Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Środa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Środa. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 listopada 2019

Sieroty po Tusku

Donald Tusk nieuchronnie traci swój polityczny czar, zatem pozostanie w Brukseli jest dla niego opcją najlepszą. Będzie tam w swoim żywiole, robiąc to, co najlepiej potrafi – czyli nic.

I. Syndrom porzucenia

Przywódca odszedł! Mieliście chamy złoty róg, Za pół roku, za rok… ostatnie się wam jeno sznur…- ten facebookowy wpis Marii Nurowskiej jest charakterystyczny dla tyleż nagłego, co ostrego ataku choroby sierocej, jaki dopadł kręgi opozycyjno-dziennikarsko-celebryckie po decyzji Donalda Tuska o niekandydowaniu w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. „Kolejne cztery lata rządów PiSu zrujnują Polskę do końca, nie tylko materialnie, odbije się to na psychice, już nie jednostek a narodu” - lamentuje dalej pisarka, by na koniec zrelacjonować rozpaczliwe wiadomości, które otrzymuje od sympatyków: „Czytam: mam dość, idę na emigrację wewnętrzną. Czekałem na Tuska, nie ma już ratunku…wyjeżdżam za granicę, wolę mieszkać na ulicy, ale w wolnym kraju! Co mam odpowiedzieć na takie wołanie?” - pyta dramatycznie. Z kolei Hanna Lis na Twitterze dała upust złości: „Kilka lat temu wybrał apanaże. Teraz stchórzył. Nazwijmy rzeczy po imieniu. Historia osądzi”. Hanna Lis po pewnym czasie skasowała swój post, jakby przestraszyła się własnej szczerości – bo też zdradza on kliniczne objawy syndromu porzucenia w tzw. fazie protestu: krzyk, płacz i agresję. Trzeba przy tym dodać, iż niektórzy przeczuwali, że święci się coś niedobrego – taka Dominika Wielowieyska już w lipcu usiłowała wymusić na Tusku jasną deklarację, pisząc: „A co mnie obchodzą rozterki Tuska. Ma startować!”. Całkiem niedawno natomiast, na łamach „Wyborczej” Magdalena Środa podsumowała „króla Europy” z wyjątkową jak na nią przytomnością umysłu, diagnozując Tuska [miał ogłosić decyzję 2 grudnia] jako nieodpowiedzialnego narcyza i dodając: „Kokietuje, uwodzi, przeczekuje, troszcząc się o swój własny interes: gdzie będzie mu lepiej? W Europie na pewnej, lukratywnej posadzie, czy w Polsce, w walce o zaszczytne, ale niepewne miejsce prezydenta?”.

Nie trzeba było czekać do 2 grudnia - już we wtorek, 5 listopada, wielka nadzieja „totalnych” ogłosiła swojego walkowera, zasłaniając się „bagażem niepopularnych decyzji”, jakim ma być obciążony od czasów swojego premierowania. No i słuszna jego racja, warto jednak dodać, że na wspomniane obciążenia składały się nie tylko decyzje, ale w co najmniej równej mierze zaniechania (pozostaje uzasadnione pytanie, czy nie była to „bierność zaprogramowana”, obliczona na zaspokajanie różnych mafii i grup interesu) – wszystko zwieńczone rejteradą do Brukseli na ciepłą posadkę załatwioną mu przez Angelę Merkel. Ostatecznie na decyzję Tuska wpłynąć miał zlecony przez niego prywatny sondaż, z którego wynikało, że jest „niewybieralny”, głównie ze względu na zbyt szeroki elektorat negatywny. I tylko wierny Tomasz Lis, po początkowym smuteczku, heroizuje we wstępniaku na stronach „Newsweeka” postać swego idola, pisząc: „Minione cztery lata rządów PiS to Polska bez Tuska, ale w Tusku Polska wciąż była. I wciąż było pytanie – czy kandydować na prezydenta. Czy stanąć do dramatycznego, heroicznego, a może i desperackiego boju”. Cóż, każdy przepracowuje traumę na swój sposób.


