Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gender. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gender. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 grudnia 2019

Homoterror na uczelniach

Czołowi przedstawiciele polskich szkół wyższych jednoznacznie opowiedzieli się po jednej ze stron toczącego się dziś w Polsce fundamentalnego sporu światopoglądowego.

I. Uczelnie w oparach lewackiej ideologii

W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z dwoma bulwersującymi wydarzeniami, pokazującymi w jakim kierunku skręca polskie szkolnictwo wyższe. Pod koniec listopada Śląski Uniwersytet Medyczny wskutek interwencji środowisk LGBT zwolnił z pracy wykładowczynię, która ośmieliła się wygłosić nieprawomyślny wykład na temat homoseksualizmu. Niemal równocześnie Uniwersytet Jagielloński nie zgodził się na przeprowadzenie organizowanej przez eurodeputowanych PiS Beatę Kempę i Patryka Jakiego konferencji „Ideologia LGBT i gender. Doświadczenia państw UE i polityka UE” z udziałem ks. prof. Dariusza Oko, prof. Aleksandra Nalaskowskiego, ks. prof. Pawła Bortkiewicza oraz redaktorów Jacka Karnowskiego i Marcina Makowskiego. Władzom uczelni miała się nie spodobać tematyka spotkania.

Zbieg okoliczności? Nie sądzę. Otóż jestem gotów postawić tezę, iż w obu przypadkach mamy do czynienia z namacalnym pokłosiem wrześniowej deklaracji Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) dotyczącej m.in. odpowiedzialności za krytykę środowisk LGBT. Jak pamiętamy, stanowisko KRASP było lekko tylko zakamuflowaną reakcją na sprawę prof. Aleksandra Nalaskowskiego, który został na pewien czas zawieszony w obowiązkach wykładowcy Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu po tym, jak w jednym z felietonów wyraził swój skrajnie negatywny stosunek do odbywających się w kolejnych miastach homo-parad. Warto dodać, iż wiceprzewodniczącym KRASP jest rektor UMK, prof. Andrzej Tretyn, bezpośrednio odpowiedzialny za zawieszenie prof. Nalaskowskiego. W dokumencie KRASP można przeczytać, iż krytyka LGBT (rzekomo mająca nawiązywać do „najciemniejszych kart historii Polski i świata”) powinna „bezwarunkowo podlegać odpowiedzialności dyscyplinarnej w naszych uczelniach”.

Jednocześnie zaledwie miesiąc wcześniej, w sierpniu 2019 r., ta sama KRASP zdecydowanie wsparła oświadczenie rektora poznańskiego Uniwersytetu Adama Mickiewicza, prof. Andrzeja Lesickiego, w którym skrytykował „hierarchów Kościoła Katolickiego” „używających mowy nienawiści” i „biorących udział w sporach ideologicznych wokół zjawiska określanego skrótem LGBT” - co z kolei było odpowiedzią na pamiętną homilię abp. Marka Jędraszewskiego ze słowami o „tęczowej zarazie”. Ton przywoływanych oświadczeń przepojony był zarazem jak najgłębszą rewerencją wobec środowisk homoseksualnych. Tym samym, czołowi przedstawiciele polskich szkół wyższych jednoznacznie opowiedzieli się po jednej ze stron toczącego się dziś w Polsce fundamentalnego sporu światopoglądowego – rzecz jasna, obudowując swe stanowisko zaklęciami o „szacunku” i „tolerancji”, tudzież całą resztą politycznie poprawnego pacierza. W praktyce jednak pozycjonują się w roli swoistych „ormowców” marksizmu kulturowego, który coraz mocniej rozpycha się łokciami, zajmując na uniwersytetach miejsce niegdysiejszego „diamatu” („materializmu dialektycznego”) i urastając z wolna do roli obowiązującej doktryny. A wszelkie odstępstwo od jedynie słusznej ideologii musi zostać surowo ukarane.


II. Homoterror i cenzura

Zarysowany tu ciąg zdarzeń pozwala umiejscowić we właściwym kontekście wspomniane na wstępie wydarzenia na Śląskim Uniwersytecie Medycznym oraz Uniwersytecie Jagiellońskim. To nie są incydentalne przejawy nadgorliwości władz jednej czy drugiej uczelni, wynikające bądź to z oportunizmu czy tchórzostwa, bądź z ideologicznego zaczadzenia. To element szerszej, świadomej polityki przekuwającej na język faktów przywołaną wyżej deklarację KRASP i mającej na celu wyrugowanie ze szkół wyższych niepoprawnych politycznie poglądów pod pretekstem walki z „mową nienawiści”.

Przyjrzyjmy się bliżej najpierw sprawie Śląskiego Uniwersytetu Medycznego (ŚUM). Wykład zatytułowany „Homoseksualizm a zdrowie” został oprotestowany przez środowiska LGBT i gejowski portal queer.pl, który złożył do rektora uczelni prof. Przemysława Jałowieckiego oraz biura prasowego donos na „homofobiczne treści”. W swym piśmie homoaktywiści wprost odnieśli się do stanowiska KRASP „w którym wyrażono poparcie dla idei walki z przejawami dyskryminacji ze względu na m.in. płeć, orientację seksualną i tożsamość płciową wśród społeczności uniwersyteckich”, pytając czy władze mają zamiar „wyciągnąć ewentualne konsekwencje wobec autora lub autorki wykładu”. W trakcie wykładu padły tak „obrazoburcze” stwierdzenia, jak to, że jedynie związek kobiety i mężczyzny zdolny jest do przekazania życia i przedłużenia rodzaju ludzkiego, zaś dla dziecka najkorzystniejsze jest, gdy wychowują je biologiczni rodzice. Ponadto wykładowczyni przytoczyła dane berlińskiego Instytutu im. Roberta Kocha, mówiące iż w różnych krajach geje stanowią od 60 do 86 proc. chorych na AIDS, kilkukrotnie częściej popadają w depresję i nałogi, 6 razy częściej podejmują próby samobójcze i przeciętnie (w zależności od intensywności aktywności homoseksualnej) żyją od 8 do 20 lat krócej niż osoby heteroseksualne. W odpowiedzi władze ŚUM rozwiązały umowę z pracownicą uczelni z uzasadnieniem, iż „Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach jest instytucją, w której nie są i nie będą popierane zachowania o charakterze homofobicznym”. Zwróćmy uwagę – wykładowczyni nie zwolniono za obraźliwą czy choćby „kontrowersyjną” opinię, lecz za cytowanie twardych naukowych danych, które po prostu nie spodobały się przedstawicielom homolobby. Sądzę, że zwolniona pracownica powinna pozwać teraz ŚUM do sądu za zniesławienie, jakim było imputowanie jej rzekomej „homofobii”.

