Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean-Claude Juncker. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean-Claude Juncker. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 października 2018

Śmierć eurokomunie!

Należy odrzucić wszelkie ideologiczne projekty z zakresu inżynierii społecznej – ten cały polityczno-kulturowy eurokomunizm i paneuropeizm. A zatem – śmierć eurokomunie!

I. Skacowana Europa

Paroksyzmy szarpiące obecnie Unią Europejską jako żywo przypominają schyłkowy okres Związku Radzieckiego. Na czele mamy strupieszałe politbiuro, dogmatycznie trzymające się martwej ideologii i coraz bardziej kurczowo ściskające cugle władzy – pod spodem zaś narasta kryzys, społeczne zniecierpliwienie, wzmagają się tendencje odśrodkowe. Nic dziwnego, skoro licząc od powołania Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (1952 r.) minęło już 66 lat. Unia wkracza zatem pomału w wiek „breżniewowski”, ze wszystkimi tego objawami – postępującym sklerotycznym zwapnieniem, doktrynerstwem i organiczną niezdolnością do przyznania, że zabrnęło się w ślepą uliczkę. Wystarczy zresztą spojrzeć na brukselskie elity, które niezależnie od metrykalnego wieku są przesiąknięte tym starczym uwiądem ducha. Jedyną odpowiedzią na bolączki integracji jest recepta „więcej tego samego”, co kojarzy się ze swojskim „klina klinem” i „czym się strułeś, tym się lecz”. Zresztą Juncker - „Jelcyn Europy” - najwyraźniej sądzi, że permanentne stosowanie takiej kuracji na własnym organizmie można przełożyć na polityczną praktykę i w związku z tym ma się za eksperta od rozwiązywania unijnych problemów. Problem w tym, że na dłuższą metę proponowana terapia kończy się degrengoladą organizmu i zgonem pacjenta.

Ale póki co, obowiązuje zawołanie – więcej Europy w Europie! Więcej „integracji”, czyli okrawania suwerenności krajów członkowskich i przenoszenia kompetencji na centralne instytucje zarządzane przez niewybieralną, urzędniczą „nadzwyczajną kastę”, której funkcjonowanie stanowi żywe zaprzeczenie transparentności i demokratycznego republikanizmu. Więcej procedur, nadzoru, dyrektyw – i przede wszystkim, więcej władzy dla Brukseli, w tym uprawnień do ingerowania w wewnętrzne sprawy państw. Jeśli się da, to zgodnie z traktatami, jeśli nie – to nawet wbrew nim, metodą uzurpowania sobie kolejnych uprawnień. Do tego sprowadzają się kolejne koncepty reformatorskie, w tym również słynna „Europa dwóch prędkości” z twardym jądrem w postaci strefy euro, a także pomysły federalistyczne w rodzaju „Stanów Zjednoczonych Europy” i „superpaństwa” - co ostatnio wyłożył w swym programowym artykule szef niemieckiego MSZ Heiko Maas.

Na dodatek, podobnie jak breżniewowskiemu ZSRR, Unii Europejskiej kończą się gospodarcze baterie. Strefa euro robi bokami i sprowadza się już niemal otwarcie do eksploatowania słabszych gospodarek przez Niemcy oraz w mniejszym zakresie inne kraje bogatej Północy. Nie dziwi więc, że zadłużona po uszy Francja pod rządami Macrona jest orędownikiem wprowadzenia wspólnego budżetu strefy euro, co oznaczałoby „uwspólnotowienie długów” - na co z kolei nie chce zgodzić się Angela Merkel, bo w takim scenariuszu Niemcy ze swoją nadwyżką budżetową musiałyby się solidnie dorzucić do wspólnego kotła, zamiast jak do tej pory spijać śmietankę i sztorcować wszystkich dookoła, że nie są dość gospodarni. Z kolei Włochy czy Grecja najchętniej by się ze wspólnej waluty wymiksowały, ratując konkurencyjność swoich gospodarek zdewaluowanym lirem i drachmą. Ta gospodarcza zapaść będzie wprawdzie rozłożona w czasie, lecz przy obecnym stanie rzeczy jest nieuchronna, bowiem funkcjonowanie oparte o motywowaną politycznie i ideologicznie wspólną walutę – swoisty „rubel transferowy” - z której gospodarczo korzystają niemal wyłącznie Niemcy, jest na dłuższą metę niemożliwe. Widząc to, Wlk. Brytania zdecydowała się na brexit nawet za cenę „twardego” rozwodu.


II. Ideologiczny obłęd

Obrazu zapaści dopełnia ideologiczny obłęd w duchu „gramscizmu-spinellizmu” - czyli eurokomunizm oraz wdrażane z uporem maniaka projekty będące już nawet nie inżynierią, a wręcz eugeniką społeczną, mające na celu wyhodowanie człowieka sowieckiego, tj. „nowego Europejczyka”. Służyć ma temu polit-poprawna tresura od kołyski aż po grób i planowa społeczna dezintegracja uskuteczniana metodą „szatkowania” narodów – dzielenia ich na kolejne, coraz węższe, zantagonizowane mniejszości; wreszcie – ostateczny taran w postaci masowej imigracji ludności arabskiej i afrykańskiej. Jest to zresztą skrupulatnym wypełnieniem zaleceń twórcy „paneuropeizmu” - hr. Richarda Coudenhove-Kalergiego (1894-1972), który już w dwudziestoleciu międzywojennym snuł wizje „Stanów Zjednoczonych Europy” oraz europejskiego narodu jako „euroazjatycko-negroidalnej rasy przyszłości, podobnej zewnętrznie do egipskiej”, która „zastąpi różnorodność ludów różnorodnością osobowości”. Tenże Coudenhove-Kalergi na czele zjednoczonej Europy widział niewybieralną „arystokrację ducha”, zaś instytucje centralne „superpaństwa” z założenia miały być niedemokratyczne. Jak widać, współczesna Unia podąża właśnie w tym wskazanym jeszcze przed wojną kierunku, więcej – właśnie tak została u swego zarania pomyślana. Coudenhove-Kalergim przyjdzie być może zająć się szerzej w osobnym tekście, tu jeszcze wspomnę tylko, że laureatami nagrody jego imienia są m.in. Angela Merkel, Herman van Rompuy (poprzednik Tuska) i Jean-Claude Juncker.

Pojawia się jednak światełko w tunelu – bynajmniej nie wszyscy są zwolennikami „reform” idących w kierunku coraz większego zamordyzmu. Ciekawym przykładem jest Janis Warufakis – były lewicowy grecki minister finansów w rządzie Tsiprasa, który w szczycie greckiego kryzysu zadłużeniowego chciał wyprowadzić Grecję ze strefy euro. Dziś trafnie diagnozuje systemową niewydolność eurolandu, przyrównuje brukselski system władzy do „oświeconego despotyzmu” i piętnuje hegemonię Niemiec. Problem w tym, że o ile na poziomie diagnoz ma rację, o tyle jego recepty podążają w kierunku kolejnej lewackiej utopii – postuluje wprawdzie demokratyzację unijnych instytucji, jednak miałyby one być wybierane przez jakiś ogólnoeuropejski „demos”, na rzecz którego działa w swym ugrupowaniu DiEM25 (Ruch Demokracji w Europie 2025) – czyli, znów kłania się Coudenhove-Kalergi.

O wiele więcej nadziei można wiązać z ruchami narodowymi i antysystemowymi (tzw. „populiści”) rosnącymi w siłę w całej Europie, a niekiedy wręcz dochodzącymi do władzy, jak niedawno we Włoszech. Rysuje się szansa, że partie te po przyszłorocznych eurowyborach zyskają znaczące miejsce w Parlamencie Europejskim, inicjując rozsadzanie od wewnątrz brukselskiego grajdołu. Odwołują się one często do cywilizacyjnej tożsamości, sprzeciwiają migracji, podkreślają wagę suwerenności i konieczność uzyskania realnego wpływu społeczeństw na reformowanie Europy – a do tego skutecznie kolonizują swymi postulatami mainstream, który by nie zatonąć politycznie, przejmuje część ich programu, jak np. CSU w Niemczech, podchwytująca hasła AfD.


