Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opcja atomowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opcja atomowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 stycznia 2018

Chcecie sankcji? Dobrze!

Wprowadzenie sankcji może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i poderwać społeczne poparcie dla naszego członkostwa w Unii Europejskiej.

I. Sankcje „prawem i lewem”

Kto by pomyślał – Jean-Claude Juncker w jakimś niepojętym przypływie trzeźwości opowiedział się przeciw zabieraniu unijnych pieniędzy państwom sprzeciwiającym się przyjmowaniu nachodźców w ramach tzw. mechanizmu relokacji. Tym samym zajął stanowisko przeciwne wobec Martina Schulza, który nieodmiennie pozostaje w stanie delirycznej maligny i twardo obstaje (ostatnio w wywiadzie dla „Bilda”) za obcięciem euro-funduszy dla „niepokornych” krajów. Jeszcze trochę i Juncker przetrzeźwieje na tyle, by uznać, że również sankcje i ograniczenie środków strukturalnych za „łamanie praworządności” oraz cała heca z „opcją atomową” opisaną w art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej może okazać się, delikatnie mówiąc, przedsięwzięciem przeciwskutecznym. Oczywiście, formalnie są to dwie różne sprawy i dwa odrębne postępowania, ale patrząc od strony politycznej obie są uzupełniającymi się częściami tej samej operacji dyscyplinowania i szykanowania opornych członków „wspólnoty”, z Polską na czele. Dodać należy przy tym, że poczesne miejsce zajmuje tu szantaż finansowy. Wprawdzie budżet UE po 2020 r. tak czy inaczej miał być chudszy od obecnego, o czym wiadomo było od dawna, lecz prócz tego postanowiono uruchomić straszak w postaci dodatkowego, „represyjnego” ograniczenia środków – i to pomimo, że w zasadzie brak jest podstaw traktatowych do podobnego rozwiązania. Słowem, „sankcje” mają być – jak nie „prawem” to „lewem”.

Stało się tak na ewidentne życzenie Niemiec, które już w połowie 2017 r. w dokumencie „Stanowisko ministerstwa gospodarki dot. polityki spójności UE po 2020” postulowały, iż „powinno się sprawdzić, czy wypłaty funduszy strukturalnych można też uzależnić od przestrzegania norm państwa prawa”. Jak podawało wówczas „Deutsche Welle”, oznacza to „powiązanie przestrzegania podstawowych zasad praworządności z możliwością decydowania o udzieleniu unijnej pomocy na realizację konkretnych, wskazanych przez Komisję Europejską, przedsięwzięć strukturalnych”. Wprowadzenie takiej zasady oznaczałoby utworzenie arbitralnego mechanizmu wywierania na kraje członkowskie permanentnej presji ekonomicznej – i to w trybie kompletnie „pozatraktatowym”. Precedens już jest, bo wszak procedura „kontroli praworządności” wszczęta przez Komisję Europejską wobec Polski również nie ma żadnego umocowania w Traktacie Lizbońskim i stanowi czystą uzurpację brukselskich urzędników.


II. Ryzykowna gra

No dobrze, mamy mniej więcej zarysowane tło polityczno-prawne – ale dlaczego twierdzę, że ów festiwal szykan może okazać się przeciwskuteczny i koniec końców obrócić się przeciw jego inicjatorom? Już wyjaśniam. Otóż kalkulacja Berlina, brukselskich marionetek oraz trzódki miejscowych targowiczątek („totalna opozycja” plus szeroko rozumiani beneficjenci III RP) wygląda następująco: wprowadzenie pod jakąkolwiek postacią „sankcji” uderzających w Polskę ma spowodować załamanie społecznego poparcia dla PiS, a tym samym utorować drogę do powrotu do władzy dawnej, zblatowanej i usłużnej sitwy. To jaką formalnie owe represje przybiorą postać jest sprawą drugorzędną – jeśli nie uda się ich przeforsować na forum Rady Europejskiej (zapowiedziane weto Węgier), to spróbujemy „karnie” obciąć fundusze w najbliższej perspektywie budżetowej (mówi się o 12 mld. euro mniej dla Polski, Węgier i Czech), bądź uruchomimy Trybunał Sprawiedliwości UE, który nałoży kary za odmowę przyjmowania „uchodźców”. Niezależnie od końcowego wyniku tych zabiegów, sama polityczna wrzawa generowana w trakcie różnych europejskich procedur również ma za zadanie przeczołgać rząd PiS i pozbawić go powagi w oczach polskiej opinii publicznej (casus „27:1” i nieudanej próby zablokowania reelekcji Tuska, która zachwiała na moment sondażami).