II. Białego konia sprzedam – Donald Tusk

A skoro jesteśmy przy „Newsweeku” - gdyby Tusk, jak zapowiadał, wstrzymał się z ogłoszeniem decyzji do 2 grudnia, to zbiegła by się ona symbolicznie z okrągłą rocznicą pamiętnego numeru springerowskiego tygodnika – tego z bombastyczną okładką przedstawiającą „powrót króla” na białym koniu, opatrzoną nagłówkiem „Plan Tuska”. Wedle tamtego artykułu, powrót Tuska miał być „czarnym snem” PiS-u - ale pod jednym warunkiem: opozycja musiałaby wpierw wygrać wybory parlamentarne. Słowem, cały Tusk – jeżeli ktoś tu, na miejscu, odwaliłby za niego czarną robotę i doprowadził do politycznego przesilenia, wtedy on łaskawie mógłby wrócić i dać się wybrać na prezydenta.

Tymczasem wszystko wskazuje na to, że ubieganie się o prezydenturę było dla Donalda Tuska najmniej pożądaną opcją i to z kilku powodów. Po pierwsze, jego cechy charakteru – ten gość to po prostu notoryczny leser i miglanc. Do roboty zabrał się tylko raz – gdy po zafundowanym mu przez różnych „coachów” ostrym treningu mentalnym wygrał wybory w 2007 r., a później z rozpędu, również w 2011, korzystając z ówczesnej niemocy PiS-u, pogrążonego w pourazowym stresie po Smoleńsku. W międzyczasie jednak jego nieróbstwo jako premiera stało się wręcz przysłowiowe, czego symbolem był czterodniowy „tydzień pracy” - media donosiły o lotach rządowym samolotem do Gdańska już w piątkowe popołudnie i powrotach do Warszawy dopiero w poniedziałkowy wieczór lub nawet we wtorek i godzinach spędzanych z partyjnymi kolegami na „harataniu w gałę”. I ktoś taki miałby teraz wziąć się do ostrego galopu w walce o niepewną prezydenturę? Wolne żarty. Natomiast Andrzej Duda, co by o nim o nie mówić, to jednak skrzętny, krakowski pracuś - jeśli trzeba, potrafi narzucić sobie mordercze tempo i objechać całą Polskę, każdy powiat. W Tusku zaś dodatkowo do tej pory tkwi zadra po porażce z śp. Lechem Kaczyńskim w 2005 r., co odebrał jako upokorzenie – i nie chce dorzucać kolejnej przegranej z politycznym wychowankiem Lecha Kaczyńskiego, Andrzejem Dudą.

Po drugie – Tusk na sutych, brukselskich rosołach stał się klasycznym „tłustym kotem”, któremu nie chce już się łowić myszy. Co by go czekało w Polsce? Wieczne użeranie się w tutejszym politycznym bagienku – i to nie tylko z PiS-em, ale również z własną partią pod rządami Schetyny. Musiałby też liczyć, że zdominowana przez „schetynowców” Platforma lojalnie pracowałaby w trakcie kampanii na jego sukces, co jest nader wątpliwe. Poza tym, przecież jego marzeniem było załapanie się na tyleż prestiżową i lukratywną, co nie wymagającą większego wysiłku posadę w Brukseli – i teraz miałby to wszystko porzucić dla mirażu prezydentury? Zresztą, dla tego obozu charakterystyczne jest podejście zwerbalizowane na taśmach z „Sowy i Przyjaciół” w rozmowie z Pawłem Grasiem przez ówczesnego szefa „Orlenu” Jacka Krawca, który w kontekście unijnego awansu Tuska mówił: „(...) jednak idziesz w zupełnie inną orbitę, odseparowujesz się od tego wszystkiego, od tego syfu, k...a, jesteś dużym misiem, odseparowujesz się od tego folkloru, od tego syfu”. Nie po to Tusk „odseparował się od syfu”, by teraz do tego krajowego „syfu” wracać. Co innego pieścić swoje ego wsłuchując się w błagania „Tusku wróć” i kokieteryjnie hamletyzować „wrócę – nie wrócę”, a co innego poddać się wyborczej weryfikacji.

Po trzecie – kasa i rodzina. Nie jest tajemnicą, że małżonka Donalda Tuska w Brukseli mogła zrealizować swoje marzenie o podróżach, z dala od polskich mediów (pamiętamy aferę z „podróżą życia” do Machu Picchu okraszoną odznaczeniem „Słońca Peru”), a i dzieciom nie uśmiechał się powrót pod ostrzał wścibskich kamer. No i zarobki – w Brukseli na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej Tusk wyciągnął w przeliczeniu niemal 8,5 mln. zł. - a do tego po zakończeniu kadencji przez dwa lata otrzyma w ramach „okresu przejściowego” dodatkowo 1,4 mln. zł. Wynagrodzenie polskiego prezydenta do tego się nie umywa. Na dodatek, czeka go stanowisko szefa Europejskiej Partii Ludowej (też przecież nie za darmo) – największej frakcji w europarlamencie. Czyli, tak jak lubi – zero obowiązków, a pieniądz leci. Doprawdy, biorąc pod uwagę powyższe, w „powrót króla” mogli wierzyć tylko ostatni frajerzy.


III. Brukselskie dolce vita

Tak naprawdę, do powrotu mogło skłonić Tuska tylko jedno – gdyby Angela Merkel nawinęła go na kolano i spuściła solidne manto na goły zadek. Ale „mutter Angela” to już zachodząca gwiazda i nie ma tej samej co niegdyś siły przekonywania - a z takimi Tusk się nie liczy. Generalnie, przypomina schyłkowego Kwaśniewskiego, który swojego czasu, po zakończeniu prezydentury lansowany był na „patrona” i „odnowiciela lewicy” - co z tego wyszło, wszyscy wiemy. Donald Tusk także nieuchronnie traci swój polityczny czar, zatem pozostanie w Brukseli jest dla niego opcją najlepszą. Będzie tam w swoim żywiole, robiąc to, co najlepiej potrafi – czyli nic.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 46 (15-21.11.2019)

niedziela, 14 kwietnia 2019

Ezoteryczna trucizna

Nic dziwnego, że na widok gdańskiego stosu zawyło piekło i jego ziemscy słudzy. W końcu kosmaty wyjątkowo nie lubi, gdy rzuca mu się w twarz „apage, Satanas!”.


I. Lewacka paranoja

Histeria na tle wydarzenia w gdańskiej parafii NMP Matki Kościoła i Świętej Katarzyny Szwedzkiej daje do myślenia. Przypomnijmy, że 31 marca, po niedzielnej Mszy Św., goszczący w parafii ks. Rafał Jarosiewicz związany z koszalińską fundacją „SMS z Nieba” przy współudziale wiernych i za zgodą miejscowego proboszcza rozpalił (niewielki) stos na którym znalazły się książki promujące treści okultystyczne, a także inne guślarskie utensylia – m.in. rytualna szamańska maska, figurki słoników „na szczęście” czy parasolka „Hello Kitty”. Inicjatywa (podjęta w ramach wielkopostnych rekolekcji) miała na celu zwrócenie uwagi na szkodliwość literatury i przedmiotów związanych z szeroko rozumianą ezoteryką, czarami, zabobonami itp., jako sprzecznymi z nauką Kościoła. A ta, odnośnie magii jest precyzyjna i jednoznacznie potępia tego typu praktyki, będące wykroczeniem przeciw Pierwszemu Przykazaniu („Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”). Katechizm Kościoła Katolickiego w pkt. 2115-2117 zabrania parania się jakimikolwiek czynnościami z zakresu wróżbiarstwa, magii i spirytyzmu. Wydawałoby się więc, że w działaniach księży nie ma nic szczególnie kontrowersyjnego: ot, spalili trochę pogańskiego śmiecia ku nauce i przestrodze – kilka „Harry Potterów”, sagę fantasy „Zmierzch” obłaskawiającą wampiryzm, jakieś wypociny hinduskiego „guru” - wielkie mi halo.

Niemniej, po tym, jak fundacja SMS do Nieba wrzuciła zdjęcia z akcji na swój facebookowy profil, rozpętało się istne pandemonium – szczególnie ze strony osób i mediów, które trudno podejrzewać o jakiekolwiek związki z Kościołem. Usłyszeliśmy więc, że palenie książek to powrót do Niemiec z lat '30 XX w. (klasyczne reductio ad Hitlerum), tudzież epoki stosów i Świętej Inkwizycji (w jej karykaturalnym obrazie rodem z protestanckiej i oświeceniowej propagandy). Generalnie - ciemnota, zabobon i kołtuneria. Sprawę podchwyciły zagraniczne media, co skwapliwie odnotowały rodzime lewackie przekaziory wedle znanego schematu „co za wstyd przed światem” oraz różni postępowi katolicy. Spazmom oburzenia nie było końca. Do tablicy poczuła się wywołana koszalińska kuria, która ustami rzecznika odcięła się od poczynań ks. Jarosiewicza, a także sam prymas, abp. Wojciech Polak. Zastanawiam się, czy stałoby się coś strasznego, gdyby Kościół instytucjonalny dał delikatnie do zrozumienia natarczywym i ewidentnie szukającym sensacji pismakom, że to co robią księża wraz z parafianami w ramach praktyk religijnych, to nie ich zakichany interes?

Obrazu groteski dopełnili miejscowi urzędnicy i aktywiści... walczący ze smogiem. Ci pierwsi zapowiedzieli „czynności sprawdzające” pod kątem „palenia ogniska bez zezwolenia oraz palenia plastikiem i niedozwolonymi substancjami”. Natomiast Rybnicki Alarm Smogowy (gdzie Rybnik, a gdzie Gdańsk?) złożył doniesienie do prokuratury z art. 183 par.1 Kodeksu Karnego (dotyczy m.in. utylizacji odpadów w sposób mogący zagrozić „życiu lub zdrowiu wielu osób lub spowodować zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach”), argumentując, że osoby postronne oraz ministranci asystujący przy paleniu ogniska byli narażeni na wdychanie szkodliwych spalin. Księżom grozi potencjalnie od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności. Nie omieszkały również uaktywnić się lokalne feministki z grupy „Dziewuchy Dziewuchom” oraz „Feministycznej Brygady Rewolucyjnej”, zapowiadając akcję wymieniania się „zakazanymi książkami”. Wszystko zostało przedstawione tak, jakby gdańscy księża zorganizowali jakieś lotne brygady przeczesujące mieszkania parafian w poszukiwaniu nieprawomyślnych książek i przedmiotów.


II. „W tym szaleństwie jest metoda”

W całej tej lewackiej paranoi dostrzegam jednak drugie dno – i nie chodzi bynajmniej tylko o chęć doraźnego zaszkodzenia Kościołowi i przedstawienia go jako siedliska ciemnoty. Nie chodzi również wyłącznie o wojujący racjonalizm – gdyby tak było, lewica z równą zaciekłością zwalczałaby np. ruchy ezoteryczne. Rzecz nie tkwi także w samym paleniu książek, bo niszczenie Biblii przez Adama Darskiego „Nergala” błyskawicznie znalazło wielu obrońców „wolności artystycznej”, na czele z przewielebnym ks. Adamem Bonieckim. Otóż wszystkich tych oburzonych aktywistów do białej gorączki doprowadziło manifestacyjne spalenie przedmiotów związanych z magią i okultyzmem – a te, mają wśród lewicy wielu zarówno cichych, jak i całkiem głośnych przyjaciół. Tu już nie ma miejsca na swobodę ekspresji, „happening” itp., bowiem okultyzm jest przynajmniej przez część lewicowych środowisk traktowany jako sprzymierzeniec w walce z Kościołem. Z podobnych powodów „Harry Potter” cieszy się statusem jakiegoś pogańskiego świątka – i to nie dlatego, że „zachęca dzieci do czytania”, tylko właśnie ze względu na treść, prezentującą magiczne praktyki jako ekscytującą przygodę, czego pokłosiem są różne „szkoły magii” organizowane dla małych adeptów sztuk tajemnych.

Szczególnym przypadkiem są kręgi feministyczne. Na imprezach firmowanych przez Kongres Kobiet normą są stoiska ezoteryczne czy medycyny alternatywnej, prezentujące gusła z różnych stron świata. Oświecone „siostrzyce” mogą się na nich zaopatrzyć w tak ekskluzywne towary jak „energetyczne” magnesy i kryształki, karty tarota, wahadełka, nie mówiąc już o cudownościach produkowanych przez pana Jerzego Ziębę. Gwoli sprawiedliwości – spotyka się to ze sprzeciwem bardziej racjonalnej części feministek, słusznie widzących tu groźbę kompromitacji dla całego ruchu. Cóż jednak po tym, skoro poczesne figury feminizmu w rodzaju pisarki Marii Nurowskiej i reżyserki Agnieszki Holland otwarcie przyznają się do praktykowania voodoo i nakłuwania laleczek posła Stanisława Piotrowicza w intencji jeśli nie zgonu, to przynajmniej spowodowania wylewu i paraliżu? A co począć z prof. Magdaleną Środą, która wedle jej własnych słów, brała udział w kursach na których wykładała „czarownica z Salem” - do tego odbywających się w... Domu Pracy Twórczej „Mądralin” Polskiej Akademii Nauk? Ta sama Środa mówiła też o trwających „do białego rana” „wtajemniczeniach” podczas sabatów w Noc Walpurgii czy noc bogini Hekate, których efekty mają być później „widoczne w życiu politycznym”... Co dalej – Instytut Magii Stosowanej PAN? W tym kontekście nie dziwi opisana wyżej aktywizacja gdańskich feministek – trzeba tylko dodać, że jeśli zarzucają Kościołowi umysłową ciasnotę, to same tkwią w „wiekach ciemnych” (przedchrześcijańskich) po same uszy.


III. Piekło zawyło

Pora jednak na kwestię najważniejszą. Czy rekolekcyjna akcja w gdańskiej parafii była w ogóle potrzebna? Otóż tak, jak najbardziej, bowiem ezoteryka cieszy się w polskim społeczeństwie ogromną popularnością. We wróżby wg CBOS wierzy nawet 58 proc. Polaków, co roku z różnych form wróżbiarstwa i jasnowidzenia korzysta nawet 2,5 mln. osób. To nie tylko tradycyjne wizyty lecz również wysokopłatne SMS-y, ezoteryczne infolinie, portale internetowe... Usługi zamawiają także biznesmeni – chociażby „numerologiczne” diagnozy co do mającej przynieść pomyślność nazwy firmy, daty rozpoczęcia działalności, porady feng-shui odnośnie urządzenia biura mającego zapewnić „pozytywną energię”. W ruch idą szklane kule, wahadełka, karty tarota... Ocenia się, że polski rynek tego typu usług ma wartość ok. 2 mld. zł. rocznie. Dla porównania – na tacę i inne ofiary wierni przeznaczają ok. 1,2 mld. zł., a zatem Polacy gotowi są przekazywać różnym szarlatanom więcej, niż swojemu Kościołowi!