III. Śmierć eurokomunie!

Jaka zatem powinna być Europa? Cóż, nie będę tu zbyt odkrywczy: to Europa Ojczyzn, rozumiana jako związek suwerennych, podmiotowych państw połączonych wspólnym rynkiem gwarantującym otwarte granice, swobodę przemieszczania się ludzi i wymiany handlowej. Zwróćmy uwagę, jaki status ma obecnie Norwegia: jest członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego i należy do strefy Schengen, pozostając względnie niezależną od politycznej, brukselskiej „czapy”. Bezpieczeństwo natomiast zapewnia jej (na ile to obecnie możliwe) członkostwo w NATO. I właśnie te trzy filary mają stanowić o kształcie przyszłej Europy: wspólny obszar gospodarczy, strefa Schengen i sojusz militarny (NATO). Trawestując ewangeliczną maksymę – wszystko co ponadto, ode Złego pochodzi. Krótko mówiąc, przyszła Unia Europejska powinna podążać w kierunku de-integracji (nie mylić z dezintegracją), której finalnym celem będzie swoista gospodarcza konfederacja 28 „Norwegii”. Nawet kwestia tak fetyszyzowanej dziś „liberalnej demokracji”, winna być jedynie opcjonalna – to, jaką formę rządów obierze sobie dane państwo jest wyłącznie jego wewnętrzną sprawą i nikomu nic do tego. Zwłaszcza unijni dygnitarze, którzy dziś mienią się strażnikami demokracji, sami nie mając najmniejszego demokratycznego mandatu, powinni milczeć.

Oczywiście, taki „demontaż” wymagałby drastycznego ograniczenia roli unijnej biurokracji i brukselskiego centrum politycznego z jego aspiracjami do przypisywania sobie kolejnych kompetencji. Rozsmakowani we władzy i poczuciu własnej ważności, a jednocześnie izolowani od realnego życia, pozostający w urzędniczej złotej klatce „brukselczycy” rzecz jasna dobrowolnie nie ustąpią - dlatego powinni zostać do tego zmuszeni przez państwa narodowe. Ci samozwańczy mandaryni, ta groteskowa parodia arystokracji, ma zostać sprowadzona do właściwych rozmiarów: minimalnej liczby urzędników obsługujących funkcjonowanie wspólnoty, bez żadnych uprawnień władczych względem poszczególnych państw. W szczególności zaś należy odrzucić wszelkie ideologiczne projekty z zakresu inżynierii społecznej – ten cały polityczno-kulturowy eurokomunizm i paneuropeizm spod znaku Gramsciego, Spinellego i Coudenhove-Kalergiego. To jest ten antycywilizacyjny trąd, ten jad zatruwający i przeżerający Europę. A zatem – śmierć eurokomunie!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nowa podmiotowość Lewiatana


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 20 (24.10-06.11.2018)

Pod-Grzybki 140

Zaczniemy ekologicznie. Otóż UE pod wodzą „Jelcyna Europy” Jean-Claude Junckera wypowiada wojnę plastikowi – zniknąć mają jednorazowe słomki, sztućce, talerzyki, opakowania a nawet... baloniki. I nie dziwota – raz, że Juncker zdecydowanie preferuje opakowania szklane, a dwa – kto jak kto, ale akurat on do dmuchania w balonik musi mieć wyjątkową awersję.


*

Z kolei inny z europejskich dostojników, Donald Tusk, na potęgę dziecinnieje. Haratanie w gałę już mu nie wystarczy i ostatnio strzelił sobie słitfocię, jak raźno popyla w Paryżu na hulajnodze. Przestrzegłbym go, że od hulajnogi krzywi się kręgosłup lecz Tusk, jak wiadomo, czegoś takiego jak kręgosłup nie posiada. Ale niech mu tam, niech trenuje. Może jeszcze zobaczymy, jak na tej hulajnodze sp...a z Brukseli po końcu swojej kadencji.


*

Takie objawy starczej demencji u nawet stosunkowo młodych polityków nie dziwią, zważywszy na genius loci. Mianowicie, Unia Europejska pomału wkracza w wiek „breżniewowski” - i podobnie jak sowieckiemu gensekowi kończą jej się baterie. W związku z tym, unijne elity zachowują się niczym strupieszałe, kremlowskie politbiuro, ze sklerotycznym dogmatyzmem trzymając się doktryn swoich lewackich bożków - od Gramsciego po Spinellego - i przekonując wszystkich dookoła, że „gramscizm-spinellizm” jest wiecznie żywy. A tymczasem, po przyszłorocznych wyborach do PE szykuje się „populistyczna” rewolucja. Rzucam zatem hasło: śmierć eurokomunie!


*

Polska Fundacja Rozwoju zrepolonizowała kolejkę na Kasprowy Wierch, opchniętą przez rząd PO (wraz z gruntami) międzynarodowemu funduszowi Mid Europa Partners. „Totalna opozycja” dostała na to wścieklizny wrzeszcząc, że na pewno za drogo, że marnotrawstwo itd. Na ich miejscu bym się przymknął i trzymał kciuki – podobnie jak w przypadku repolonizacji PKO SA. Choćby dlatego, że jeśli wrócą kiedykolwiek do władzy, to znów będą mieli co wyprzedawać.


*

W „tym kraju” to jednak panuje wyjątkowa ciemnota. Do tego stopnia, że miejscowi wciąż wierzą w bociany i dzieci w kapuście – i dlatego właśnie modelka Anja Rubik musiała otworzyć szkołę seksu, by nieść ludowi kaganek oświaty. Czapki z głów, toż to postać jak z Żeromskiego - doktor Judym i Siłaczka w jednym! Oby tylko nie sczezła w chłopskiej chacie na tyfus – jakaś taka chudziutka ostatnio, biedaczka...


*

Ale jak by się Anja Rubik nie uwijała, to do postępowego Zachodu wciąż nam jeszcze daleko. Oto „Daily Mail” uraczył czytelników wzruszającą love-story o pewnej parze z Los Angeles. Ona najpierw była zwyczajną kobietą, by po pewnym czasie przekształcić się w „trans-genderowego mężczyznę” - aby w końcu stwierdzić, że jest... psem. Wszystko z pełną akceptacją męża, który regularnie prowadza ją (jego? gubię się...) na randki z innymi, podobnymi popaprań... to jest, pieskami. Finalnie zatem osiągnęła, jak rozumiem, stadium „trans-gendero-gatunkowego psa”. Pytanie za milion – kim w takim razie jest mąż? Homoseksualnym zoofilem?

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 20 (24.10-06.11.2018)

środa, 13 czerwca 2018

Pod-Grzybki 131

Lechu stary, ale jary – tzn. jego wąs wciąż działa na płeć przeciwną. A przynajmniej podziałał na jedną z uczestniczek sejmowego biwaku niepełnosprawnych, która kokieteryjnie zaproponowała mu „wolny materacyk”. Jednak Lechu na taką zachętę, co tu mówić, stchórzył i wziął nogi za pas. Podobno tego samego dnia około 18-tej widziano go w okolicy Puław. I to ma być mężczyzna?


*

Komitet Żydów Amerykańskich (AJC) zgłosił w oficjalnym piśmie do Watykanu swój „sprzeciw” wobec wyniesienia na ołtarze kard. Augusta Hlonda i zażądał wstrzymania procesu beatyfikacyjnego. Nie chcę się powtarzać, ale to jest kolejny dowód na to, czym kończy się polityka „dialogizmu” - rozzuchwala tylko drugą stronę. W tej sytuacji papieżowi Franciszkowi zostaje już tylko zażądać od Żydów, by przestali się wygłupiać z tym obrzezaniem i w ogóle zaczęli się zachowywać jak cywilizowani ludzie. No i przywrócić modlitwę o nawrócenie „wiarołomnych Żydów” („perfidis Judaeis”) - a nuż tym razem podziała?


*

Swoją drogą, wspomniany AJC otworzył ponad rok temu swoje biuro w Warszawie, co wprawiło prezydenta Dudę w iście euforyczny nastrój. Jakimś trafem wkrótce potem nasz Episkopat zaczął produkować jedno po drugim dziwne oświadczenia w których na wyprzódki odcina się od „nacjonalizmu” i potępia „antysemityzm”. Ja rozumiem, że żydowski komitet wydelegował tu swoich, by mieli oko na głupich gojów – ale żeby aż tak?


