Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ezoteryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ezoteryka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 kwietnia 2019

Ezoteryczna trucizna

Nic dziwnego, że na widok gdańskiego stosu zawyło piekło i jego ziemscy słudzy. W końcu kosmaty wyjątkowo nie lubi, gdy rzuca mu się w twarz „apage, Satanas!”.


I. Lewacka paranoja

Histeria na tle wydarzenia w gdańskiej parafii NMP Matki Kościoła i Świętej Katarzyny Szwedzkiej daje do myślenia. Przypomnijmy, że 31 marca, po niedzielnej Mszy Św., goszczący w parafii ks. Rafał Jarosiewicz związany z koszalińską fundacją „SMS z Nieba” przy współudziale wiernych i za zgodą miejscowego proboszcza rozpalił (niewielki) stos na którym znalazły się książki promujące treści okultystyczne, a także inne guślarskie utensylia – m.in. rytualna szamańska maska, figurki słoników „na szczęście” czy parasolka „Hello Kitty”. Inicjatywa (podjęta w ramach wielkopostnych rekolekcji) miała na celu zwrócenie uwagi na szkodliwość literatury i przedmiotów związanych z szeroko rozumianą ezoteryką, czarami, zabobonami itp., jako sprzecznymi z nauką Kościoła. A ta, odnośnie magii jest precyzyjna i jednoznacznie potępia tego typu praktyki, będące wykroczeniem przeciw Pierwszemu Przykazaniu („Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”). Katechizm Kościoła Katolickiego w pkt. 2115-2117 zabrania parania się jakimikolwiek czynnościami z zakresu wróżbiarstwa, magii i spirytyzmu. Wydawałoby się więc, że w działaniach księży nie ma nic szczególnie kontrowersyjnego: ot, spalili trochę pogańskiego śmiecia ku nauce i przestrodze – kilka „Harry Potterów”, sagę fantasy „Zmierzch” obłaskawiającą wampiryzm, jakieś wypociny hinduskiego „guru” - wielkie mi halo.

Niemniej, po tym, jak fundacja SMS do Nieba wrzuciła zdjęcia z akcji na swój facebookowy profil, rozpętało się istne pandemonium – szczególnie ze strony osób i mediów, które trudno podejrzewać o jakiekolwiek związki z Kościołem. Usłyszeliśmy więc, że palenie książek to powrót do Niemiec z lat '30 XX w. (klasyczne reductio ad Hitlerum), tudzież epoki stosów i Świętej Inkwizycji (w jej karykaturalnym obrazie rodem z protestanckiej i oświeceniowej propagandy). Generalnie - ciemnota, zabobon i kołtuneria. Sprawę podchwyciły zagraniczne media, co skwapliwie odnotowały rodzime lewackie przekaziory wedle znanego schematu „co za wstyd przed światem” oraz różni postępowi katolicy. Spazmom oburzenia nie było końca. Do tablicy poczuła się wywołana koszalińska kuria, która ustami rzecznika odcięła się od poczynań ks. Jarosiewicza, a także sam prymas, abp. Wojciech Polak. Zastanawiam się, czy stałoby się coś strasznego, gdyby Kościół instytucjonalny dał delikatnie do zrozumienia natarczywym i ewidentnie szukającym sensacji pismakom, że to co robią księża wraz z parafianami w ramach praktyk religijnych, to nie ich zakichany interes?

Obrazu groteski dopełnili miejscowi urzędnicy i aktywiści... walczący ze smogiem. Ci pierwsi zapowiedzieli „czynności sprawdzające” pod kątem „palenia ogniska bez zezwolenia oraz palenia plastikiem i niedozwolonymi substancjami”. Natomiast Rybnicki Alarm Smogowy (gdzie Rybnik, a gdzie Gdańsk?) złożył doniesienie do prokuratury z art. 183 par.1 Kodeksu Karnego (dotyczy m.in. utylizacji odpadów w sposób mogący zagrozić „życiu lub zdrowiu wielu osób lub spowodować zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach”), argumentując, że osoby postronne oraz ministranci asystujący przy paleniu ogniska byli narażeni na wdychanie szkodliwych spalin. Księżom grozi potencjalnie od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności. Nie omieszkały również uaktywnić się lokalne feministki z grupy „Dziewuchy Dziewuchom” oraz „Feministycznej Brygady Rewolucyjnej”, zapowiadając akcję wymieniania się „zakazanymi książkami”. Wszystko zostało przedstawione tak, jakby gdańscy księża zorganizowali jakieś lotne brygady przeczesujące mieszkania parafian w poszukiwaniu nieprawomyślnych książek i przedmiotów.


II. „W tym szaleństwie jest metoda”

W całej tej lewackiej paranoi dostrzegam jednak drugie dno – i nie chodzi bynajmniej tylko o chęć doraźnego zaszkodzenia Kościołowi i przedstawienia go jako siedliska ciemnoty. Nie chodzi również wyłącznie o wojujący racjonalizm – gdyby tak było, lewica z równą zaciekłością zwalczałaby np. ruchy ezoteryczne. Rzecz nie tkwi także w samym paleniu książek, bo niszczenie Biblii przez Adama Darskiego „Nergala” błyskawicznie znalazło wielu obrońców „wolności artystycznej”, na czele z przewielebnym ks. Adamem Bonieckim. Otóż wszystkich tych oburzonych aktywistów do białej gorączki doprowadziło manifestacyjne spalenie przedmiotów związanych z magią i okultyzmem – a te, mają wśród lewicy wielu zarówno cichych, jak i całkiem głośnych przyjaciół. Tu już nie ma miejsca na swobodę ekspresji, „happening” itp., bowiem okultyzm jest przynajmniej przez część lewicowych środowisk traktowany jako sprzymierzeniec w walce z Kościołem. Z podobnych powodów „Harry Potter” cieszy się statusem jakiegoś pogańskiego świątka – i to nie dlatego, że „zachęca dzieci do czytania”, tylko właśnie ze względu na treść, prezentującą magiczne praktyki jako ekscytującą przygodę, czego pokłosiem są różne „szkoły magii” organizowane dla małych adeptów sztuk tajemnych.

Szczególnym przypadkiem są kręgi feministyczne. Na imprezach firmowanych przez Kongres Kobiet normą są stoiska ezoteryczne czy medycyny alternatywnej, prezentujące gusła z różnych stron świata. Oświecone „siostrzyce” mogą się na nich zaopatrzyć w tak ekskluzywne towary jak „energetyczne” magnesy i kryształki, karty tarota, wahadełka, nie mówiąc już o cudownościach produkowanych przez pana Jerzego Ziębę. Gwoli sprawiedliwości – spotyka się to ze sprzeciwem bardziej racjonalnej części feministek, słusznie widzących tu groźbę kompromitacji dla całego ruchu. Cóż jednak po tym, skoro poczesne figury feminizmu w rodzaju pisarki Marii Nurowskiej i reżyserki Agnieszki Holland otwarcie przyznają się do praktykowania voodoo i nakłuwania laleczek posła Stanisława Piotrowicza w intencji jeśli nie zgonu, to przynajmniej spowodowania wylewu i paraliżu? A co począć z prof. Magdaleną Środą, która wedle jej własnych słów, brała udział w kursach na których wykładała „czarownica z Salem” - do tego odbywających się w... Domu Pracy Twórczej „Mądralin” Polskiej Akademii Nauk? Ta sama Środa mówiła też o trwających „do białego rana” „wtajemniczeniach” podczas sabatów w Noc Walpurgii czy noc bogini Hekate, których efekty mają być później „widoczne w życiu politycznym”... Co dalej – Instytut Magii Stosowanej PAN? W tym kontekście nie dziwi opisana wyżej aktywizacja gdańskich feministek – trzeba tylko dodać, że jeśli zarzucają Kościołowi umysłową ciasnotę, to same tkwią w „wiekach ciemnych” (przedchrześcijańskich) po same uszy.


III. Piekło zawyło

Pora jednak na kwestię najważniejszą. Czy rekolekcyjna akcja w gdańskiej parafii była w ogóle potrzebna? Otóż tak, jak najbardziej, bowiem ezoteryka cieszy się w polskim społeczeństwie ogromną popularnością. We wróżby wg CBOS wierzy nawet 58 proc. Polaków, co roku z różnych form wróżbiarstwa i jasnowidzenia korzysta nawet 2,5 mln. osób. To nie tylko tradycyjne wizyty lecz również wysokopłatne SMS-y, ezoteryczne infolinie, portale internetowe... Usługi zamawiają także biznesmeni – chociażby „numerologiczne” diagnozy co do mającej przynieść pomyślność nazwy firmy, daty rozpoczęcia działalności, porady feng-shui odnośnie urządzenia biura mającego zapewnić „pozytywną energię”. W ruch idą szklane kule, wahadełka, karty tarota... Ocenia się, że polski rynek tego typu usług ma wartość ok. 2 mld. zł. rocznie. Dla porównania – na tacę i inne ofiary wierni przeznaczają ok. 1,2 mld. zł., a zatem Polacy gotowi są przekazywać różnym szarlatanom więcej, niż swojemu Kościołowi!

Ale to nie wszystko – z tego rodzaju praktykami wiąże się również inicjacja w toksyczną duchowość, co kończy się często różnymi formami zniewoleń i opętań. Świadectwa księży egzorcystów, a także ofiar magicznych praktyk nie pozostawiają tu wątpliwości. Podobny mechanizm dotyczy także werbunków do różnych sekt. Nic więc dziwnego, że na widok gdańskiego stosu zawyło piekło i jego ziemscy słudzy. W końcu kosmaty wyjątkowo nie lubi, gdy rzuca mu się w twarz „apage, Satanas!”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ezoteryczny skok na kasę

Duchowa detoksykacja


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 15 (12-18.04.2019)

czwartek, 26 grudnia 2013

Duchowa detoksykacja

Czas pokazał, że „bezstresowe wychowanie” w Kościele nie zdało egzaminu – i dlatego właśnie do akcji musieli wkroczyć Komandosi Pana Boga.

I. Ciszej o egzorcystach

Najpierw było sierpniowe spotkanie biskupów na Jasnej Górze, podczas którego hierarchowie dziękując z jednej strony egzorcystom, z drugiej wyrazili zaniepokojenie, że zbyt wiele mówi się o działaniu sił zła, co powoduje u części wiernych swojego rodzaju psychozę, polegającą na tym, że „wszędzie widzą Szatana”. Powyższe uzupełniono zapowiedzią stworzenia specjalnego podręcznika dla egzorcystów. Następnie, pod koniec października 2013, dowiedzieliśmy się o zakazie publicznego sprawowania funkcji kapłańskich, wypowiadania się w mediach i działalności rekolekcyjno-duszpasterskiej nałożonym na znanego demonologa, o. Aleksandra Posackiego przez o. Wojciecha Ziółka, przełożonego Prowincji Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego. W międzyczasie zaś przez media przetoczył się wysyp krytycznych lub prześmiewczych publikacji na temat działalności księży-egzorcystów. O co tu chodzi?

Domyślam się, że biskupi są w większości odporni na teologiczne hipotezy kościelnych postępowców mówiących o „pustym piekle”, czy wręcz poddających w wątpliwość istnienie Szatana. Sądzę również, że nie robi na nich wrażenia medialny jazgot o „średniowieczu” do którego powrotem jakoby ma być renesans posług księży walczących z różnymi formami duchowych zagrożeń. A że zapotrzebowanie istnieje, wskazuje wzrost liczby egzorcystów – z 4 do 120 w ciągu ostatnich 15 lat. Przypuszczam, iż zaniepokojenie hierarchów wywołał raczej rozgłos wokół egzorcyzmów i związane z tym kariery niektórych duchownych – często otoczone aurą niezdrowej sensacji, a także zbyt „popkulturowy” sposób popularyzacji wiedzy o niebezpieczeństwach płynących z różnych mód propagujących tzw. „toksyczne duchowości”.

Tylko, czy aby nie mamy tu do czynienia z wylewaniem dziecka z kąpielą? Owszem, bardziej podatne na wpływ, czy religijnie rozegzaltowane jednostki mogą popadać w przesadę, wypatrując Szatana tam gdzie go nie ma, czy usprawiedliwiać różne, zawinione głównie przez siebie życiowe problemy działaniem Złego – ale sami egzorcyści podkreślają jak istotne jest wstępne rozpoznanie, z badaniami psychologicznymi i psychiatrycznymi włącznie i odsyłają takie osoby, oferując na ogół w zamian inne rodzaje pomocy. Do tego dochodzą surowe kryteria które powinien spełniać mianowany przez biskupa egzorcysta, no i wreszcie – przytłaczająca większość księży stroni od medialnego rozgłosu, wypełniając swą posługę w pełnej dyskrecji. Problem więc chyba tkwi w czym innym.

II. Duchowa detoksykacja

Zgromadzeni na Jasnej Górze biskupi nie wzięli mianowicie pod uwagę tego, że obecnie obserwujemy klasyczny efekt „odbicia wahadła”. Dziesięciolecia przemilczania realnego wpływu osobowego zła do którego doszło za sprawą modernistycznej posoborowej atmosfery, doprowadziło do zachwiania równowagi kościelnego przekazu połączonego częstokroć z pobłażliwym stosunkiem do toksycznych praktyk duchowych – religii wschodu, spirytyzmu, ezoteryki a nawet satanizmu, oraz zainfekowanej tymiż miazmatami wszechobecnej popkultury mającej przemożny wpływ na kształtowanie masowych postaw. Przykład mogliśmy nie tak dawno obserwować przy okazji smutnego przypadku ks. Bonieckiego i jego dobrodusznego stosunku do satanisty – Nergala. Dochodziło do sytuacji, gdy seanse różnych szemranych bioenergoterapeutów czy innych uzdrawiaczy organizowane były w kościołach, a współczesny neo-szamanizm mógł bezkarnie zwodzić owieczki wykorzystując instrumentalnie chrześcijańską ornamentykę.

Innymi słowy, mianem „zabobonu” i reliktu przeszłości nadającego się co najwyżej jako materiał do horrorów nazwano egzorcyzmy, zaś zabobony prawdziwe ubrano w szatę new-ageowej pseudonauki. Nastąpiło kompletne odwrócenie pojęć i porządków – to musiało wreszcie spotkać się z reakcją, tym bardziej, że Kościół nie mógł dłużej ignorować destrukcyjnych skutków zaniechań bez groźby zaparcia się swej misji. Zatem, można powiedzieć, że obecny trend zwracający uwagę na szatańskie manowce kuszące wiernych jest rodzajem „duchowej detoksykacji”.

Dodam w tym wątku jeszcze, że poza wymiarem religijno-duchowym mamy także do czynienia z wojenką o podłożu stricte materialnym. Otóż, przemysł ezoteryczny to obecnie potężny biznes z udziałem wielkich, międzynarodowych korporacji. Szerzej pisałem o tym aspekcie w tekście „Ezoteryczny skok na kasę”, tu tylko przypomnę, że branża ezoteryczna warta jest rocznie ok. 2 mld zł (dane z 2011) i jest to rynek rozwojowy. W Polsce działa ok. 70 tys bioenergoterapeutów i radiestetów, oraz 100 tys wróżek i jasnowidzów. Same porady telewizyjne warte były w 2010 roku ok 100 mln zł, z usług przez internet skorzystało w 2010 roku 3,5 mln osób, a przez telefony komórkowe – ok. 1,5 mln, generując dla „ezo-biznesu” przychód wart 75 mln złotych. Zważywszy, że na tacę i inne ofiary wierni przeznaczają rocznie ok 1,2 mld złotych, to wychodzi, że już teraz nominalnie katolicki naród wydaje na ezoteryczny kombinat więcej, niż gotów jest ofiarować na swój Kościół! Poza sferą ściśle finansową, powyższe dane pozwalają również zobrazować skalę duchowego zagrożenia.

III. Komandosi Pana Boga

Osobiście z tematyką zagrożeń duchowych zetknąłem się dopiero za sprawą felietonów Roberta Tekielego w „Gazecie Polskiej”. Ten „nawrócony czarnoksiężnik”, niegdysiejszy aktywny adept praktyk magiczno-ezoterycznych omal nie przypłacił swej fascynacji kompletną dezintegracją osobowości i od tej pory wykorzystując swą empirycznie nabytą wiedzę walczy z wszelkimi aspektami „toksycznej duchowości”. Od jakiegoś czasu mamy również na rynku miesięcznik „Egzorcysta”, który w zbliżonym duchu, choć może momentami w zbyt tabloidalnej, „popkulturowej” formie prowadzi podobnie ukierunkowaną działalność. W radzie programowej tego pisma, wydawanego wprawdzie bez kościelnego imprimatur, zasiadał do niedawna suspendowany o. Posacki. I tu uwaga – paradoksalnie, mam nadzieję, że powodem kary dla o. Posackiego były jakieś zastrzeżenia do jego prowadzenia się czy problemów z dyscypliną, a nie charakter jego publicznej działalności. To pierwsze bowiem zakonnik zawsze może naprawić, druga ewentualność natomiast oznaczałaby, że Jezuici bezpowrotnie stoczyli się w otchłań agresywnego progresywizmu w stylu znanego z napastliwej niechęci do egzorcystów innego jezuity - o. Jacka Prusaka, który ze swą aktywnością medialną nie ma u władz zakonnych żadnych problemów.

Prócz powyższego, co jakiś czas padają w przestrzeni publicznej przestrogi płynące ze strony kapłanów i hierarchów oraz katolickich mediów, między innymi zwracające uwagę na szkodliwość praktyk ezoterycznych, czy różnych produktów popkultury – ze szczególnym uwzględnieniem tych kierowanych do najmłodszych (np. „Harry Potter”, „Monster High”), co skwapliwie wykorzystywane jest przez medialny mainstream dla skarykaturowania i skompromitowania w społecznym odbiorze „nawiedzonego kleru”. I to wszystko razem wzięte miałoby wzbudzić taki niepokój biskupów?

Hierarchowie podczas jasnogórskiego spotkania wspomnieli również, iż egzorcyści „straszą” zamiast głosić, że to Chrystus zwyciężył Szatana. Jest to zarzut o tyle nietrafiony, że sama istota posługi egzorcystów – „komandosów Pana Boga” jak nazywam ich na swój użytek - jest wielkim świadectwem owego zwycięstwa. Szatan w starciu z Bożą potęgą, za sprawą której działają księża uwalniający penitentów od różnego rodzaju duchowych cierpień, nie ma szans – i sami egzorcyści podkreślają to z całą mocą. Natomiast owo „straszenie” to nic innego jak napomnienia, by wystrzegać się zagrożeń wystawiających ofiarę na działanie Złego. Na analogicznej zasadzie można by powiedzieć, że „straszeniem” jest upominanie dziecka, by nie pchało paluchów do kontaktu. Czas pokazał, że „bezstresowe wychowanie”, czyli „otwarta”, przyzwalająca i pobłażliwa ewangelizacja w Kościele nie zdała egzaminu – i dlatego właśnie do akcji musieli wkroczyć Komandosi Pana Boga.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://www.podgrzybem.blogspot.com/2013/09/ezoteryczny-skok-na-kase.html

czwartek, 26 września 2013

Ezoteryczny skok na kasę

Kościół wraz ze swymi „duchowymi komandosami” jakimi są egzorcyści ewidentne psuje biznes całej ezoterycznej branży.

I. Ezoteryczny rynek, realne pieniądze

Jakiś czas temu na portalu Fronda.pl ukazał się artykuł Tomasza Rowińskiego „Egzorcyści psują rynek wróżek”, w którym autor zasygnalizował dwa symultaniczne zjawiska medialne – z jednej strony robienie „dobrej prasy” wróżbiarstwu i pokrewnym praktykom, z drugiej zaś – wysyp krytycznych, napastliwych publikacji o księżach-egzorcystach. Na koniec zaś podzielił się podejrzeniem, że egzorcyści zwyczajnie psują wróżkom rynek. Postanowiłem pójść tym tropem – i od razu uprzedzając ewentualne zarzuty dodam, że w tekście skoncentruję się wyłącznie na finansowym aspekcie tej swoistej rywalizacji, sprawy duchowe i konsekwencje zaangażowania w ezoterykę zastawiając bardziej kompetentnym czynnikom.

Otóż, drodzy Państwo, okazuje się, że branża ezoteryczna to poważny rynek, wart rocznie ok. 2 mld złotych. Tyle mniej więcej wydają co roku Polacy na różne czary-mary. I nie są to tylko panie ze szklanymi kulami zapewniające o przystojnym brunecie, ale również usługi obejmujące np. doradztwo biznesowe – kiedy rozkręcić interes, jaką nazwę powinna nosić firma („analiza numerologiczna nazwy firmy”), kogo zatrudnić itd. Jest więc całkiem niezła kasa do wyjęcia. Jak podał gdański egzorcysta, ks. dr. Andrzej Kowalczyk podczas sympozjum „Magia – cała prawda” (grudzień 2011), „w Polsce działa około 70 tys. bioenergoterapeutów i radiestetów oraz 100 tys. wróżek i jasnowidzów”. Z usług ezoterycznych przez internet korzysta rocznie ok 3 mln osób, a przez telefony komórkowe – ok. 1,5 mln (usługi warte 75 mln zł). Do tego dochodzą porady telewizyjne warte ok 100 mln rocznie (dane z 2010). Ile osób prócz tego korzysta z tradycyjnych wizyt u współczesnych guślarzy? Trudno ocenić, ale wspomniana powyżej kwota 2 mld PLN daje do myślenia – bo wliczyć tu należy także różne wydawnictwa, gadżety, amulety, karty, „szkoły wróżbiarstwa”, tudzież resztę ezoterycznej para-edukacji itd. I jest to rynek „rozwojowy”.

