Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frans Timmermans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frans Timmermans. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lipca 2019

Brukselska wiktoria

To jeszcze wprawdzie nie jest ten etap, gdy możemy przeforsować swoich kandydatów wbrew Niemcom czy Brukseli – ale to już jest ten etap, gdy jesteśmy w stanie skutecznie zablokować narzucanych nam nominatów.

I. „Koniec początku”

To nie jest koniec. To nie jest nawet początek końca. Ale jest to, być może, koniec początku” - ta sentencja z radiowego przemówienia Winstona Churchilla po zwycięstwie pod El-Alamein jako żywo pasuje do stoczonej właśnie brukselskiej bitwy, w której udało się zablokować nominację Fransa Timmermansa na przewodniczącego Komisji Europejskiej. W 1942 r. siły dowodzone przez marszałka Bernarda Montgomery'ego pokonały pancerne zagony Afrika Korps Erwina Rommla, zmuszając je do odwrotu – i była to pierwsza znacząca porażka III Rzeszy w otwartym polu. Teraz natomiast koalicja państw Europy Środkowej wraz z Włochami i zbuntowanymi przeciw Angeli Merkel niemieckimi chadekami utrąciła kandydaturę fanatycznego lewaka i polakożercy na czołowe stanowisko w Europie. Po raz pierwszy kraje „nowej Europy” skutecznie przeciwstawiły się dyktatowi starych potęg, dotąd niepodzielnie trzęsących kontynentem i narzucających mu swą wolę. To wydarzenie bez precedensu – wcześniej bowiem niemiecko-francuski tandem rozgrywał i dzielił nasz region jak chciał, pacyfikując jakikolwiek opór. Zwróćmy uwagę, że jeszcze nie tak dawno ofensywa dyplomatyczna Macrona zakończyła się przeforsowaniem szkodliwej dla nas dyrektywy o pracownikach delegowanych, doprowadzając do podziału na tym tle wśród państw Trójmorza i jego twardego jądra, czyli Grupy Wyszehradzkiej. Wszystko wskazuje, że „gang z Osaki” liczył do końca na powtórkę tego scenariusza – na szczęście, przeliczył się w swych rachubach.


II. Brukselska batalia

Ta zwycięska bitwa ma jeszcze jeden walor – zmusiła dominujące w Unii siły do odrzucenia masek i zaniechania gry pozorów. Do tej pory w unijnych przepychankach panowała zasada fikcyjnego „konsensusu”, w praktyce oznaczająca, że słabsze kraje akceptowały bez szemrania stanowisko silniejszych, co najwyżej zadowalając się jakimiś symbolicznymi koncesjami. Tym razem było inaczej. Spór o Timmermansa obnażył przed szeroką opinią publiczną fasadowość unijnych „demokratycznych” procedur, co jeszcze nie raz będzie odbijało się echem w bliższej i dalszej przyszłości. Przypomnijmy sobie, jak to wyglądało. Podczas szczytu G-20 w Osace Niemcy, Francja, Hiszpania i Holandia porozumiały się co do obsady kluczowych stanowisk, co nazwano „pakietem z Osaki”. Ów „pakiet” został następnie zakomunikowany Donaldowi Tuskowi, który miał przekazać jego ustalenia frakcjom europarlamentu „do wykonu” i przygotować pod jego kątem szczyt Rady Europejskiej, tak by cała operacja przebiegła gładko. Tusk, jak zobaczyliśmy, nie wywiązał się z zadania (a wręcz koncertowo je schrzanił), co wywołało dodatkową wściekłość unijnych możnych – i jest to kolejna dobra informacja dla Polski. Wiodący przywódcy ostatecznie przekonali się, że to bezwolne popychadło Angeli Merkel do niczego się nie nadaje, co oznacza automatycznie, że w Brukseli nikt nie będzie po nim płakał i po zakończeniu kadencji raczej nie będzie mógł liczyć na żadne prestiżowe stanowisko – a co za tym idzie, nie będzie w stanie już realnie zaszkodzić Polsce. Ale to tak na marginesie.

Wracając do meritum - „banda czworga” z Osaki, ta samozwańcza, uzurpatorska Yakuza, chciała sterroryzować resztę państw członkowskich, w starym stylu „koncertu mocarstw”. Tyle, że pragnęła przy tym zachować pozory – że niby toczą się jakieś „negocjacje”, a fotel szefa Komisji Europejskiej dla Timmermansa jest efektem „konstruktywnego kompromisu”. Szczególnie zależało na tym Angeli Merkel, która do końca wspierała swego protegowanego. Pomysł był sprytny – Niemcy rękami Timmermansa miały trzymać sprawiający coraz większe problemy region Europy Środkowej (ze szczególnym uwzględnieniem Polski i Węgier) pod nieustannym ostrzałem, same stojąc dyskretnie z boku i strojąc zatroskane miny. Pomyślmy tylko – skoro Timmermans był w stanie przysporzyć nam tylu kłopotów jako wiceprzewodniczący, to można sobie wyobrazić jakie armaty wytoczyłby jako szef KE. Mógłby chociażby przeforsować powiązanie funduszy strukturalnych z „przestrzeganiem praworządności”, której stan byłby arbitralnie oceniany przez Komisję – czyli przez niego samego. Do tego nie wolno było dopuścić za żadne skarby – i tu premier Morawiecki spisał się na medal. Zmontował skuteczną koalicję, wykorzystując okazję, jaką było rozgoryczenie największej frakcji Parlamentu Europejskiego (EPL) nominacją ich politycznego konkurenta. Opór był tak silny, że Angeli Merkel nie udało się go złamać, mimo ponawianych nacisków na poszczególnych przedstawicieli „koalicji sprzeciwu”. Mniejsze kraje (ale też i skonfliktowane z Brukselą Włochy) wiedziały doskonale o co toczy się gra – ugruntowanie pozycji mocarstwowego duetu francusko-niemieckiego oraz zwycięstwo aroganckiego Timmermansa było groźne również i dla nich, bo nikt nie mógł im zagwarantować, że za chwilę i one nie znajdą się pod byle pretekstem na celowniku. Poza wszystkim, pokazaliśmy, że jesteśmy w stanie budować sojusze, obalając mit o rzekomej „izolacji” Polski w Europie. To spory krok naprzód, zważywszy, że jeszcze dwa lata temu nikt nie chciał umierać za nasz sprzeciw wobec drugiej kadencji Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej.


III. Krajobraz po bitwie

W kontekście powyższego, małostkowa zemsta, jaką było utrącenie kandydatów z naszego regionu do innych unijnych stanowisk, czy odrzucenie kandydatury prof. Krasnodębskiego na jednego z 14 wiceprzewodniczących Parlamentu Europejskiego, mają znaczenie drugorzędne. Cel podstawowy został osiągnięty i sądzę, że z upływem czasu będziemy to coraz bardziej doceniać. Brukselska wiktoria wpisuje się również w szerszy kontekst zmierzchu Angeli Merkel – nieformalnej „cesarzowej Europy”. Nominowanie Ursuli von der Leyen było już tylko ruchem osłaniającym niemiecki odwrót. Von der Leyen jest politykiem słabym – w Niemczech nie zanotowała sukcesów jako minister zajmująca się sprawami społecznymi, a jako minister obrony doprowadziła Bundeswehrę na skraj katastrofy. Nie ma podstaw by sądzić, że jako szefowa Komisji Europejskiej będzie sobie radzić lepiej, co może dla nas oznaczać poluzowanie dążącego do „pogłębienia integracji” i federalizacji unijnego gorsetu. Natomiast jej porażki w zawiadywaniu niemiecką armią oznaczają, że również potencjalnie śmiertelnie dla nas niebezpieczny projekt europejskiej armii odchodzi w siną dal. Także pozycja Angeli Merkel, spektakularnie upokorzonej na unijnym szczycie, daleka będzie od dawnej potęgi, gdy jej wola wytyczała kierunki europejskiej polityki.