*

Wstyd, wstyd, rany boskie... „Wyborcza” opublikowała sondę przeprowadzoną wśród swoich czytelników, z której wynika, że zżera ich permanentne poczucie upokorzenia z powodu tego, że są Polakami. Z tego wniosek, że stary Stuhr ze swoim wyznaniem, iż przez całe życie nie marzył o niczym innym, jak o tym, by został uznany za „europejczyka”, jest dość typowym produktem michnikowej obróbki mózgów. Ale dzięki tej ankiecie każdy z nich mógł wreszcie się dowiedzieć, że nie jest w swym zażenowaniu odosobniony – w tym sensie, pełni ona funkcję integracyjną. Przewiduję, że następnym etapem będzie seria spektakularnych coming-outów, a w końcu czytelnicy „Wyborczej” urządzą w Warszawie „paradę sromoty” ze specjalnym konkursem na wicie się ze wstydu. Najbardziej widowiskowe konwulsje zostaną wyróżnione przez ks. Lemańskiego nagrodą im. św. Wita.


*

A tymczasem cała postępowa Europa świętowała 200-lecie urodzin Karola Marksa. Z tej okazji Jean-Claude Juncker wygłosił w Bazylice Konstantyna (!) w Trewirze okolicznościową laudację. Ma to swoją logikę – w końcu, niemieckiemu episkopatowi ton nadaje ultrapostępowy kard. Reinhard Marx. Poza tym, Marks (Karol) był notorycznym pijakiem, więc nie dziwi, że Juncker czuje z nim powinowactwo duchowe - a już na pewno wspólnotę zainteresowań. I tu go rozumiem - miło mieć świadomość dzielenia wspólnych pasji ze znaną postacią historyczną. Na dodatek, Chińczycy przesłali Trewirowi w darze pomnik tego starego ochlapusa, więc Juncker w chwilach chandry będzie miał do kogo wznosić toasty.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 11 (06-19.06.2018)

niedziela, 1 kwietnia 2018

Polexit coraz bliżej?

Na miejscu premiera Morawieckiego, zamiast iść na ustępstwa wziąłbym sondaż Fundacji Pułaskiego pod pachę i pojechałbym na spotkanie z Junckerem i Timmermansem.

I. 1/3 za polexitem

Fundacja im. Kazimierza Pułaskiego (wspólnie z działem badawczym Data Tank firmy Selectivv Mobile House) przeprowadziła w styczniu i marcu br. dość obszerne badanie opinii publicznej pt. „Polityka zagraniczna i bezpieczeństwo zewnętrzne Polski”. Warto podkreślić dużą liczbę respondentów – ankietę przeprowadzono na 50 tys. pełnoletnich użytkowników smartfonów i tabletów, a rezultaty zostały dodatkowo wzbogacone informacjami zbioru Big Data wspomnianej firmy. Zaprezentowane proporcje wśród badanych dotyczące płci, wieku i miejsc zamieszkania wyglądają na dość wyważone, zatem można uznać, że sondaż jest w miarę reprezentatywny i oddaje rzetelnie społeczne nastroje. Prócz pytań o sympatię do poszczególnych państw, ocenę różnych zagrożeń dla Polski czy politykę zagraniczną rządu, uwagę zwracają kwestie związane z naszą obecnością w Unii Europejskiej. Otóż na pytanie „czy Polska powinna wystąpić z Unii Europejskiej” w styczniu pozytywnie odpowiedziało 36,4 proc. (na „nie” było 36 proc.), zaś w marcu odsetek zwolenników „Polexitu” spadł do 29,8 proc. (za pozostaniem w UE było 47,3 proc., 22,8 proc. nie miało zdania). Zmianę tę autorzy raportu wiążą ze złagodzeniem retoryki przez rząd Mateusza Morawieckiego i przyjęciem przez Polskę bardziej ugodowej postawy w relacjach z Brukselą.

Co ciekawe jednak, w kontekście naszego sporu z Komisją Europejską w sprawie praworządności, stanowiska badanych są bardziej zasadnicze i mniej podatne na zmiany. Pytanie brzmiało: „w przypadku nałożenia na Polskę sankcji przez UE za naruszenie zasad praworządności Polska powinna: a) opuścić Unię Europejską; b) zmienić politykę i dostosować się do postulatów Komisji Europejskiej; c) nie podejmować żadnych działań; d) nie mam zdania”. Tu opuszczenie UE zadeklarowało 30,4 proc. w styczniu i 32 proc. w marcu – mamy więc nawet niewielki wzrost eurosceptyków. Z kolei stronnictwo „ugodowe” oczekujące dostosowania się do oczekiwań KE, to 26 proc. w styczniu i 28,5 proc. w marcu. Frakcja „biernych” (nie podejmować żadnych działań) liczyła sobie 20,5 proc. w styczniu i 13,1 proc. w marcu, zaś niezdecydowani obejmują ok. 1/4 ankietowanych.


II. Koniec euroentuzjazmu

Eksperci Fundacji Pułaskiego z powyższego wysnuwają optymistyczny wniosek, że proporcje między zwolennikami a przeciwnikami naszej obecności w UE są w miarę stabilne – toteż, jak można się domyślać, polexit nam nie zagraża. Ja widzę to nieco inaczej. Po pierwsze, po niegdysiejszym, bezkrytycznym euroentuzjazmie Polaków nie pozostało śladu. Zwróćmy uwagę, że „kapitulanci” spod znaku „róbmy co każe Bruksela” już w tej chwili przegrywają z „polexitowcami”. Natomiast postawę „biernych” można odczytywać dwojako: z jednej strony zostajemy w Unii nawet w obliczu sankcji, z drugiej – nie musi to oznaczać podporządkowania się żądaniom eurokratów, tylko podejście „mimo sankcji róbmy dalej swoje, a potem się zobaczy”. Z pewnością zaś z badania nie wyłania się obraz cielęcego zachwytu nad mądrością „zaleceń” różnych Timmermansów. Potwierdzeniem tego są odpowiedzi na pytanie o ocenę polityki zagranicznej rządu. „Dobrze” lub „bardzo dobrze” ocenia ją 41,79 proc., zaś „źle” lub „bardzo źle” - 32,19 proc.

Generalnie, wygląda na to, że Polacy reagują po prostu elastycznie na rozwój wydarzeń i kierują się zdrowym rozsądkiem oraz swoistą kalkulacją. Dopóki Bruksela zachowuje się wobec nas w porządku i nie wygraża pięścią, to nie ma powodu do gwałtownych reakcji. Jednak, gdy w grę zaczynają wchodzić próby dyktatu i ograniczania naszej wewnętrznej suwerenności, sytuacja się zmienia i następuje utwardzenie stanowisk – aż do wyjścia z UE włącznie. Pokazuje to, że dla dużej grupy naszych rodaków niepodległość i podmiotowość nie są pustym dźwiękiem, zaś polexit bynajmniej nie jest czymś niewyobrażalnym, lecz jedną z opcji do rozważenia.

Nie jest to zresztą pierwszy taki sygnał. Wspominałem już na tych łamach pełen niepokoju raport Fundacji Batorego Polacy wobec UE: koniec konsensusu”, w którym na podstawie analizy szeregu badań autorzy stwierdzili z troską, że „ogólne” poparcie Polaków dla integracji europejskiej dalekie jest od bezwarunkowości – dominuje raczej postawa „tak, ale...” - i tu następuje szereg zastrzeżeń, wśród których wtrącanie się w wewnętrzne sprawy i zbyt daleko idące uroszczenia władcze europejskiej „centrali” odgrywają niebagatelną rolę. Z kolei stosunkowo niedawno, bo w czerwcu 2017 r. sporo zamieszania wywołał sondaż IBRIS dla tygodnika „Polityka”, gdzie 56,5 proc. badanych stanowczo odmawiało przyjęcia uchodźców, nawet gdyby wiązało się to z obcięciem eurofunduszy, zaś 51,2 proc. w sytuacji „albo-albo” opowiedziało się za wyjściem z UE. Warto też przypomnieć o niezmiennie negatywnym podejściu Polaków do porzucenia złotówki na rzecz przyjęcia euro.