Z kolei władze Uniwersytetu Jagiellońskiego pozbyły się niewygodnej konferencji oficjalnie zasłaniając się „apolitycznością” uczelni, choć tematyka miała dotyczyć doświadczeń krajów UE z ideologią LGBT i gender. Ostatecznie gościny udzieli Uniwersytet Papieski Jana Pawła II (9 grudnia), lecz to nie koniec - lokalna mutacja „Wyborczej” już zdążyła okrzyknąć wydarzenie mianem „homofobicznego”, zaś aktywiści LGBT zapowiadają swoją obecność na sali, można się więc spodziewać prób zakłócenia spotkania. Tak czy inaczej, mamy do czynienia z ewidentną, nieudolnie maskowaną, cenzurą ideologiczną.


III. W szponach „tolerancji represywnej”

Biorąc pod uwagę powyższe, niczym ponury żart brzmią słowa Jarosława Gowina (podkreślmy – ministra nauki), iż gotów jest „kłaść się Rejtanem”, jeśli ktoś na uczelniach będzie próbował „ograniczać wolność słowa zwolennikom ideologii gender”. Jest to kompletne postawienie spraw na głowie, bo akurat genderystom nikt wolności słowa nawet nie próbuje ograniczać. Odwrotnie – to lewaccy hunwejbini kolonizują uczelnie, usiłując rugować z nich niewygodne, konserwatywne poglądy i stosując narastający terror ideologiczny. Czynią to z całą bezwzględnością, w myśl neomarksistowskiej doktryny „tolerancji represywnej” pod orwellowsko zakłamanym sztandarem „walki z dyskryminacją”, coraz jawniej ukazując przy tym swe totalniackie oblicze. W ich świecie zwyczajnie nie ma miejsca na jakikolwiek pluralizm opinii – obowiązuje twardy dogmatyzm nie tolerujący żadnych odstępstw. Do czego to prowadzi, możemy zobaczyć na zachodnich kampusach uniwersyteckich, gdzie jakikolwiek sprzeciw wobec dyktatu politycznej poprawności skutkuje pasmem szykan aż do relegowania z uczelni i zwolnienia z pracy z nieformalnym „wilczym biletem” włącznie. Doszło do tego, że Donald Trump musiał kilka miesięcy temu wydać dekret prezydencki grożący uczelniom utratą państwowych funduszy w przypadku ograniczania wolności słowa.

Dziś Gowin w reakcji na zwolnienie pracownicy ŚUM obiecuje, iż będzie „wspierał” działania min. zdrowia Łukasza Szumowskiego, któremu podlegają uczelnie medyczne i faryzejsko rozdziera szaty nad „złamaniem wolności słowa”. O tym, by skończyć na wzór węgierski z inwazją genderyzmu na uczelniach, oczywiście próżno marzyć. Idę o zakład, że gdy tylko ośmieli się na jakąkolwiek próbę ingerencji, rozlegnie się taki wrzask o „zamachu na autonomię uczelni”, że czym prędzej schowa się do mysiej dziury.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Czy „dobra zmiana” kapituluje przed lewactwem?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (06-12.12.2019)

niedziela, 14 kwietnia 2019

Pod-Grzybki 155

Zbrodnia! Polska i świat zatrzęsły się ze zgrozy, bo w Gdańsku podczas wielkopostnych rekolekcji spalono pod przewodnictwem księdza jakieś ezoteryczne badziewie, w tym książki „Harry'ego Pottera”. Szkoda, że nie przysmażono młodocianego czarnoksiężnika we własnej osobie - to dopiero byłby powód do wrzasków! Dla niego samego w szczególności.


*

Prócz odgłosów oburzenia, miejscowe władze zapowiedziały kontrolę mającą wykazać, czy nie doszło do wykroczenia, tj. palenia ogniska bez zezwolenia i spalania toksycznych substancji. Od razu odpowiem: owszem, jak najbardziej spalano „substancje toksyczne”, a konkretnie – promujące toksyczną duchowość. Jak rozumiem, gdyby ksiądz proboszcz zechciał urządzić dla parafian grilla z kiełbaskami, to nasłano by straż pożarną i Sanepid?


*

O całej historii i jej rozmaitych konotacjach piszę szerzej w osobnym tekście, więc tutaj jeszcze tylko ogólna uwaga. Czasem, gdy widzę antykościelne hece w wykonaniu różnych rozbestwionych bezkarnością hunwejbinów postępu, to przyłapuję się na myśli, że może Kościół niepotrzebnie spacyfikował Święte Oficjum i zrezygnował z kary stosu. Wyobraźmy sobie tylko ten efekt prewencji – gdyby dziś przy każdej diecezji funkcjonował urząd inkwizytorski, to coś czuję, że paru wielce ideowym lewackim krzykaczom i „artystycznym prowokatorom” przeszła by nagle ochota do gardłowania i gorszenia bliźnich.


*

Z weselszych wieści: Kazimierz Pułaski był genderem! Tak ustalili naukowcy po kilkunastu latach żmudnego badania szkieletu konfederata barskiego i bohatera amerykańskiej wojny o niepodległość. Szkielet ponoć jest ewidentnie kobiecy, a Kazimiera Pułaska cierpiała na przerost kory nadnerczy, co skutkowało podwyższonym wydzielaniem testosteronu. W związku z tym, feministki od tej pory będą na cześć siostrzycy-Kazimiery paradować w czapkach-konfederatkach. Tylko piwo „Warka” nie będzie już smakować tak samo...


*

Prócz Kazimiery Pułaskiej, jak wiadomo, kobietą była Mikołajka Koperniczanka – wystarczy spojrzeć na obraz Jana Matejki (a może Janiny Matejkowej?): powłóczysta szata, długie, rozwiane włosy... Że co proszę? Że to taka artystyczna wizja? To Matejko miewał wizje? A co brał, jeśli wolno zapytać? I wierz tu artystom... Właśnie dlatego, na dźwięk słowa „kultura” odbezpieczam karabin.