Tak to sobie wymyślili i jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że te rachuby mają duże szanse na urzeczywistnienie. Jednak w obecnych warunkach podobna zagrywka obarczona jest znacznym ryzykiem i może obrócić się przeciw jej inicjatorom, co najwyraźniej jakimś szóstym zmysłem przewąchał wspomniany na wstępie Jean-Claude Juncker. Otóż Polacy są już nieco innym narodem, niż jeszcze kilka lat temu. Po kryzysie migracyjnym i finansowym Zachód przestał im tak bardzo imponować, a cielęcy zachwyt ustąpił miejsca rosnącemu sceptycyzmowi. Dodatkowo, o ile awantura wokół reelekcji Tuska była dla wielu niezrozumiała i niepotrzebna, o tyle w przypadku obecnej rozgrywki kręcącej się wokół migrantów i reformy sądownictwa doskonale wiedzą kto się zgodził na „kwoty” (i to w ramach stałego mechanizmu relokacji), a także kto dziś donosi do obcych stolic i wręcz otwarcie wyczekuje wrogich posunięć zagranicy wobec polskiego państwa. Wiadomość o sześciorgu eurodeputowanych PO głosujących za uruchomieniem art.7 odłożyła się trwale w głowach wyborców – podobnie jak nawoływania do wprowadzenia wobec Polski sankcji (wywiad Borysa Budki dla „Die Zeit”, pohukiwania Wałęsy, tudzież rozmaitych autorytetów obozu III RP).

Wszystko to razem wzięte oznacza, że wprowadzenie sankcji (w tej czy innej postaci) może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i poderwać społeczne poparcie dla naszego członkostwa w Unii Europejskiej oraz definitywnie skompromitować „totalną opozycję” w oczach wyborców – na wzór opozycji na Węgrzech. A im głośniej PO do spółki z „beneficjentami III RP” będzie wyrażać satysfakcję (choćby przybraną w obłudny welon troski), tym opisany efekt będzie silniejszy. Jeżeli dołożymy do powyższego programową pustkę Platformy, Nowoczesnej i reszty, to możemy otrzymać skutek w postaci społecznej konsolidacji wokół obozu Zjednoczonej Prawicy. Zauważył to zresztą w grudniu ub.r. „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, pisząc iż „ewentualne sankcje, w tym ograniczenie wypłat z funduszy strukturalnych, mogą podkopać ciągle wysokie zaufanie Polaków do UE” i dodając: „Poparcie dla UE jest w polskim społeczeństwie ciągle jeszcze wysokie. Nie należy lekceważyć faktu, że stanowi ono dla PiS pewne ograniczenie. UE nie powinna przyczyniać się sama do podkopywania jej legitymacji”.


III. Wypuszczanie dżinna z butelki

Oznacza to, że istnieje realne ryzyko (z punktu widzenia Brukseli i miejscowych euro-folksdojczów) gwałtownego wzrostu w najbliższym czasie nastrojów eurosceptycznych – co w skrajnym scenariuszu może się przełożyć na polexit, nawet gdyby sam PiS był od podobnego kroku jak najdalszy. Innymi słowy, może się powtórzyć przypadek premiera Davida Camerona, który pod presją własnej obietnicy wyborczej i społecznych nastrojów zarządził referendum w sprawie brexitu, po czym ten odbezpieczony polityczny granat wybuchł mu prosto w twarz – wydarzenia nabrały własnej dynamiki, a Cameron, który był zwolennikiem pozostania Wlk. Brytanii w UE stał się niechcący ojcem „secesji”. Tak się kończy wypuszczanie dżinna z butelki – a w przypadku Polski takim dżinnem mogą stać się sankcje i obcięcie eurofunduszy.

