Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fundusze europejskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fundusze europejskie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 marca 2019

Euro-jurgielt

Bruksela zajmie się finansowaniem politycznej dywersji skierowanej przeciw rządom państw z którymi ma aktualnie na pieńku.

W projekcie unijnej perspektywy budżetowej na lata 2021-2027 znalazła się pewna arcyciekawa pozycja – chodzi o program „Obywatele, Równość, Prawa i Wartości”. Z inicjatywą jego uruchomienia (wówczas jeszcze pod roboczą nazwą „Prawa i Wartości” z budżetem 642 mln. euro) wyszła w ubiegłym roku Komisja Europejska. W styczniu br. program został zatwierdzony i poszerzony przez Parlament Europejski (który też znacząco powiększył jego finansowanie – do 1,834 mld. euro), a następnie zyskał poparcie Rady Unii Europejskiej. Docelowo nowy unijny fundusz ma obejmować cztery obszary: „Równość i prawa” (upowszechnianie idei równości, w tym równości płci); przeciwdziałanie przemocy, ze szczególnym uwzględnieniem przemocy wobec kobiet; „Aktywność obywatelska” (propagujący obywatelską świadomość na temat znaczenia UE) oraz „Wartości Unii” (wspierający działalność na rzecz urzeczywistniania wartości zapisanych w art.2 Traktatu o Unii Europejskiej). Ostatecznie program i poziom jego finansowania ma zostać zatwierdzony jesienią.

Cóż jest w nim takiego niezwykłego? Otóż unijni urzędnicy nie ukrywają, że pragną sobie w ten sposób zafundować swoisty „fundusz propagandowy” mający w zamierzeniu przeciwdziałać niekorzystnym z ich punktu widzenia tendencjom w krajach członkowskich. Dotyczy to zwłaszcza takich państw jak Polska i Węgry, których „nieprawomyślne” rządy od dawna są na celowniku Brukseli. Podstawą do opracowania nowego unijnego programu stał się alarmistyczny raport europejskiej Agencji Praw Podstawowych, zarzucający Polsce i Węgrom sekowanie organizacji pozarządowych (NGO) – m.in. ograniczanie finansowania czy wprowadzanie niekorzystnych zmian w prawie. Dlatego też program „Obywatele, Równość, Prawa i Wartości” powstał właśnie z myślą o wsparciu „trzeciego sektora” jakoby zagrożonego autorytarnymi zapędami władz. Główny nacisk ma zostać położony na punkt „Wartości Unii” - obszar ten, jak z nieskrywaną satysfakcją donosi opozycyjny portal OKO Press, dostanie proporcjonalnie największą pulę środków, bo aż 850 mln. euro.

No i wreszcie sprawa kluczowa – zarządzaniem projektem oraz dystrybucją środków ma zajmować się bezpośrednio Komisja Europejska, z pominięciem rządów państw członkowskich. Jest to bezprzykładne zerwanie z dotychczasowymi zasadami, gdyż dotąd unijne fundusze rozdzielane były za pośrednictwem rządów krajowych. Jak czytamy w komunikacie Parlamentu Europejskiego, organizacje pozarządowe będą mogły skorzystać z „przyśpieszonej procedury”, gdy „sytuacja w państwie członkowskim w zakresie przestrzegania zasad unijnych znacząco się pogarsza, a podstawowe wartości są zagrożone. Pozwoli to na wsparcie demokratycznego dialogu w kraju, którego władze są niechętne organizacjom pozarządowym”.

Innymi słowy, Bruksela zajmie się finansowaniem politycznej dywersji skierowanej przeciw rządom państw z którymi ma aktualnie na pieńku. Tak się bowiem składa, że owe rzekomo „prześladowane” organizacje mają jednoznacznie liberalno-lewicowy profil ideowo-polityczny i w obecnych warunkach stanowią po prostu integralną część szeroko rozumianej opozycji. Dodatkowe fundusze, przekazywane z ominięciem władz państwowych, mają na celu urobienie opinii publicznej w duchu pożądanym przez brukselską „centralę” i w konsekwencji wpłynięcie na wyniki wyborów. Mamy zatem do czynienia z lekko tylko zakamuflowaną ingerencją w wewnętrzne sprawy państw członkowskich. To ma nawet swoją nazwę, doskonale znaną z polskiej historii: jurgielt.