*

Swoją drogą, czekam aż na stronach „Kretyniki Politycznej” ukaże się poważny esej o Kazimierze Pułaskiej, napisany z genderowego punktu widzenia - seriozny i naładowany ideologicznym napięciem. Przeczuwam równy ubaw, jak przy lekturze tekstu pewnego chłopca studiującego filozofię, który stwierdził, że powinni mu za to płacić. Szczerze mówiąc - gdybym sam studiował filozofię, pewnie też doszedłbym do takiego wniosku. Na szczęście dla budżetu państwa, od filozofii trzymam się równie daleko, jak od wszelkiej kultury.


*

Post Scriptum: prawdziwa tożsamość Mariana Curie-Skłodowskiego i Albertyny Einsteinowej wciąż pozostaje obiektem sporów i dociekań.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 15 (12-18.04.2019)

niedziela, 17 lutego 2019

Pod-Grzybki 147

Witam czytelników „Warszawskiej Gazety”. W związku z wydawniczą reorganizacją od tego numeru „Pod-Grzybki”, którymi dotąd nękałem permanentnie czytelników „Polski Niepodległej”, będą się ukazywały właśnie tutaj. Charakter rubryki pozostanie oczywiście bez zmian – „Pod-Grzybki” po staremu będą epatować niewyszukanym, chuligańskim wdziękiem oraz urągać dobremu gustowi. A więc, jedziemy!


*

Na marginesie „taśm Birgfellnera” - rozczuliła mnie wypowiedź czcigodnego teścia, czyli Jana Marii Tomaszewskiego, o swoim zięciu, czyli rzeczonym Birgfellnerze: „To nie jest żadna rodzina, on się przykleił i tyle”. Mamy tutaj dobrze znane w knajackich kręgach tzw. pucowanie, w slangu korporacyjnym zwane również „OWD” („ochroń własną d...ę”). Tłumacząc z polskiego na nasze: „Co? Jak? Birgfellner? A dajcie mi spokój, nie znam człowieka!”.


*

Eureka! Odkryłem skąd Ewie Kopacz przyszło do głowy, że ludzie polowali na dinozaury. Otóż był kiedyś taki film - „Milion lat przed naszą erą” z Raquel Welch paradującą w „jaskiniowym” bikini. Jak nic, Ewa Kopacz go widziała – i przemówiła do niej tzw. prawda ekranu. Ciekawe, czy ktoś już jej uświadomił, że nie był to dokument?


*

Robert Biedroń zadebiutował z nowym ugrupowaniem „Wiosna, panie sierżancie” (czy jakoś tak). Z tej okazji portal gazeta.pl, wybił w nagłówku: „babcie wyrywają sobie Biedronia z rąk, bo jest jak idealny zięć”. Hmm, tego... nie wyjaśniono tylko, czy postępowe seniorki pragnęłyby takiego zięcia dla synków czy córeczek. I może warto by również wyjaśnić im, że wnuczków z tego nie będzie, bo jak mawiał Jan Tadeusz Stanisławski „nie da rady – oba samce!”.


*

No chyba, że stałby się cud. Już raz coś takiego miało miejsce – albowiem, jak swego czasu objawił słynny komentator sportowy, Bohdan Tomaszewski: „Ryszard Szurkowski to cudowne dziecko dwóch pedałów”.


*

A skoro zeszliśmy na sport i galopujący genderyzm. W niektórych dyscyplinach zmorą zaczynają się stawać mężczyźni-nieudacznicy, którzy nagle „odkryli swą kobiecość”, przechodząc do kategorii żeńskich – za zgodą sterroryzowanych polityczną poprawnością związków sportowych. Niedawno taki 100-kilowy okaz kobiety zadebiutował w australijskiej kadrze piłkarek ręcznych (a jest to sport kontaktowy i dość urazowy). Ale co tam szczypiorniak – poczekajmy, aż faceci zaczną przechodzić do żeńskich sportów walki. Osobiście czekam na debiut sióstr Kliczko w kobiecym boksie – uuuch, to dopiero będzie masakra!


*

Na szczęście Jurny Stefan nie ma takich problemów z samoidentyfikacją. Ma za to inne – cała ta jego afera, to mianowicie jedna, wielka żenada. Co by nie mówić, kiedyś korumpowanie polityków wyglądało jednak poważniej – jakieś walizki z pieniędzmi, lewe konta na Kajmanach... A dziś? Okazuje się, że wystarczy kilka panienek i fasolka po bretońsku. Na miejscu kolegów zmyłbym Stefanowi głowę – bo zwyczajnie psuje rynek. Jak to mawiają – głowa łysieje, d...a szaleje. Cóż, jaki kraj, taki Berlusconi...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 07 (15-21.02.2019)

niedziela, 28 października 2018

Pod-Grzybki 140

Zaczniemy ekologicznie. Otóż UE pod wodzą „Jelcyna Europy” Jean-Claude Junckera wypowiada wojnę plastikowi – zniknąć mają jednorazowe słomki, sztućce, talerzyki, opakowania a nawet... baloniki. I nie dziwota – raz, że Juncker zdecydowanie preferuje opakowania szklane, a dwa – kto jak kto, ale akurat on do dmuchania w balonik musi mieć wyjątkową awersję.


*

Z kolei inny z europejskich dostojników, Donald Tusk, na potęgę dziecinnieje. Haratanie w gałę już mu nie wystarczy i ostatnio strzelił sobie słitfocię, jak raźno popyla w Paryżu na hulajnodze. Przestrzegłbym go, że od hulajnogi krzywi się kręgosłup lecz Tusk, jak wiadomo, czegoś takiego jak kręgosłup nie posiada. Ale niech mu tam, niech trenuje. Może jeszcze zobaczymy, jak na tej hulajnodze sp...a z Brukseli po końcu swojej kadencji.


*

Takie objawy starczej demencji u nawet stosunkowo młodych polityków nie dziwią, zważywszy na genius loci. Mianowicie, Unia Europejska pomału wkracza w wiek „breżniewowski” - i podobnie jak sowieckiemu gensekowi kończą jej się baterie. W związku z tym, unijne elity zachowują się niczym strupieszałe, kremlowskie politbiuro, ze sklerotycznym dogmatyzmem trzymając się doktryn swoich lewackich bożków - od Gramsciego po Spinellego - i przekonując wszystkich dookoła, że „gramscizm-spinellizm” jest wiecznie żywy. A tymczasem, po przyszłorocznych wyborach do PE szykuje się „populistyczna” rewolucja. Rzucam zatem hasło: śmierć eurokomunie!


*

Polska Fundacja Rozwoju zrepolonizowała kolejkę na Kasprowy Wierch, opchniętą przez rząd PO (wraz z gruntami) międzynarodowemu funduszowi Mid Europa Partners. „Totalna opozycja” dostała na to wścieklizny wrzeszcząc, że na pewno za drogo, że marnotrawstwo itd. Na ich miejscu bym się przymknął i trzymał kciuki – podobnie jak w przypadku repolonizacji PKO SA. Choćby dlatego, że jeśli wrócą kiedykolwiek do władzy, to znów będą mieli co wyprzedawać.


*

W „tym kraju” to jednak panuje wyjątkowa ciemnota. Do tego stopnia, że miejscowi wciąż wierzą w bociany i dzieci w kapuście – i dlatego właśnie modelka Anja Rubik musiała otworzyć szkołę seksu, by nieść ludowi kaganek oświaty. Czapki z głów, toż to postać jak z Żeromskiego - doktor Judym i Siłaczka w jednym! Oby tylko nie sczezła w chłopskiej chacie na tyfus – jakaś taka chudziutka ostatnio, biedaczka...


*

Ale jak by się Anja Rubik nie uwijała, to do postępowego Zachodu wciąż nam jeszcze daleko. Oto „Daily Mail” uraczył czytelników wzruszającą love-story o pewnej parze z Los Angeles. Ona najpierw była zwyczajną kobietą, by po pewnym czasie przekształcić się w „trans-genderowego mężczyznę” - aby w końcu stwierdzić, że jest... psem. Wszystko z pełną akceptacją męża, który regularnie prowadza ją (jego? gubię się...) na randki z innymi, podobnymi popaprań... to jest, pieskami. Finalnie zatem osiągnęła, jak rozumiem, stadium „trans-gendero-gatunkowego psa”. Pytanie za milion – kim w takim razie jest mąż? Homoseksualnym zoofilem?

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 20 (24.10-06.11.2018)

piątek, 6 października 2017

Pod-Grzybki 115

Za Odrą płacz i zgrzytanie zębów. CDU i SPD zaliczyły spektakularny zjazd, a na dodatek trzecią siłą Bundestagu została AfD. Z tej okazji „Lisweek” uraczył nas okładką z Angelą Merkel wpatrującą się z rozpaczą w dal, opatrzoną tytułem: „nasz ostatni sojusznik”. O tak, redaktorze Lis – to z pewnością WASZ ostatni sojusznik, dziękujemy za szczerość i prosimy o więcej.


*

W Niemczech zawiązuje się „koalicja jamajska”, bo Schulz się zbiesił i mutter Angela będzie musiała zadać się z liberałami z FDP i lewakami od Zielonych. „Jamajska” dlatego, że partyjne kolory CDU, FPD i Zielonych układają się w czarno-zielono-żółte barwy tej sympatycznej wyspy. Spoko - włączą sobie Boba Marleya, podadzą w obieg skręta, zapuszczą dredy i wszystko się ułoży w harmonijny jamajski przekładaniec. Może nawet pozwolą frywolnej mamuśce Angeli od czasu do czasu być na wierzchu.


*

Oby tylko ten jamajski przekładaniec nie zamienił się w kanapkę, bo wtedy ani chybi Angela Merkel musiałaby robić za wkładkę mięsną.


*

Tymczasem u nas prezydent Duda zgłosił projekty „reform” sądownictwa w takiej formie, że zabetonują układ w KRS przynajmniej do końca tej kadencji. Słowem, Andrzej Duda pokazał, że mentalnie wciąż pozostał w Unii Wolności i „krakówku”. Nie wiem, może bał się, że jego profesorowie przestaną go poznawać na ulicy, a Kornhauserowie zapraszać na obiad? I to jest problem z tymi krakowskimi chłopcami z dobrych domów, na których daje się nabierać prezes Kaczyński (Ziobro też już raz zdradził). Pozują na twardych, bezkompromisowych gości, a na koniec tak czy owak wyłazi z takiego filister i heca kończy się jak buncik Zbyszka z „Moralności pani Dulskiej”.


*

Prezes SN Małgorzata Gersdorf odkąd w lipcu spotkała się z Dudą, łazi po mieście jak oczadziała i zaniosło ją na ślubowanie sędziego TK Justyna Piskorskiego, które odbierał właśnie Andrzej Duda. Rzecznik SN tłumaczył później, że z przepracowania sędzia Gersdorf nie wie co robi. A gdzie tam - jest tylko jeden powód dla którego kobieta, nawet w jesieni wieku, zachowuje się w ten sposób. Pani Małgorzata po prostu chciała raz jeszcze, choćby z daleka, zobaczyć swego Andrzeja. No co? To teraz modne - francuski Makaron mógł się ożenić z własną babcią, a my mamy zostać w ogonie postępowej Europy?


*

Wypisy z genderyzmu. Wiedzą Państwo co to jest „cadengender”? A „feagender”? Otóż „cadengender” oznacza tożsamość płciową zmieniającą się pod wpływem... muzyki, a „feagender” - tożsamość płciową zmieniającą się w zależności od pór roku. Poważnie, wyczytałem to na stronach „Kretyniki Politycznej” - a oni akurat na tym się znają. A zatem: słuchasz jesienią Beethovena – jesteś mężczyzną, słuchasz wiosną Mozarta – jesteś kobietą. Słuchasz jesienią Mozarta – jesteś trans, słuchasz wiosną Beethovena – jesteś męską lesbijką. Słuchasz obu latem – jesteś „transwestytą z transseksualnej Transylwanii”, jak śpiewał bohater „Rocky Horror Picture Show”. Prawda, jakie to proste?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 39 (04-17.10.2017)

piątek, 14 listopada 2014

Przemoc wyznacznikiem postępu

Z doświadczeń skandynawskich wynikałoby, że „wojna płci” zaostrza się wraz z postępami rewolucji seksualnej.

I. Polki w opresji

Feministyczne siostrzyce podniosły raban po tym, jak sejmowa komisja sprawiedliwości i praw człowieka odłożyła do następnego posiedzenia sprawę ustawy ratyfikującej konwencję Rady Europy o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Kobiety wszak mają być u nas bite, poniewierane i generalnie opresjonowane przez mężczyzn, a na dodatek boją się zgłaszać przypadki przemocy na policję. W związku z powyższym, ratyfikacja podpisanej przez Polskę w 2012 konwencji stała się jakoby palącą potrzebą, by nadać instytucjonalne ramy walce z patologiami.

Czyżby?

Spójrzmy na wyniki badania przeprowadzonego w 2012 roku we wszystkich 28 krajach członkowskich UE przez europejską Agencję Praw Podstawowych. Rozmowami objęto 42000 losowo dobranych kobiet w przedziale od 15 do 74 roku życia – średnio ok. 1500 kobiet w każdym kraju. Jak podkreśla analiza instytutu „Ordo Iuris” pt. „Czy Polska powinna ratyfikować Konwencję Rady Europy…?” badanie cechował wysoki poziom poprawności metodologicznej. Wyniki? Proszę bardzo. Najwyższe wskaźniki aktów przemocy wobec kobiet odnotowano w Danii (52%), Finlandii (47%) i Szwecji (46%). Zaraz za podium plasują się: Holandia (45%), Francja (44%) i Wielka Brytania (44%). Polska w tym zestawieniu znalazła się na ostatniej pozycji z wynikiem 19% tuż za Austrią (20%) i Chorwacją (21%). Unijna średnia to 33%. Nasz kraj cechuje ponadto bardzo wysoki wskaźnik zgłaszania przypadków przemocy na policję (blisko 30%), co sytuuje nas w europejskiej czołówce i zadaje kłam twierdzeniom, jakoby Polki były do tego stopnia sterroryzowane, bądź nieświadome swych praw, że nie odwołują się do interwencji odpowiednich organów państwa.

Powyższe dane nie powinny dziwić, zważywszy, że na przestrzeni dziejów kobiety w Polsce relatywnie cieszyły się nieporównanie wyższym statusem społecznym niż w krajach Zachodu. W historii najnowszej - po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku Polki zyskały prawa publiczne i cywilne na jakie ich odpowiedniczki w Europie Zachodniej musiały nierzadko czekać do lat 50- i 60-tych.

Ale co tam – „miłością płonąc do abstraktów, najbardziej nienawidzą faktów, fakty teoriom bowiem przeczą, a to jest karygodną rzeczą” ... No chyba, żeby założyć, iż w Agencji Praw Podstawowych do której zadań należy m.in. zwalczanie „rasizmu, antysemityzmu i ksenofobii”, a której polskim współpracownikiem jest Helsińska Fundacja Praw Człowieka siedzą jakieś krypto-mohery fałszujące statystyki.

II. Jaskinie równouprawnia

Znamienne jest, że przemoc wobec kobiet zatacza najszersze kręgi w państwach przedstawianych nam jako niedościgłe wzorce emancypacji. Przekładając na dzisiejsze realia maksymę towarzysza Stalina, głoszącą że walka klas zaostrza się wraz z postępem komunizmu, należałoby stwierdzić, iż proklamowana przez feminizm „wojna płci” zaostrza się wraz z postępami rewolucji seksualnej. Trudno bowiem o bardziej wyzwolone pod tym względem społeczeństwa, niż te, które póki co – czyli do ostatecznego zwycięstwa Proroka - zaludniają obecnie kraje skandynawskie i dziwnym trafem przodują w pastwieniu się nad niewiastami. Powtórzmy głośno i wyraźnie: Dania, Finlandia i Szwecja. Ta sama Szwecja, w której formułuje się „równościowe” postulaty, by w toaletach nie montować pisuarów, gdyż dyskryminuje to kobiety, które z przyczyn naturalnych do tego typu ustrojstwa nie mogą się załatwić.

Wracając do kwestii przemocy - im bardziej niszczy się tradycyjne więzi międzyludzkie (w tym rodzinne) i społeczeństwo przekształca się w zbiorowisko wyalienowanych, skoncentrowanych na sobie egoistycznych jednostek, tym skłonność do uprzedmiotowienia drugiego człowieka, zanik empatii i związana z tym predylekcja do agresji wzrasta. Lewica musi więc podjąć walkę ze zwyrodnieniami, których sama była przyczyną. Walkę, dodajmy, wedle recepty: więcej tego samego! Skoro wspomnieliśmy o Szwecji - swojego czasu szok i ogólnonarodową debatę wywołała tam informacja, że jedną z najchętniej oglądanych przez Szwedów odmian pornografii jest tzw. „gangbang”, czyli inscenizacje gwałtów zbiorowych. Paradoksalnie więc wychodzi na to, że przemoc jest wyznacznikiem upostępowienia społeczeństw...

Zresztą, jak sądzę, o to właśnie naszym genderystom chodzi – by wskutek rozkładu struktur społecznych odsetek maltretowanych kobiet zaczął oscylować w okolicach 50% - niczym w przodujących jaskiniach równouprawnienia. Wtedy dopiero można by rozpętać „walkę z przemocą” na całego!

Inna sprawa, że na Zachodzie paranoja doszła już do takiego stadium, że nawet powłóczyste spojrzenie męskiej szowinistycznej świni może zostać sklasyfikowane jako sexual harassment i stąd być może pewna nadreprezentatywność zgłoszeń - choć i tu, jeśli spojrzeć na szczegółowe dane dotyczące molestowania i stalkingu, różnice nie są na tyle znaczące, by zachwiać generalną wymową statystyk.

Przy okazji – omawiany tu akt prawny jest świadectwem rozbrajającej bezradności wobec zadomowionych w Europie muzułmańskich imigrantów, tworzących zamknięte enklawy i kultywujących właściwe sobie zwyczaje. W wielu punktach konwencji podkreśla się konieczność przeciwdziałania takim praktykom jak obrzezanie dziewczynek, czy tzw. „honorowe zabójstwa”. Czyli, co – z jednej strony mamy radosne multi-kulti, a z drugiej – okaleczanie i morderstwa. Ot, dysonans poznawczy. Ale że równość jest lewackim dogmatem, więc razem z muslimami wrzucimy do jednego worka chrześcijan, wybełtamy, i w ten sposób upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu. Zła wiadomość, lewacy – chrześcijanie was wprawdzie nie pozabijają, ale muzułmanie – i owszem. I to właśnie wy, za sprawą waszego cywilizacyjnego nihilizmu, będziecie w ich religijnej optyce pierwszymi do odstrzału.

III. Cała władza w ręce GREVIO

Kontynuując wątek „ideolo” stręczonej nam konwencji Rady Europy: za główne przyczyny przemocy uznaje ona tradycyjny podział ról społecznych i rodzinnych, pomijając kompletnym milczeniem realne przyczyny przemocy, takie jak alkoholizm, narkomania, czy obecność drastycznych treści w środkach masowego przekazu. Konwencja skupiając się na promowaniu pojęcia „płci kulturowej”, czyli gender, jasno pozycjonuje się jako instrument społecznej inżynierii.

Niebezpieczeństwo polega również na powołaniu grupy ekspertów ds. przeciwdziałania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej („GREVIO”). Do kompetencji tego organu należałoby m.in. „monitorowanie” wdrażania konwencji przez poszczególne państwa, czyli mówiąc po ludzku – wywieranie presji. Oznacza to w istocie oddanie ważnego obszaru życia społecznego w ręce ponadnarodowego, skrajnie zideologizowanego gremium, wyłanianego za pomocą nieprzejrzystych, biurokratycznych mechanizmów, zatem w gruncie rzeczy - samozwańczego. Co ważne – właśnie owo ciało będzie władne wydawać „zalecenia” odnośnie zwalczania stereotypów dotyczących tradycyjnych ról w kontekście „płci społeczno-kulturowej” - począwszy od ustawodawstwa, poprzez praktykę działania organów państwa, a skończywszy na różnych „programach społecznych” (ot, choćby takich jak „przedszkola gender”).

Naturalną koleją rzeczy, głównym interpretatorem zarówno samej konwencji jak i formułowanych na jej podstawie wytycznych stanie się rodzime genderactwo, które niejako tylnymi drzwiami zbuduje tą drogą swe znaczenie polityczne z pominięciem niewygodnych demokratycznych procedur. Dotychczasowe inicjatywy polityczne zakończyły się bowiem spektakularnymi klapami – Partia Kobiet, Zieloni... Skichał się nawet „konstrukt służb”, czyli Palikot wraz ze swoją wesołą gromadką, z którą obóz nieubłaganego postępu wiązał wielkie nadzieje wieszcząc piórem redaktora Pacewicza, że „udał się nam Palikot”. Skoro zatem nie udało się normalnie, to trzeba sposobem – i konwencja antyprzemocowa jest tu wymarzonym orężem, by osiągnąć swe cele nie zawracając sobie głów jakimiś tam wyborcami.

W efekcie, otrzymamy struktury promujące i wdrażające za pomocą aparatu państwa skrajnie lewacką ideologię, ignorując wolę większości. Wszystko to zaś przy zachowaniu pozorów „neutralności światopoglądowej”. A kobiety? A kto by się nimi przejmował – ot, nawóz historii, znaczący dla genderystów tyle samo, co klasa robotnicza dla komunistów. Przecież długi marsz przez instytucje zainicjowany został w latach '60 po to, by ruszyć z posad bryłę świata, a różnorakie „mniejszości” są w tym dziele jedynie doraźnym narzędziem.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 45 (10-16.11.2014)

czwartek, 26 grudnia 2013

Gender nasz powszedni

„Daj chłopaka”... Łatwo powiedzieć. A skąd wziąć, jak nie ma?

-----------------------------------------------------------------

I. Daj pijaka i Polaka

Ze starego sentymentu radio w samochodzie nastawione mam na „Trójkę” i tak się składa, że od czasu do czasu puszczają tam piosenkę zespołu Mikromusic „Takiego chłopaka”. Na potrzeby notki zreferuję przesłanie – oto kobiecy „podmiot liryczny” zwraca się do losu o zesłanie księcia z bajki, zaś specyfikacja zamówienia skonstruowana jest na zasadzie negatywnej. Wyliczane są mianowicie cechy przyszłego chłopaka, których bohaterka stanowczo sobie nie życzy. Leci to następująco: „Daj chłopaka / nie wariata / daj nie palacza / nie biedaka / daj nie pijaka / nie Polaka / daj nie brzydala (…) daj nie cwaniaka / nie pajaca (...)” - i tak dalej. Koniec końców jednak dziewczę spuszcza z tonu, by w finale prosić już o kogokolwiek: „Prześlij mi chłopaka / Daj Polaka / tak, chcę wariata / chcę pijaka / tak, daj siłacza / daj brzydala / tak, daj Polaka (...)”.

Jak można się domyślić, tzw „doświadczenia życiowe” musiały uzmysłowić rozegzaltowanej panience, że „życie to niejebajka” i stąd końcowe drastyczne ograniczenie wymagań na zasadzie: „niechby pił, niechby bił, byle był”. Ideały dostępne są bowiem jedynie w tanich romansidłach i w zasadzie jedyne już czego posuwająca się w latach bohaterka oczekuje od wybranka, to zdrowa tężyzna fizyczna - „daj siłacza”. Reszta nieistotna – może być nawet brzydki i pijący Polak...

II. Genderyzm dnia codziennego

Ktoś może interpretować powyższe jako gorzką piosnkę o odzieraniu z barwnych złudzeń, które towarzyszy dojrzewaniu, ja jednak pozwolę sobie na zastosowanie innego klucza w kontekście toczącej się dyskusji na temat ideologii gender. Otóż nic innego, jak właśnie pełzający, powszedni genderyzm dnia codziennego doprowadził do potężnego kryzysu wzorców męskości, stąd też faceci w typie pożądanym przez większość kobiet, którzy i tak bywali towarem dość deficytowym („Gdzie ci mężczyźni” Danuty Rinn – pamiętacie?) obecnie są już w niemal kompletnym zaniku. Powszechna feminizacja na wszelkich możliwych poziomach – od promowanych stylów wychowania, poprzez edukację, skończywszy zaś na popkulturowej propagandzie – sprawiła, iż faworyzowany jest model metroseksualnego nadwrażliwca. A po takiej obróbce otrzymujemy (tzn. Panie otrzymują) z reguły kompletnego popaprańca i niedorajdę (piosenkowego „wariata” i „pajaca”) uciekającego często wraz ze swymi problemami wynikającymi z rozchwianej osobowości w nałogi („pijaka”). Ostatnią rzeczą do jakiej się taki nadaje jest stworzenie stabilnego związku dającego kobiecie poczucie emocjonalnego i materialnego bezpieczeństwa.

Cóż, sameście, drogie Panie, tego chciały. Facet miał być mniej „patriarchalny”, bardziej wrażliwy i ładny na dodatek? No to mamy znerwicowanych, wypacykowanych lekkoduchów z zaburzoną - jak to określają genderyści - „płcią kulturową”. A potem taka jedna z drugą wyje tęsknie do księżyca niczym wyposzczona suka - „daj chłopaka”... Łatwo powiedzieć. A skąd wziąć, jak nie ma?

Oczywiście, zaraz usłyszę, że to nie tak, że chodziło o to, by mężczyzna był jednocześnie czuły i zaradny, ładny i męski, niczym w tej biesiadnej piosence „Czy chciała by pani Polaka / Polaka, Polaka ach tak / Bo Polak w potrzebie przytuli do siebie / Polaka, Polaka ach tak”. Tyle, że to nie funkcjonuje w ten sposób – albo patriarchalny macho z tak wykpiwaną przez feministki rycerską, opiekuńczą szarmancją wobec „płci słabej”, albo niedorobione dziwadło lub miałki lowelasik. Kreacja bytu idealnego mającego poprawić naturę i sprawdzone mechanizmy społeczno-kulturowe kończy się zwyrodnieniem i osobistymi porażkami, czy wręcz zmarnowanym życiem. O metroseksualnych „orłach-sokołach” nikt nie słyszał, bo takie zwierzę nie istnieje.

III. Gender przyswojony

Tymczasem jednak produkcja nowego człowieka, mająca ostatecznie „zdekonstruować” „kulturowe stereotypy płciowe” po propagandowej „podgatowce” wkracza w okres instytucjonalizacji. Placówki oświatowe – od przedszkoli począwszy – kuszone są genderowymi projektami finansowanymi przez Unię Europejską w ramach których chłopców przebiera się w sukienki i każe się im bawić lalkami. To na początek – podobnie jak dobrowolność skorzystania z tej „oferty”. Niebawem wkroczymy w etap obligatoryjności z sankcjami dla niepokornych rodziców, którym nie będzie w smak realizacja takiej akurat formy „obowiązku szkolnego” – jak dzieje się to obecnie w Niemczech. Oj, to dopiero wkrótce będzie skowyt - „daj chłopaka”...

Osobiście ciekawi mnie społeczna skala przyswojenia tego obłędu – wszak w „genderowych przedszkolach” realizujących „równościowy” program zalecany przez Radę Gospodarczą i Społeczną ONZ sprzeciwy rodziców są dość sporadyczne. I tu przypomina mi się pani Magdalena Żakowska (żona „tego” Żakowskiego), która niegdyś na łamach „Wyborczej” w artykule „Jeśli mój syn będzie gejem…” pochwaliła się arcypostępowym wychowywaniem swego synka – zafundowała mu mianowicie coś w rodzaju domowego „genderowego przedszkola”. Jak bajka o myszce Gryzikruszce, która jest „dużo bardziej niegrzeczna od swojego męża”, to bez końcowej sceny w której bohaterka sprząta w domu lalek - spuentowane wyrażeniem żalu, że z książki nie da się wyrwać tej ostatniej kartki. Jak Bob Budowniczy, to z podkreśleniem żony Marty, która „jest bardziej od Boba rozgarnięta i potrafi szybciej niż on wyremontować mieszkanie”. No i wreszcie ta urocza niepewność, gdy synek w sklepie z zabawkami wybiera sobie różowy wózek by wozić w nim pluszowego królika, iż „na razie nie mam pewności, jakiej jest orientacji”… A do kompletu cytat z koleżanki, która radośnie obwieszcza: „Marzę o chłopcu i żeby był gejem, bo do końca życia będzie miał ze mną silną emocjonalną więź, jak w filmach Almodóvara" oraz zapowiedź kupienia polskiej edycji gejowskiej książeczki dla dzieci „Z Tangiem jest nas troje" o parze homoseksualnych pingwinów wychowujących małego pingwina – albowiem, jak stwierdza o swym synku pani Magdalena: „Jedno wiem na pewno - homofobem nie będzie”.

To wszystko miało miejsce w roku 2009. Teraz pani Żakowska mogłaby uzupełnić postępową tresurę od kołyski odpowiednio sformatowanym przedszkolem i patrzeć spokojnie jak gender nasz powszedni wydaje swe owoce. Tylko dziecka żal.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/wypisy-z-antycywilizacji-postepu-ap-odc-1

poniedziałek, 8 lipca 2013

Kastracyjny biznes

Zwróćmy uwagę, jaki to cudowny samograj: koncerny farmaceutyczne zarabiają dwa razy – raz na specyfikach antykoncepcyjnych, a drugi raz na lekach osłonowych.

Ponieważ dano mi na boku dyskretnie do zrozumienia, że takie moje notki jak ta ostatnia, w której opisuję publiczne targanie się po szczękach naszych prawicowych celebrytów i jasno mówię co o tym sądzę, są jątrzące, sypiące piach w tryby, wkładające kij w szprychy i generalnie robiące wbrew, to dziś dla odmiany napiszę tekst o d... Maryni. Zapamiętam sobie tę lekcję: oni mogą bez krępacji skakać sobie do gardeł, a my – blogerzy i komentatorzy - mamy im kibicować i broń Boże nie dawać wyrazu swemu zniesmaczeniu, bo jak „Wyborcza” opisze zadymę na prawicy, będzie to właśnie nasza wina. Paradne.

Jednocześnie zaznaczam, że niniejszego posta piszę z pozycji laika, który po prostu uważał w szkole na lekcjach biologii. Jeśli jest na sali ekspert, który uzna za stosowne skorygować moje przemyślenia, proszę się nie krępować.

I. Magiczne pigułki

A teraz do „adremu”. Oto ze wszelakich mediodajni jesteśmy atakowani reklamowym kontentem takiej oto treści, skierowanej do pań w wieku rozpłodowym: stosujecie, moje drogie, te piguły od niemania dzieci i to jest generalnie wielce okej, postępowe, słuszne i na czasie. Niestety, tak się niefortunnie składa, iż owe magiczne pigułki pozwalające na bezstresowe bzykanie wedle najnowszych zaleceń „Cosmopolitana”, mają trochę ubocznych skutków. Nie to, żeby było się czym przejmować – ot, jakaś nadżerka błony śluzowej, przybieranie na wadze, wahania nastroju czy obniżenie libido. Zwłaszcza to ostatnie jest dobre: bierzesz specyfik, który ma ci zapewnić komfort figo-fago bez obawy o poczęcie bachora – i faktycznie, tego bachora nie masz, bo po pigułce odechciewa ci się seksu, jak tej lasce z reklamy przedstawiającej wieczór panieński. Zabezpieczenie, rzekłbym, dwustuprocentowe.