A potencjalne podglebie jest. Przypomnę sondaż IBRIS dla „Polityki” z czerwca 2017 r., w którym 56,5 proc. opowiedziało się przeciw przyjmowaniu uchodźców, nawet gdyby wiązało się to z ograniczeniem unijnych funduszy; z kolei na pytanie o odmowę przyjęcia uchodźców nawet za cenę wyjścia z UE „zdecydowanie tak” i „raczej tak” odpowiedziało łącznie 51,2 proc. respondentów. Ponadto Polacy niezmiennie przeciwni są przyjęciu waluty euro, zaś ze wspomnianego tu niedawno raportu Fundacji Batorego „Polacy wobec UE: koniec konsensusu” gdzie wzięto pod lupę różne sondaże z ostatnich lat jasno wynika, że poparcie dla UE nie jest bynajmniej bezwarunkowe – Polacy są wprawdzie generalnie „za”, lecz tylko pod warunkiem poszanowania naszej podmiotowości i prawa do realnego współdecydowania o obliczu europejskiej wspólnoty.

Tak więc, na miejscu dzisiejszych hunwejbinów spod znaku „ulicy i zagranicy”, działających w myśl zasady „im gorzej (dla Polski), tym lepiej (dla nas)”, wziąłbym na wstrzymanie – bo finalnie możecie się, robaczki, nielicho zdziwić.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Żegnaj Brukselo!

Porozmawiajmy o polexicie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 02 (12-18.01.2018)

niedziela, 31 grudnia 2017

Porozmawiajmy o polexicie

Prawdziwą przyjemnością będzie patrzeć, jak ci, którzy dziś gardłują o polexicie, zaczną w panice połykać własne języki.


I. „Polexitowa” histeria

„PiS chce wyprowadzić Polskę z Europy” - grzmi totalna opozycja. „Polexit to tajny plan Kaczyńskiego” - wtóruje niemiecka prasa i jej polskojęzyczne ekspozytury. I tak w koło Macieju od ponad dwóch lat. Przy każdej różnicy zdań między polskim rządem a Brukselą (żeby tylko, również przy każdym sporze z Berlinem, czy nawet po zerwaniu kontraktu na francuskie Caracale – nieloty), powtarza się ten sam refren. Działa to wedle schematu prostego jak konstrukcja cepa: jeśli polski rząd w jakiejkolwiek sprawie ma odmienną opinię od zadekretowanej przez unijnych rozgrywających, to znaczy, że „marginalizuje Polskę”, „degraduje do drugiej ligi” i „wyprowadza z Europy”. W tle zaś nieodmiennie majaczy szantaż oparty o „reductio ad Putinum” - PiS z Kaczyńskim mają mianowicie swoją polityką „radować Putina”. Tego samego Putina, w porozumieniu z którym Angela Merkel usiłuje przepchnąć kolanem gazociąg Nord Stream II i wyłączyć go spod europejskich regulacji energetycznych, a niemiecka lewica aż przebiera nogami, by pod byle pretekstem znieść sankcje nałożone na Rosję po agresji na Ukrainę. Ale Niemcy „na korzyść Putina” nie grają...