Zostaje jeszcze Timmermans, który ponownie będzie wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej. Sfrustrowany porażką, wściekły i pałający żądzą odwetu. Oczywiście, będzie starał się nam szkodzić ze zdwojoną energią – tyle, że najbardziej pomyślne dla niego wiatry właśnie przestały wiać. Po pierwsze, raczej się nie zdarza, by brukselscy politycy przez dwie kadencje z rzędu zajmowali się tym samym – zatem Timmermans jako „wice” może tym razem otrzymać inną działkę, niż praworządność. Po drugie, jego karta przygnieciona ciężarem klęski będzie słabnąć. Na nękaniu Polski i Węgier zbudował całą swoją kampanię i pozycję polityczną – i w kluczowym momencie przegrał. Po trzecie, kraje „nowej Europy” zobaczyły, że z unijnym establishmentem można wygrać i od tej pory nie będą już tak potulnie wysłuchiwały połajanek i pouczeń z Brukseli. To ma szansę scementować sojusz państw Trójmorza i Grupy Wyszehradzkiej. Wreszcie – przegrana Timmermansa odebrała tlen krajowej „totalnej opozycji” spod znaku „ulica i zagranica”. Odtąd pomoc dla Schetyny i spółki będzie z pewnością mniej wydajna.

Podsumowując, to jeszcze wprawdzie nie jest ten etap, gdy możemy przeforsować swoich kandydatów wbrew Niemcom czy Brukseli – ale to już jest ten etap, gdy jesteśmy w stanie skutecznie zablokować narzucanych nam nominatów. W porównaniu z tym co było, jest to znaczący postęp. Realnie patrząc, osiągnęliśmy maksimum z tego, co było możliwe - a w polityce jest to wielka sztuka.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (12-18.07.2019)

niedziela, 1 kwietnia 2018

Polexit coraz bliżej?

Na miejscu premiera Morawieckiego, zamiast iść na ustępstwa wziąłbym sondaż Fundacji Pułaskiego pod pachę i pojechałbym na spotkanie z Junckerem i Timmermansem.

I. 1/3 za polexitem

Fundacja im. Kazimierza Pułaskiego (wspólnie z działem badawczym Data Tank firmy Selectivv Mobile House) przeprowadziła w styczniu i marcu br. dość obszerne badanie opinii publicznej pt. „Polityka zagraniczna i bezpieczeństwo zewnętrzne Polski”. Warto podkreślić dużą liczbę respondentów – ankietę przeprowadzono na 50 tys. pełnoletnich użytkowników smartfonów i tabletów, a rezultaty zostały dodatkowo wzbogacone informacjami zbioru Big Data wspomnianej firmy. Zaprezentowane proporcje wśród badanych dotyczące płci, wieku i miejsc zamieszkania wyglądają na dość wyważone, zatem można uznać, że sondaż jest w miarę reprezentatywny i oddaje rzetelnie społeczne nastroje. Prócz pytań o sympatię do poszczególnych państw, ocenę różnych zagrożeń dla Polski czy politykę zagraniczną rządu, uwagę zwracają kwestie związane z naszą obecnością w Unii Europejskiej. Otóż na pytanie „czy Polska powinna wystąpić z Unii Europejskiej” w styczniu pozytywnie odpowiedziało 36,4 proc. (na „nie” było 36 proc.), zaś w marcu odsetek zwolenników „Polexitu” spadł do 29,8 proc. (za pozostaniem w UE było 47,3 proc., 22,8 proc. nie miało zdania). Zmianę tę autorzy raportu wiążą ze złagodzeniem retoryki przez rząd Mateusza Morawieckiego i przyjęciem przez Polskę bardziej ugodowej postawy w relacjach z Brukselą.

Co ciekawe jednak, w kontekście naszego sporu z Komisją Europejską w sprawie praworządności, stanowiska badanych są bardziej zasadnicze i mniej podatne na zmiany. Pytanie brzmiało: „w przypadku nałożenia na Polskę sankcji przez UE za naruszenie zasad praworządności Polska powinna: a) opuścić Unię Europejską; b) zmienić politykę i dostosować się do postulatów Komisji Europejskiej; c) nie podejmować żadnych działań; d) nie mam zdania”. Tu opuszczenie UE zadeklarowało 30,4 proc. w styczniu i 32 proc. w marcu – mamy więc nawet niewielki wzrost eurosceptyków. Z kolei stronnictwo „ugodowe” oczekujące dostosowania się do oczekiwań KE, to 26 proc. w styczniu i 28,5 proc. w marcu. Frakcja „biernych” (nie podejmować żadnych działań) liczyła sobie 20,5 proc. w styczniu i 13,1 proc. w marcu, zaś niezdecydowani obejmują ok. 1/4 ankietowanych.


II. Koniec euroentuzjazmu

Eksperci Fundacji Pułaskiego z powyższego wysnuwają optymistyczny wniosek, że proporcje między zwolennikami a przeciwnikami naszej obecności w UE są w miarę stabilne – toteż, jak można się domyślać, polexit nam nie zagraża. Ja widzę to nieco inaczej. Po pierwsze, po niegdysiejszym, bezkrytycznym euroentuzjazmie Polaków nie pozostało śladu. Zwróćmy uwagę, że „kapitulanci” spod znaku „róbmy co każe Bruksela” już w tej chwili przegrywają z „polexitowcami”. Natomiast postawę „biernych” można odczytywać dwojako: z jednej strony zostajemy w Unii nawet w obliczu sankcji, z drugiej – nie musi to oznaczać podporządkowania się żądaniom eurokratów, tylko podejście „mimo sankcji róbmy dalej swoje, a potem się zobaczy”. Z pewnością zaś z badania nie wyłania się obraz cielęcego zachwytu nad mądrością „zaleceń” różnych Timmermansów. Potwierdzeniem tego są odpowiedzi na pytanie o ocenę polityki zagranicznej rządu. „Dobrze” lub „bardzo dobrze” ocenia ją 41,79 proc., zaś „źle” lub „bardzo źle” - 32,19 proc.

Generalnie, wygląda na to, że Polacy reagują po prostu elastycznie na rozwój wydarzeń i kierują się zdrowym rozsądkiem oraz swoistą kalkulacją. Dopóki Bruksela zachowuje się wobec nas w porządku i nie wygraża pięścią, to nie ma powodu do gwałtownych reakcji. Jednak, gdy w grę zaczynają wchodzić próby dyktatu i ograniczania naszej wewnętrznej suwerenności, sytuacja się zmienia i następuje utwardzenie stanowisk – aż do wyjścia z UE włącznie. Pokazuje to, że dla dużej grupy naszych rodaków niepodległość i podmiotowość nie są pustym dźwiękiem, zaś polexit bynajmniej nie jest czymś niewyobrażalnym, lecz jedną z opcji do rozważenia.

Nie jest to zresztą pierwszy taki sygnał. Wspominałem już na tych łamach pełen niepokoju raport Fundacji Batorego Polacy wobec UE: koniec konsensusu”, w którym na podstawie analizy szeregu badań autorzy stwierdzili z troską, że „ogólne” poparcie Polaków dla integracji europejskiej dalekie jest od bezwarunkowości – dominuje raczej postawa „tak, ale...” - i tu następuje szereg zastrzeżeń, wśród których wtrącanie się w wewnętrzne sprawy i zbyt daleko idące uroszczenia władcze europejskiej „centrali” odgrywają niebagatelną rolę. Z kolei stosunkowo niedawno, bo w czerwcu 2017 r. sporo zamieszania wywołał sondaż IBRIS dla tygodnika „Polityka”, gdzie 56,5 proc. badanych stanowczo odmawiało przyjęcia uchodźców, nawet gdyby wiązało się to z obcięciem eurofunduszy, zaś 51,2 proc. w sytuacji „albo-albo” opowiedziało się za wyjściem z UE. Warto też przypomnieć o niezmiennie negatywnym podejściu Polaków do porzucenia złotówki na rzecz przyjęcia euro.


