jechać do chłopaka przez pół Polski jedynie po to, by zostać złapaną do wyjątkowo niewdzięcznej funkcji. Pomyślmy tylko – siedzieć od rozpoczęcia prac komisji (na około godzinę przed otwarciem lokalu) aż do jego zamknięcia – czyli, jak w naszym przypadku, do czwartej nad ranem. Komisja przynajmniej coś robi – sprawdza wyborców na liście, wydaje karty, udziela instrukcji jak oddać ważny głos, poza tym z reguły dzieli się na dwie zmiany... A mąż zaufania nic. 22 godziny gapienia się jak sroka w gnat. Oszaleć można. „Nasza” małżonka zaufania zresztą koniec końców wymiękła. Późnym popołudniem stwierdziła, ze wychodzi i wróci na liczenie głosów. Nie wróciła – czyli, biorąc pod uwagę tropienie ewentualnych machlojek, nie było jej w kluczowym momencie całej zabawy. Głosowanie bowiem można zmanipulować przede wszystkim albo rano (dosypanie kart przed zaplombowaniem urny), albo podczas liczenia (np. unieważnianie głosów przez dopisywanie krzyżyków).

Na pocieszenie mogę powiedzieć, że nikomu nie były w głowie żadne lewizny. Wszystkim zależało, aby jak najsprawniej przeliczyć głosy i by na koniec wszystko się zgadzało. Zresztą, każda karta siłą rzeczy przechodziła przez kilka wzajemnie „obserwujących się” rąk. Gdyby ktoś spróbował cudować, to zostałby przez resztę komisji zwyczajnie zlinczowany. Wyobraźcie to sobie – interwencje do wyższych instancji wyborczych, policja, protokołowanie, przesłuchania... Fałszerstwa, owszem, są możliwe, ale głównie w przypadku, gdy dana komisja jest totalnie zblatowana – są w niej sami swoi, żadnych obcych. W pozostałych sytuacjach, ukradkowe dopisywanie „iksików” na kartach, wśród wielu par czujnych oczu, to raczej zbyt duże ryzyko.

Co ciekawe, osławiony „kalkulator wyborczy” mulił, ale po kilku próbach ruszył, i - choć z pewnymi oporami - udało się w końcu wysłać elektroniczne protokoły. Dla nas problem był z głowy, ale cóż z tego, skoro po powrocie do domu, gdy odpaliłem TV i internet, dowiedziałem się, że wszystko padło na poziomie centralnym. Powtórzę zatem pytanie z poprzedniego tekstu: na ile będzie można zaufać wynikom wyborów zliczanych za pomocą „kalku-gniota”?

Gadający Grzyb

P.S. Tekst pisałem 17.11, jeszcze przed podaniem „wyników” przez PKW – stąd podałem 17% PSL na postawie exit poll.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

 

Artykuł opublikowany w „Warszawskiej Gazecie” nr 47 (21-27.11.2014)

piątek, 21 listopada 2014

Dupki żołędne

Do was mówię, dupki żołędne. Mówię do Sakiewicza, Warzechy, Janeckiego, właściciela „portalu poświęconego” Tadeusza Grzesika i jego przydupasa Morynia. Mówię do miękkiej pipy - rzecznika PiS-u, który „odciął się” od protestu w PKW. Mówię do zasrańców wrzeszczących, że za okupacją PKW stoi „ruska agentura” i „pożyteczni idioci”. Mówię do mędrców wywodzących, że radykalizm jest każdorazowo aranżowany przez służby w celu zaszkodzenia jedynie słusznej opozycji. Wy faje zasmarkane – latami tokujące o wyborczych fałszerstwach, a gdy wreszcie ktoś zrobił coś konkretnego to dudy w miech, spięte poślady i zatkane kakao. Wy zafajdani wielbiciele Majdanu, którzy dostali nagłej biegunki, gdy w Polsce wreszcie wydarzyła się tegoż Majdanu namiastka. Walę was dogłębnie, rury obesrane. Wolę się zgubić z Ewą Stankiewicz i Grzegorzem Braunem, niż z wami znaleźć.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

wtorek, 18 listopada 2014

Kalkulator czy liczydło?

Wygląda na to, że tymi „którym spotkanie z technologią informatyczną sprawia problemy” są przede wszystkim informatycy z Nabino.


Gdy „Warszawska Gazeta” z niniejszym artykułem trafi do Państwa rąk, będzie już wiadomo ile kolejnych wpadek zaliczył system informatyczny opracowany dla Państwowej Komisji Wyborczej przez firmę Nabino (93-578 Łódź, ul. Wróblewskiego 18, lok. 1207, tel.: +48 42 682 82 82, KRS: 0000323482; NIP: 7292656980; REGON: 100625257).