I na nic zdają się każdorazowe zaprzeczenia, że nic z tych rzeczy, nikt wyprowadzać Polski z UE nie zamierza – ba, nawet słowa Jarosława Kaczyńskiego, że dla polskiej obecności w Unii Europejskiej „nie ma alternatywy” traktowane są jako zasłona dymna. Można wręcz odnieść wrażenie, że dla wrzeszczących o „polexicie” histeryków koronnym dowodem jest sam fakt sprawowania władzy przez PiS. Otwartym pytaniem pozostaje, czy plotą te duby smalone z wyrachowania, licząc na wystraszenie euroentuzjastycznych Polaków, czy już sami uwierzyli we własną propagandę – ale to w gruncie rzeczy kwestia drugorzędna. Gorsze jest co innego – otóż politycy Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim na czele najprawdopodobniej są w swych zapewnieniach zupełnie szczerzy i naprawdę nie wyobrażają sobie Polski poza unijnymi strukturami. A to błąd, bo powinni taki wariant przynajmniej brać w politycznych rachubach pod uwagę i zawczasu przygotować plan awaryjny, gdyby polexit okazał się jednak koniecznością. Co więcej, powinni tę ewentualność wprowadzić do dyskursu publicznego, choćby po to, by oswajać z nią opinię publiczną.


II. Wojna brukselsko-polska

Aż się chce powiedzieć – straszycie ludzi polexitem? Dobrze, to pogadajmy o tym, skoro tak skwapliwie, przy byle okazji wywołujecie wilka z lasu. Tak się składa, że naszemu wyjściu z Unii Europejskiej i możliwym alternatywom poświęciłem przez ostatnie niemal trzy lata trochę tekstów – a teraz, po wypowiedzeniu nam przez Brukselę otwartej wojny, bo do tego sprowadza się słynna „opcja atomowa” opisana w art.7 Traktatu Lizbońskiego, temat stał się wyjątkowo aktualny. Powtórzmy to – uruchomienie procedury, której finałem może być potencjalnie pozbawienie nas prawa głosu i sankcje, jest de facto wypowiedzeniem wojny, za którym stoi ewidentna niemiecka inspiracja, bo chyba nikt o zdrowych zmysłach nie sądzi, że pajace w rodzaju Timmermansa, Verhofstadta czy Junckera ośmieliliby się na taki krok na własną rękę. Niezależnie od końcowego wyniku, zamiarem tej awantury jest permanentne eskalowanie napięcia obliczone na poderwanie społecznego poparcia dla obecnego rządu – to zaś oznacza, że Bruksela (a tym bardziej Berlin) nie jest w stanie przyjąć do wiadomości „niesłusznych” wyników wyborów w krajach członkowskich, a tym bardziej jakiejkolwiek suwerennej polityki wyłamującej się spod dyktatu euro-mandarynów.

W konsekwencji powyższego, wielkimi krokami zbliża się moment, gdy normalne funkcjonowanie Polski w UE stanie się zwyczajnie niemożliwe. Albo się ugniemy, rezygnując z jakiejkolwiek podmiotowości, albo będziemy sekowani na wszelkie możliwe sposoby – na dzień dzisiejszy stoi na porządku dziennym „karne” obcięcie eurofunduszy w kolejnej perspektywie budżetowej po 2020 r. Zresztą, o tym, że kolejny budżet UE będzie chudszy i możemy stać się płatnikiem netto, mówiono już od dawna – to zaś z naszej perspektywy stawia pod znakiem zapytania opłacalność całego interesu.