III. Argument dla Morawieckiego

Oznacza to, że istnieje społeczne podglebie dla potencjalnego polexitu. Więcej nawet – zaryzykowałbym stwierdzenie, że liczba osób przynajmniej rozważających taką możliwość powoli, ale systematycznie rośnie. Tendencję tę mogą napędzać kolejne kryzysy wewnątrz Unii, dająca się zauważyć niezdolność unijnych organów do rozwiązywania realnych problemów, oraz pogłębiająca się alienacja kasty „euromandarynów”. Dodatkowym motorem mogą stać się kolejne napięcia na linii Warszawa-Bruksela w rodzaju sporu o przymusową relokację migrantów czy reformę wymiaru sprawiedliwości.

Wygląda więc na to, że zaczynają się sprawdzać moje przewidywania sformułowane w styczniowym tekście „Chcecie sankcji? Dobrze!”. Otóż brukselskie elity (plus krajowa „totalna opozycja”) postawiły na ostrą konfrontację z Polską wychodząc z błędnych założeń – mianowicie, wciąż pokutuje tam mit o Polakach jako „najbardziej prounijnym społeczeństwie w Europie”. W związku z tym - kalkulowali sobie różni „Guye” - jeśli dokręcimy pisowskiemu rządowi śrubę, to Polacy przerażeni widmem sankcji, ograniczenia pieniędzy, a nawet wykluczeniem Polski z „europy”, wypowiedzą PiS-owi mandat zaufania i odsuną „antyeuropejski” rząd od władzy – w skrajnym przypadku drogą ulicznej rewolty. Rzecz w tym, że odrealnieni eurourzędnicy jak zwykle żyją przeszłością i biorą własne „chciejstwo” za rzeczywistość, zaś na niekorzystny dla nich rozwój społecznych tendencji przejawiający się chociażby wzrostem politycznego znaczenia „populistów” reagują wyparciem i agresją. Co za tym idzie, nie byli w stanie dostrzec, że i w „euroentuzjastycznej” Polsce nastąpiły istotne zmiany, a wygrana PiS nie była wypadkiem przy pracy, jak chyba wciąż uważa się na brukselskich salonach. Charakterystyczne, że taki Guy Verhofstadt pomstujący z mównicy Parlamentu Europejskiego na „60 tys. faszystów maszerujących ulicami Warszawy” nie był jakoś w stanie tego skojarzyć z szerszym społecznym trendem. A ów trend przejawia się m.in. w tym, że każda próba obcesowego dyktatu przynosi efekt przeciwny do zamierzonego, zwiększając w polskim społeczeństwie wewnętrzny opór. W konsekwencji, strategia unijnych organów przyczynia się do postrzegania Unii Europejskiej jako ciała obcego i podsycania eurosceptycznych, bądź wręcz secesjonistycznych nastrojów.

Na koniec kilka słów do naszego rządu. Przytaczane tu badania Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego to prezent z którego grzech nie skorzystać. Na miejscu premiera Morawieckiego zatem, zamiast iść na ustępstwa i rozwadniać reformę sądownictwa, wziąłbym ten sondaż pod pachę i pojechałbym z nim na spotkanie z Junckerem i Timmermansem. Następnie zatroskanym tonem zacząłbym tłumaczyć, że w Polsce wzmagają się antyeuropejskie nastroje, lada chwila odsetek zwolenników polexitu może przekroczyć masę krytyczną – a chyba nie chcemy powtórki z brytyjskiego referendum, nieprawdaż? Gdzie wtedy wasze koncerny robiłyby interesy, na jakich rynkach będą upychały swoje badziewie? Więc może przestańcie się wygłupiać z tą wojenką, dobrze?

Cóż szkodzi spróbować, panie premierze? Najwyżej Juncker tym razem upije się na smutno.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

EFTA – alternatywa dla Polski?

Projekt „Międzymorze” - strategiczny cel Polski

Opuścić Eurokołchoz!

Exodus z domu niewoli

Porozmawiajmy o polexicie

Chcecie sankcji? Dobrze!


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (30.03-05.04.2018)

niedziela, 7 stycznia 2018

Unijni mordercy zza biurek

Dyktowana Europie samobójcza polityka migracyjna jest krwawą zbrodnią popełnianą na europejskich narodach, na naszej kulturze i cywilizacji.

I. Polska kontra Soros

Mam odwagę zadać pytanie elitom politycznym w Europie: dokąd zmierzacie, dokąd zmierzasz, Europo? Podnieś się z kolan i obudź się z letargu, bo w przeciwnym razie codziennie będziesz opłakiwała swoje dzieci! - to przesłanie premier Beaty Szydło wygłoszone w polskim (wreszcie polskim, chciałoby się dodać) Sejmie, odbiło się szerokim echem w świecie, budząc zrozumiały odzew w zmaltretowanych kryzysem migracyjnym i falą terroryzmu społeczeństwach Zachodu. Na podobnej zasadzie w internecie furorę zrobiły zdjęcia z warszawskiego metra – widać na nich czysty wagon w którym ludzie spokojnie sobie siedzą, przeglądają smartfony, czytają książki itd. Zachodni internauci z miejsca zaczęli porównywać tę sytuację z obrazkami z rodzimych krajów. Komentarze w rodzaju: „Tylko tam siedzą. Nikt nie próbuje nikogo zabić. Jakie to dziwne. Na pewno to na tej planecie?” czy „Dlaczego nie ma kału ani moczu czy czarnych palących skręty?”, mówią same za siebie.

Odwrotnie było z europejskimi decydentami, dla których takie postawienie sprawy jest czystą herezją. Im przyświeca raczej program George'a Sorosa - UE powinna przyjmować ok. miliona „uchodźców” rocznie, przymusowo relokować ich zgodnie z unijnymi wytycznymi, przeznaczać na każdego migranta 15 tys. euro przez dwa lata, zaś całość sfinansować za pomocą długu, emitując co roku obligacje o wartości 20 mld. euro. Nic więc dziwnego, że przeciw krajom opierającym się wspomnianym założeniom, takim jak Polska i pozostałe państwa Grupy Wyszehradzkiej, wytoczono najcięższe działa. Soros oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie powiązał powyższego z interesami, jako że przy innej okazji wizytując Parlament Europejski stwierdził, iż dług państwowy jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych – czyli przestrzeni w której Soros zarabia swoje miliardy. Zatem grandziarz, inkasując „zysk bez ryzyka” od euroobligacji, zyskiwałby jednocześnie kolejne fundusze na dalsze finansowanie swej opętańczej utopii. Istne perpetuum mobile zbrodni.


II. Norymberga dla eurokratów

Tak właśnie, nie przesłyszeli się Państwo – zbrodni, bowiem dyktowana Europie samobójcza polityka migracyjna jest krwawą zbrodnią popełnianą na europejskich narodach, na naszej kulturze i cywilizacji. Procederem tym zaś zawiadują unijni mordercy zza biurek - to oni odpowiedzialni są za „opłakiwanie swoich dzieci” przez Europę. Na szczęście, pomału, z oporami, ale jednak zachodnie społeczeństwa się budzą, o czym świadczy rosnąca popularność wyklinanych „populistów”. I to właśnie te społeczeństwa, po wybudzeniu z lewackiej śpiączki powinny pociągnąć do odpowiedzialności winnych obecnego stanu rzeczy. Eurokratów musi spotkać Norymberga – i to dokładnie z tych samych powodów, dla których zostali skazani ich historyczni odpowiednicy, realizujący projekt „zjednoczonej Europy” pod przywództwem III Rzeszy.