W optyce zwolenników powyższego euro-jurgieltu, dotychczasowe działania Komisji Europejskiej, takie jak procedura kontroli praworządności, groźby sankcji czy skargi do TSUE, nie przyniosły zadowalających rezultatów. Co gorsza, zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech rządzące partie wciąż cieszą się społecznym poparciem. Dlatego powstała potrzeba działań „pozytywnych”, co w praktyce oznacza zintensyfikowanie antyrządowych akcji propagandowych pod sztandarami obrony „praworządności” i „demokracji” - czyli wzniecanie społecznych niepokojów rękoma lokalnych, lewicowych NGO'sów, systemowo futrowanych z zagranicy finansową kroplówką liczoną w grubych milionach euro. Jest to skrajnie niebezpieczny precedens, w ten sposób bowiem brukselska kasta polityczno-urzędnicza, sama nie posiadająca demokratycznego mandatu i uzupełniająca się de facto przez kooptację, dostaje do ręki narzędzie moderacji debaty publicznej w nominalnie suwerennych państwach. Można się spodziewać, że będzie to dopiero pierwszy krok, za którym pójdą kolejne – słyszeliśmy już przecież z ust opozycyjnych polityków wezwania, by Bruksela przekazywała fundusze strukturalne bezpośrednio samorządom, a także by Unia Europejska wspomagała grantami opozycyjne media w Polsce (Roman Imielski z „Gazety Wyborczej” w wywiadzie dla Euractiv.com). Przedstawiony tu unijny program idzie dokładnie w tym kierunku. Szykuje się zatem powtórka z XVIII wieku - z gromadą chętnych sprzedawczyków ustawionych w kolejce do szczodrej kiesy unijnego ambasadora.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Norweski okup

Fundusze norweskie pod lupą

Ideologiczna tresura za norweską kasę


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 12 (22-28.03.2019)

niedziela, 24 czerwca 2018

Zdrajcy i szantażyści z PO

Totalni” sądzą Polaków swoją miarą, przypisując społecznemu ogółowi własne cechy – zdegenerowanych, wyzutych z sumienia, sprzedajnych kanalii.

I. Szantaż

Na początek słynny już cytat z wywiadu Rafała Trzaskowskiego (PO) dla Radia Zet: Mówię jasno: panowie, wycofajcie się z najbardziej rażących przykładów łamania praworządności, to te pieniądze nie będą mrożone. Na szczęście dzięki naszym staraniom te pieniądze nie przepadają, tylko będą mrożone. W związku z tym jak my wygramy kolejne wybory, to te pieniądze zostaną odmrożone i Warszawa skorzysta wtedy z olbrzymich pieniędzy na inwestycje. Natomiast jak dalej będzie rządził PIS, przez kolejne lata, i dalej będzie łamał Konstytucję, to wszyscy w Polsce muszą sobie zdawać sprawę z konsekwencji takich, że nie będzie pieniędzy na inwestycje przez tych awanturników”.

