środa, 20 maja 2015

Projekt „Międzymorze” - strategiczny cel Polski

Międzymorze powinno stanowić stały punkt odniesienia dla wszelkich poczynań Polski i wyznaczać generalny kierunek działania.

I. Długi marsz

Zgodnie z zapowiedzią z tekstu „Długi marsz ku Międzymorzu”(„PN” nr 15 20.04-26.04.2015) powracam do tematyki Międzymorza i propozycji w jaki sposób można urzeczywistnić tę ideę. Na samym wstępie dwa zastrzeżenia. Pierwsze – Międzymorze rozumiane jako konfederacja państw naszego regionu jest dalekosiężnym punktem docelowym. To nie jest plan do zrealizowania przez jedną, czy dwie kadencje, lecz doktryna geopolityczna obliczona na dziesięciolecia – i należy z góry założyć, że po drodze czekają nas liczne meandry. Zawsze jednak ów cel powinien stanowić stały punkt odniesienia dla wszelkich poczynań Polski i wyznaczać generalny kierunek działania. To jak z Mitteleuropą, której koncepcja pojawiła się w Niemczech w 1915 roku, a dopiero teraz, po stu latach, urzeczywistnia się na naszych oczach (i z naszą szkodą). W zdawałoby się zupełnie innych uwarunkowaniach odbywa się bezkrwawa, miękka kolonizacja Europy Środkowej, zaś jedynym punktem zapalnym jest Ukraina, gdzie toczy się walka o zasięg dwóch projektów – niemieckiej Mitteleuropy i rosyjskiej Eurazji.

Zastrzeżenie drugie – z małymi wyjątkami nie będę zajmował się tu problemem reform wewnętrznych Polski, a to z prostego powodu. Wzmocnienie państwa jest warunkiem tak oczywistym, że jak sądzę, nie trzeba go Czytelnikom szerzej uzasadniać. Bez silnej Polski o Międzymorzu próżno marzyć, co więcej – postępy na drodze realizacji naszego celu będą wprost proporcjonalne do wzrostu znaczenia Rzeczypospolitej na różnych polach – gospodarczym, demograficznym, militarnym i kulturowym. Zatem oba kierunki działań – wewnętrzny i zewnętrzny winny być prowadzone równolegle i wzajemnie się stymulować. Efektem strategicznym zaś ma być wbicie klina między Mitteleuropę oraz Eurazję i de facto unieważnienie obu śmiertelnie zagrażających nam inicjatyw. W pojedynkę się tego nie zrobi, stąd konieczność budowy Międzymorza.

II. Regionalna unia energetyczna

Jak z konglomeratu różnych, często skłóconych ze sobą państw uczynić jeden blok? Otóż, do każdego z nich należy wychodzić z osobną, dobrze skalkulowaną ofertą. Oferta ta winna przebijać atrakcyjnością zarówno Moskwę (tanie surowce w zamian za podporządkowanie), jak i Berlin/Brukselę oferujące eurofundusze i korumpujące lokalne elity, by te godziły się na kolonizację swych krajów. Taką ofertą może być na początek współpraca energetyczna krajów regionu. UE niechcący dała nam tu szansę wyrzucając do kosza projekt unii energetycznej – wspólnego negocjowania kupna surowców i reasekuracji w tym żywotnym obszarze. Swoje dołożyły Niemcy realizując projekt Nord Streamu. Powyższe, połączone z obłędem „pakietu klimatycznego” i „dekarbonizacji”, co w bliskiej perspektywie zamorduje gospodarki krajów „nowej Europy”, stało się wielkim dzwonem alarmowym, wołającym „umiesz liczyć, licz na siebie”. Praktyczne konsekwencje wyciągnęła z tego już Litwa budując własny gazoport i zapewniając sobie alternatywne źródła dostaw z perspektywą odsprzedaży innym krajom nadbałtyckim. Tu, zakładając, że uda się w końcu wybudować gazoport w Świnoujściu, powinniśmy wyjść z propozycją „wzajemnego ubezpieczenia” - budowy interkonektorów oraz integracji infrastruktury przesyłowej. To samo tyczy się pozostałych naszych sąsiadów – nawet prorosyjskie Czechy i Słowacja nie powinny pogardzić taką formą dywersyfikacji, zwłaszcza w obliczu rozczarowania cyniczną postawą Brukseli. A ze Słowacji już tylko krok na Węgry – tam również nie będą się wzdragać przed dodatkowym atutem chroniącym przed zbyt głębokim utonięciem w rosyjskich objęciach.

Powyższy schemat warto zastosować także w kwestii energii elektrycznej – projekt mostu energetycznego między Polską a Litwą zarzucony przez rząd PO-PSL powinien wrócić i to w makroskali. Podobne propozycje można złożyć Ukrainie, przekraczając w ten sposób granice UE, co jest niezbędne dla powodzenia operacji „Międzymorze”. Im dłużej Ukraina będzie przetrzymywana w unijnym przedpokoju, a także im bardziej doskwierające stanie się uzależnienie od rosyjskich dostaw, tym bardziej powinna być konstruktywnie nastawiona do naszych propozycji. Polska w tym układzie byłaby z racji swego położenia centrum infrastrukturalnym. To u nas krzyżowałyby się szlaki przesyłowe, powstałyby kluczowe instalacje itd., co dawałoby nam wiodącą pozycję w całym układzie, szczególnie, jeśli zaczęlibyśmy eksploatować wreszcie mityczny już gaz łupkowy. Z czasem, wydarzenia nabrałyby własnej dynamiki a przykład działałby zachęcająco na pozostałe kraje regionu. Docelowo należałoby tworzoną unię energetyczną połączyć z planowanym gazoportem chorwackim na wyspie Krk.