Ideowym patronem obecnych europejskich elit nie jest wprawdzie Adolf Hitler (a przynajmniej nie oficjalnie), lecz włoski komunista Altiero Spinelli, którego imieniem nazwano budynek Parlamentu Europejskiego w Brukseli – ale cel jest ten sam. Spinelli w „Manifeście z Ventotene” zarysował wizję zniszczenia państw narodowych i mającej zająć ich miejsce europejskiej, socjalistycznej federacji – na rzecz której zresztą działał później w Komisji Europejskiej i jako deputowany do Parlamentu Europejskiego. W sierpniu 2016 r. na jego grobie na wyspie Ventotene kwiaty złożyli niemiecka kanclerz Angela Merkel, francuski prezydent Francois Hollande oraz premier Włoch Matteo Renzi, zaś Merkel przy tej okazji powiedziała: „To wyraźnie pokazuje, że wiemy, skąd wzięła się Unia Europejska”. Skromnie tylko nie dodała, że do planu Spinellego wprowadziła drobną modyfikację – ma to być federalna Unia pod niemiecką hegemonią.

Owi pogrobowcy włoskiego lewaka w imię realizacji tego „Nowego Wspaniałego Świata” (że nawiążę do słynnej antyutopii Aldousa Huxleya) nie cofną się przed żadnym łajdactwem i zbrodnią. Otwarcie Europy na oścież jawi się w tym kontekście jako element szerszego, przeprowadzanego z pełną premedytacją planu: najpierw wywołujemy potężny kryzys, by następnie przerażonym społeczeństwom przedstawić „rozwiązanie” pod postacią „ucieczki do przodu” - więcej integracji, więcej władzy dla centralnych eurostruktur, a mniej suwerenności, mniej samostanowienia poszczególnych państw i narodów. A że po drodze zginą ludzie? Cóż, to są nieuniknione koszta postępu – gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.


III. Oskarżam!

Zatem trzeba powiedzieć „oskarżam!”.

Oskarżam George'a Sorosa o celową działalność na szkodę Europy, mającą zniszczyć państwa narodowe. Robił to zarówno poprzez propagandową i „społeczną” aktywność podległych mu organizacji, jak i wpływając na polityków (w tym 226 eurodeputowanych), a także współfinansując falę muzułmańskiej migracji do Europy. Ostatnim przejawem powyższego była aktywność tzw. „organizacji humanitarnych”, które współpracując ściśle z przemytniczymi mafiami, ustanowiły wręcz „przeprawę promową” z libijskiego wybrzeża na Sycylię. Skutkiem bezpośrednim powyższego był kryzys humanitarny i w konsekwencji liczne ofiary śmiertelne wśród migrantów, a pośrednim – fala terroryzmu.

Oskarżam kanclerz Niemiec Angelę Merkel o świadome łamanie zarówno międzynarodowych traktatów, jak i prawa krajowego poprzez samowolne i bezprawne otwarcie granic, czego efektem był niekontrolowany napływ ponad miliona nielegalnych i w większości wrogich Europie muzułmańskich imigrantów. Oskarżam niemieckie władze o zaniechania i bezczynność, bierność w obliczu zagrożenia, skutkujące licznymi zamachami terrorystycznymi oraz skokowym wzrostem przestępczości - gwałty, napady, pobicia, kradzieże - tak w Niemczech, jak i w innych krajach. W szczególności kanclerz Merkel winna jest zamachowi na bożonarodzeniowy jarmark w Berlinie (19.12.2016) przeprowadzonemu przez islamistę Anisa Amriego w wyniku którego śmierć poniosło 12 osób (w tym Polak), a dalsze 56 zostało rannych; jest winna gwałtom i napaściom na kobiety podczas sylwestra w Kolonii 2015 r., a także szeregowi pozostałych zamachów i innych przestępstw popełnionych przez migrantów. Jako inicjatorka polityki „otwartych drzwi” jest współwinna aktów terroryzmu w wielu krajach Europy. Zarzut współwiny tyczy się również pozostałych oskarżonych.

Oskarżam prezydenta Francji Francois Hollanda, premiera Włoch Matteo Renziego, a także władze innych krajów, takich jak Belgia, Szwecja, Hiszpania, Wlk. Brytania – o zbrodniczą bezmyślność i bezczynność, co w języku prawa karnego przekłada się na działanie w tzw. „zamiarze ewentualnym”, której efektem były m.in. zamachy w Paryżu (13.11.2015 – 130 zabitych, ponad 300 rannych), Nicei (14.07.2016 - 87 ofiar śmiertelnych i ponad 200 rannych), Brukseli (22.03.2016 – 32 zabitych, 316 rannych), Manchesterze (22.05.2017 – 23 ofiary śmiertelne, 119 rannych), Londynie (03.06.2017 – 8 zabitych, 48 rannych), Barcelonie (18.08.2017 – 13 zabitych, ponad 100 rannych) – a także wiele innych aktów przemocy w Europie, takich jak pobicie i bestialski gwałt w Rimini na parze polskich turystów. Dodatkową konsekwencją działań i zaniechań oskarżonych był wzrost przemocy w przestrzeni publicznej oraz rozprzestrzenienie się radykalnego islamizmu na naszym kontynencie.

Oskarżam wreszcie europolityków, w szczególności zaś Martina Schulza, Jean-Claude Junckera, Fransa Timmermansa, Guya Verhofstadta – o poplecznictwo i aktywne propagowanie polityki migracyjnej skutkującej ww. zbrodniami, a także o niedopuszczalne naciski na państwa opierające się skonstruowanemu pod ich egidą tzw. „mechanizmowi relokacji”.

Podsumowując - wszyscy wymienieni, a także ich współpracownicy i zausznicy (w tym medialni propagandyści), działając z pobudek ideologicznych dopuścili się zbrodni przeciw ludzkości – i jako tacy powinni stanąć przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze, bądź innym, powołanym w celu ich osądzenia specjalnym sądem międzynarodowym.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 01 (05-11.01.2018)

niedziela, 26 listopada 2017

Zdradzieckie mordy najgorszego sortu

Najwyższy czas na listę osób niepożądanych na terytorium Polski. Timmermans i Verhofstadt to na początek absolutne minimum.

I. Twarze zdrajców

Na początek przypomnijmy te nazwiska: Michał Boni, Róża Grafin von Thun und Hohenstein, Danuta Hübner, Danuta Jazłowiecka, Barbara Kudrycka, Julia Pitera. Zapamiętajmy tych zdrajców. To właśnie oni zagłosowali za skandaliczną, antypolską rezolucją Parlamentu Europejskiego. Do tego Janusz Lewandowski, który wprawdzie dla kamuflażu „wstrzymał się” od głosu, lecz wcześniej był jedną z głównych twarzy seansu nienawiści, jakim była poświęcona Polsce „debata” przeprowadzona pod wodzą dwóch belgijskich lewaków – Fransa Timmermansa i Guya Verhofstadta. Wprawdzie słowa Jarosława Kaczyńskiego o „mordach zdradzieckich”, a wcześniej o „gorszym sorcie” padły w innych kontekstach – ale do tego, czego byliśmy świadkami w Strasburgu w wydaniu tej bandy zakłamanych, sprzedajnych kanalii, pasują jak ulał.

Pytanie retoryczne: czy wyobrażają sobie Państwo analogiczny sabat poświęcony sytuacji w Niemczech – w których nie ma miesiąca, by nie podpalono jakiegoś ośrodka dla imigrantów, media od lewa do prawa są tubą władzy, a autentyczni neonaziści z NPD demonstrują na ulicach Berlina – podczas którego eurodeputowani z jakiegokolwiek niemieckiego ugrupowania przyłączyliby się aktywnie do szczucia na własne państwo? Nawet, gdyby u władzy była, dajmy na to, AfD? No właśnie. A nasze zdradzieckie mordy najgorszego sortu wręcz błagały i zabiegały o ten spektakl politycznego grillowania swojego kraju, antyszambrując w przedpokojach euro-mandarynów i płaszcząc się przed każdym możliwym brukselskim urzędasem. Całą swoją postawą wprost deklarowały, że chcą widzieć Polskę jako ujarzmioną prowincję eurokołchozu – a rozgłaszanie wieści o panującym tu rzekomo „faszyzmie” jednoznacznie zdradza chęć do publicznego upokorzenia Polaków jako narodu na forum międzynarodowym.