III. Argument dla Morawieckiego

Oznacza to, że istnieje społeczne podglebie dla potencjalnego polexitu. Więcej nawet – zaryzykowałbym stwierdzenie, że liczba osób przynajmniej rozważających taką możliwość powoli, ale systematycznie rośnie. Tendencję tę mogą napędzać kolejne kryzysy wewnątrz Unii, dająca się zauważyć niezdolność unijnych organów do rozwiązywania realnych problemów, oraz pogłębiająca się alienacja kasty „euromandarynów”. Dodatkowym motorem mogą stać się kolejne napięcia na linii Warszawa-Bruksela w rodzaju sporu o przymusową relokację migrantów czy reformę wymiaru sprawiedliwości.

Wygląda więc na to, że zaczynają się sprawdzać moje przewidywania sformułowane w styczniowym tekście „Chcecie sankcji? Dobrze!”. Otóż brukselskie elity (plus krajowa „totalna opozycja”) postawiły na ostrą konfrontację z Polską wychodząc z błędnych założeń – mianowicie, wciąż pokutuje tam mit o Polakach jako „najbardziej prounijnym społeczeństwie w Europie”. W związku z tym - kalkulowali sobie różni „Guye” - jeśli dokręcimy pisowskiemu rządowi śrubę, to Polacy przerażeni widmem sankcji, ograniczenia pieniędzy, a nawet wykluczeniem Polski z „europy”, wypowiedzą PiS-owi mandat zaufania i odsuną „antyeuropejski” rząd od władzy – w skrajnym przypadku drogą ulicznej rewolty. Rzecz w tym, że odrealnieni eurourzędnicy jak zwykle żyją przeszłością i biorą własne „chciejstwo” za rzeczywistość, zaś na niekorzystny dla nich rozwój społecznych tendencji przejawiający się chociażby wzrostem politycznego znaczenia „populistów” reagują wyparciem i agresją. Co za tym idzie, nie byli w stanie dostrzec, że i w „euroentuzjastycznej” Polsce nastąpiły istotne zmiany, a wygrana PiS nie była wypadkiem przy pracy, jak chyba wciąż uważa się na brukselskich salonach. Charakterystyczne, że taki Guy Verhofstadt pomstujący z mównicy Parlamentu Europejskiego na „60 tys. faszystów maszerujących ulicami Warszawy” nie był jakoś w stanie tego skojarzyć z szerszym społecznym trendem. A ów trend przejawia się m.in. w tym, że każda próba obcesowego dyktatu przynosi efekt przeciwny do zamierzonego, zwiększając w polskim społeczeństwie wewnętrzny opór. W konsekwencji, strategia unijnych organów przyczynia się do postrzegania Unii Europejskiej jako ciała obcego i podsycania eurosceptycznych, bądź wręcz secesjonistycznych nastrojów.

Na koniec kilka słów do naszego rządu. Przytaczane tu badania Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego to prezent z którego grzech nie skorzystać. Na miejscu premiera Morawieckiego zatem, zamiast iść na ustępstwa i rozwadniać reformę sądownictwa, wziąłbym ten sondaż pod pachę i pojechałbym z nim na spotkanie z Junckerem i Timmermansem. Następnie zatroskanym tonem zacząłbym tłumaczyć, że w Polsce wzmagają się antyeuropejskie nastroje, lada chwila odsetek zwolenników polexitu może przekroczyć masę krytyczną – a chyba nie chcemy powtórki z brytyjskiego referendum, nieprawdaż? Gdzie wtedy wasze koncerny robiłyby interesy, na jakich rynkach będą upychały swoje badziewie? Więc może przestańcie się wygłupiać z tą wojenką, dobrze?

Cóż szkodzi spróbować, panie premierze? Najwyżej Juncker tym razem upije się na smutno.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

EFTA – alternatywa dla Polski?

Projekt „Międzymorze” - strategiczny cel Polski

Opuścić Eurokołchoz!

Exodus z domu niewoli

Porozmawiajmy o polexicie

Chcecie sankcji? Dobrze!


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (30.03-05.04.2018)

niedziela, 14 stycznia 2018

Chcecie sankcji? Dobrze!

Wprowadzenie sankcji może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i poderwać społeczne poparcie dla naszego członkostwa w Unii Europejskiej.

I. Sankcje „prawem i lewem”

Kto by pomyślał – Jean-Claude Juncker w jakimś niepojętym przypływie trzeźwości opowiedział się przeciw zabieraniu unijnych pieniędzy państwom sprzeciwiającym się przyjmowaniu nachodźców w ramach tzw. mechanizmu relokacji. Tym samym zajął stanowisko przeciwne wobec Martina Schulza, który nieodmiennie pozostaje w stanie delirycznej maligny i twardo obstaje (ostatnio w wywiadzie dla „Bilda”) za obcięciem euro-funduszy dla „niepokornych” krajów. Jeszcze trochę i Juncker przetrzeźwieje na tyle, by uznać, że również sankcje i ograniczenie środków strukturalnych za „łamanie praworządności” oraz cała heca z „opcją atomową” opisaną w art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej może okazać się, delikatnie mówiąc, przedsięwzięciem przeciwskutecznym. Oczywiście, formalnie są to dwie różne sprawy i dwa odrębne postępowania, ale patrząc od strony politycznej obie są uzupełniającymi się częściami tej samej operacji dyscyplinowania i szykanowania opornych członków „wspólnoty”, z Polską na czele. Dodać należy przy tym, że poczesne miejsce zajmuje tu szantaż finansowy. Wprawdzie budżet UE po 2020 r. tak czy inaczej miał być chudszy od obecnego, o czym wiadomo było od dawna, lecz prócz tego postanowiono uruchomić straszak w postaci dodatkowego, „represyjnego” ograniczenia środków – i to pomimo, że w zasadzie brak jest podstaw traktatowych do podobnego rozwiązania. Słowem, „sankcje” mają być – jak nie „prawem” to „lewem”.

Stało się tak na ewidentne życzenie Niemiec, które już w połowie 2017 r. w dokumencie „Stanowisko ministerstwa gospodarki dot. polityki spójności UE po 2020” postulowały, iż „powinno się sprawdzić, czy wypłaty funduszy strukturalnych można też uzależnić od przestrzegania norm państwa prawa”. Jak podawało wówczas „Deutsche Welle”, oznacza to „powiązanie przestrzegania podstawowych zasad praworządności z możliwością decydowania o udzieleniu unijnej pomocy na realizację konkretnych, wskazanych przez Komisję Europejską, przedsięwzięć strukturalnych”. Wprowadzenie takiej zasady oznaczałoby utworzenie arbitralnego mechanizmu wywierania na kraje członkowskie permanentnej presji ekonomicznej – i to w trybie kompletnie „pozatraktatowym”. Precedens już jest, bo wszak procedura „kontroli praworządności” wszczęta przez Komisję Europejską wobec Polski również nie ma żadnego umocowania w Traktacie Lizbońskim i stanowi czystą uzurpację brukselskich urzędników.


II. Ryzykowna gra

No dobrze, mamy mniej więcej zarysowane tło polityczno-prawne – ale dlaczego twierdzę, że ów festiwal szykan może okazać się przeciwskuteczny i koniec końców obrócić się przeciw jego inicjatorom? Już wyjaśniam. Otóż kalkulacja Berlina, brukselskich marionetek oraz trzódki miejscowych targowiczątek („totalna opozycja” plus szeroko rozumiani beneficjenci III RP) wygląda następująco: wprowadzenie pod jakąkolwiek postacią „sankcji” uderzających w Polskę ma spowodować załamanie społecznego poparcia dla PiS, a tym samym utorować drogę do powrotu do władzy dawnej, zblatowanej i usłużnej sitwy. To jaką formalnie owe represje przybiorą postać jest sprawą drugorzędną – jeśli nie uda się ich przeforsować na forum Rady Europejskiej (zapowiedziane weto Węgier), to spróbujemy „karnie” obciąć fundusze w najbliższej perspektywie budżetowej (mówi się o 12 mld. euro mniej dla Polski, Węgier i Czech), bądź uruchomimy Trybunał Sprawiedliwości UE, który nałoży kary za odmowę przyjmowania „uchodźców”. Niezależnie od końcowego wyniku tych zabiegów, sama polityczna wrzawa generowana w trakcie różnych europejskich procedur również ma za zadanie przeczołgać rząd PiS i pozbawić go powagi w oczach polskiej opinii publicznej (casus „27:1” i nieudanej próby zablokowania reelekcji Tuska, która zachwiała na moment sondażami).

Tak to sobie wymyślili i jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że te rachuby mają duże szanse na urzeczywistnienie. Jednak w obecnych warunkach podobna zagrywka obarczona jest znacznym ryzykiem i może obrócić się przeciw jej inicjatorom, co najwyraźniej jakimś szóstym zmysłem przewąchał wspomniany na wstępie Jean-Claude Juncker. Otóż Polacy są już nieco innym narodem, niż jeszcze kilka lat temu. Po kryzysie migracyjnym i finansowym Zachód przestał im tak bardzo imponować, a cielęcy zachwyt ustąpił miejsca rosnącemu sceptycyzmowi. Dodatkowo, o ile awantura wokół reelekcji Tuska była dla wielu niezrozumiała i niepotrzebna, o tyle w przypadku obecnej rozgrywki kręcącej się wokół migrantów i reformy sądownictwa doskonale wiedzą kto się zgodził na „kwoty” (i to w ramach stałego mechanizmu relokacji), a także kto dziś donosi do obcych stolic i wręcz otwarcie wyczekuje wrogich posunięć zagranicy wobec polskiego państwa. Wiadomość o sześciorgu eurodeputowanych PO głosujących za uruchomieniem art.7 odłożyła się trwale w głowach wyborców – podobnie jak nawoływania do wprowadzenia wobec Polski sankcji (wywiad Borysa Budki dla „Die Zeit”, pohukiwania Wałęsy, tudzież rozmaitych autorytetów obozu III RP).

Wszystko to razem wzięte oznacza, że wprowadzenie sankcji (w tej czy innej postaci) może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i poderwać społeczne poparcie dla naszego członkostwa w Unii Europejskiej oraz definitywnie skompromitować „totalną opozycję” w oczach wyborców – na wzór opozycji na Węgrzech. A im głośniej PO do spółki z „beneficjentami III RP” będzie wyrażać satysfakcję (choćby przybraną w obłudny welon troski), tym opisany efekt będzie silniejszy. Jeżeli dołożymy do powyższego programową pustkę Platformy, Nowoczesnej i reszty, to możemy otrzymać skutek w postaci społecznej konsolidacji wokół obozu Zjednoczonej Prawicy. Zauważył to zresztą w grudniu ub.r. „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, pisząc iż „ewentualne sankcje, w tym ograniczenie wypłat z funduszy strukturalnych, mogą podkopać ciągle wysokie zaufanie Polaków do UE” i dodając: „Poparcie dla UE jest w polskim społeczeństwie ciągle jeszcze wysokie. Nie należy lekceważyć faktu, że stanowi ono dla PiS pewne ograniczenie. UE nie powinna przyczyniać się sama do podkopywania jej legitymacji”.


III. Wypuszczanie dżinna z butelki

Oznacza to, że istnieje realne ryzyko (z punktu widzenia Brukseli i miejscowych euro-folksdojczów) gwałtownego wzrostu w najbliższym czasie nastrojów eurosceptycznych – co w skrajnym scenariuszu może się przełożyć na polexit, nawet gdyby sam PiS był od podobnego kroku jak najdalszy. Innymi słowy, może się powtórzyć przypadek premiera Davida Camerona, który pod presją własnej obietnicy wyborczej i społecznych nastrojów zarządził referendum w sprawie brexitu, po czym ten odbezpieczony polityczny granat wybuchł mu prosto w twarz – wydarzenia nabrały własnej dynamiki, a Cameron, który był zwolennikiem pozostania Wlk. Brytanii w UE stał się niechcący ojcem „secesji”. Tak się kończy wypuszczanie dżinna z butelki – a w przypadku Polski takim dżinnem mogą stać się sankcje i obcięcie eurofunduszy.

A potencjalne podglebie jest. Przypomnę sondaż IBRIS dla „Polityki” z czerwca 2017 r., w którym 56,5 proc. opowiedziało się przeciw przyjmowaniu uchodźców, nawet gdyby wiązało się to z ograniczeniem unijnych funduszy; z kolei na pytanie o odmowę przyjęcia uchodźców nawet za cenę wyjścia z UE „zdecydowanie tak” i „raczej tak” odpowiedziało łącznie 51,2 proc. respondentów. Ponadto Polacy niezmiennie przeciwni są przyjęciu waluty euro, zaś ze wspomnianego tu niedawno raportu Fundacji Batorego „Polacy wobec UE: koniec konsensusu” gdzie wzięto pod lupę różne sondaże z ostatnich lat jasno wynika, że poparcie dla UE nie jest bynajmniej bezwarunkowe – Polacy są wprawdzie generalnie „za”, lecz tylko pod warunkiem poszanowania naszej podmiotowości i prawa do realnego współdecydowania o obliczu europejskiej wspólnoty.

Tak więc, na miejscu dzisiejszych hunwejbinów spod znaku „ulicy i zagranicy”, działających w myśl zasady „im gorzej (dla Polski), tym lepiej (dla nas)”, wziąłbym na wstrzymanie – bo finalnie możecie się, robaczki, nielicho zdziwić.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Żegnaj Brukselo!

Porozmawiajmy o polexicie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 02 (12-18.01.2018)

niedziela, 7 stycznia 2018

Unijni mordercy zza biurek

Dyktowana Europie samobójcza polityka migracyjna jest krwawą zbrodnią popełnianą na europejskich narodach, na naszej kulturze i cywilizacji.

I. Polska kontra Soros

Mam odwagę zadać pytanie elitom politycznym w Europie: dokąd zmierzacie, dokąd zmierzasz, Europo? Podnieś się z kolan i obudź się z letargu, bo w przeciwnym razie codziennie będziesz opłakiwała swoje dzieci! - to przesłanie premier Beaty Szydło wygłoszone w polskim (wreszcie polskim, chciałoby się dodać) Sejmie, odbiło się szerokim echem w świecie, budząc zrozumiały odzew w zmaltretowanych kryzysem migracyjnym i falą terroryzmu społeczeństwach Zachodu. Na podobnej zasadzie w internecie furorę zrobiły zdjęcia z warszawskiego metra – widać na nich czysty wagon w którym ludzie spokojnie sobie siedzą, przeglądają smartfony, czytają książki itd. Zachodni internauci z miejsca zaczęli porównywać tę sytuację z obrazkami z rodzimych krajów. Komentarze w rodzaju: „Tylko tam siedzą. Nikt nie próbuje nikogo zabić. Jakie to dziwne. Na pewno to na tej planecie?” czy „Dlaczego nie ma kału ani moczu czy czarnych palących skręty?”, mówią same za siebie.

Odwrotnie było z europejskimi decydentami, dla których takie postawienie sprawy jest czystą herezją. Im przyświeca raczej program George'a Sorosa - UE powinna przyjmować ok. miliona „uchodźców” rocznie, przymusowo relokować ich zgodnie z unijnymi wytycznymi, przeznaczać na każdego migranta 15 tys. euro przez dwa lata, zaś całość sfinansować za pomocą długu, emitując co roku obligacje o wartości 20 mld. euro. Nic więc dziwnego, że przeciw krajom opierającym się wspomnianym założeniom, takim jak Polska i pozostałe państwa Grupy Wyszehradzkiej, wytoczono najcięższe działa. Soros oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie powiązał powyższego z interesami, jako że przy innej okazji wizytując Parlament Europejski stwierdził, iż dług państwowy jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych – czyli przestrzeni w której Soros zarabia swoje miliardy. Zatem grandziarz, inkasując „zysk bez ryzyka” od euroobligacji, zyskiwałby jednocześnie kolejne fundusze na dalsze finansowanie swej opętańczej utopii. Istne perpetuum mobile zbrodni.