III. Projekt „Exodus”

Jak łatwo zauważyć, scenariusz regionalnej unii energetycznej – swoistego szkieletu Międzymorza, obrastającego z czasem mięsem innych współzależności - byłby realizowany mimo Brukseli i Berlina, a zapewne przy ich cichym sprzeciwie, da nam jednak sporą dozę niezależności wobec tych ośrodków. To podstawa dla ziszczenia jednego z kluczowych etapów na drodze ku naszemu celowi – etapem tym jest opuszczenie Unii Europejskiej. W warunkach unijnego gorsetu będącego narzędziem niemieckiej dominacji Międzymorza nie będziemy w stanie urzeczywistnić. Pisałem już o tym w tekście „EFTA – alternatywa dla Polski?” („PN” nr 12-13 30.03-12.04.2015), więc tu tylko pokrótce. Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu (EFTA), skupiające Szwajcarię, Norwegię, Islandię i Liechtenstein jest tworem niezależnym od UE, lecz współtworzącym z nią Europejski Obszar Gospodarczy (EOG). Projekt „Exodus” jak go nazywam, zakładałby stopniowe wycofywanie się z Unii i przyłączenie się do EFTA – byłoby idealnie, gdybyśmy zdołali to uczynić w większej grupie krajów. W ten sposób pozbylibyśmy się wielu ograniczeń zachowując korzyści płynące z wymiany handlowej z UE. Zwróćmy uwagę, że Islandia ostatecznie zrezygnowała ze starań o członkostwo, Norwegia również do Unii się nie wybiera, kontentując się obecnością w EFTA i EOG. Warto tu przypomnieć, że Polska już jest członkiem EOG – umowę podpisaliśmy w 2003, ratyfikowaliśmy w 2004, weszła w życie w 2005.

Należy sądzić, iż sama emancypacja spod niemieckiej kurateli i wywikłanie się z gospodarczej eksploatacji powinno podziałać zachęcająco na pozostałe kraje – ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy, która w dającej się przewidzieć perspektywie będzie blokowana w europejskim przedsionku, co pogłębi frustrację zarówno polityków, jak i społeczeństwa. Wspólne lobbowanie pod polskim przewodnictwem na rzecz przyjęcia Ukrainy do EFTA związałoby nas razem o wiele mocniej, niż obecne podlizywanie się banderowcom i przymilne chowanie pod sukno historycznych konfliktów. To jak z regionalną unią energetyczną – mając w perspektywie realny interes zamiast czczych gestów i pokrzykiwań, Ukraina stanie się bardziej racjonalna. Nasz „exodus” z unijnego „domu niewoli” łatwo może się przerodzić w efekt domina, takie procesy często nabierają własnego pędu – m.in. dlatego główni gracze starają się za wszelką cenę zatrzymać Grecję w strefie euro.

IV. Blok militarny

W tym momencie docieramy do aspektu militarnego. Ponieważ leżymy między młyńskimi kamieniami, konieczne będzie zacieśnienie współpracy wojskowej, tak by przyszłe Międzymorze stanowiło możliwie zwarty podmiot w ramach NATO. USA i Sojusz to niezbędny parasol ochronny, potrzebny nam w newralgicznym momencie opuszczania Unii. Jeśli coś mamy z tych „atlantyckich więzi” mieć, to właśnie w tego typu momentach. Żeby jednak USA były sprawowaniem takiego parasola zainteresowane, należy wpierw - trochę jak z unią energetyczną – połączyć siły w ramach wzajemnej asekuracji. Oczywiście nie jako proponowane niedawno „europejskie siły zbrojne”, które mają być kolejnym narzędziem niemieckiej supremacji (szerzej pisałem o tym w artykule Euro-bundeswehra, a niemiecka hegemonia w Europie” - „PN” nr 10 16-22.03.2015), lecz na bazie bilateralnych lub multilateralnych umów między poszczególnymi krajami, tworzących np. międzynarodowe oddziały, a w przyszłości – wspólne dowództwo dysponujące własnymi siłami szybkiego reagowania, uzupełniającymi militarnie armie poszczególnych krajów. Stany Zjednoczone chcąc zachować swą pozycję prędzej czy później będą musiały się zwrócić znów ku naszemu regionowi i dobrze byłoby, gdyby Waszyngton miał tu do kogo zadzwonić. Regionalny blok militarny w ramach NATO funkcjonujący między Rosją (Eurazją) a Niemcami (UE), gwarantowałby nam podmiotową pozycję porównywalną z Izraelem bądź Turcją, nie zaś jak teraz – chłopców na posyłki wykorzystywanych w różnych „misjach stabilizacyjnych”, bądź użyczających swego terytorium na więzienia dla amerykańskiej bezpieki.

Obecnie jest dobry moment, by długi marsz ku Międzymorzu wreszcie rozpocząć. Pojawia się szansa na odsunięcie od władzy zdrajców, Rosja i Niemcy rękoma Ukraińców wodzą się za łby w kwestii ustalenia wschodniej rubieży między Eurazją a Mitteleuropą – musimy to wykorzystać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/d%C5%82ugi-marsz-ku-mi%C4%99dzymorzu#.VUpCffBvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/efta-%E2%80%93-alternatywa-dla-polski#.VUpdLvBvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/euro-bundeswehra-niemiecka-hegemonia-w-europie#.VUpi4PBvAmw

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1631-pod-grzybki-3

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 18 (13-19.05.2015)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz