Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feministki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feministki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 września 2019

Pod-Grzybki 179

Poszedłem na film „Legiony”. Rany, jak ja się wynudziłem! Na sali może 10-15 osób (seans niedzielny, godz. 18:30), a na ekranie przez grubo ponad dwie godziny jakieś drętwe i łzawe kostiumowe romansidło udające film historyczno-wojenny. Do czegokolwiek nadawały się może dwie sekwencje: szarża pod Rokitną i atak na bagnety pod Kostiuchnówką - w sumie chyba jakieś 15 - 20 minut. Wszystko to przy zaangażowaniu 4 scenarzystów (błąd identyczny jak przy „Smoleńsku” - zaprzyjaźnieni literaci musieli zarobić?) i z budżetem 27 mln. zł. W dodatku prawicowe media bulwersują się, że „Legiony” nie zgarnęły żadnej nagrody na festiwalu w Gdyni. Cóż, nagradzano tam gorsze gnioty i „Legiony” pominięto ewidentnie z przyczyn politycznych (jako film „pisowski”), ale trzeba też uczciwie powiedzieć, że ten film obiektywnie na żadne nagrody nie zasługuje. No, jeśli tak mają wyglądać nasze „hollywoodzkie” produkcje promujące Polskę i naszą historię, to ja dziękuję, postoję. Na „Piłsudskiego” zwyczajnie nie pójdę - niech „nasi” nauczą się w końcu robić dobre filmy, zamiast szantażować publikę „patriotyczną” tematyką, myśląc, że to samo z siebie nabije im frekwencję.


*

Z tej samej, filmowej beczki. Na festiwalu w Gdyni wybuchła awantura o film „Solid Gold” Jacka Bromskiego. Kurczę, ten facet to nielichy cwaniak. Najpierw napisał „pisowski” scenariusz o aferze Amber Gold i poszedł po kasę do Kurskiego – a potem, by wywinąć się od środowiskowego ostracyzmu, podczas montażu jak gdyby nigdy nic zmasakrował własne dzieło, wycinając kluczowe sceny (w tym słynnych peowskich „burłaków” ciągnących samolot OLT Express po płycie lotniska). TVP, jako producent musiała zareagować i próbowała wycofać pocięty film z festiwalu. I to dało Bromskiemu znakomity pretekst by pozować na męczennika i „niezależnego twórcę” gnębionego przez pisowską cenzurę. „Środowisko” oczywiście podchwyciło temat i Bromski z miejsca stał się „bojownikiem o wolność twórczą”, czemu dawano wyraz podczas różnych egzaltowanych wystąpień. Słowem, majstersztyk manipulacji. Bromskiemu w Gdyni należy się pomnik – jako wzorcowemu przykładowi towarzyskiego konformizmu i „świadomej autocenzury”. A swoje i tak zarobił. Mistrz.


*

Z weselszych wieści. Tutejsze celebryctwo postanowiło wspomóc totalną opozycję podróbką pamiętnej akcji „zabierz babci dowód” i pojechało z „profrekwencyjną” akcją „Nie świruj, idź na wybory” w ramach której m.in. Pszoniak z Łukaszewiczem postanowili wykonać przed kamerą własne wersje tańca św. Wita. Tym samym, niechcący obnażyli przed publicznością swój stan ducha – oni po prostu zwariowali z nienawiści do PiS i wreszcie im się „ulało”. Teraz już cała Polska wie, jak reaguje Wojciech Pszoniak, gdy przypadkiem zobaczy w telewizji Jarosława Kaczyńskiego.


*

Z wieści jeszcze weselszych. Odbył się XI Kongres Kobiet i feministki jak zwykle dostarczyły wiele tzw. „lol-contentu”. W ramach bloku tematycznego „Centrum Praw Zwierząt” odbyły się panele: „Przemoc ma płeć – życie samic zwierząt hodowlanych” oraz „Zoopolis: o szacunek dla istot ludzkich i pozaludzkich”. Omawiano w nich takie problemy, jak „sztuczna inseminacja, wymuszone i przerwane macierzyństwo, spieniężona laktacja i niechciana starość”, tudzież „podobne” pozycje społeczne... kobiet i zwierząt, a także „siostrzeństwo ponadgatunkowe” - bo „uprzedmiotowienie samic zwierzęcych” ma mieć związek z traktowaniem kobiet w społeczeństwie. Ponadto niezawodna Sylwia Spurek „wkręcona” przez youtubera z Pyta.pl oznajmiła, iż „krowy są gwałcone”. Ehem, to ostatnie ponoć faktycznie niekiedy się zdarza w myśl dewizy „każdy rolnik postępowy sam zapładnia swoje krowy”. A więc Kongres Kobiet szowinistycznym krowo...om mówi twarde „nie”!


*

Ale, powyższe ma swoje reperkusje. Czy od tej pory zwrócenie się do feministki „ty krowo”, będzie oznaczało afirmację ponadgatunkowego siostrzeństwa? A skoro mówimy o inseminacji i gwałceniu krów – co z bykami zmuszanymi do dawania nasienia? To przecież takie upokarzające! No chyba, że zawołanie „samiec – twój wróg” przekłada się również na jakże skomplikowany obszar relacji międzygatunkowych. Eko-feministkom proponuję zatem hiszpański przysmak – bycze jądra, których konsumpcja będzie słuszną ideologicznie zemstą na szowinistycznym, zwierzęcym patriarchacie.


*

Poza wszystkim – pani Spurek wraz z „siostrami” w swej eko-szajbie zaprezentowała modelowe podejście animistyczne, charakterystyczne, przypominam, dla dzieci i ludów prymitywnych. Tylko patrzeć, jak ogłoszą oficjalny kult Matki Ziemi... a nie, wróć – już to zrobiły. W ramach „Centrum Duchowego” na Kongresie odbyły się „warsztaty” z „głębokiej ekologii” pn. „Przywróćmy miłość do Matki Ziemi”.


*

Z myślenia magicznego. Nagłówek w gazeta.pl: „Rozbierają się, a lodowce przykrywają kołderkami. Lód i tak się topi”. To o „ratowaniu” szwajcarskich lodowców – w jego ramach fotograf Spencer Tunick robi fotki tabunom nagich ludzi zagnanych na alpejskie lodowce. Mnie robi się zimno od samego patrzenia i „artysta” pewnie liczy na podobny efekt – gdy lodowiec zobaczy stado zmarzniętych golasów, to z pewnością wskutek empatii też zrobi mu się chłodniej i przestanie topnieć.


*

Lewacka maligna w pełnej okazałości. Arcypostępowy premier Kanady, Justin Trudeau okazał się kryptorasistą! Wydało się, że 20 lat temu wystąpił na balu kostiumowym przebrany za Alladyna z wysmarowaną na brązowo facjatą! Od razu się przyznam – w dzieciństwie bawiłem się w Indian i malowałem sobie na twarzy „barwy wojenne”. O, Wielki Manitou, przepraszam! Tylko co na to wszystko Jacek Hugo-Bader, który na Marszu Niepodległości wypastował się na Makumbę?


*

Pośmialiśmy się, a teraz wkraczamy w brudny i ponury świat polityki pełen mrocznych tajemnic. Oto prof. Wojciech Sadurski podczas nasiadówki z działaczami Obywateli RP objawił swój rodzinny dramat: „moja siostra głosuje na PiS!”. Tragedia ma jednak i drugą stronę – brat siostry Sadurskiego głosuje na PO! Komuż tu bardziej współczuć, ach komu?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 39 (27.09-03.10.2019)

niedziela, 14 kwietnia 2019

Ezoteryczna trucizna

Nic dziwnego, że na widok gdańskiego stosu zawyło piekło i jego ziemscy słudzy. W końcu kosmaty wyjątkowo nie lubi, gdy rzuca mu się w twarz „apage, Satanas!”.


I. Lewacka paranoja

Histeria na tle wydarzenia w gdańskiej parafii NMP Matki Kościoła i Świętej Katarzyny Szwedzkiej daje do myślenia. Przypomnijmy, że 31 marca, po niedzielnej Mszy Św., goszczący w parafii ks. Rafał Jarosiewicz związany z koszalińską fundacją „SMS z Nieba” przy współudziale wiernych i za zgodą miejscowego proboszcza rozpalił (niewielki) stos na którym znalazły się książki promujące treści okultystyczne, a także inne guślarskie utensylia – m.in. rytualna szamańska maska, figurki słoników „na szczęście” czy parasolka „Hello Kitty”. Inicjatywa (podjęta w ramach wielkopostnych rekolekcji) miała na celu zwrócenie uwagi na szkodliwość literatury i przedmiotów związanych z szeroko rozumianą ezoteryką, czarami, zabobonami itp., jako sprzecznymi z nauką Kościoła. A ta, odnośnie magii jest precyzyjna i jednoznacznie potępia tego typu praktyki, będące wykroczeniem przeciw Pierwszemu Przykazaniu („Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”). Katechizm Kościoła Katolickiego w pkt. 2115-2117 zabrania parania się jakimikolwiek czynnościami z zakresu wróżbiarstwa, magii i spirytyzmu. Wydawałoby się więc, że w działaniach księży nie ma nic szczególnie kontrowersyjnego: ot, spalili trochę pogańskiego śmiecia ku nauce i przestrodze – kilka „Harry Potterów”, sagę fantasy „Zmierzch” obłaskawiającą wampiryzm, jakieś wypociny hinduskiego „guru” - wielkie mi halo.

Niemniej, po tym, jak fundacja SMS do Nieba wrzuciła zdjęcia z akcji na swój facebookowy profil, rozpętało się istne pandemonium – szczególnie ze strony osób i mediów, które trudno podejrzewać o jakiekolwiek związki z Kościołem. Usłyszeliśmy więc, że palenie książek to powrót do Niemiec z lat '30 XX w. (klasyczne reductio ad Hitlerum), tudzież epoki stosów i Świętej Inkwizycji (w jej karykaturalnym obrazie rodem z protestanckiej i oświeceniowej propagandy). Generalnie - ciemnota, zabobon i kołtuneria. Sprawę podchwyciły zagraniczne media, co skwapliwie odnotowały rodzime lewackie przekaziory wedle znanego schematu „co za wstyd przed światem” oraz różni postępowi katolicy. Spazmom oburzenia nie było końca. Do tablicy poczuła się wywołana koszalińska kuria, która ustami rzecznika odcięła się od poczynań ks. Jarosiewicza, a także sam prymas, abp. Wojciech Polak. Zastanawiam się, czy stałoby się coś strasznego, gdyby Kościół instytucjonalny dał delikatnie do zrozumienia natarczywym i ewidentnie szukającym sensacji pismakom, że to co robią księża wraz z parafianami w ramach praktyk religijnych, to nie ich zakichany interes?

Obrazu groteski dopełnili miejscowi urzędnicy i aktywiści... walczący ze smogiem. Ci pierwsi zapowiedzieli „czynności sprawdzające” pod kątem „palenia ogniska bez zezwolenia oraz palenia plastikiem i niedozwolonymi substancjami”. Natomiast Rybnicki Alarm Smogowy (gdzie Rybnik, a gdzie Gdańsk?) złożył doniesienie do prokuratury z art. 183 par.1 Kodeksu Karnego (dotyczy m.in. utylizacji odpadów w sposób mogący zagrozić „życiu lub zdrowiu wielu osób lub spowodować zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach”), argumentując, że osoby postronne oraz ministranci asystujący przy paleniu ogniska byli narażeni na wdychanie szkodliwych spalin. Księżom grozi potencjalnie od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności. Nie omieszkały również uaktywnić się lokalne feministki z grupy „Dziewuchy Dziewuchom” oraz „Feministycznej Brygady Rewolucyjnej”, zapowiadając akcję wymieniania się „zakazanymi książkami”. Wszystko zostało przedstawione tak, jakby gdańscy księża zorganizowali jakieś lotne brygady przeczesujące mieszkania parafian w poszukiwaniu nieprawomyślnych książek i przedmiotów.


II. „W tym szaleństwie jest metoda”

W całej tej lewackiej paranoi dostrzegam jednak drugie dno – i nie chodzi bynajmniej tylko o chęć doraźnego zaszkodzenia Kościołowi i przedstawienia go jako siedliska ciemnoty. Nie chodzi również wyłącznie o wojujący racjonalizm – gdyby tak było, lewica z równą zaciekłością zwalczałaby np. ruchy ezoteryczne. Rzecz nie tkwi także w samym paleniu książek, bo niszczenie Biblii przez Adama Darskiego „Nergala” błyskawicznie znalazło wielu obrońców „wolności artystycznej”, na czele z przewielebnym ks. Adamem Bonieckim. Otóż wszystkich tych oburzonych aktywistów do białej gorączki doprowadziło manifestacyjne spalenie przedmiotów związanych z magią i okultyzmem – a te, mają wśród lewicy wielu zarówno cichych, jak i całkiem głośnych przyjaciół. Tu już nie ma miejsca na swobodę ekspresji, „happening” itp., bowiem okultyzm jest przynajmniej przez część lewicowych środowisk traktowany jako sprzymierzeniec w walce z Kościołem. Z podobnych powodów „Harry Potter” cieszy się statusem jakiegoś pogańskiego świątka – i to nie dlatego, że „zachęca dzieci do czytania”, tylko właśnie ze względu na treść, prezentującą magiczne praktyki jako ekscytującą przygodę, czego pokłosiem są różne „szkoły magii” organizowane dla małych adeptów sztuk tajemnych.

Szczególnym przypadkiem są kręgi feministyczne. Na imprezach firmowanych przez Kongres Kobiet normą są stoiska ezoteryczne czy medycyny alternatywnej, prezentujące gusła z różnych stron świata. Oświecone „siostrzyce” mogą się na nich zaopatrzyć w tak ekskluzywne towary jak „energetyczne” magnesy i kryształki, karty tarota, wahadełka, nie mówiąc już o cudownościach produkowanych przez pana Jerzego Ziębę. Gwoli sprawiedliwości – spotyka się to ze sprzeciwem bardziej racjonalnej części feministek, słusznie widzących tu groźbę kompromitacji dla całego ruchu. Cóż jednak po tym, skoro poczesne figury feminizmu w rodzaju pisarki Marii Nurowskiej i reżyserki Agnieszki Holland otwarcie przyznają się do praktykowania voodoo i nakłuwania laleczek posła Stanisława Piotrowicza w intencji jeśli nie zgonu, to przynajmniej spowodowania wylewu i paraliżu? A co począć z prof. Magdaleną Środą, która wedle jej własnych słów, brała udział w kursach na których wykładała „czarownica z Salem” - do tego odbywających się w... Domu Pracy Twórczej „Mądralin” Polskiej Akademii Nauk? Ta sama Środa mówiła też o trwających „do białego rana” „wtajemniczeniach” podczas sabatów w Noc Walpurgii czy noc bogini Hekate, których efekty mają być później „widoczne w życiu politycznym”... Co dalej – Instytut Magii Stosowanej PAN? W tym kontekście nie dziwi opisana wyżej aktywizacja gdańskich feministek – trzeba tylko dodać, że jeśli zarzucają Kościołowi umysłową ciasnotę, to same tkwią w „wiekach ciemnych” (przedchrześcijańskich) po same uszy.


III. Piekło zawyło

Pora jednak na kwestię najważniejszą. Czy rekolekcyjna akcja w gdańskiej parafii była w ogóle potrzebna? Otóż tak, jak najbardziej, bowiem ezoteryka cieszy się w polskim społeczeństwie ogromną popularnością. We wróżby wg CBOS wierzy nawet 58 proc. Polaków, co roku z różnych form wróżbiarstwa i jasnowidzenia korzysta nawet 2,5 mln. osób. To nie tylko tradycyjne wizyty lecz również wysokopłatne SMS-y, ezoteryczne infolinie, portale internetowe... Usługi zamawiają także biznesmeni – chociażby „numerologiczne” diagnozy co do mającej przynieść pomyślność nazwy firmy, daty rozpoczęcia działalności, porady feng-shui odnośnie urządzenia biura mającego zapewnić „pozytywną energię”. W ruch idą szklane kule, wahadełka, karty tarota... Ocenia się, że polski rynek tego typu usług ma wartość ok. 2 mld. zł. rocznie. Dla porównania – na tacę i inne ofiary wierni przeznaczają ok. 1,2 mld. zł., a zatem Polacy gotowi są przekazywać różnym szarlatanom więcej, niż swojemu Kościołowi!

Ale to nie wszystko – z tego rodzaju praktykami wiąże się również inicjacja w toksyczną duchowość, co kończy się często różnymi formami zniewoleń i opętań. Świadectwa księży egzorcystów, a także ofiar magicznych praktyk nie pozostawiają tu wątpliwości. Podobny mechanizm dotyczy także werbunków do różnych sekt. Nic więc dziwnego, że na widok gdańskiego stosu zawyło piekło i jego ziemscy słudzy. W końcu kosmaty wyjątkowo nie lubi, gdy rzuca mu się w twarz „apage, Satanas!”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ezoteryczny skok na kasę

Duchowa detoksykacja


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 15 (12-18.04.2019)

Pod-Grzybki 155

Zbrodnia! Polska i świat zatrzęsły się ze zgrozy, bo w Gdańsku podczas wielkopostnych rekolekcji spalono pod przewodnictwem księdza jakieś ezoteryczne badziewie, w tym książki „Harry'ego Pottera”. Szkoda, że nie przysmażono młodocianego czarnoksiężnika we własnej osobie - to dopiero byłby powód do wrzasków! Dla niego samego w szczególności.


*

Prócz odgłosów oburzenia, miejscowe władze zapowiedziały kontrolę mającą wykazać, czy nie doszło do wykroczenia, tj. palenia ogniska bez zezwolenia i spalania toksycznych substancji. Od razu odpowiem: owszem, jak najbardziej spalano „substancje toksyczne”, a konkretnie – promujące toksyczną duchowość. Jak rozumiem, gdyby ksiądz proboszcz zechciał urządzić dla parafian grilla z kiełbaskami, to nasłano by straż pożarną i Sanepid?


*

O całej historii i jej rozmaitych konotacjach piszę szerzej w osobnym tekście, więc tutaj jeszcze tylko ogólna uwaga. Czasem, gdy widzę antykościelne hece w wykonaniu różnych rozbestwionych bezkarnością hunwejbinów postępu, to przyłapuję się na myśli, że może Kościół niepotrzebnie spacyfikował Święte Oficjum i zrezygnował z kary stosu. Wyobraźmy sobie tylko ten efekt prewencji – gdyby dziś przy każdej diecezji funkcjonował urząd inkwizytorski, to coś czuję, że paru wielce ideowym lewackim krzykaczom i „artystycznym prowokatorom” przeszła by nagle ochota do gardłowania i gorszenia bliźnich.


*

Z weselszych wieści: Kazimierz Pułaski był genderem! Tak ustalili naukowcy po kilkunastu latach żmudnego badania szkieletu konfederata barskiego i bohatera amerykańskiej wojny o niepodległość. Szkielet ponoć jest ewidentnie kobiecy, a Kazimiera Pułaska cierpiała na przerost kory nadnerczy, co skutkowało podwyższonym wydzielaniem testosteronu. W związku z tym, feministki od tej pory będą na cześć siostrzycy-Kazimiery paradować w czapkach-konfederatkach. Tylko piwo „Warka” nie będzie już smakować tak samo...


*

Prócz Kazimiery Pułaskiej, jak wiadomo, kobietą była Mikołajka Koperniczanka – wystarczy spojrzeć na obraz Jana Matejki (a może Janiny Matejkowej?): powłóczysta szata, długie, rozwiane włosy... Że co proszę? Że to taka artystyczna wizja? To Matejko miewał wizje? A co brał, jeśli wolno zapytać? I wierz tu artystom... Właśnie dlatego, na dźwięk słowa „kultura” odbezpieczam karabin.


*

Swoją drogą, czekam aż na stronach „Kretyniki Politycznej” ukaże się poważny esej o Kazimierze Pułaskiej, napisany z genderowego punktu widzenia - seriozny i naładowany ideologicznym napięciem. Przeczuwam równy ubaw, jak przy lekturze tekstu pewnego chłopca studiującego filozofię, który stwierdził, że powinni mu za to płacić. Szczerze mówiąc - gdybym sam studiował filozofię, pewnie też doszedłbym do takiego wniosku. Na szczęście dla budżetu państwa, od filozofii trzymam się równie daleko, jak od wszelkiej kultury.


*

Post Scriptum: prawdziwa tożsamość Mariana Curie-Skłodowskiego i Albertyny Einsteinowej wciąż pozostaje obiektem sporów i dociekań.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 15 (12-18.04.2019)

sobota, 7 lipca 2018

Pod-Grzybki 133

Dziś „Pod-Grzybki” będą raczej w zalewie kwaśno-gorzkiej – a to za sprawą naszej klapy na rosyjskim mundialu. Wieść niesie, że totalna opozycja wraz ze swymi zwolennikami przeżywała prawdziwą huśtawkę nastrojów. Najpierw była żałoba, bo Niemcy przegrali z Meksykiem. Ale zaraz potem nasi polegli z Senegalem, więc nastroje się poprawiły. A kiedy jeszcze dołożyliśmy klęskę z Kolumbią, w centrali PO zapanowała prawdziwa euforia.


*

Chwilę triumfalnego uniesienia przeżyła również Krystyna Janda, która wprost nie mogła znieść myśli o ataku „manii wielkości” polskich kibiców, gdyby naszej reprezentacji powiodło się na mistrzostwach świata. Na szczęście nasi chłopcy oszczędzili jej cierpień i koncertowo polegli. Podobno dlatego, że nie byli w stanie skupić się na grze, gdy w Polsce łamana jest niezawisłość sądów i konstytucja. I kto by się spodziewał, że pani Janda jest taka wpływowa?


*

Pani Janda narzekała też na nieokrzesany naród, który w gazetach czyta jedynie dział sportowy, a strony z kulturą wyrzuca do kosza. No to teraz będzie miała żniwa – rozczarowani kibice zamiast na stadiony podążą tłumnie do jej teatrzyku, by wspólnie przeżywać duchowe katharsis przy wysublimowanych monodramach Rafalali piętnujących polską zaściankowość i ksenofobię.


*

Winien jestem czytelnikom wyjaśnienie – w październiku ub.r. popełniłem dla „PN” na fali wygranych eliminacji artykuł pt. „Ruszamy na Moskwę”. Jak się skończyło, wiemy. Chyba nie mamy szczęścia do wodzów, bo ci na widok Kremla kompletnie głupieją i zaczynają robić jakieś dziwne ruchy – jak Zygmunt III Waza czy Napoleon. A teraz w ich ślady poszedł Nawałka, kombinując ze składem i ustawieniami. Okazało się, że lepsze jest wrogiem dobrego, a naszym jednak najlepiej wychodzi szlachetna prostota: 4-4-2 i gra z kontry. Smutno, tym bardziej, że swoją frajdę ma teraz frakcja rodzimych ojkofobów, którym nienawiść zaćmiła mózgi do tego stopnia, że nie odróżniają reprezentacji Polski od reprezentacji PiS-u.


*

Z życia feministek. Jak donoszą media, organizatorki hucznego „Kongresu Kobiet” (4,5 tys. uczestników) podczas imprezy poniewierały ochroniarkami zatrudnionymi tam za 10 zł. na godzinę, każąc im stać bez ruchu w wyznaczonym miejscu przez 16 godzin, bez możliwości zjedzenia posiłku czy nawet skorzystania z toalety. Odnotujmy, że na zarzuty odpowiedziała Magdalena Środa, że nie ma co histeryzować, bo przecież policja zabezpieczająca to targowisko próżności też musiała stać, poza tym obowiązki ochroniarek reguluje ich zewnętrzna firma (więc nie ma problemu), a poza tym ona z kolei musi w swojej pracy ciągle siedzieć. Oto kwintesencja feminizmu: zabawa bogatych paniuś, które mówiąc „kobieta” mają na myśli osoby takie jak one – od klasy średniej w górę, wykształcone i dobrze sytuowane. A ochroniarki, kelnerki itp? To nie kobiety. To personel. Są od tego, by pani feministce podać kawę i ciasteczko, gdy ta rozmyśla o męskiej opresji i dyskryminacji.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 13 (04-17.07.2018)

czwartek, 21 grudnia 2017

Pod-Grzybki

Dziś „Pod-Grzybki” będą dość obleśne, ale nic nie poradzę. Jak wyznała dziennikarka „Wysokich Obcasów”, pisarz Janusz Rudnicki miał zaprosić kolegę do kawiarni wesołym okrzykiem „chodź, k***y już są!”, którym to staropolskim mianem określił rzeczoną dziennikarkę i jej znajomą. Na to odezwała się Magdalena Żakowska twierdząc, że to nic wielkiego, bo jej z kolei pan pisarz proponował „branie na dwa baty”. A mnie w tym wszystkim zastanawia jedno – co na to szanowny małżonek pani Żakowskiej, czyli Jacek Żakowski? Dał chociaż Rudnickiemu w mordę? Chyba, że to właśnie on w owym „braniu na dwa baty” miał partycypować. Jeśli tak, to nie mam pytań.


*

Sytuacja okazała się rozwojowa, bo oto feministki z „Codziennika Feministycznego” oskarżyły dwóch „chłopców lewicy” - Jakuba Dymka i Michała Wybieralskiego – o różne bezeceństwa, w tym gwałt i pobicie. Tak to bywa, kiedy „chłopcy lewicy” poczują się samczykami alfa.


*

W związku z powyższym przyszedł mi do głowy taki oto dialog odzwierciedlający zwyczaje kół postępowych (pozwoliłem sobie strawestować autentyczne teksty, jakimi tam się do siebie zwracają).

Przychodzi samczyk alfa do feministki i pyta:

  • Będzie ruchane, czy ci je***ć z bańki?

  • Będzie ruchane, ale pod warunkiem, że zrobimy to przeciw paternalistycznej kulturze gwałtu.

  • Jasna sprawa, mała. To jak, wsadzić ci na początku język w ci**ę, czy od razu zaprosić kolegę i weźmiemy cię na dwa baty?

  • Bierzcie mnie na dwa baty - w ten sposób zaprotestuję podwójnie przeciw kulturze gwałtu. I koleżankę zaproszę.

  • W porzo mała - koleś, wchodź, k***y już tu są!


*

Refleksja na marginesie – w zasadzie walnięcie „z bańki”, którym Michał Wybieralski potraktował obiekt swych miłosnych westchnień, świadczy o równościowym traktowaniu. Przecież, jak by nie patrzeć, przy***ł jej jak facetowi. I refleksja nr 2 - ciekawe, czy w ramach akcji #MeToo dowiemy się czegoś więcej o tajemnicach basenu Urbana w którym - wedle krążącej famy - Adam Michnik, kiedy jeszcze dopisywało mu zdrówko, zwykł był „testować” adeptki sztuki dziennikarskiej?


*

Molestowanym feministkom pozazdrościła Justyna Samolińska z partii „Razem”, której przypomniało się, że podczas wieczoru wyborczego poseł Kukiz'15 Marek Jakubiak miał jej proponować wspólne wyjście do toalety. Rada dla wszystkich – pod żadnym pozorem nie siadać obok Samolińskiej, a udając się do WC uważnie wpierw sprawdzić, czy owa niewiasta nie kręci się w pobliżu. A samej pani Samolińskiej radzę na przyszłość usiąść obok Ryszarda Petru – istnieje wtedy szansa, że zamiast do toalety zaprosi ją na Maderę.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

piątek, 20 października 2017

Pod-Grzybki 116

Feministki-aborcjonistki znowu wyległy na ulice protestować przeciw czemuś tam i domagać się czegoś innego. Z tej okazji instytut „Ordo Iuris” zrobił im prezent ujawniając, jak to zeszłoroczne „spontaniczne” czarne msze... to jest, „czarne marsze” były futrowane z zagranicy przez lewackie organizacje powiązane m.in. z Georgem Sorosem – łącznie na ok. milion złotych. I w sumie nie ma co się dziwić – panienki powinny mieć swojego sponsora.


*

Powyższą zależność dobrze oddaje internetowy nagłówek: „Polki znów MUSZĄ protestować” (wyróżnienie moje). Jest to nader trafne spostrzeżenie: skoro sponsor płaci, to i wymaga, więc nie ma rady – deszcz, nie deszcz, trzeba na gwizdek pofatygować się na ulice i molestować przechodniów. Nie zawsze jest to komfortowa sytuacja, bo to i przeziębienie można złapać, a może nawet coś gorszego. Nie dziwi więc, że panienki wprawdzie posłusznie przechadzały się w tę i nazad, ale z transparentem ostrzegającym, że oto idą „Wściekłe Polki”. Starożytny lekarz Hipokrates przypisywał tę przypadłość wędrującej macicy i określał mianem „duszności macicznej”, tudzież histerii (od gr. hystera - macica) – a jej przyczyną miał być brak aktywności seksualnej. A zatem – rozwiązanie problemu jest i proste, i trudne zarazem. Z jednej strony niby wiadomo, co trzeba zrobić, ale z drugiej – kto się odważy?


*

W ostatnich dniach Jarosław Kaczyński dał się poznać jako demiurg i człowiek wielu talentów. Najpierw zupełnie już chyba szalony Waldemar Kuczyński oskarżył go o sukces AfD w niemieckich wyborach do Bundestagu, a zaraz potem Paulina Młynarska wyznała, że Kaczyński „zmusza ją do myślenia”. Przyznajmy, że zmuszanie do myślenia kogoś, kto sobie tego wyraźnie nie życzy zakrawa na małpie okrucieństwo – bo myślenie to czynność niekoniecznie przyjemna, zwłaszcza dla nienawykłych, a poza tym – bez gwarancji, że się coś wymyśli. Pani Paulino, doradzałbym zacząć od czegoś prostego, tak żeby mózg się nie zakwasił – na przykład krzyżówek panoramicznych z kolorowej prasy. Na równania z dwiema niewiadomymi przyjdzie jeszcze czas.


*

W internecie szerzy się mit o starożytnym „Imperium Lechitów”, którego jednym z propagatorów jest niejaki Janusz Bieszk, wcześniej zgłębiający wiedzę o „cywilizacjach kosmicznych na Ziemi”. Sądzę, że obie koncepcje można połączyć. Wszak słynny cykl filmów historycznych dziejących się w kosmosie opowiada o podobnym Imperium – a zaczyna się od słów „dawno, dawno temu, w odległej galaktyce...”. A zatem, imperator Palpatine i Lord Vader byli Lechitami, których galaktyczne Imperium padło wskutek zdradzieckiej rebelii kierowanej przez tak zwanego „mistrza” Yodę – najpewniej agenta Watykanu. Ocaleli z pogromu galaktyczni Lechici szukając ratunku trafili na Ziemię, gdzie stworzyli Wielką Lechię, której wojowie laserowymi mieczami pokonali Aleksandra Macedońskiego i Juliusza Cezara. To są godne nas parantele – a poza tym: „Yoda go home!”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 40 (18-31.10.2017)

piątek, 3 czerwca 2016

Paraliż postępowy

Hm, skoro „orangutana” jest „siostrą” feministek, to z tego wniosek, że i one są siostrami „orangutany”.

Mówiąc pół-żartem, pół-serio wygląda na to, że zawstydziłem „Wyborczą”. Ledwie co w piątkowej „Warszawskiej Gazecie” ukazał się mój felieton w którym zweryfikowałem liczbę kodowskich demonstrantów z targowickiego marszu 7 maja na niespełna 56 tys., a już w poniedziałek, na stronach portalu „gazeta.pl” ukazał się bogato udokumentowany zdjęciami materiał w którym podano niemal identyczną liczbę – 55 600 uczestników. Proszę to sobie wyobrazić – żeby uniknąć ostatecznej kompromitacji siedzi redakcyjne grono i przez bite osiem godzin „na piechotę” liczy „łebki” na wydrukach 859 kadrów z nagrania wideo. A następnego dnia jeszcze wszystko dodatkowo „weryfikuje”. Istny kabaret. To się dopiero nazywa „stracony weekend”. A wystarczyło się tak propagandowo nie napinać i nie powtarzać w amoku nieprzytomnych danych przedstawionych przez urzędników z warszawskiego magistratu. To przecież, przypomnę, nie kto inny, tylko Wasz redakcyjny kolega Bartosz T. Wieliński przeprowadził demaskatorską (mimowolnie) rozmowę z niemieckim wolontariuszem liczącym uczestników marszy PEGID-y w Dreźnie, z której jasno wynikało, że przyjęte przez podwładnych Hanny Gronkiewicz-Waltz zagęszczenie 3 osób na metrze kwadratowym jest założeniem wziętym z księżyca. Realną wartością jest 0,6 – 0,7 osoby na m2 – i wedle takiego przelicznika należało urealnić brednie magistrackich platformersów. Nie musielibyście ślęczeć przez dwa dni nad tymi nieszczęsnymi zdjęciami, żeby ustalić to, co ja w minutę przeliczyłem na kalkulatorze. A tymczasem, najpierw przez półtora tygodnia nadymaliście się „największą demonstracją po 1989”, by w końcu wycofać się rakiem przy wtórze drwiącego śmiechu. Innymi słowy, za jednym zamachem zafundowaliście sobie dwie kompromitacje. Dobrze chociaż, że czytacie na bieżąco „Warszawską”, może w końcu coś się Wam przejaśni w tych oczadziałych łepetynach.

Ale to nie koniec obciachu. Paraliż postępowy, ten sam za sprawą którego redakcja „GW” przez grubo ponad tydzień widziała poczwórnie marsz Targowiczątek, udzielił się także aktywistkom Kongresu Kobiet. Oto za sprawą Manueli Gretkowskiej biedne baby pozakładały sobie na łby papierowe torby, co już samo w sobie dawało asumpt do koszarowych żartów na temat różnych fizjonomicznych deficytów feministek. Niemniej, do powyższego dołożyły kolejne samozaoranie, jako że owe torby na głowach miały być wyrazem protestu przeciw „wprowadzaniu w Polsce prawa szariatu”. „W szariacie kobiety noszą chusty na głowach, a w Polsce mają zamknięte oczy” - ogłosiła pani Manuela. Inicjatorce happeningu wprawdzie chodziło o prawo do skrobanek, jednak „siostrzycom” zabrakło czujności, albowiem niechcący dokonały poważnego występku przeciw obowiązującej „mądrości etapu” wedle której islam jest „religią pokoju”. Na powyższe zainterweniowały dwie oburzone feministki w liście otwartym opublikowanym przez „Wyborczą”, określając kongresowy wygłup jako gest, który w tej odsłonie wykonany został w sposób rażąco naruszający zasady wielokulturowości i otwartości”. Innymi słowy, „szariat dobry”, bo to element multi-kulti, ale „PiSlam zły”- choć wedle uczestniczek za jego sprawą mamy to samo, co w tymże postępowym szariacie. No proszę, wychodzi na to, że to całe postępactwo jest istnym stąpaniem po polu minowym i trzeba się dobrze nagimnastykować, by pozostawać w zgodzie z aktualnie obowiązującą ortodoksją – w każdym razie przyznam się, że przy takiej dialektyce mój rozum wysiada.

Jakby tego było mało, uczestniczki sabatu postanowiły zaprosić i fetować alimenciarza i pasożyta na utrzymaniu drugiej żony, Mateusza Kijowskiego, zaś wybuczeć Wojciecha Kaczmarczyka, rządowego pełnomocnika ds. równego traktowania, który o ile mi wiadomo takich problemów nie ma. Przy okazji - w ramach Kongresu przewidziany był panel „Alimenty to nie prezenty” - czy pan Mateusz również i tam był gościem honorowym? Równie dobrze hasłem przewodnim mogło być „wykorzystaj i zostaw z dzieckiem”. Chociaż mnie najbardziej podobał się panel „Nasza siostra orangutana, czyli o ochronie różnorodności życia”. Hm, skoro „orangutana” jest ich „siostrą”, to z tego wniosek, że i one są siostrami „orangutany”...

Na zakończenie odnotujmy jeszcze skrzydlatą analizę Agnieszki „żeby było tak, jak było” Holland, która rozgryzła perfidię programu „500+” - ma on mianowicie „zatrzymać kobiety w domu” i „uzależnić od zasiłku”. Oczywiście, ani pani reżyser, ani żadnej innej „siostrze orangutany” nie zaświta w sparaliżowanej postępowo głowie pytanie, jak to się stało, że dla tak wielu rodzin to 500, czy 1000 zł miesięcznie jest tak znaczącym zastrzykiem finansowym. A potem dziwią się jeszcze, że same kobiety w przytłaczającej większości nie chcą traktować tych odrealnionych damulek poważnie.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Targowiczątka się napinają”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3825-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 20 (20-26.05.2016)

środa, 11 maja 2016

Pod-Grzybki 46

Ruszyła awantura wokół ustawy antyaborcyjnej i jak można się było spodziewać, tabuny przechodzonych celebrytek i różnych marginalnych działaczek zwietrzyły okazję, by się medialnie podlansować. Np. bliżej nieznana pani psycholog, Ola Kwaśniewska, uznała za stosowne obwieścić światu, że nie chce być „macicą w kapeluszu”, co świadczy o nielichych problemach z autoidentyfikacją. A wystarczyło, żeby posłuchała mamusi, by wiedzieć, że kapelusza nie ma żadna tam „macica”, tylko ptyś z kremem – i że ten kapelutek należy ptysiowi odkroić, bo inaczej tryśnie... dobra, dosyć sadystycznych świństw na dzisiaj.

*

Z kolei feministka Anna Zawadzka zmontowała z kilkoma koleżankami dość żenującą ustawkę w warszawskim kościele św. Anny, podczas której dobitnie pokazały, że kościół jest dla nich przestrzenią kompletnie obcą kulturowo. Panienki odegrały mianowicie rolę tzw. „oburzonych wiernych” - czyli przyszły specjalnie po to, by „spontanicznie” wyjść w świetle kamer podczas odczytywania listu pasterskiego biskupów i trochę napyskować na odchodnym. Wszystko to wypadło strasznie słabo – szczerze mówiąc, mając w pamięci różne występy takiego FEMEN-u, liczyłem na strollowanie wiernych gołymi cyckami, a tu nic. Słowem, zaścianek, pruderia i parafiańszczyzna.

*

Genderowe siostrzyce demonstrują z wieszakami, jakimi ponoć masowo będą skrobały się Polki po zaostrzeniu ustawy – i wszystko fajnie, jednak mnie jakoś uporczywie brakowało jednego elementu. Zastanawiałem się, cóż to takiego, aż wreszcie nadeszło olśnienie: gdzie jest Sewek Blumsztajn ze słynnym transparentem „Pi...lę – nie rodzę”? Bez Sewka cała impreza się nie liczy.

*

Wspomniana Zawadzka dała w TVN-ie prawdziwy popis – do tego stopnia, że zniesmaczyła nawet Morozowskiego, a księdza Sowę nawróciła na katolicyzm. Wśród różnych bzdur, jakie wygadywała, było i to, że dokonała aborcji 6 stycznia – czyli w święto Trzech Króli - co jako żywo przypomina inną aktywistkę – Katarzynę Bratkowską, która chciała usunąć urojoną ciążę w wigilię Bożego Narodzenia. Z tego wniosek, że nabór do organizacji feministycznych odbywa się po linii poważnych zaburzeń emocjonalnych. Podsumujmy – „macica w kapeluszu”, urojenia ciążowe na tle religijnym nasilające się w okolicach Bożego Narodzenia i facet, co to pie..i, ale nie rodzi, a do tego zbiorowa obsesja na punkcie wieszaków. I pomyśleć, że niektórzy wyśmiewają się z poczciwego Hipokratesa, który histerię diagnozował jako syndrom wędrującej macicy... i to bez kapelusza.

*

Różne tele-gwiazdeczki rzuciły się ostatnio do gardła pierwszej damie – bo nie udziela im wywiadów, nie lansuje się w programach śniadaniowych, nie zabiera głosu w sprawie aborcji – i w ogóle milczy nienawistnie niczym Kaczyński. Prym wiodą tu Karolina Korwin-Piotrowska, Dorota Wellman i Paulina Młynarska – wszystkie związane z TVN. A teraz spójrzmy jak wyglądają te damulki, a jak wygląda Agata Duda. Babska zawiść to jednak potężny żywioł...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 15 (13-19_04_2016)

wtorek, 15 września 2015

Pełzający dżihad

Imigracyjny „socjal” to nic innego, jak próba obłaskawienia łupieżczej hordy okupem, by ta powstrzymała, bądź przynajmniej ograniczyła swe niszczycielskie zapędy.

 

Na greckiej wyspie Lesbos doszło do regularnej bitwy muzułmańskich imigrantów próbujących opanować prom, z siłami policji. Mieszkańcy wyspy żyją w stanie permanentnego oblężenia – przybysze są agresywni, natarczywi, zanieczyszczają okolicę, szerzy się wandalizm, miejscowy burmistrz błaga władze w Atenach o ogłoszenie stanu wyjątkowego... Przyzwyczajajmy się do takich obrazków, bo staną się one niedługo chlebem powszednim – także u nas, choć może nieco później. Póki co, szturm odbywa się w kierunku Niemiec i Austrii, ale przecież na tych dwóch krajach islamizacja kontynentu się nie skończy, szczególnie, jeśli zawali się tamtejszy system opieki socjalnej. Muzułmanie mają bowiem to do siebie, że uważają, iż państwo islamskie jest tam, gdzie są wierni, koniec kropka. Kierując się tą zasadą, konsekwentnie kształtują przestrzeń wokół siebie – począwszy od najbliższego otoczenia, by następnie stopniowo posuwać się coraz dalej i dalej. W wielu ośrodkach dla uchodźców już de facto obowiązuje prawo szariatu, podobnie jak w muzułmańskich dzielnicach zachodnioeuropejskich miast. Nie pozostaje to bez wpływu na oficjalne struktury państwa, czego przykładem może być wyrok belgijskiego sądu, który skazał muzułmanina katującego żonę aż do kalectwa na karę w zawieszeniu, motywując łagodny wyrok tym, że „w jego kulturze takie zachowania są dopuszczalne”.

Nawiasem mówiąc, owa maksyma oznaczająca, iż każdy muzułmanin jest samobieżnym nośnikiem i zalążkiem islamskiej państwowości opartej na szariacie, kiełkuje i u nas. Oto zasłyszana historia z jednego z polskich ośrodków przejściowych, gdzie obok siebie mieszkali m.in. Ukraińcy i Czeczeni. Kilku Czeczeńców widząc Ukrainkę w zbyt krótkiej spódnicy, niemal ją pobiło. Na jej krzyk, że teraz są w „Unii” i „Europie”, a nie w swoim muzułmańskim kraju, odpowiedzieli właśnie w ten sposób – państwo islamskie jest tam, gdzie muzułmanie. I pomyśleć, że Czeczenia, mimo przejęcia walki narodowowyzwoleńczej przez wahabitów, którzy uczynili z niej kolejny front dżihadu, uchodzi mimo wszystko za umiarkowany kraj...

Może zatem warto zacząć się pomału przygotowywać na nieuchronne, tym bardziej, że jakoś nie mówi się u nas o zasiekach na granicy i strzelaniu zza nich do intruzów podchodzących niczym wataha zombies. Nie szanują Europejczyków i trudno im się dziwić – każdy, kto miał nieszczęście widzieć choćby gej-paradę ma pełne prawo nabrać dozgonnej odrazy do zdegenerowanej kultury Zachodu. Przybysze mogli zatem spokojnie uznać, że Allah po to dopuścił do degrengolady europejskich świniożerców, by ci mogli bez oporu oddawać wyznawcom Proroka swoje pieniądze. Tak to bowiem wygląda – ów imigracyjny „socjal” to nic innego, jak próba obłaskawienia łupieżczej hordy okupem, by ta powstrzymała, bądź przynajmniej ograniczyła swe niszczycielskie zapędy. Różnica z minionymi wiekami jest jedynie taka, że kiedyś płaciło się „podarek” sułtanowi, bądź chanowi na Krymie, dziś zaś daninę wypłaca się na miejscu, w europejskich miastach, indywidualnie każdemu z wiernych, który uzna za stosowne tutaj się zagnieździć. Przeczytałem, że prezes Banku Finlandii postanowił przeznaczyć całe swoje miesięczne pobory na „pomoc” imigrantom. To jest właśnie ten rodzaj obłędu, który tu opisuję. Ten facet zapewne nie wrzuciłby złamanego eurocenta do kapelusza ulicznego grajka, ale rozeźlony islamista może mu poderżnąć gardło w jego własnym domu, więc lepiej udobruchać takiego zawczasu i na wszelki wypadek szeroko to rozgłosić.

Czeka nas zatem kolonizacja spod znaku zielonego sztandaru Proroka – i to być może jeszcze za naszego życia. Ja tam już od lat noszę brodę, więc pierwszy etap mimikry mam za sobą, zresztą z punktu widzenia męskiej szowinistycznej świni perspektywy nie rysują się takie najgorsze. W zasadzie, jedyną niedogodnością będzie konieczność spożywania alkoholu pod stołem, żeby Allah nie widział, co muzułmanie mają opanowane od stuleci w przypadku wina daktylowego. Może w ramach treningu wprowadzić nową modę - „under-table party”?

Znacznie gorzej będą mieli ci wszyscy lewaccy pożyteczni idioci bajdurzący o multi-kulti, oni bowiem pierwsi pójdą do odstrzału. Nie zazdroszczę również feministkom, które obecnie łamią sobie głowy nad tak ważkimi zagadnieniami, jak to, czy używanie podczas masturbacji wibratora jest ideologicznie słuszne, albowiem jakby nie patrzeć - jest on atrapą męskiego atrybutu, zatem zaspokajanie się nim stanowi mimowolny hołd wobec samczej dominacji. Siostrzyce zajmują się tego typu problemami na uniwersytetach w ramach pogłębionych studiów genderystycznych, czyli inaczej - sztuk dogłębnie wyzwolonych. No więc niedługo np. taka dogłębnie wyzwolona sztuka-Szczuka, miast wyjęzyczać się w telewizorniach będzie zapychała w burce i z garnkiem na głowie, zbierając od swego męża w majestacie prawa tęgie cięgi ilekroć usiłowałaby zatruwać mu spokój ducha swym pretensjonalnym jazgotem. Choroba, może nie byłoby to takie złe?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2415-pod-grzybki-20

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 37 (11-17.09.2015)

czwartek, 27 sierpnia 2015

Pod-Grzybki 17

„Wyborcza” przeprowadziła tego lata kolejną krucjatę przeciw polskiemu ciemnogrodowi i zaściankowości. Do katalogu naszych wstydów narodowych dołożyła kolejny - parawaning. Stosowanie parawanów ma dowodzić naszej ksenofobii, zacofania na tle postępowej Europy, a zapewne także nietolerancji, homofobii i antysemityzmu - bo przecież na plaży może się zdarzyć, że niefortunnie odgrodzimy się od geja lub Żyda. Plażingowemu parawaningowi mówimy twarde nie!

*

Ta sama „Wyborcza” zrobiła wywiad z Jarosławem „cebulakiem” Kuźniarem, przedstawiając go następująco: „(...)mówi Jarosław Kuźniar, który jest medialną fabryką: pracuje w telewizji, prowadzi bloga, ma konta na Twitterze i Snapchacie”. A ja piszę do trzech gazet, prowadzę blogi na kilku portalach, robię audycje dla Niepoprawnego Radia PL i Radia „Jutrzenka” oraz mam konta na Facebooku, Twitterze, Naszej Klasie i Google+... Kurczę, skoro Jarosław Kuźniar jest „fabryką”, to ja jestem samobieżnym koncernem medialnym!

*

Adam Macierewicz, kuzyn Antoniego, będzie kandydował z ramienia PO na senatora z okręgu piotrkowskiego – tego samego, w którym o mandat posła z listy PiS będzie ubiegał się Antoni Macierewicz. Nie ma co – oto rodzinny rozłam na miarę braci Kurskich. Przypomina mi to komedię „Fałszywy senator” w której drobny cwaniaczek z ulicy dowiedziawszy się, że właśnie zmarł senator o takim samym nazwisku jak jego, postanawia kandydować pod hasłem: „ludzie, głosujcie na nazwisko, które znacie!”. Zagłosują?

*

Paltformerski ksiądz-patriota, Kazimierz Sowa, poskarżył się Hajdarowiczowi na dziennikarza „Rzepy”, który opublikował na temat wielebnego niezbyt czołobitny artykuł, zaś Hajdarowicz w podskokach obiecał dziennikarza wywalić z roboty. Czekałem, aż „Wyborcza” zajmie stanowisko na temat tego oburzającego przejawu galopującej klerykalizacji mediów i kościelnego dyktatu wobec właściciela prywatnej gazety – ale się nie doczekałem. Pewnie Katarzyna Wiśniewska, dyżurna katechetka „GW”, miała gorszy dzień.

*

Feminizm w natarciu na ostatnią enklawę męskości! Oto przeczytałem, iż wynaleziono pewien praktyczny gadżet dla uświadomionych ideologicznie kobiet - jest to mianowicie specjalny lejek umożliwiający paniom sikanie do pisuaru. Jak rozumiem, feministki noszą te zaszczane lejki w swoich torebkach. Cóż, feministyczny kompleks penisa ma jednak moc porażającą, zaś na wojnie kulturowej zdrowy rozsądek jako pierwszy pada ofiarą.

*

Dobrze, załóżmy optymistycznie, że feministki te swoje lejki każdorazowo myją po użyciu. No, ale gdzie je mogą myć? Mogą je myć jedynie w zlewach, które innym służą do mycia rąk i twarzy. Sam nie wiem co gorsze - zaszczane lejki w damskich torebkach, czy mycie ich po sikach w umywalkach. No chyba, że feministki wydębią ustawowy obowiązek montowania we wszystkich toaletach specjalnych „lejkozmywaków” - a w takiej Szwecji jest to całkiem możliwe. Proszę Państwa - „szczynozlewy” - oto przyszłość wojującego feminizmu!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 33 (26.08-01.09.2015)

czwartek, 9 lipca 2015

Pod-Grzybki 10

Nad Polskę nadleciał z Niemiec dron wczesnoporonny i zrzucił na naszym brzegu Odry „dwie dawki” pigułek od niemania dziatek. Piguły te natychmiast zostały pożarte na podobieństwo cukierków przez wygłodniałe aktywistki proaborcyjne. Patrząc na zdjęcia, trudno nie podejrzewać syndromu ciąży urojonej - niczym u pani Bratkowskiej, co to koniecznie chciała skrobać się w Wigilię. Tak poza tym - do tej pory myślałem, że tzw. kult cargo dotyczy jedynie prymitywnych ludów wysp Pacyfiku. Najwyraźniej byłem w błędzie. Postępowa odmiana kultu cargo ma u nas wielką przyszłość. Jeszcze jeden dowód na to, że gdy się przestaje wierzyć w Boga, to zaczyna się wierzyć w cokolwiek.

*

Piguły wysłała organizacja „Women on Waves”, wedle której Polki nie marzą o niczym innym, niż dać się wyskrobać. Tak się składa, że jest dokładnie odwrotnie – Polki marzą o posiadaniu dzieci, a nie decydują się na nie wyłącznie z przyczyn ekonomicznych. Wystarczy porównać wskaźniki dzietności Polek w kraju i na Wyspach Brytyjskich. I może to tak martwi zachodnich postępowców – by ci konserwatywni Polacy się za bardzo nie rozmnożyli. Dlatego postanowili zrzucać te pigułki metodą identyczną, jaką stosuje się wobec bezpańskich kotów.

*

Feministki, jak wspomniałem, łyknęły sobie po pigułce, jednak niestety żadnej najwyraźniej nic się nie stało. Trochę szkoda – liczyłem po cichu, że może przez przypadek abortują w ten sposób same siebie.

*

Opublikowałem ostatnio w internecie niedawny tekst dla „Warszawskiej Gazety” o kandydacie na Rzecznika Praw Obywatelskich – Adamie Bodnarze, który odznacza się wyjątkową gorliwością we wspieraniu homolobby. Nieoceniona blogerka Katarzyna stwierdziła w komentarzu, iż „prawa obywatelskie będą przysługiwać tylko po ukazaniu legitymacji LGBT”. Cóż, może trzeba sobie taką legitymację wyrobić. Mam tylko nadzieję, że nie jest wymagany egzamin praktyczny.

*

Achtung! Ewa Kopacz grasuje na kolei, nagabuje obce osoby, wtrynia nos do cudzych talerzy i ogólnie zachowuje się skandalicznie. Niedawno zaś objawiła światu prawdę o „dumnym narodzie śląskim”, co zostało spuentowane przerażoną miną Miśka Kamińskiego. Moim zdaniem jednak Misiek przypomniał sobie o tym zaglądaniu w talerze i po prostu za wszelką cenę próbował zdusić pawia.

*

Konio Giertych wraca do polityki – obwieścił tryumfalnie na swych stronach portal „Wyborczej”. Ludzie, co za czasy - „Wyborcza” kibucuje Giertychowi jako wielkiej (naprawdę, wielkiej) nadziei Białych, zaś sam Roman oświadcza: „nie mogę patrzeć na ten festiwal kłamstw i cynizmu”. Chłopie, w takim razie, pewnie żona cię goli, bo sam nie nie jesteś w stanie patrzeć w lustro.

*

A swoją drogą – wspólna nienawiść do Kaczyńskiego musi być naprawdę potężnym spoiwem, skoro człowiek zwany Koniem zdecydował się na kolaborację ze środowiskami w których może liczyć co najwyżej na status „dobrego faszysty”. Tak oto mamy porozumienie ponad podziałami na miarę czasów i możliwości.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 26 (08-14.2015)

poniedziałek, 8 lipca 2013

Kastracyjny biznes

Zwróćmy uwagę, jaki to cudowny samograj: koncerny farmaceutyczne zarabiają dwa razy – raz na specyfikach antykoncepcyjnych, a drugi raz na lekach osłonowych.

Ponieważ dano mi na boku dyskretnie do zrozumienia, że takie moje notki jak ta ostatnia, w której opisuję publiczne targanie się po szczękach naszych prawicowych celebrytów i jasno mówię co o tym sądzę, są jątrzące, sypiące piach w tryby, wkładające kij w szprychy i generalnie robiące wbrew, to dziś dla odmiany napiszę tekst o d... Maryni. Zapamiętam sobie tę lekcję: oni mogą bez krępacji skakać sobie do gardeł, a my – blogerzy i komentatorzy - mamy im kibicować i broń Boże nie dawać wyrazu swemu zniesmaczeniu, bo jak „Wyborcza” opisze zadymę na prawicy, będzie to właśnie nasza wina. Paradne.

Jednocześnie zaznaczam, że niniejszego posta piszę z pozycji laika, który po prostu uważał w szkole na lekcjach biologii. Jeśli jest na sali ekspert, który uzna za stosowne skorygować moje przemyślenia, proszę się nie krępować.

I. Magiczne pigułki

A teraz do „adremu”. Oto ze wszelakich mediodajni jesteśmy atakowani reklamowym kontentem takiej oto treści, skierowanej do pań w wieku rozpłodowym: stosujecie, moje drogie, te piguły od niemania dzieci i to jest generalnie wielce okej, postępowe, słuszne i na czasie. Niestety, tak się niefortunnie składa, iż owe magiczne pigułki pozwalające na bezstresowe bzykanie wedle najnowszych zaleceń „Cosmopolitana”, mają trochę ubocznych skutków. Nie to, żeby było się czym przejmować – ot, jakaś nadżerka błony śluzowej, przybieranie na wadze, wahania nastroju czy obniżenie libido. Zwłaszcza to ostatnie jest dobre: bierzesz specyfik, który ma ci zapewnić komfort figo-fago bez obawy o poczęcie bachora – i faktycznie, tego bachora nie masz, bo po pigułce odechciewa ci się seksu, jak tej lasce z reklamy przedstawiającej wieczór panieński. Zabezpieczenie, rzekłbym, dwustuprocentowe.

Na szczęście, piękne Panie, specjalnie dla Was i Waszego samopoczucia nasz koncern opracował właśnie nową, cudowną pigułkę, którą należy łyknąć razem z tą od niemania dziatek i wszystkie problemy z głowy – znowu będzie Wam się chciało, antykoncepcja nie wyżre Wam intymnych śluzówek, przestaniecie histeryzować bez powodu i tyć jak kaszaloty. Czyż to nie cudowne? Wydacie parę złotych więcej na jakąś asekurellę i będzie gites teges. Zaiste, w szczęśliwych żyjemy czasach.

I pomyśleć, drodzy Czytelnicy, że jeszcze nie tak dawno każdy, kto choćby wspomniał o jakichkolwiek niepożądanych skutkach antykoncepcji był wyszydzany jako tkwiący w mrokach średniowiecza oszołom, moher, co to najchętniej zabroniłby ludziom radosnego chędożenia ilekroć zaswędzi i batożył szczęśliwych kopulantów różańcem. A w najlepszym razie proponował szklankę wody zamiast. Tymczasem – bach, i okazuje się, że to oszołomy miały jednak rację. Jak zawsze zresztą. Natomiast wyzwolone z przesądów kopulantki muszą łykać dodatkowe prochy by teraz już na pewno, ale to na pewno mogły barłożyć się bez zbędnych psychicznych obciążeń. Czyż to nie wspaniałe?

II. Rewolucja seksualna wymaga ofiar

A przecież, tak na zdrowy rozum, wystarczy chwilę pomyśleć. Wszak ta sławiona przez feministki jako narzędzie emancypacji pigułka antykoncepcyjna to potężna farmakologiczna bomba ładowana w organizm, mająca na celu zablokowanie jednej z podstawowych biologicznych funkcji kobiety, jaką jest rozrodczość. Innymi słowy, mamy do czynienia z rodzajem okresowej, farmakologicznej kastracji. To zwyczajnie nie może nie mieć skutków ubocznych – musi odbijać się na najróżniejsze sposoby.

I odbijało się na kolejnych pokoleniach kobiet – Bóg wie, ile z nich umarło na raka piersi, z milczącym błogosławieństwem siostrzyc od genderu i firm farmaceutycznych sypiących milionami na odpowiedni pijar i reklamę. Siostrzyce, finansowane przez przemysł antykoncepcyjno-aborcyjny milczały, gdyż tak naprawdę dobro kobiet miały i mają tam, gdzie Lenin miał dobro robotnika i chłopa. Dla tych antycywilizacyjnych fanatyczek pigułka była przede wszystkim jednym z instrumentów Zmiany - rozwalenia dotychczasowego „patriarchalnego” społecznego porządku, stojącego na drodze budowy Nowego Wspaniałego Świata. A że przy okazji umrze trochę kobiet? Trudno – rewolucja seksualna również wymaga ofiar.

III. Kastracyjny biznes

Co się zmieniło, że od jakiegoś czasu wolno już mówić o niepożądanych skutkach antykoncepcji hormonalnej? Ano, zmieniło się to, że wcześniej koncerny farmaceutyczne nie miały, albo nie chciały inwestować w leki osłonowe. Najpierw bowiem trzeba było oswoić w masowej percepcji ogłupionych społeczeństw Zachodu samą pigułkę. Mówienie o skutkach ubocznych zaraz na starcie byłoby biznesowym samobójstwem. Natomiast obecnie, gdy wyzwolone, lajfstajlowo-feministyczne idiotki z pulpą kolorowych gazet zamiast mózgów nie wyobrażają sobie bez piguły życia, korzystnie jest delikatnie je postraszyć, by wydały dodatkowo trochę kasy na osłonę.

Zwróćmy uwagę, jaki to cudowny samograj: koncerny farmaceutyczne zarabiają dwa razy – raz na specyfikach antykoncepcyjnych, a drugi raz na lekach osłonowych, mających chronić przed niepożądanymi efektami tejże antykoncepcji. Może za chwilę wymyślą leki osłaniające osłonę – wszak kastracyjny biznes musi się kręcić.

Przy okazji, ciekaw jestem, kiedy zaczną nam wciskać preparaty niwelujące ryzyko nabawienia się raka jamy ustnej na skutek seksu oralnego, również zachwalanego przez postępowych, seksualnych indoktrynerów - poczynając od pisemek dla nastolatków, na kolorowych magazynach skończywszy. Jak bowiem kładzie się nam do głów, wzajemne lizanko ma nie tylko ubarwiać erotyczną rutynę sypialni, ale także stanowić seksualny ersatz na wypadek braku „zabezpieczenia” i gwarantować ominięcie negatywnych skutków przygodnych kontaktów z nieznajomymi partnerami.

No i okazuje się, że znowu seksualne oszołomy miały rację zalecając małżeńskie dymanko „po Bożemu”. Tak się bowiem składa, że na narządach płciowych lubi sobie wegetować wirus HPV, który jest zupełnie nieszkodliwy – dopóki nie przeniesie się w ramach francuskich igraszek do jamy ustnej. A gdy już się przeniesie, to gwałtownie rośnie ryzyko raka ślinianek, krtani, języka i co tam jeszcze jest w narażonych okolicach. Na razie o tym cisza, poza coming-outem aktora Michaela Douglasa, który wprost przyznał, że nabawił się nowotworu krtani od seksu oralnego właśnie. No i klops. „Szto dziełat'?” Robić dobrze chłopu przez prezerwatywę? Lizać damskiego lizaka przez celofan? A jak pęknie? Jednym słowem, bezstresowy „lajf” pogrążonych w hedonizmie społeczeństw Zachodu okazuje się być wciąż „brutal” oraz „full of zasadzkas”, co przed farmaceutycznym biznesem otwiera nowe perspektywy. Zażyj preparat na godzinę przed robieniem loda, a dla pewności proponujemy najnowszy lek osłonowy, który sprawi, że nie podziurawisz sobie żołądka. I hulaj dusza!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/