II. Norymberga dla eurokratów

Tak właśnie, nie przesłyszeli się Państwo – zbrodni, bowiem dyktowana Europie samobójcza polityka migracyjna jest krwawą zbrodnią popełnianą na europejskich narodach, na naszej kulturze i cywilizacji. Procederem tym zaś zawiadują unijni mordercy zza biurek - to oni odpowiedzialni są za „opłakiwanie swoich dzieci” przez Europę. Na szczęście, pomału, z oporami, ale jednak zachodnie społeczeństwa się budzą, o czym świadczy rosnąca popularność wyklinanych „populistów”. I to właśnie te społeczeństwa, po wybudzeniu z lewackiej śpiączki powinny pociągnąć do odpowiedzialności winnych obecnego stanu rzeczy. Eurokratów musi spotkać Norymberga – i to dokładnie z tych samych powodów, dla których zostali skazani ich historyczni odpowiednicy, realizujący projekt „zjednoczonej Europy” pod przywództwem III Rzeszy.

Ideowym patronem obecnych europejskich elit nie jest wprawdzie Adolf Hitler (a przynajmniej nie oficjalnie), lecz włoski komunista Altiero Spinelli, którego imieniem nazwano budynek Parlamentu Europejskiego w Brukseli – ale cel jest ten sam. Spinelli w „Manifeście z Ventotene” zarysował wizję zniszczenia państw narodowych i mającej zająć ich miejsce europejskiej, socjalistycznej federacji – na rzecz której zresztą działał później w Komisji Europejskiej i jako deputowany do Parlamentu Europejskiego. W sierpniu 2016 r. na jego grobie na wyspie Ventotene kwiaty złożyli niemiecka kanclerz Angela Merkel, francuski prezydent Francois Hollande oraz premier Włoch Matteo Renzi, zaś Merkel przy tej okazji powiedziała: „To wyraźnie pokazuje, że wiemy, skąd wzięła się Unia Europejska”. Skromnie tylko nie dodała, że do planu Spinellego wprowadziła drobną modyfikację – ma to być federalna Unia pod niemiecką hegemonią.

Owi pogrobowcy włoskiego lewaka w imię realizacji tego „Nowego Wspaniałego Świata” (że nawiążę do słynnej antyutopii Aldousa Huxleya) nie cofną się przed żadnym łajdactwem i zbrodnią. Otwarcie Europy na oścież jawi się w tym kontekście jako element szerszego, przeprowadzanego z pełną premedytacją planu: najpierw wywołujemy potężny kryzys, by następnie przerażonym społeczeństwom przedstawić „rozwiązanie” pod postacią „ucieczki do przodu” - więcej integracji, więcej władzy dla centralnych eurostruktur, a mniej suwerenności, mniej samostanowienia poszczególnych państw i narodów. A że po drodze zginą ludzie? Cóż, to są nieuniknione koszta postępu – gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.


III. Oskarżam!

Zatem trzeba powiedzieć „oskarżam!”.

Oskarżam George'a Sorosa o celową działalność na szkodę Europy, mającą zniszczyć państwa narodowe. Robił to zarówno poprzez propagandową i „społeczną” aktywność podległych mu organizacji, jak i wpływając na polityków (w tym 226 eurodeputowanych), a także współfinansując falę muzułmańskiej migracji do Europy. Ostatnim przejawem powyższego była aktywność tzw. „organizacji humanitarnych”, które współpracując ściśle z przemytniczymi mafiami, ustanowiły wręcz „przeprawę promową” z libijskiego wybrzeża na Sycylię. Skutkiem bezpośrednim powyższego był kryzys humanitarny i w konsekwencji liczne ofiary śmiertelne wśród migrantów, a pośrednim – fala terroryzmu.

Oskarżam kanclerz Niemiec Angelę Merkel o świadome łamanie zarówno międzynarodowych traktatów, jak i prawa krajowego poprzez samowolne i bezprawne otwarcie granic, czego efektem był niekontrolowany napływ ponad miliona nielegalnych i w większości wrogich Europie muzułmańskich imigrantów. Oskarżam niemieckie władze o zaniechania i bezczynność, bierność w obliczu zagrożenia, skutkujące licznymi zamachami terrorystycznymi oraz skokowym wzrostem przestępczości - gwałty, napady, pobicia, kradzieże - tak w Niemczech, jak i w innych krajach. W szczególności kanclerz Merkel winna jest zamachowi na bożonarodzeniowy jarmark w Berlinie (19.12.2016) przeprowadzonemu przez islamistę Anisa Amriego w wyniku którego śmierć poniosło 12 osób (w tym Polak), a dalsze 56 zostało rannych; jest winna gwałtom i napaściom na kobiety podczas sylwestra w Kolonii 2015 r., a także szeregowi pozostałych zamachów i innych przestępstw popełnionych przez migrantów. Jako inicjatorka polityki „otwartych drzwi” jest współwinna aktów terroryzmu w wielu krajach Europy. Zarzut współwiny tyczy się również pozostałych oskarżonych.

Oskarżam prezydenta Francji Francois Hollanda, premiera Włoch Matteo Renziego, a także władze innych krajów, takich jak Belgia, Szwecja, Hiszpania, Wlk. Brytania – o zbrodniczą bezmyślność i bezczynność, co w języku prawa karnego przekłada się na działanie w tzw. „zamiarze ewentualnym”, której efektem były m.in. zamachy w Paryżu (13.11.2015 – 130 zabitych, ponad 300 rannych), Nicei (14.07.2016 - 87 ofiar śmiertelnych i ponad 200 rannych), Brukseli (22.03.2016 – 32 zabitych, 316 rannych), Manchesterze (22.05.2017 – 23 ofiary śmiertelne, 119 rannych), Londynie (03.06.2017 – 8 zabitych, 48 rannych), Barcelonie (18.08.2017 – 13 zabitych, ponad 100 rannych) – a także wiele innych aktów przemocy w Europie, takich jak pobicie i bestialski gwałt w Rimini na parze polskich turystów. Dodatkową konsekwencją działań i zaniechań oskarżonych był wzrost przemocy w przestrzeni publicznej oraz rozprzestrzenienie się radykalnego islamizmu na naszym kontynencie.

Oskarżam wreszcie europolityków, w szczególności zaś Martina Schulza, Jean-Claude Junckera, Fransa Timmermansa, Guya Verhofstadta – o poplecznictwo i aktywne propagowanie polityki migracyjnej skutkującej ww. zbrodniami, a także o niedopuszczalne naciski na państwa opierające się skonstruowanemu pod ich egidą tzw. „mechanizmowi relokacji”.

Podsumowując - wszyscy wymienieni, a także ich współpracownicy i zausznicy (w tym medialni propagandyści), działając z pobudek ideologicznych dopuścili się zbrodni przeciw ludzkości – i jako tacy powinni stanąć przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze, bądź innym, powołanym w celu ich osądzenia specjalnym sądem międzynarodowym.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 01 (05-11.01.2018)

piątek, 12 maja 2017

Pod-Grzybki 96

Jerzy Dziewulski objawił kto upił Kwaśniewskiego w 1999r. przed uroczystościami w Charkowie. Okazało się, że Kwachu chlał w samolocie z abp. Sławojem Leszkiem Głódziem. Tyle, że w przeciwieństwie do „Olka-alkoholka” Głódź ma łeb do wódki i po nim akurat nie było widać. Cóż, kto siada do flaszki z Głódziem jest sam sobie winien, a poza tym, jak to mawiają – pić to trzeba umieć.


*

W Warszawie odbyła się manifestacja nomenklatury III RP pod nazwą „Marsz wolności”. W dość zgodnej opinii była frekwencyjną klapą – mimo zwiezienia autokarami terenowego aktywu PO, demonstrowało ok. 12 tys. osób. Tylko „Wyborcza” podała, że uczestników marszu było... 90 tysięcy. Jak sądzę, redaktorzy „Wyborczej” najpierw pili z Głódziem, a potem starannie policzyli te wszystkie biegające wśród demonstrantów białe myszki.


*

Na marginesie, małżonka Nowoczesnego Swetru wniosła pozew rozwodowy. W związku z tym doradzam szybki kurs u Kijowskiego przy merytorycznym wsparciu sędziego Żurka: „jak się migać od alimentów”. Czuję, że będzie bardzo przydatny.


*

Mediodajnie donoszą, że cesarzowa Makrela okropnie wściekła się na Junckera. A było tak – Juncker odbył dość nieprzyjemną rozmowę z Teresą May w sprawie Brexitu, po czym wychlapał wszystko po pijaku mediom. Pokazuje to dwie sprawy – po pierwsze, gdzie jest prawdziwy ośrodek decyzyjny Unii Europejskiej, skoro nominalny szef KE nie może samodzielnie informować mediów o swej działalności bez uzgodnienia z Berlinem. A po drugie – skoro Makrela wbrew wszystkiemu przeforsowała pijaczynę na tak eksponowane stanowisko, to teraz ma za swoje.


*

Francuski Makaron, w ramach dążenia do wylądowania na stolcu prezydenta Republiki obsobaczył Polskę za „dumping socjalny”, wskutek którego Whirpool przenieść ma do nas swoją fabrykę. Potem się połapał, że uderzył tym samym w podstawy UE, jakimi są swobodny przepływ kapitału i ludności, więc zaczął tradycyjnie parlować o „łamaniu zasad demokratycznych” i że ogólnie zrobi z nami porządek. I to mówi polityk państwa w którym od 2015 r. obowiązuje permanentny stan wyjątkowy. Panie Makaron – primo, weź pan ochłoń, bo się jeszcze rozgotujesz. A tak przy okazji – i to secundo - lewicowy Makaron to chłopak na posyłki Rothschildów, co tylko potwierdza, że lewactwo i banksterzy to dwie strony tego samego medalu.


*

Episkopat postanowił odwrócić się od narodowców, czemu dał wyraz w niedawnym dokumencie „Chrześcijański kształt patriotyzmu” (omawiam go szerzej w osobnym tekście), sprawiającym momentami wrażenie, jakby powstał na zamówienie postępowej sekty z Czerskiej. Niemal równolegle w Warszawie demonstrował ONR wznosząc m.in. okrzyk „Ave Christus Rex”. Trudno o większy kontrast. Drodzy księża biskupi, jeśli piętnujecie nacjonalizm, to potem nie zdziwcie się, gdy w godzinie próby nie będzie komu bronić Kościoła przed atakami. No chyba, że liczycie na żarliwych obrońców z „Wyborczej” i „Tygodnika Powszechnego”. Jeśli tak, to nie mam pytań.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 19 (10-16.05.2017)

wtorek, 23 lutego 2016

Pod-Grzybki 39

Proszę Państwa, taka kombinacja: zły haker podszył się na Twitterze pod sędziego Łączewskiego i Tomasza Lisa (jednocześnie), prowadził następnie przez jakiś czas dyskusję uradzając sam ze sobą nad tym, jak by tu zaszkodzić PiS, następnie przejął kontrolę nad laptopem sędziego by móc robić mu fotki kamerką i przesyłać pomiędzy dwoma „fejkowymi” profilami. W końcu zaś zaprosił sam siebie na spotkanie, na którym – cóż za niespodzianka – pojawił się prawdziwy sędzia Łączewski. Nadążacie Państwo? Nie? Nic dziwnego, bo to z pewnością wielopiętrowa gra operacyjna obliczona na skompromitowanie nieposzlakowanego rycerza Temidy. Albo ostra schizofrenia, kiedy to różne osobowości przejmują na zmianę kontrolę, nie wiedząc o sobie nawzajem. Ewentualnie, jak kto woli, tak zwane głupie tłumaczenie.

*

Sędzia Łączewski oprócz tego, że skazał Mariusza Kamińskiego na trzy lata odsiadki wsławił się również tym, że nakazał kibolom w ramach pokuty za „antysemityzm” obejrzeć film Izabeli Cywińskiej „Cud Purymowy”. Przyznam się, że widziałem to dzieło zaangażowanej kinematografii w czasach, gdy korzystałem jeszcze z wynalazku zwanego telewizją. Fabuła, z tego co pamiętam idzie tak: rodzina złych, ciemnych i nienawistnych polskich antysemitów z synkiem-kibolem odkrywa nagle swe żydowskie korzenie i pod wpływem wstrząsu zmienia się w dobrych i łagodnych Żydów, pląsających z uduchowionymi minami po mieszkaniu. Poważnie. Całość zaś nakręcona jest tak topornie, że nawet w socrealistycznych produkcyjniakach znalazłoby się więcej finezji. Resocjalizacyjne walory tego czegoś mogłyby się ujawnić tylko w jednym przypadku: gdyby wzorem „Mechanicznej pomarańczy” trzymać kogoś siłą całymi dniami przed ekranem uniemożliwiwszy mu zamknięcie oczu. I sądzę, że właśnie sędzia Łączewski musiał paść ofiarą takiego eksperymentu, co tłumaczyłoby jego zaburzenia osobowości.

*

No proszsz... Premier Francji, jak mu tam... a, już wiem – Manuel Valls - zadeklarował, że jest przeciwny dalszemu przyjmowaniu tzw. „uchodźców”, w szczególności zaś – stworzeniu stałego mechanizmu podziału, o co zabiegają Niemcy. Skrytykował też politykę Merkel w tej materii. No to teraz czekamy na wrzaski, że należy odebrać subwencje dla francuskiego rolnictwa, a w ogóle to niewdzięcznych żabojadów należałoby siłą wytresować do europejskiej solidarności. Schulz, Schulz! Gdzie pan się podział?

*

Przy okazji – wyciekły stenogramy z „negocjacji” Junckera i Tuska z Erdoganem, z których wynika, że turecki przywódca solidnie przeczołgał obu euro-eunuchów. Beształ ich jak gówniarzy i otwarcie szantażował wypuszczeniem nowej fali migrantów, jeśli nie otrzyma z UE 3 mld euro rocznie. A oto próbka: „Tak naprawdę nie potrzebujemy waszych pieniędzy. Możemy po prostu otworzyć granice do Bułgarii i Grecji i wsadzić imigrantów do autobusów”. O co zakład, że Erdogan dostanie czego chce? Tak się negocjuje z politycznymi kastratami cierpiącymi na manię wielkości.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 7 (17-23.02.2016)

piątek, 22 stycznia 2016

A więc wojna!

Polska padła ofiarą wojny hybrydowej. Z całego arsenału właściwego dla tego rodzaju konfliktu nie ma u nas jedynie „zielonych ludzików”.

I. Wojna hybrydowa

„A więc wojna!” - tylko tym historycznym cytatem z komunikatu Polskiego Radia z 1 września 1939 roku można skomentować kroki wszczęte ostatnio wobec Polski. O ile dotychczasowe pohukiwania zachodnich mediów i polityków, szczególnie niemieckich, można było traktować jako rozłożone w czasie ultimatum, o tyle zarówno zainicjowanie przez Komisję Europejską procedury kontroli praworządności, jak i obniżenie ratingu Polski przez agencję „Standard & Poor's” należy uznać za akt otwartej wojny z obecnym rządem, a de facto – z usiłującą wybić się na podmiotowość Polską. Proszę zwrócić uwagę, że mamy tu do czynienia ze skoordynowaną akcją wywołania kryzysu tak na arenie wewnętrznej, jak i międzynarodowej. Demonstracje KOD-u, same w sobie niegroźne, zyskały nieproporcjonalne do ich wagi wsparcie propagandowe z zagranicy. Zbiegło się to z jawnym oczekiwaniem wyrażanym przez dotychczasowy establishment III RP, również medialny, na jakąś formę obcej interwencji, czego jaskrawym przykładem było założenie donosicielskich blogów przez trzech dziennikarzy „Gazety Wyborczej” (Michał Kokot, Paweł Wroński i Roman Imielski) na portalu niemieckiego tygodnika „Die Zeit”, czy apel innego dziennikarza tejże gazety, Bartosza Wielińskiego, do Niemiec, by „nie milczały”. Z kolei Wojciech Czuchnowski otwartym tekstem wezwał polską armię, by ta wypowiedziała posłuszeństwo szefowi MON, Antoniemu Macierewiczowi – a wszystko to w cieniu rokoszu konstytucyjnego firmowanego przez prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego, tudzież postulatów formułowanych przez prawnicze autorytety aby prezesi sądów sabotowali wytyczne resortu sprawiedliwości, jeżeli uznają je za „sprzeczne z prawem”, a nawet posunęli się do „strajku sędziowskiego”.