Nie łudźmy się, to nie jest uderzenie wyłącznie w rząd PiS, jak się nam to przedstawia – to uderzenie w Polskę. Mamy tu dalece posuniętą zbieżność interesów między politykami i środowiskiem „totalnej opozycji” oraz eurokratami. Obu stronom tego brudnego porozumienia zależy na tym, by Polskę wraz z jej aspiracjami brutalnie stłamsić, a naród na powrót mentalnie obezwładnić narzuconym odgórnie wstydem i sankcjami. Takim spacyfikowanym tworem łatwiej zarządzać z Berlina i Brukseli, a i krajowym namiestnikom z obcej łaski wygodniej administrować poskromionym terytorium. Nie ma w języku ludzi cywilizowanych słów, którymi można by opisać tych łajdaków.


II. Brukselski dyktat

Próbkę tego, co działo się na sali plenarnej PE stanowi niedwuznaczny dyktat Fransa Timmermansa, który „nakazał” nam dostosowanie ustaw reformujących sądownictwo do „prawa europejskiego”. Basował mu Janusz Lewandowski, wyciągający niczym hiena cmentarna postać samobójcy Piotra S. - ofiary kłamliwej histerii i propagandy „totalnej opozycji”. Ale wszystkich przebił Guy Verhofstadt wrzeszczący o tysiącach „faszystów, neonazistów i zwolenników supremacji białej rasy na ulicach Warszawy”, „300 km od Auschwitz”. Słowem, mieliśmy istną „Niagarę kłamstw” i „antypolską orgię”, jak prof. Ryszard Legutko określił nagonkę niemieckich mediów, która na sali w Strasburgu znalazła odzwierciedlenie w skali 1:1. Finałem była przyjęta rezolucja, zlecająca komisji LIBE (ds. wolności obywatelskich, sprawiedliwości i spraw wewnętrznych) sporządzenie raportu o Polsce, mającego w zamierzeniu stać się podstawą do sięgnięcia przez Radę UE po art. 7 Traktatu Lizbońskiego otwierający drogę do sankcji.

W rezolucji, prócz zarzutów odnośnie Trybunału Konstytucyjnego i reformy sądownictwa, mamy typowy lewacki koncert życzeń. Polska ma mianowicie zapewnić dostęp do powszechnej i bezpłatnej antykoncepcji; zapewnić prawo do wolności zgromadzeń (ewidentne kłamstwo, prawo do zgromadzeń nie jest w Polsce ograniczane, PE chodzi po prostu o bezkarność dla zadymiarzy); mamy również potępić „faszystowski i ksenofobiczny marsz 11 listopada w Warszawie” (fragment przyjęty na wniosek PO!); jest też o wstrzymaniu wycinki Puszczy Białowieskiej. Swoistym kuriozum była zgłoszona poprawka wzywająca polskie władze do zaprzestania „represji” wobec „antyfaszystów, komunistów i innych demokratów”. Cóż, jak wiadomo są dwa rodzaje faszyzmu: faszyzm i antyfaszyzm, zaś co do komunizmu – skojarzenie tej ideologii z demokracją mogło się wykluć jedynie w zaczadzonych łbach euro-lewaków. No chyba, że rozumieją oni demokrację na modłę Stalina, który zasłynął stwierdzeniem, że „nigdy i nigdzie nie było takiej demokracji, jak nasza”. Patrząc na przebieg antypolskiej debaty, nawet by się to zgadzało – takiej „demokracji” jak w unijnych instytucjach też nie ma nigdzie indziej na świecie.

Aż nie chce się w tym miejscu wspominać, gdzie była Bruksela, gdy za rządów PO robiono „akcję widelec”, pałowano i wsadzano do aresztów setkami uczestników Marszów Niepodległości, skazywano ludzi za „obrazę konstytucyjnego organu” w osobie Donalda Tuska i wytaczano procesy osobom protestującym w siedzibie PKW przeciw fałszerstwom wyborczym.


III. Brudna gra

No dobrze, weźmy teraz głębszy oddech i zastanówmy się o co tak naprawdę w tej całej ponurej hecy chodzi. Przede wszystkim, obalenie rządu PiS za pomocą „ulicy” spełzło na niczym, zatem postanowiono zintensyfikować ostrzał „zagranicy”, licząc zapewne, że europejskie kompleksy tlą się wciąż w Polakach na tyle mocno, że można je podobnymi akcjami odpowiednio rozdmuchać. W Brukseli zapewne zapamiętano sondażowe tąpnięcie PiS po nieudanej kampanii o utrącenie reelekcji Donalda Tuska na fotel przewodniczącego Rady Europejskiej i tamtejsi decydenci liczą na powtórkę. Tyle, że Polacy są już chyba w nieco innym miejscu, niż wówczas. Sądzę wręcz, że takie popisy arogancji, mogą wywołać skutek odwrotny do zamierzonego i przy odpowiednim natężeniu doprowadzić do osłabienia poparcia dla UE w polskim społeczeństwie i narastania zdrowego sceptycyzmu – co samo w sobie jest korzystne, bo jak już wielokrotnie podkreślałem, nieuchronnie nadchodzi moment, kiedy będziemy musieli się z tego interesu po prostu wypisać. O wpływie na krajową popularność PO nawet nie ma co mówić – Polacy widzą, że wygadywano o nich i o Polsce szkalujące brednie, a Platforma była w ów spektakl hipokryzji i obłudy czynnie zaangażowana. Przewiduję zatem dalsze spadki sondażowe „totalnej opozycji”.

No i oczywiście pozostaje stały uczestnik gry, czyli Niemcy wraz z kanclerz Angelą Merkel, które postanowiły przypomnieć nam za pomocą swych brukselskich politycznych wykidajłów pokroju Timmermansa, że trzymają rękę na pulsie i nie zamierzają się pogodzić z emancypacją Polski. Nagła aktywizacja Donalda Tuska również nie jest przypadkiem – przywiędła cesarzowa Europy rzuca na stół wszystkie swoje atuty. Zaryzykuję przy okazji tezę, że w grę wszedł nowy czynnik – polskie żądania reparacyjne. Opisywana awantura może stanowić wyrażoną „nie wprost” odpowiedź Berlina, zwłaszcza w kontekście dzikiego amoku rozpętanego wokół Marszu Niepodległości. „- Chcecie odszkodowań?” - powiada nam mamuśka Angela - „to my uruchomimy naszych euro-folksdojczów i zrobimy z was nazistów. I będziemy przeczołgiwali was tak długo, aż wam się odechce naszych pieniędzy”.

W kontekście powyższego, potrzebny jest stanowczy odpór i dlatego cieszą zapowiedzi pozwów przeciw Verhofstadtowi ze strony Reduty Dobrego Imienia. Ale to nie wystarczy – do akcji powinien wkroczyć rząd i to nie za pomocą wysyłania „sprostowań”, ale wytaczając oszczercom procesy w imieniu polskiego państwa. I tu mam pytanie do min. Glińskiego. W czerwcu 2016 r. pochwalił się Pan nawiązaniem współpracy z międzynarodową korporacją prawniczą „Dentons” w zakresie ochrony dobrego imienia Polski – i to „pro bono”. Pytam więc – gdzie są te procesy? I czy nie pora, by wreszcie uciszyć sądownie szkalujących nas różnych „guyów” i medialnych euro-kundli? A tak poza tym – najwyższy czas na listę osób niepożądanych na terytorium Polski. Timmermans i Verhofstadt to na początek absolutne minimum.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (24-30.11.2017)

piątek, 15 września 2017

Pod-Grzybki 113



Die Tageszeitung” wysłał do Polski swojego korespondenta, by ten zbadał nową formę życia, znaną u nas pod kryptonimem „Ryszard Petru”. Wyniki badań są zaiste wstrząsające: okazuje się, iż Ryszard Petru to „kompetentny ekspert gospodarczy i ambitny polityk, który szybko myśli i mówi”. Przypomnę, mówimy o tym samym „ekspercie”, który nie odróżnia procentów od punktów procentowych i słynie z różnych odkrywczych rewelacji historycznych. Cóż, istnieje teoria mówiąca, że sam proces obserwacji wpływa na obserwowany obiekt, zatem niewykluczone, iż to właśnie pod wpływem spotkania z niemieckim badaczem Petru nagle nabrał polotu, ostrości i wigoru intelektualnego – inaczej tego fenomenu wyjaśnić nie sposób, bo to przecież niemożliwe, by słynąca z rzetelności niemiecka gazeta wciskała ludziom kit, nieprawdaż?