Chciałoby się napisać w tym miejscu, że maski opadły – tyle, że strategia „totalnej opozycji” polegająca na powrocie do władzy dzięki zagranicznym naciskom od dawna jest przed opinią publiczną obnażona w całym swym bezwstydzie. Wypowiedź kandydata PO na prezydenta Warszawy jedynie kontynuuje politykę odwoływania się do zewnętrznych ośrodków w celu zastraszenia rządu, a nade wszystko – polskiego społeczeństwa. Warto tu sobie przypomnieć spot wyborczy z czasów, gdy Platforma była jeszcze u władzy – Janusz Lewandowski z miną szczodrego wujka obiecywał, że w przypadku zwycięstwa na Polskę spadnie złoty deszcz pod postacią, o ile pamiętam, 300 mld. złotych. Przekaz był jasny: mamy „chody” w Brukseli, więc jeśli chcecie pieniędzy, to głosujcie na nas – natomiast jeżeli wybierzecie „oszołomów” z PiS, to Unia zakręci kurek z kasą. Wówczas, w 2011 r., „marchewka” zadziałała, bo unijny budżet jawił się Polakom jako Sezam dzięki któremu dokonamy skoku cywilizacyjnego. Dziś, gdy ta sama Platforma jest w opozycji i w jej szeregach pogłębia się frustracja, akcenty zostały odwrócone i w miejsce marchewki pojawił się bat – jeśli nie wrócimy do władzy, zrobimy wszystko, żebyście odczuli to na własnej skórze. Dlatego, durna hołoto kupiona za „pińćset”, lepiej sobie policzcie, co wam się bardziej opłaca. Taki jest rzeczywisty przekaz skierowany do wyborców, jeśli obedrzeć go z zasłony pięknych słówek i zaklęć o „praworządności”.


II. Służalczość, pycha i pogarda

Mamy w tym przekazie kilka warstw. Pierwsza, najbardziej widoczna, to lokajskie nawyki „totalnych”, które stały się ich drugą naturą do tego stopnia, że przestali nawet dostrzegać niestosowność w zabieganiu o cudze względy kosztem interesów własnego państwa. Ci mentalni folksdojcze zwyczajnie nie widzą niczego złego w oczernianiu swojego kraju za granicą, upokarzającym antyszambrowaniu w przedpokojach euromandarynów czy jawnym nawoływaniu do zastosowania wobec Polski unijnych sankcji. Suwerenność, podmiotowość a nawet zwykła ludzka godność są dla nich jedynie pustymi frazesami z których można zrezygnować za kilka euro więcej. O takich jak oni pisał Tuwim: „W twarz dadzą sobie napluć za tyle a tyle. Obetrą gębę ręką, a sumę przeliczą!”. Dobitnym przykładem powyższego było haniebne głosowanie w Parlamencie Europejskim, gdy przedstawiciele PO opowiedzieli się za otwarciem możliwości uruchomienia wobec Polski procedury z art. 7 Traktatu Lizbońskiego. Nie zapomnijmy tych nazwisk: Michał Boni, Róża Grafin von Thun und Hohenstein, Danuta Hübner, Danuta Jazłowiecka, Barbara Kudrycka, Julia Pitera. Nie jest też tajemnicą, że kolejne antypolskie sabaty w PE również były efektem skrzętnych zabiegów tej unijnej ekspozytury współczesnej Targowicy – i podobnie jak ich historyczni protoplaści, osłaniają swe zaprzaństwo grubą warstwą lepkiej obłudy, rozdzierając szaty nad utraconą „złotą wolnością”.

Warstwa druga, to głębokie przeświadczenie, wspólne dla całego obozu beneficjentów III RP, że władza nad Polską i dominująca pozycja społeczna należą im się w sposób niejako naturalny – zostali bowiem namaszczeni do pełnienia funkcji namiestników nadwiślańskiej kolonii przez berlińsko-brukselskie elity polityczne i biznesowe. A jeżeli lokalni aborygeni się zbuntują, to należy dołożyć wszelkich starań, by ich spacyfikować – w tym przypadku, odebrać unijne fundusze. Z przytoczonych na wstępie słów Trzaskowskiego jasno bowiem wynika, że korzystać z pieniędzy unijnych może jedynie władza „słuszna” - tj. pozytywnie odbierana przez zewnętrznych nadzorców. Na marginesie - środki te nie są żadną łaską ani jałmużną, lecz częściową i dalece niepełną rekompensatą za otwarcie na oścież naszej gospodarki na wszechstronną eksploatację – i to na długo przed akcesją do UE. Obecnie, wg premiera Morawieckiego, zagraniczne koncerny wyprowadzają z Polski dywidendy rzędu 100 mld. zł. rocznie, przy wpływach z unijnej kasy wynoszących ok. 25 mld. zł. Zatem w sensie przepływów finansowych Polska jest płatnikiem netto.