Ale to nie wszystko – z tego rodzaju praktykami wiąże się również inicjacja w toksyczną duchowość, co kończy się często różnymi formami zniewoleń i opętań. Świadectwa księży egzorcystów, a także ofiar magicznych praktyk nie pozostawiają tu wątpliwości. Podobny mechanizm dotyczy także werbunków do różnych sekt. Nic więc dziwnego, że na widok gdańskiego stosu zawyło piekło i jego ziemscy słudzy. W końcu kosmaty wyjątkowo nie lubi, gdy rzuca mu się w twarz „apage, Satanas!”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ezoteryczny skok na kasę

Duchowa detoksykacja


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 15 (12-18.04.2019)

sobota, 7 lipca 2018

Pod-Grzybki 133

Dziś „Pod-Grzybki” będą raczej w zalewie kwaśno-gorzkiej – a to za sprawą naszej klapy na rosyjskim mundialu. Wieść niesie, że totalna opozycja wraz ze swymi zwolennikami przeżywała prawdziwą huśtawkę nastrojów. Najpierw była żałoba, bo Niemcy przegrali z Meksykiem. Ale zaraz potem nasi polegli z Senegalem, więc nastroje się poprawiły. A kiedy jeszcze dołożyliśmy klęskę z Kolumbią, w centrali PO zapanowała prawdziwa euforia.


*

Chwilę triumfalnego uniesienia przeżyła również Krystyna Janda, która wprost nie mogła znieść myśli o ataku „manii wielkości” polskich kibiców, gdyby naszej reprezentacji powiodło się na mistrzostwach świata. Na szczęście nasi chłopcy oszczędzili jej cierpień i koncertowo polegli. Podobno dlatego, że nie byli w stanie skupić się na grze, gdy w Polsce łamana jest niezawisłość sądów i konstytucja. I kto by się spodziewał, że pani Janda jest taka wpływowa?


*

Pani Janda narzekała też na nieokrzesany naród, który w gazetach czyta jedynie dział sportowy, a strony z kulturą wyrzuca do kosza. No to teraz będzie miała żniwa – rozczarowani kibice zamiast na stadiony podążą tłumnie do jej teatrzyku, by wspólnie przeżywać duchowe katharsis przy wysublimowanych monodramach Rafalali piętnujących polską zaściankowość i ksenofobię.


*

Winien jestem czytelnikom wyjaśnienie – w październiku ub.r. popełniłem dla „PN” na fali wygranych eliminacji artykuł pt. „Ruszamy na Moskwę”. Jak się skończyło, wiemy. Chyba nie mamy szczęścia do wodzów, bo ci na widok Kremla kompletnie głupieją i zaczynają robić jakieś dziwne ruchy – jak Zygmunt III Waza czy Napoleon. A teraz w ich ślady poszedł Nawałka, kombinując ze składem i ustawieniami. Okazało się, że lepsze jest wrogiem dobrego, a naszym jednak najlepiej wychodzi szlachetna prostota: 4-4-2 i gra z kontry. Smutno, tym bardziej, że swoją frajdę ma teraz frakcja rodzimych ojkofobów, którym nienawiść zaćmiła mózgi do tego stopnia, że nie odróżniają reprezentacji Polski od reprezentacji PiS-u.


*

Z życia feministek. Jak donoszą media, organizatorki hucznego „Kongresu Kobiet” (4,5 tys. uczestników) podczas imprezy poniewierały ochroniarkami zatrudnionymi tam za 10 zł. na godzinę, każąc im stać bez ruchu w wyznaczonym miejscu przez 16 godzin, bez możliwości zjedzenia posiłku czy nawet skorzystania z toalety. Odnotujmy, że na zarzuty odpowiedziała Magdalena Środa, że nie ma co histeryzować, bo przecież policja zabezpieczająca to targowisko próżności też musiała stać, poza tym obowiązki ochroniarek reguluje ich zewnętrzna firma (więc nie ma problemu), a poza tym ona z kolei musi w swojej pracy ciągle siedzieć. Oto kwintesencja feminizmu: zabawa bogatych paniuś, które mówiąc „kobieta” mają na myśli osoby takie jak one – od klasy średniej w górę, wykształcone i dobrze sytuowane. A ochroniarki, kelnerki itp? To nie kobiety. To personel. Są od tego, by pani feministce podać kawę i ciasteczko, gdy ta rozmyśla o męskiej opresji i dyskryminacji.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 13 (04-17.07.2018)