*
Na dodatek, niemiecki uczony zwraca uwagę na „głęboki, monotonny głos”, który „zmusza słuchacza do wzmożonej uwagi”. O tak, jeśli chodzi o mnie, to zawsze słucham Ryszarda Petru ze wzmożoną uwagą, podobnie jak pół narodu – w końcu darmowa uciecha, jakiej nam wszystkim pan Ryszard dostarcza za każdym razem gdy tylko otworzy usta, jest w tych smutnych i niebezpiecznych czasach nie do pogardzenia.

*
Inna forma życia sejmowego, czyli poseł Michał Szczerba raczył się wyjęzyczyć, iż „1 września ŚWIĘTUJEMY napad Niemiec na Polskę”. To nic nowego – podobne freudowskie przejęzyczenie przytrafiło się reporterce TVN24 podczas pamiętnych obchodów na Westerplatte 1 września 2009 r. z udziałem Putina i Merkel. Wtedy też, wedle jej relacji, „europejscy przywódcy” pojawili się w Polsce, by „świętować” rocznicę wybuchu II wojny światowej. I ja sądzę, że oni w głębi ducha naprawdę tak uważają – w końcu, jak by nie patrzeć, byliśmy wówczas przez 5 lat członkami Europy zjednoczonej pod panowaniem Niemiec. I gdyby nie pechowy przebieg wojny, wszyscy mówilibyśmy dziś po niemiecku, a może nawet nosilibyśmy tak urokliwe nazwiska, jak pani Róża von Wurst und Schmaletz.

*
Nagłówek z internetu: „Serena Williams urodziła. Znamy płeć dziecka”. Też mi sensacja. Sensacją byłoby, gdybyśmy poznali płeć Sereny...

*
Z gospodarki: jak donoszą media, działające w Polsce banki ochoczo inwestują w rządowe obligacje, bo te - w przeciwieństwie do akcji kredytowych - nie są objęte „podatkiem bankowym”. I już wiadomo, dlaczego nie wolno było ruszać kredytów frankowych - bo banki muszą mieć pieniądze na wykupywanie papierów skarbowych. Frankowicze z pewnością czują się dowartościowani, że z ich haraczy finansowana jest „dobra zmiana” i plan Morawieckiego.

*
Ustępujący ambasador Holandii obraził Węgry, przyrównując rząd Orbana do terrorystów z ISIS. W odpowiedzi rząd Węgier zawiesił stosunki dyplomatyczne z Holandią na szczeblu ambasadorskim, odwołując swojego przedstawiciela do kraju „na konsultacje”. I tak właśnie należy postępować. A ja mam pytanie: kiedy wreszcie polski rząd uzna Fransa Timmermansa za persona non grata?
Gadający Grzyb

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 37 (13-19.09.2017)

niedziela, 6 sierpnia 2017

Merkel i Duda, czyli caryca Katarzyna i król Stasio

Gołym okiem widać, że pokłosiem prezydenckiej decyzji jest powrót atmosfery rodem sprzed przyśpieszonych wyborów 2007 r.


I. Gorąca linia Merkel – Duda?

Po podwójnym vecie prezydenta Dudy burza wokół reformy sądownictwa wprawdzie nieco przycichła, ale wszystko wskazuje, że tylko po to, by jesienią powrócić ze zdwojoną siłą. Póki co jednak, obie strony przegrupowują się, dokonują przeglądu sił i przygotowują na kolejną odsłonę batalii. Skoro zatem mamy chwilę oddechu, warto przyjrzeć się zarówno dotychczasowej sytuacji, jak i sformułować przestrogi na najbliższą przyszłość.

Pierwszą sprawą, którą jakoś dziwnie pomija się w kontekście rozgrywki wokół sądów, jest 45-minutowa rozmowa telefoniczna na linii Angela Merkel – Andrzej Duda, do której doszło 18 lipca. Przypomnijmy, że tego samego dnia prezydent zgłosił swoją inicjatywę ustawodawczą dotyczącą wyboru członków Krajowej Rady Sądownictwa większością 3/5 głosów. Na uwagę zasługuje tutaj znamienna rozbieżność w relacjonowaniu rozmowy zachodząca między Kancelarią Prezydenta a niemieckim rządem. Szef gabinetu prezydenta, Krzysztof Szczerski, poinformował jedynie, że była mowa o wizycie Trumpa w Warszawie, szczycie G-20 oraz o inicjatywie Trójmorza, zaś kanclerz Merkel miała pogratulować Dudzie sukcesu warszawskiego szczytu. Istotne jest tu wymowne przemilczenie przez prezydenckiego ministra wątku praworządności, który także miał być podniesiony przez kanclerz Merkel. Z kolei rzecznik niemieckiego rządu, Steffen Seibert, w swym komunikacie główną uwagę poświęcił właśnie kwestii reformy sądownictwa i społecznych protestów, jedynie mimochodem wspominając o pozostałych tematach rozmowy. Trudno o większy kontrast w rozłożeniu akcentów.


II. Caryca Katarzyna i król Stasio

Ale jest jeszcze jeden intrygujący szczegół. Otóż podczas spotkania w Klubie Ronina w poniedziałek 24 lipca, już po ogłoszeniu prezydenckiego veta, Aleksandra Rybińska (dziennikarka specjalizująca się w tematyce międzynarodowej, w tym niemieckiej) poinformowała, że niemiecki dziennik „Bild” zamieścił na swoich stronach artykuł informujący, iż to właśnie kanclerz Angela Merkel miała namówić prezydenta Dudę do zawetowania ustaw. Co ciekawe, tekst ten bardzo szybko został zdjęty i dziś próżno go szukać w internecie. Sama Aleksandra Rybińska podała tę informację w nieco lekceważącym tonie, sugerując, iż „Bild” po prostu się pomylił i stąd szybkie wycofanie artykułu – ja jednak pozwolę sobie zaryzykować inną hipotezę. Owszem, „Bild” to bulwarówka, lecz dobrze poinformowana i należąca do żyjącego z Berlinem w symbiozie koncernu Axel Springer. Co więcej, w Niemczech normą są tzw. „kręgi” - nieformalne gremia dziennikarzy skupionych wokół prominentnych polityków, którzy podczas na poły towarzyskich spotkań prezentują przedstawicielom mediów swój punkt widzenia na szereg spraw – co następnie jest kolportowane do szerokiej publiczności jako głos „niezależnego dziennikarstwa”. Siłę oddziaływania „Bilda” najlepiej scharakteryzował kanclerz Schroeder: „Do zdobycia władzy potrzeba »Bilda«, niedzielnego wydania »Bilda« i telewidzów”. I taki tytuł w takiej sprawie miałby sobie pozwolić na niefrasobliwe wypuszczenie jakiegoś „fake newsa”?

Otóż sądzę, że „Bild” dobrze wiedział co publikuje, zaś artykuł zdjął, bo „ktoś” zadzwonił do redakcji z dyspozycją, by nie wybiegali przed szereg i nie płoszyli Polaków takimi rewelacjami. No bo jak to wygląda – niemiecka kanclerz mieszająca się do spraw sąsiedniego kraju i sugerująca polskiemu prezydentowi decyzje w kluczowych sprawach, niczym caryca Katarzyna królowi Stasiowi? Zwróćmy przy tym uwagę, że w sprawach Polski Angela Merkel wręcz ostentacyjnie trzyma się w cieniu, zostawiając ujadanie niemieckim mediom, drugorzędnym politykom i brukselskim urzędnikom pokroju Timmermansa. Niedawno tę taktykę potwierdził zresztą otwartym tekstem „Die Welt” pisząc, że Merkel szykuje w ten sposób grunt pod powrót Donalda Tuska i stwierdzając w innym miejscu a propos veta: Reakcja Dudy potwierdza, że w tym przypadku strategia niemieszania się też zafunkcjonowała”. Innymi słowy – „tisze jediesz, dalsze budiesz.