W kolejnych dniach natomiast – ze szczególnym uwzględnieniem wyborczej niedzieli – dowiemy się wszyscy co i w jakich rozmiarach zawiodło oraz ile ostatecznie trwało podanie do publicznej wiadomości wyników wyborów przez szacowne grono leśnych dziadków z PKW. Póki co jednak, pozwólmy sobie na mały powiew optymizmu. Nabino twierdzi:: „Naszym celem jest tworzenie nowoczesnych systemów spełniających wymogi, jakie stawia dzisiejszy rynek informatyczny. (...) Pragniemy tworzyć systemy w pełni zmodularyzowane, przyjazne użytkownikowi nie tylko zaznajomionemu z dzisiejszą techniką, ale także tym – którym spotkanie z technologią informatyczną sprawia problemy.” (wytłuszczenie moje – PL)

No cóż, póki co wygląda na to, że tymi „którym spotkanie z technologią informatyczną sprawia problemy” są przede wszystkim informatycy z Nabino. Wydawało się, że po tym co zafundowali wyborcom poprzednicy z firmy Pixel Technology, może być już tylko lepiej, ale najwyraźniej każdy obywatel powinien sobie zakonotować jako żelazną regułę instytucjonalną III RP hasło: „zawsze może być gorzej!”.

Przypomnijmy, iż spółka Nabino, chwaląca się w portfolio projektami dla instytucji publicznych, została wybrana do obsługi serwisów wyborczych na początku marca 2014 i ma już za sobą wybory do PE oraz wybory uzupełniające do Senatu. Teoretycznie, pomna tamtych dość traumatycznych doświadczeń, powinna zadbać o to, by tym razem wszystko grało. Tymczasem, od końca października jesteśmy bombardowani doniesieniami o następujących po sobie epilepsjach dopadających system wyborczy przy okazji kolejnych testów. Spójrzmy.

Pierwszy raz system padł podczas testu przeprowadzonego 30 października. Aplikacja „Kalkulator Wyborczy” wyczyniała cuda na kiju wyświetlając różne błędy, nie szło przesłać protokołów wyborczych, danych o frekwencji, cały system działał niestabilnie, nie wytrzymywał obciążenia i w końcu trzeba było go wyłączyć. Ale, uwaga „Test udał się i wykazał istotne błędy” - stwierdził w wywiadzie dla serwisu samorządowego PAP Romuald Drapiński, odpowiadający w KBW za informatyzację. Idźmy dalej. 7 listopada, kolejny test i kolejna klapa – protokoły udaje się wprowadzić, lecz program co chwila się zawiesza, jest niestabilny, nie wytrzymuje obciążenia, koniec końców miały „zdechnąć serwery”. Informator portalu wPolityce.pl donosi, że oprogramowanie pełne jest błędów, których wyeliminowanie w ciągu tygodnia „graniczy z cudem”. Aplikacja „Kalkulator Wyborczy” dorabia się nazwy „kalku-gniota”.

A oto kilka wyczytanych na stronach serwisu samorządowego PAP opinii zaangażowanych w test terenowych informatyków, do których zadań należy przesłanie danych do PKW. Proszę sobie ocenić poziom frustracji, wściekłości oraz desperackie rady, których muszą sobie udzielać (pisownia oryginalna):

„KPINA z pracy moich operatorów i mojej. Według nieoficjalnych informacji w przyszłym tygodniu nadal będą przeprowadzane testy. TESTUJCIE SIĘ SAMODZIELNIE!”

„To jest parodia!!! Przestańmy udawać to jest lipa. Zero dopracowania na każdym kroku. Śmiech na sali. System który nie przeszedł testów nie powinien być dopuszczony!!!!”

„Ale byłem dzielny - siedziałem do 16:00!!! A potem przyszła pani wona i powiedziała, że zamyka - no i nie wysłałem protokołów. Panie Drapiński - jest dobrze: system miód malina, tylko woźne do wymiany”

„musiz zamknąć protokół, na pierwszej zakładce wczytać licencje przewodniczącego. Potem uruchomic kalkulator na swojej licencji i edytować ten protokół. Przechodząc "Dalej", na polu do wybrania licencji pojawi się licencja przewodniczącego i podpisujesz”

„Nabino prawdopodobnie upadło. WWW nie działa. Poczta nie działa. telefonów nie odbierają. Program wyborczy nie działa. Chyba zwinęli działalność...”

Tak się składa, że w feralny piątek 7.11, gdy przeprowadzano testy, brałem udział w szkoleniu dla członków obwodowych komisji wyborczych. Pani z urzędu miasta ograniczyła się do poinformowania nas, że „w tej chwili” system „jakoś działa”. No proszę - „jakoś działa”. Normalnie, jestem pełen optymizmu przed niedzielą, kiedy to po całym dniu wydawania kart, przeliczeniu głosów i sporządzeniu protokołów zaintonujemy modlitwę w intencji, by informatykowi udało się wprowadzić do systemu dane i je skutecznie wysłać. Pozostaje ufać, że „Kalkulator Wyborczy” również i tym razem „jakoś zadziała”. Może wrócimy do domów jeszcze tej samej nocy... A dziadkom z PKW zalecam liczydła – nie zawieszają się i jeśli tylko są solidnie wykonane powinny być odporne na „niestabilność”, tudzież „przeciążenia”.

No i wreszcie podstawowa sprawa – na ile będzie można zaufać wynikom wyborów zliczanych za pomocą „kalku-gniota”?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w „Warszawskiej Gazecie” nr 46 (14-20.11.2014)