III. Rachunek zysków i strat

I tak właśnie na nasze członkostwo należy patrzeć – jako na interes, w którym liczy się jedynie rachunek zysków i strat. Bez ideologicznego zadęcia, a tym bardziej bez prowincjonalnego zachłystywania się wielkim światem i europejskimi salonami na które łaskawie zostaliśmy wpuszczeni. Po stronie zysków możemy policzyć zakotwiczenie polityczne w europejskich strukturach dające poczucie bezpieczeństwa, następnie dostęp do rynków i swobodny przepływ ludzi, oraz oczywiście eurofundusze. Tyle, że owo „zakotwiczenie w Europie” właśnie okazuje się bronią obosieczną – oznacza bowiem rosnące podporządkowanie rozmaitym uroszczeniom „pogłębiającej integrację” Brukseli, a docelowo nieodwołalne sprowadzenie do położenia kolonialnego, z którego właśnie chcemy się wydobyć. Z eurofunduszami tak czy inaczej po 2020 r. będzie problem i może się okazać, że po dokonaniu niezbędnych racjonalizacji wydatków równie dobrze możemy bezpośrednio wydawać u siebie to, co w ramach składki odprowadzamy do unijnego budżetu – a wpłacać będziemy coraz więcej, bo składka członkowska uzależniona jest od poziomu PKB. Dodam nieco złośliwie, że dzięki temu znikną irytujące tabliczki informujące, że basen w Pcimiu Dolnym został „sfinansowany z środków UE”, mające na celu utrwalanie w społecznej świadomości poczucia swoistej „kolonialnej wdzięczności” wobec brukselskich dobrodziejów. Kolejną kwestią jest rzetelne obliczenie (czego żaden rząd dotąd nie zrobił) rzeczywistych kosztów naszego członkostwa – kolonizacji gospodarczej, wdrażania produkowanych taśmowo dyrektyw i zaleceń, wypływu wypracowanego w Polsce kapitału, biurokracji obsługującej rozdzielanie funduszy unijnych i nadzorującej „implementację” unijnego prawa itp.

Zostaje zatem przestrzeń wspólnego rynku i otwarte granice, z czego faktycznie trudno byłoby nam zrezygnować. Tyle, że do tego pozostawanie w Unii nie jest niezbędne, co pokazuje przykład takich państw jak Norwegia czy Islandia. Nie są, przypomnę, członkami UE, pozostając w Europejskim Obszarze Gospodarczym i korzystając z dostępu do wspólnego rynku, a także strefy Schengen – za to bez polityczno-biurokratycznej, brukselskiej „czapy”. Islandia nawet przez pewien czas negocjowała akcesję do Unii, by przekonać się, że skórka nie jest warta wyprawki i podziękować za udział w „elitarnym klubie”.


IV. Mówić ludziom prawdę

O tym wszystkim należy ludziom mówić. Spokojnie, bez wpadania w zbędną histerię, tłumaczyć dlaczego opcja „polexitu” może być nie tylko koniecznością, lecz również poniekąd szansą. Na szczęście, od czasu kryzysu migracyjnego i zafundowanego Niemcom przez kanclerz Merkel zbiorowego samobójstwa, idealizowany dotąd Zachód stracił w oczach Polaków bardzo wiele ze swej atrakcyjności. Jeżeli można mówić o jakichkolwiek pozytywach płynących z groźby islamizacji, to właśnie owo otrzeźwienie z odurzających oparów bezkrytycznego euroentuzjazmu jest jednym z nich. Unia straciła zatem walor cywilizacyjnej atrakcyjności i zostały już tylko pieniądze. Jeszcze chwila i Polacy będą gotowi, by usiąść z kalkulatorem i dokonać bilansu. Trzeba ich tylko potraktować poważnie, jak dorosłych, a nie jak dzieci, którym lepiej pewnych rzeczy nie mówić dla ich własnego dobra – tym bardziej, że ten obłudny paternalizm był domeną elit III RP i dobrze byłoby, gdyby obecna władza różniła się od poprzedników również i w tym aspekcie. Co więcej, poparcie dla obecności w UE jest w naszym społeczeństwie tyleż szerokie, co płytkie – przed rokiem zauważyła to nawet sorosowska Fundacja Batorego w raporcie „Polacy wobec UE: koniec konsensusu”, z troską konstatując przewartościowanie społecznych postaw wobec „zjednoczonej Europy”. A poza wszystkim - prawdziwą przyjemnością będzie patrzeć, jak ci, którzy dziś gardłują o polexicie, zaczną w panice połykać własne języki.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Exodus z domu niewoli


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 52 (29.12.2017-04.01.2018)