Nie ma się co oszukiwać – Polska w chwili obecnej padła ofiarą „wojny hybrydowej”. Z całego arsenału właściwego dla tego rodzaju konfliktu nie ma u nas jedynie „zielonych ludzików”, wszystko inne się zgadza. Spójrzmy: wojna propagandowa – jest, próby wewnętrznej destabilizacji i sparaliżowania państwa – jak najbardziej, naciski polityczne z zagranicy – a i owszem, wojna ekonomiczna obliczona na rozchwianie gospodarki – również. Zresztą, także pojawienie się „zielonych ludzików” pod pozorem „bratniej pomocy” i „ratowania demokracji” może być jedynie kwestią czasu, zważywszy, że wciąż żyjemy pod rządami słynnej „ustawy 1066”, z niezrozumiałych dla mnie względów nie uchylonej jeszcze przez parlament. Wszystko zależy od rozwoju wydarzeń. W każdym razie, rodzime Targowiczątka nie posiadają się ze szczęścia, głośno wyrażając swoją schadenfreude.

II. Bitwa o złotówkę

Posunięcia rządu PiS godzą w potężne interesy gospodarcze i polityczne. Z jednej strony, Niemcy nie mogą sobie pozwolić na utratę kolonizowanej politycznie i ekonomicznie Mitteleuropy. O ile były w stanie jeszcze zdzierżyć bunt niewielkich Węgier Victora Orbana, o tyle wybicie się na samodzielność dużego kraju, jakim jest Polska, szczególnie w warunkach rysującego się sojuszu państw Europy Środkowej, jest dla nich nie do zaakceptowania – stąd uruchomienie Brukseli i Komisji Europejskiej. Z kolei wprowadzany podatek bankowy, oraz podatek od sieci handlowych w połączeniu z projektem uregulowania kwestii łże-kredytów frankowych, a także rozprawienia się z procederem „cen transferowych” i wyprowadzania z Polski miliardów dolarów rocznie, uderza w interesy międzynarodowych koncernów. Stąd obecna, wielopłaszczyznowa akcja mająca na celu upadek rządu PiS i dojście do władzy „grzeczniejszych” następców – choćby spod znaku „.Nowoczesnej” Ryszarda Petru.

Jak donosi „Gazeta Finansowa”, od listopada 2015 roku prowadzony jest atak spekulacyjny na złotówkę w obronie której Bank Gospodarstwa Krajowego wydał już kilka miliardów euro. Oznacza to, że lobby bankstersko-spekulacyjne poczuło się poważnie zagrożone dojściem do władzy PiS. Analogiczny atak przeprowadzono w 2010 roku na węgierskiego forinta, zaraz po zwycięstwie Victora Orbana, który również nie taił zamiaru zerwania z gospodarczą kolonizacją Węgier. Czyli, mamy walkę na wyczerpanie – albo pieniądze skończą się spekulantom, albo polskiemu rządowi. I w tym właśnie kontekście należy rozpatrywać obniżenie długoterminowego ratingu Polski przez „Standard & Poor's” z A- do BBB+. Jest to dywersja na rzecz globalnych spekulantów obliczona na zachwianie złotówką. Pocieszające, że Polska jest obecnie w lepszej kondycji gospodarczej niż Węgry w 2010. Skoro Budapeszt wyszedł z konfrontacji obronną ręką, to jest szansa, że obroni się i Warszawa. Ponadto o stabilnych podstawach gospodarki świadczy fakt, iż żadna z pozostałych agencji „wielkiej trójki” („Fitch” i „Moody's”) nie obniżyła swych prognoz.

Dodajmy, iż „S&P” jest agencją dość specyficzną. Jej konto nie tylko obciążają „pomyłki” ratingowe (jak w przypadku oceny „Lehman Brothers”) współwinne wybuchu globalnego kryzysu finansowego w 2008, lecz również wątpliwe motywacje działania. Np. w 2011 r. „S&P” obniżyła rating USA z AAA do AA+ - rzecz bez precedensu – co skutkowało potężnym tąpnięciem na Wall Street. Przy czym szef „S&P” John Chambers bez żenady przyznał, że za obniżką nie stały żadne obiektywne dane ekonomiczne – chciał mianowicie... „ukarać polityków”. Jak widać, „S&P” zamiast oceniać wskaźniki woli od czasu do czasu zabawić się w giełdowego Pana Boga i poharcować na styku gospodarki i polityki. Tak jest i tym razem – agencja oświadczyła bowiem, że obniżenie ratingu Polski jest efektem „zamachu” na Trybunał Konstytucyjny i „zawłaszczenia” mediów publicznych. Na marginesie operacji „S&P” warto jeszcze wspomnieć, że gdy poprzedni Trybunał Konstytucyjny uchylał Bankowy Tytuł Egzekucyjny jako naruszający zasadę równości, jedynym sędzią, który złożył zdanie odrębne idąc po linii lobby bankowego, był Andrzej Rzepliński. Tak, finansowa międzynarodówka niewątpliwie ma kogo bronić...

III. Pełzający zamach stanu

Czy decyzja „S&P” może mieć dla Polski realne negatywne konsekwencje? Może. Osłabienie złotego będzie skutkować choćby wzrostem rentowności polskich papierów dłużnych i zwiększeniem kosztów obsługi naszego zadłużenia zagranicznego. A to w skrajnych przypadkach prowadziło już w niedawnej przeszłości do upadku rządów – szczególnie, gdy zbiegło się z polityczną wolą różnych europejskich „wielkich braci”. Przypomnę tu historię funkcjonowania niesławnej „Grupy Frankfurckiej” - nieformalnego gremium w skład którego wchodzili: Angela Merkel, Nicolas Sarkozy, Jean-Claude Juncker (ówczesny szef eurogrupy), Christine Lagarde (dyrektor zarządzająca MFW), José Manuel Barroso (wówczas przewodniczący Komisji Europejskiej), Herman Van Rompuy (przewodniczący Rady Europejskiej, poprzednik Tuska), Mario Draghi (prezes EBC) i Olli Rehn (komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych). Grupa ta podczas szczytu G-20 w listopadzie 2011 otwarcie deklarowała zamiar obalenia rządu Silvio Berlusconiego. Najpierw doprowadzono serią alarmistycznych komunikatów do zwiększenia przez „rynki” oprocentowania włoskich obligacji aż do 7%, zaś ciosem ostatecznym stała się groźba Europejskiego Banku Centralnego wstrzymania wykupu włoskich papierów – czyli zaniechanie finansowania włoskiego długu publicznego. W efekcie, ten sam parlament, który wcześniej popierał Berlusconiego, szybciutko go odwołał, przerażony widmem bankructwa. Następcą został Mario Monti – m.in. europejski prezes Komisji Trójstronnej i członek komitetu sterującego Grupy Bilderberg... Chwilę wcześniej podobny los spotkał greckiego premiera Jeorjosa Papandreu – skutecznie „zgrillowanego” przez duet „Merkozy” i „rynki” po tym jak zapowiedział referendum w sprawie warunków pomocy finansowej dla Grecji. Zastąpił go Lukas Papadimos – były wiceprezes Europejskiego Banku Centralnego.

Tak się przeprowadza dziś zamachy stanu – bez masowej rewolty, bez wojska na ulicach, w białych rękawiczkach. Polska na szczęście nie należy do strefy euro, ma więc większe pole manewru, nie istnieje już także „Grupa Frankfurcka”, jednak mechanizm działania pozostał niezmieniony i jest na naszych oczach realizowany wobec Polski: serią nacisków polityczno-gospodarczych doprowadzić do upadku niewygodnego rządu, czemu sprzyja nakręcony przez osiem lat władzy PO gigantyczny dług publiczny Polski, w tym 350 mld USD zadłużenia zagranicznego, co czyni nas niestety podatnymi na ataki spekulacyjne w rodzaju tego, który trwa od ponad dwóch miesięcy. Kolejny krok, to desygnowanie na stanowisko premiera „niezależnego fachowca”, dziwnym trafem każdorazowo wywodzącego się z kręgów banksterskich (na takowego najwyraźniej szykowany jest dla Polski Ryszard Petru), który następnie posłusznie spełni oczekiwania swych prawdziwych mocodawców. I o to właśnie toczy się gra - a to dopiero początek wojny.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3163-pod-grzybki

Na podobny temat:

„Ojro, ojro uber alles”

Nowa podmiotowość Lewiatana

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 3 (124) (20-26.01.2016)