Jeszcze słowo wyjaśnienia – nie posądzam Dudy o jakąś intencjonalną zdradę. Po prostu popełnił błąd, pozwalając się wciągnąć w dyplomatyczną kombinację. Być może sądził, że dzięki swojemu vetu sprawi, iż Merkel wymusi na Timmermansie rezygnację z uruchomienia art. 7 Traktatu Lizbońskiego. Ultimatum wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej pokazało, że dał się koncertowo ograć. Oczywiście, wszystko powyższe to jedynie moja hipoteza, jednak uważam, że całkowicie uprawniona – inaczej musiałbym przyjąć, że kanclerz Merkel zadzwoniła do Dudy tylko po to, by przez 45 minut gratulować mu udanej wizyty Donalda Trumpa.


III. Powtórka z 2007r.?

Natomiast gołym okiem widać, że pokłosiem prezydenckiej decyzji jest powrót atmosfery rodem sprzed przyśpieszonych wyborów 2007 r. - z tą różnicą, że wówczas obcięto PiS-owi „przystawki”, czyli LPR i Samoobronę, zaś teraz gra toczy się o rozbicie Zjednoczonej Prawicy. Nie milkną spekulacje wokół utworzenia jakiegoś „ośrodka prezydenckiego” w czym prócz mediów „totalnej opozycji” biorą udział również niektórzy publicyści kojarzeni z prawicą – tak się składa, że ci sami, którzy od dawna wyrażają tęsknotę za jakimś „ulepszonym” PiS-em (czytaj – bez Kaczyńskiego), a swojego czasu pokładali nadzieję w PJN i figurach pokroju Migalskiego, Jakubiakowej, Poncyliusza czy Kluzik-Rostkowskiej. Zastrzegają się wprawdzie, że nie chodzi im o partię prezydencką, lecz o rodzaj autonomicznego centrum politycznego skupionego wokół Pałacu, lecz naturalna dynamika wydarzeń zwyczajnie musiałaby sprawić, że taka inicjatywa skończyłaby się rozłamem.

Jeżeli Andrzej Duda pozwoli się uwieść tym syrenim śpiewom, to nie tylko będzie to katastrofą dla Polski, torującą drogę powrotu poprzedniemu układowi – lecz również dla niego samego będzie to oznaczać śmierć polityczną. Prócz losu „PJoN-ków” warto tu przypomnieć fiasko Lewicy i Demokratów mających być politycznym wehikułem dla come backu Aleksandra Kwaśniewskiego. Tym razem skończyłoby się podobnie, a Andrzej Duda z dnia na dzień stałby się bardzo młodym emerytem. Wyborcy w ogromnej większości głosowali na Dudę dlatego, że był kandydatem PiS i pracowała na niego cała partyjna maszyneria z Beatą Szydło jako szefową sztabu wyborczego – i dobrze byłoby, gdyby pan prezydent o tym nie zapominał, bo może się przekonać, że finalnie zagłosują na niego tylko Ziemkiewicz z Warzechą.

No i sprawa ostatnia: przy okazji demonstracji przeciw reformie sądownictwa ujawniły się dwa, uśpione do tej pory czynniki – w protesty zaangażowali się dotąd bierni politycznie młodzi ludzie (co z tego, że zmanipulowani), a do tego chęć wejścia do czynnej gry zgłosiły duże domy mediowe, zirytowane nieporadnością „totalnej opozycji”. To potencjalnie wybuchowa mieszanka, o czym świadczy historia kampanii „Zmień kraj, idź na wybory” ze słynnym spotem „Zabierz babci dowód”, co znakomicie opisał śp. Jacek Maziarski w pamiętnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. Mianowicie, stojąca za akcją „Koalicja 21 października.pl” skupiająca różne NGO'sy i firmy PR (z Fundacją Adenauera w tle), skierowała swój przekaz właśnie do młodych, skutecznie mobilizując tę część elektoratu, co ostatecznie przeważyło szalę, czym „Koalicja” nie omieszkała się pochwalić: „3 mln wyborców, którzy zagłosowali pod wpływem kampanii, pokrywają się prawie całkowicie z wielkością grupy docelowej kampanii”. Ten scenariusz może się powtórzyć.

Konkludując – podwójne veto prezydenta Dudy nie tylko nie wygasiło protestów, odkładając je jedynie do jesieni, lecz na dodatek uruchomiło w obozie rządzącym niebezpieczne tendencje odśrodkowe. Dziś mielibyśmy już całą awanturę za sobą, a tak niedługo czeka nas powtórka (bo każda ustawa będzie dla opozycji z zasady nie do przyjęcia) - na dodatek pod dyscyplinarnym ostrzałem z Brukseli i Angelą Merkel grającą za kulisami na obalenie rządu. No cóż, Panie Prezydencie – czekamy na obiecane ustawy....


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Między wojną, a hańbą

Ludowa rewolucja” kontra rokosz elit

Timmermans – lewacki burak roku


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 31 (04-10.08.2017)

piątek, 4 sierpnia 2017

Timmermans – lewacki burak roku

Uznanie Fransa Timmermansa za persona non grata, jest na początek absolutnym minimum.


I. Euro-burak

Gdy 19 maja br. „Gazeta Wyborcza” przyznawała Fransowi Timmermansowi tytuł „Człowieka Roku”, można było tę groteskę skwitować zgryźliwym uśmiechem i co najwyżej przez chwilę zadumać się nad skalą upadku michnikowszczyzny, gotowej w swym starczym zacietrzewieniu uhonorować każdego łajdaka, który obsika nogawki Kaczyńskiemu. Owacja urządzona człowiekowi nie ustającemu w atakach na polski rząd i nawet nie skrywającemu, że angażuje się po jednej ze stron politycznego sporu, była widowiskiem tyleż śmiesznym, co żenującym – oto podupadająca lewacka gadzinówka nadwiślańskich folksdojczów fetuje brukselskiego vice-gauleitera jako „wielkiego przyjaciela Polski”. Swoją drogą, dlaczego nie przyznali nagrody od razu Junckerowi? To przecież co najmniej nasz równie „wielki przyjaciel” jak Timmermans – szczególnie po kielichu, kiedy wchodzi w stadium miłości do całego świata i nawet Orbana tytułuje pieszczotliwie „dyktatorem”. Zostawiają go sobie na przyszły rok?

Warto przypomnieć, że nie jest to pierwsze wyróżnienie przyznane holenderskiemu politykowi – w 2014 r. otrzymał od Bronisława Komorowskiego Krzyż Wielki Orderu Zasługi RP, zaś w 2006 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył go Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP – za upamiętnianie żołnierzy generała Maczka. Teraz Timmermans „odwdzięcza się” Polsce rządzonej przez partię polityczną z której wywodził się tenże Lech Kaczyński i na której czele stoi jego brat, co zakrawa na ponury chichot historii. Nawiasem, ciekawi mnie, co skłoniło pana Fransa do oddawania czci polskim „Czarnym Diabłom” - wszak z jego socjalistycznego punktu widzenia muszą się oni jawić jako „nacjonaliści”. Patriotyczne motywacje sytuują ich raczej obok polskiej prawicy, a nie chociażby Donalda Tuska dla którego „polskość to nienormalność” - garb z radością odrzucony zaraz po przeflancowaniu go przez Angelę Merkel do Brukseli. No chyba, że filtrując rzeczywistość historyczną przez swój lewacki światopogląd, uznał polskich żołnierzy z 1. Dywizji Pancernej za jakichś internacjonalistów w rodzaju Brygad Międzynarodowych walczących z bliżej nieokreślonymi „nazistami”...