sobota, 12 maja 2018

Pod-Grzybki 129

Poznajcie Państwo Rafalalę – przebrane w kieckę rosłe chłopisko, mające w zwyczaju modulować głos na eteryczny dyszkancik. Przechodząca obok kilkunastoletnia dziewczynka nie wytrzymuje i na widok tego okazu rodem z lunaparku (albo lupanaru) parska śmiechem. Na to w Rafalali odzywa się damski bokser - rzuca się na dziecko, sypiąc gęsto k...ami i grożąc, że wybije jej zęby. Bowiem Rafalala jest „impulsywna”. Zostaje więc nam na koniec już tylko jedna zagadka: ciekawe, czy ta „impulsywność” to efekt testosteronu, czy może menopauzy?


*

Przegapiłem, ale teraz nadrabiam. Otóż Episkopat raczył nam przypomnieć w komunikacie na zakończenie 378. Zebrania Plenarnego KEP, że „wszelkie formy antysemityzmu są sprzeczne z zasadami chrześcijańskiej miłości bliźniego”. Cóż, ośmielę się zauważyć, że o tym co jest „antysemityzmem” decydują obecnie Żydzi – a więc Kościół (przynajmniej w tym zakresie) oddaje Żydom moc ustalania, co jest zgodne z „chrześcijańską miłością bliźniego”. Co za tym idzie, Żydzi zyskali w ten sposób prawo do współkształtowania katolickiej doktryny. Nie chciałbym się wtrącać – niemniej, czy to rozwiązanie nie jest aby nieco ryzykowne?


*

Tymczasem odbyła się V. Pielgrzymka Środowisk Narodowych na Jasną Górę. W związku z tym wydarzeniem obóz postępu ogłosił list protestacyjny, pod którym podpisali się m.in. tacy stali bywalcy jasnogórskiego sanktuarium, jak Zbigniew Hołdys, Magdalena Środa czy Jan Hertrich-Woleński (za komuny dumny członek Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli). Ojcowie paulini musieli być wstrząśnięci – bo co, jeśli w ramach protestu Hołdys ze Środą nie pójdą w tym roku w pielgrzymce? Bez ich udziału cała impreza będzie nieważna!


*

Swoją drogą, tak się kończy osławione „dialogowanie” - lewactwo włazi Kościołowi na głowę i uzurpuje sobie prawo do decydowania, kogo wolno gościć na Jasnej Górze. Następnym razem jak nic zażądają udziału w konklawe – i to z prawem weta.


*

Media doniosły, że Rysia Petru wciąż trapią kłopoty – tym razem z rozwodem, bo ma z żoną rozdzielność majątkową i teraz oboje żrą się o kasę. Postanowiłem więc zrobić dobry uczynek i mając na uwadze ewentualnych naśladowców pana Rysia, pozwalam sobie na zamieszczenie krótkiego poradnika, jak rozładować kryzys pożycia.


ROZMÓWKI MAŁŻEŃSKIE

On (łagodnie): - Kochanie...

Ona: - Nie mów do mnie tym tonem!

On (kontynuując): - Ależ skarbie...

Ona (zbulwersowana): - Widzisz, jaki ty jesteś?

On (zdumiony): - Ale, o co ci chodzi?

Ona (unosząc się z sofy): - Myślisz, że nie wiem?!

On (zdezorientowany): - Nie wiesz - o czym?

Ona: - O tej twojej!

On (lekceważąco): - Ach, o tej...

Ona (dobitnie): - No właśnie!

On: - To nic nie znaczy.

Ona (wyprowadzona z równowagi): - Ty łajdaku!

On (stanowczo): - Duszyczko, jeśli nie zmienisz tonu, wezmę się za tą drugą.

Ona (zdezorientowana): - Jaką drugą?

On (z satysfakcją): - Tą, o której jeszcze nie wiesz.

Ona: - Nie, tego bym nie zniosła.

On (spokojnie): - Więc widzisz...

(KURTYNA)


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 09 (09-22.05.2018)