Na szczęście, piękne Panie, specjalnie dla Was i Waszego samopoczucia nasz koncern opracował właśnie nową, cudowną pigułkę, którą należy łyknąć razem z tą od niemania dziatek i wszystkie problemy z głowy – znowu będzie Wam się chciało, antykoncepcja nie wyżre Wam intymnych śluzówek, przestaniecie histeryzować bez powodu i tyć jak kaszaloty. Czyż to nie cudowne? Wydacie parę złotych więcej na jakąś asekurellę i będzie gites teges. Zaiste, w szczęśliwych żyjemy czasach.

I pomyśleć, drodzy Czytelnicy, że jeszcze nie tak dawno każdy, kto choćby wspomniał o jakichkolwiek niepożądanych skutkach antykoncepcji był wyszydzany jako tkwiący w mrokach średniowiecza oszołom, moher, co to najchętniej zabroniłby ludziom radosnego chędożenia ilekroć zaswędzi i batożył szczęśliwych kopulantów różańcem. A w najlepszym razie proponował szklankę wody zamiast. Tymczasem – bach, i okazuje się, że to oszołomy miały jednak rację. Jak zawsze zresztą. Natomiast wyzwolone z przesądów kopulantki muszą łykać dodatkowe prochy by teraz już na pewno, ale to na pewno mogły barłożyć się bez zbędnych psychicznych obciążeń. Czyż to nie wspaniałe?

II. Rewolucja seksualna wymaga ofiar

A przecież, tak na zdrowy rozum, wystarczy chwilę pomyśleć. Wszak ta sławiona przez feministki jako narzędzie emancypacji pigułka antykoncepcyjna to potężna farmakologiczna bomba ładowana w organizm, mająca na celu zablokowanie jednej z podstawowych biologicznych funkcji kobiety, jaką jest rozrodczość. Innymi słowy, mamy do czynienia z rodzajem okresowej, farmakologicznej kastracji. To zwyczajnie nie może nie mieć skutków ubocznych – musi odbijać się na najróżniejsze sposoby.

I odbijało się na kolejnych pokoleniach kobiet – Bóg wie, ile z nich umarło na raka piersi, z milczącym błogosławieństwem siostrzyc od genderu i firm farmaceutycznych sypiących milionami na odpowiedni pijar i reklamę. Siostrzyce, finansowane przez przemysł antykoncepcyjno-aborcyjny milczały, gdyż tak naprawdę dobro kobiet miały i mają tam, gdzie Lenin miał dobro robotnika i chłopa. Dla tych antycywilizacyjnych fanatyczek pigułka była przede wszystkim jednym z instrumentów Zmiany - rozwalenia dotychczasowego „patriarchalnego” społecznego porządku, stojącego na drodze budowy Nowego Wspaniałego Świata. A że przy okazji umrze trochę kobiet? Trudno – rewolucja seksualna również wymaga ofiar.

III. Kastracyjny biznes

Co się zmieniło, że od jakiegoś czasu wolno już mówić o niepożądanych skutkach antykoncepcji hormonalnej? Ano, zmieniło się to, że wcześniej koncerny farmaceutyczne nie miały, albo nie chciały inwestować w leki osłonowe. Najpierw bowiem trzeba było oswoić w masowej percepcji ogłupionych społeczeństw Zachodu samą pigułkę. Mówienie o skutkach ubocznych zaraz na starcie byłoby biznesowym samobójstwem. Natomiast obecnie, gdy wyzwolone, lajfstajlowo-feministyczne idiotki z pulpą kolorowych gazet zamiast mózgów nie wyobrażają sobie bez piguły życia, korzystnie jest delikatnie je postraszyć, by wydały dodatkowo trochę kasy na osłonę.

Zwróćmy uwagę, jaki to cudowny samograj: koncerny farmaceutyczne zarabiają dwa razy – raz na specyfikach antykoncepcyjnych, a drugi raz na lekach osłonowych, mających chronić przed niepożądanymi efektami tejże antykoncepcji. Może za chwilę wymyślą leki osłaniające osłonę – wszak kastracyjny biznes musi się kręcić.

Przy okazji, ciekaw jestem, kiedy zaczną nam wciskać preparaty niwelujące ryzyko nabawienia się raka jamy ustnej na skutek seksu oralnego, również zachwalanego przez postępowych, seksualnych indoktrynerów - poczynając od pisemek dla nastolatków, na kolorowych magazynach skończywszy. Jak bowiem kładzie się nam do głów, wzajemne lizanko ma nie tylko ubarwiać erotyczną rutynę sypialni, ale także stanowić seksualny ersatz na wypadek braku „zabezpieczenia” i gwarantować ominięcie negatywnych skutków przygodnych kontaktów z nieznajomymi partnerami.

No i okazuje się, że znowu seksualne oszołomy miały rację zalecając małżeńskie dymanko „po Bożemu”. Tak się bowiem składa, że na narządach płciowych lubi sobie wegetować wirus HPV, który jest zupełnie nieszkodliwy – dopóki nie przeniesie się w ramach francuskich igraszek do jamy ustnej. A gdy już się przeniesie, to gwałtownie rośnie ryzyko raka ślinianek, krtani, języka i co tam jeszcze jest w narażonych okolicach. Na razie o tym cisza, poza coming-outem aktora Michaela Douglasa, który wprost przyznał, że nabawił się nowotworu krtani od seksu oralnego właśnie. No i klops. „Szto dziełat'?” Robić dobrze chłopu przez prezerwatywę? Lizać damskiego lizaka przez celofan? A jak pęknie? Jednym słowem, bezstresowy „lajf” pogrążonych w hedonizmie społeczeństw Zachodu okazuje się być wciąż „brutal” oraz „full of zasadzkas”, co przed farmaceutycznym biznesem otwiera nowe perspektywy. Zażyj preparat na godzinę przed robieniem loda, a dla pewności proponujemy najnowszy lek osłonowy, który sprawi, że nie podziurawisz sobie żołądka. I hulaj dusza!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/