W każdym razie, o ile do niedawna można było Timmermansa zbywać machnięciem ręki jako aroganckiego półgłówka, jakich całe tabuny przewalają się po brukselskich korytarzach, o tyle teraz – po ogłoszeniu wobec Polski ultimatum – należy jasno mu pokazać, gdzie jest jego miejsce. Została bowiem przekroczona granica – unijny urzędnik wprost przypisał sobie prawo do ingerowania w nasze wewnętrzne sprawy i szanujące się państwo nie może podobnej uzurpacji pomijać milczeniem. Ujadanie kundla zza płotu można od biedy tolerować i lekceważyć, ale na próby gryzienia należy odpowiedzieć tęgim kijem, inaczej ten lewacki euro-burak naprawdę gotów uwierzyć, że jest jakimś Breżniewem Europy. Tu nadmieńmy, aby nie było, że rzucam bluzgami na oślep, iż „burak” to ktoś, kto postępuje po chamsku, jest osobą ograniczoną intelektualnie a przy tym pogrążoną w niezmiennym samozadowoleniu, zaś rozmaite deficyty kompensuje agresją. Słowem – wykapany Timmermans.


II. Breżniew Europy

Przypomnijmy, że we wtorek 25 lipca (data jest istotna o tyle, że było to już po podwójnym vecie prezydenta Dudy), Frans Timmermans ogłosił, iż polski rząd ma miesiąc na „rozwiązanie problemów z sądownictwem” - w przeciwnym razie uruchomiony zostanie art. 7 Traktatu Lizbońskiego, w którego konsekwencji Polska może zostać pozbawiona prawa głosu w Radzie Unii Europejskiej.

Powyższa procedura dotyczy naruszenia „wartości unijnych” zapisanych w art. 2 traktatu – rzecz w tym, iż owe „wartości” ujęte są tak ogólnikowo, że można sobie z nich wyinterpretować niemal wszystko w zależności od politycznego zapotrzebowania. W naszym przypadku chodzi o „państwo prawne”, którego zasady ma jakoby naruszać reforma sądownictwa. Z wypowiedzi Timmermansa oraz innych unijnych bonzów wynika jasno, że za naruszenie „państwa prawa” automatycznie uznana zostanie jakakolwiek zmiana obecnego stanu rzeczy. W dość zgodnej opinii komentatorów stanowisko kolegium komisarzy prezentowane przez Timmermansa wyglądało na przygotowane zawczasu i skrojone pod przewidywane podpisanie przez Andrzeja Dudę całego „trójpaku” ustaw o sądownictwie. To, że prezydenckie veto odsyłające do kosza dwie spośród trzech ustaw nie doprowadziło do wycofania się Unii z szantażu, ewidentnie świadczy o politycznej woli „postawienia Polski do kąta” - tym bardziej, że miesięczny termin jest zwyczajnie nierealny. Innymi słowy, sięgnięcie po „opcję atomową” jak nazywany jest art.7 Traktatu o Unii Europejskiej, zostało już wcześniej postanowione i czekano jedynie na pretekst, by ukarać Polskę za całokształt – a przede wszystkim za to, że Polacy wybrali sobie rząd, który nie pasuje eurokratom, bowiem w odróżnieniu od poprzedników poważnie traktuje kwestię państwowej suwerenności.

Timmermans jako totalniacki lewak i nadęty własnym gazem mandaryn-eurokrata jest zatem w swoim żywiole. Można domniemywać, że napędza go również pragnienie osobistej zemsty, bowiem ślimacząca się operetkowa „kontrola praworządności” w sprawie Trybunału Konstytucyjnego stała się obiektem kpin z brukselskiej impotencji, zaś on sam musiał wysłuchiwać od min. Waszczykowskiego uwag, że rozmowy mają dotyczyć konstytucji a nie tego jakie Timmermans ma o niej wyobrażenie. Nie udało się Polski zdyscyplinować „zawstydzaniem” na unijnym forum, więc nadszedł czas na otwartą ingerencję. Timmermans pozuje tutaj na współczesnego Breżniewa – sowiecki gensek zasłynął jako twórca tzw. „doktryny Breżniewa” zakładającej prawo do interwencji w państwach Układu Warszawskiego w przypadku odstępstwa od jedynie słusznej linii, co na własnej skórze przetestowała Czechosłowacja w 1968 r. Pytanie, czy pozostałym państwom członkowskim UE, zwłaszcza tym mniejszym, uśmiecha się taki precedens – przecież za chwilę pod byle pretekstem same mogą paść ofiarami autokratycznych uroszczeń brukselskiego „politbiura” okupowanego przez oligarchów bez demokratycznego mandatu – wszak Partia Pracy Timmermansa w ostatnich wyborach zaliczyła totalną klapę i w holenderskim parlamencie ma raptem 9 miejsc, a głosowało na nią zaledwie 5,7 proc. wyborców.


III. Małpa Merkelowej

Poza wszystkim innym, zachowanie Timmermansa świadczy o typowej dla lewackich buraków impregnacji na rzeczywistość. Oni wciąż zwyczajnie nie przyjmują do wiadomości wyników wyborów z 2015 i uważają obecny stan rzeczy za przejściowy. Sądzą, że jeżeli tylko odpowiednio mocno wyeskalują konflikt i z pomocą miejscowej targowicy rozhuśtają nastroje polityczne w Polsce, to doprowadzą do zmiany władzy. To jest ich pojmowanie demokracji - zachowują się jak twardogłowi aparatczycy z Moskwy rezerwujący sobie prawo do interwencji w imię zachowania swych interesów i wpływów. Dla nich w Polsce istnieje tylko elektorat PO i Nowoczesnej. Reszta - nawet jeśli jest to większość - nie ma wg nich praw do politycznej reprezentacji, a już na pewno do rządzenia państwem, bo nie podziela właściwych, postępowych poglądów. Oto „liberalna demokracja” a la Bruksela w pełnej okazałości. Należy stwierdzić jasno – tu nie chodzi o praworządność, tylko podporządkowanie Polski widzimisię unijnych urzędników, którym się uroiło, że są władcami Europy - i docelowo obalenie rządu PiS. To jest prywatna wojenka Timmermansa ubrana w szaty unijnych procedur.

Rzecz jasna, nie byłby w stanie uprawiać swoich harców bez zezwolenia Berlina. Niemieckie media, mające to do siebie, że są ustami tamtejszego establishmentu i mówią to, czego nie wypada powiedzieć politykom, właśnie doniosły na łamach „Die Welt”, iż Angela Merkel szykuje Tuska do powrotu na stanowisko premiera w Polsce. W tym celu mobilizuje wszystkie swoje małpy – w Polsce są to odsuwani od wpływów i pieniędzy renegaci, zaś na forum unijnym jej małpą nr 1 jest Frans Timmermans, mający nad Junckerem tę przewagę, że mniej pije. Sama pozostaje w cieniu, by nie spłoszyć Polaków zbytnią ostentacją w okazywaniu swych hegemonistycznych zapędów. Plan jest oczywisty – obalić rząd polskimi rękami. To wyprowadzona na ulicę agentura i zmanipulowana część Polaków, przy profesjonalnym wsparciu mediów i agencji PR oraz brukselskiego ośrodka nacisku, ma sprawić, by Tusk na białym koniu znów zaprowadził „porządek w Warszawie”. Hierarchia jest więc jasna – Merkel jako europejski fuhrer w spódnicy, Timmermans jako brukselski gauleiter i Tusk w charakterze polskojęzycznego folksdojcza zarządzającego nadwiślańską kolonią. Ultimatum Timmermansa jest częścią składową tego scenariusza.

Na tę próbę rozegrania nas od wewnątrz polski rząd powinien zareagować z całą stanowczością. Sądzę, że uznanie Fransa Timmermansa za persona non grata, jest na początek absolutnym minimum. A dalej? Cóż, obecna sytuacja ma tę zaletę, że skutkować będzie wzrostem eurosceptycznych nastrojów – i w razie konieczności należy tę społeczną legitymizację ewentualnego „polexitu” skrupulatnie wykorzystać.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (26.07-01.08.2017)