Warstwa trzecia wreszcie, to głęboka pogarda dla tubylczego „motłochu”, który w oczach „totalnej opozycji” ma być głęboko zdemoralizowany – sprzedajny, pazerny i chwiejny. Polaków wedle tej optyki można kupić obietnicami „300 miliardów” (jak we wspomnianym spocie J. Lewandowskiego) albo za „pińćset”, jeśli zaś to nie podziała – zaszantażować groźbą „zamrożenia” pieniędzy. Krótko mówiąc, „totalni” sądzą Polaków swoją miarą, przypisując społecznemu ogółowi własne cechy – zdegenerowanych, wyzutych z sumienia, sprzedajnych kanalii.


III. Trzaskowski „pasem transmisyjnym” Verhofstadta

Trzeba nadmienić, iż Trzaskowski robi tu jedynie za „pas transmisyjny” przekazujący wolę samozwańczych „władców Europy”. Można się co najwyżej dziwić jego bezmyślnej ostentacji, bowiem w przypływie niewczesnej szczerości przyznał, że Platforma czynnie za takim stanowiskiem lobbowała – i co więcej, otrzymała od swych patronów stosowne gwarancje polityczne, co nosi wszelkie znamiona zdrady. Nieco wcześniej otwartym tekstem nastawienie europejskich elit wyłuszczył w lewicowo-liberalnym „Project Syndicate” Guy Verhofstadt. Przewodniczący frakcji liberałów w europarlamencie znany z niewybrednych ataków na Polskę napisał m.in., że „jest nie do przyjęcia”, by euro-fundusze szły na państwa rządzone przez siły „nieliberalne”, postulując uzależnienie wypłat z Funduszu Spójności od „przestrzegania i egzekwowania norm praworządności” nad czym miałaby czuwać „obiektywna procedura monitoringu. Innymi słowy: środki byłyby wypłacane z klucza politycznego i w każdej chwili mogłyby zostać pod byle pretekstem cofnięte. Później jest jeszcze ciekawiej, albowiem Verhofstadt zaproponował utworzenie z „zamrożonych” środków specjalnego funduszu „na wsparcie dla uniwersytetów, ośrodków badawczych i innych instytucji społeczeństwa obywatelskiego w tym państwie” - czyli, mówiąc wprost, na ośrodki propagandowej dywersji, mające destabilizować sytuację wewnętrzną w „państwach zbaczających z właściwej ścieżki”, jak określa Polskę i Węgry. Krok dalej na tych samych łamach poszedł Sławomir Sierakowski z „Krytyki Politycznej”, pisząc: „przecież PiS i węgierski Fidesz Viktora Orbana zostały demokratycznie wybrane. Pojawia się więc pytanie dlaczego Węgrzy i Polacy nie powinni być karani za swój wybór.

Moim zdaniem, odpowiedź polskiego rządu powinna być twarda i symetryczna. Widać wyraźnie, że dotychczasowa polityka łagodzenia, dążenia do „dialogu” i „kompromisu” nie dała rezultatu – nadęci własną pychą dygnitarze pokroju Verhofstadta czy Timmermansa zwietrzyli tylko krew i zaczęli jeszcze mocniej dokręcać śrubę. Nie łudźmy się – rząd PiS jest przez liberalne unijne władze odbierany jako „ciało obce” i będzie zwalczany z całą bezwzględnością, niezależnie od tego co zrobi. Dlatego też potrzebne jest „nowe otwarcie” polegające na stanowczym walnięciu w stół i np. ogłoszeniu, że w przypadku arbitralnego cofnięcia europejskich funduszy, Polska proporcjonalnie wstrzyma wpłacanie swojej składki członkowskiej. Środki te zostałyby wówczas przekierowane bezpośrednio na projekty, które miały być sfinansowane z unijnego budżetu. Poza wszystkim, nagle może się okazać, że bez unijnej mamony też istnieje życie. W każdym razie – czas uśmiechów się skończył.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Głosuj jak chcemy...

Rynki was nauczą...

Zdradzieckie mordy najgorszego sortu

Wszyscy płacimy za „optymalizację”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 25 (22-28.06.2018)