II. Ezoteryczne koncerny atakują

Jedźmy dalej. Do ezoterycznego boomu walnie przyczyniły się wkraczające od kilku lat na polski rynek międzynarodowe korporacje, często z niemieckim kapitałem, które stawiają na masową obsługę, zatrudniając w swych call-centers po kilkuset „wróżbitów”. Firmy te specjalizują się przede wszystkim w wymienionych wyżej usługach telewizyjnych, przez telefony komórkowe i internet. Największe tuzy to: MNI należące do giełdowego holdingu MIT SA; portal Viversum.pl będący filią niemieckiej firmy o tej samej nazwie; Kosmica TV należąca do niemieckiej Questico, czy Ezo TV będące własnością spółki Telestar.

Firmy te wykupują czas antenowy od stacji telewizyjnych – widzieliście wróżki w TVN-ie, Polsacie i na innych kanałach? No właśnie. Po cyfryzacji wraz z tymi kanałami weszły na multipleks. Jeśli doliczymy do tego wszechobecne reklamy w prasie i na portalach internetowych, to uświadomimy sobie, że nagle branża ezoteryczna stała się jednym z poważniejszych reklamodawców. No i tutaj zaczyna się trop dotyczący „dobrej prasy”, lub co najmniej życzliwej neutralności większości mediów wobec ezo-biznesu.

III. Kościół jako konkurencja

Teraz wyobraźcie sobie – takim „wróżbiarskim kombinatom” nagle wchodzą w paradę jakieś klechy, które straszą ludzi mówiąc o zniewoleniach, opętaniach, wystawianiu się na działanie Złego. Kościół jako instytucja wraz ze swymi „duchowymi komandosami” jakimi są egzorcyści ze swą posługą, ewidentne psuje biznes całej ezoterycznej branży. Stąd czarny pijar, jaki możemy ostatnio obserwować w odniesieniu do egzorcystów i przeciwstawianie „katolickim zabobonom” „naukowych” metod ezoterycznych – od medycyny niekonwencjonalnej po parapsychologię, „poszerzanie świadomości” itd. Ale to tylko jeden aspekt konfliktu.

Innym tropem, którym moim zdaniem warto podążyć, jest dążenie branży ezoterycznej do przejęcia pieniędzy przekazywanych Kościołowi przez wiernych. Obecnie roczne wpływy z „tacy” i innych ofiar „co łaska” szacowane są na ok 1,2 mld złotych. Zwróćmy uwagę – już teraz Polacy-katolicy wydają na „ezo-biznes” więcej, niż ofiarowują swemu Kościołowi! Przypuszczam jednak, że „branża” z chęcią przytuliłaby również te pieniądze, które rzucamy na tacę – z tego punktu widzenia Kościół Katolicki w Polsce jest dla ezoterycznych potentatów nie tylko „psujem” odstraszającym klientów, ale również konkurentem biznesowym. I dlatego należy odciągnąć od niego wiernych. Mamy tu zresztą wspólnotę interesów ezo-biznesu z postępactwem, które jakoś nie kwapi się do piętnowania guseł, widząc w ezoteryce taktycznego sojusznika w walce z wrogiem numer jeden, którym niezmiennie pozostaje Kościół. Stąd również, jak sądzę, postulowanie przy aplauzie różnych pożytecznych idiotów „Kościoła ubogiego” i „otwartego” - czytaj: wyrzuconego z „duchowego rynku” i bezsilnego. Bo czym innym jest osobista skromność którą powinni cechować się kapłani, a czym innym pozbawienie Kościoła możliwości funkcjonowania w sferze materialnej i duchowej.

Wszak uwodzicielskie gadanie o New Age, Erze Wodnika, pokoju i harmonii to jedno, ale pieniądze pozostają pieniędzmi. A jelenie jeleniami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/