Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donald Trump. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donald Trump. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

Amerykański sen o Skandynawii?

Pewnego dnia Amerykanie przerzucą się z „american dream” na „sen o Skandynawii” – bo nawet jeśli tym razem Sanders przegra, to za nim czekają następni. I, jako się rzekło, rosną w siłę.


Gdy piszę te słowa, w USA trwa tzw. superwtorek – wielkie prawybory w 14 stanach, które w praktyce zadecydują o tym, kto zostanie kontrkandydatem Donalda Trumpa z ramienia Partii Demokratycznej w jesiennych wyborach prezydenckich. Do ugrania jest łącznie 1357 głosów delegatów na lipcową konwencję Demokratów, w tym z tak ludnych stanów, jak Kalifornia i Teksas. Tegoroczne prawybory są o tyle ciekawe, że nie mają wyraźnego lidera. Póki co, na placu boju pozostaje trzech głównych konkurentów – faworyt partyjnej wierchuszki, czyli Joe Biden (były wiceprezydent za prezydentury Obamy); Bernie Sanders – wielka nadzieja rosnącego od jakiegoś czasu w siłę radykalnie lewicowego skrzydła Demokratów; oraz wkraczający dopiero teraz do gry miliarder i finansista Michael Bloomberg – były burmistrz Nowego Jorku (to z kolei stosunkowo świeży „transfer” z Partii Republikańskiej). Wcześniej prawybory zdążyły się odbyć w Iowa, New Hampshire, Nevadzie i Karolinie Południowej. Do pewnego momentu prowadził Bernie Sanders, co demokratyczny mainstream przyprawiało o ciarki, lecz po wygranej przez Bidena w Karolinie Południowej (głównie za sprawą wyjątkowo licznej tam czarnej mniejszości) sytuacja uległa zmianie – tym bardziej, że Bidena poparła również dwójka kontrkandydatów, którzy wycofali się już z rywalizacji - Pete Buttigieg i Amy Klobuchar. Nic więc nie jest jeszcze rozstrzygnięte – tym bardziej, że należy doliczyć pieniądze Bloomberga, który wg szacunków wydaje na swoją kampanię 7 mln dolarów dziennie, co łącznie przełożyło się dotychczas na kwotę pół miliarda USD.

Z punktu widzenia Trumpa idealnym przeciwnikiem byłby Joe Biden, utożsamiany przez przeciętnych wyborców ze znienawidzonym waszyngtońskim establishmentem. Stanowi wręcz wymarzony cel jako przedstawiciel aroganckich i „nachapanych” elit – i sztab Trumpa nie omieszka tego wykorzystać. Jeśli to on finalnie zostałby kandydatem, oznaczałoby to, że Demokraci niczego się nie nauczyli – równie dobrze mogliby wystawić powtórnie Hillary Clinton.

Nieco trudniej sytuacja wyglądałaby z Bloombergiem, który jest w stanie zwyczajnie „kupić” sobie nominację. Jego poglądy i biznesowa kariera sprawiają, że równie dobrze pasowałby do umiarkowanego skrzydła Republikanów. Po lewej stronie sytuuje go właściwie jedynie wsparcie dla „zielonych” inicjatyw czy wojna, jaką wypowiedział będąc burmistrzem Nowego Jorku palaczom tytoniu. No i jest od Trumpa znacznie bogatszy...

Jednak najtrudniejszym orzechem do zgryzienia byłby Bernie Sanders. Już teraz niektóre sondaże dają mu w ogólnokrajowej skali większe poparcie od Trumpa. Ten 78-letni senator (i syn polskich Żydów) pozostający dotąd raczej na marginesie, jest żywym świadectwem tego, jak bardzo spora część Ameryki przesunęła się w ostatnich latach w lewo. W USA uchodzi on za socjalistycznego radykała, a niekiedy wręcz za komunistę – wypomina mu się miesiąc miodowy, który postanowił w 1988 r. spędzić... w Związku Radzieckim. Jakim cudem więc zdołał do siebie przyciągnąć całkiem spore grono zwolenników – w tym spośród najmłodszych wyborców? Otóż to, co w dyspucie amerykańskiej uchodzi za lewicowy radykalizm, w Europie byłoby głównym nurtem. Sanders ze swymi postulatami wprowadzenia powszechnej opieki zdrowotnej, darmowych studiów, podwyżki płacy minimalnej czy podatkiem majątkowym od najbogatszych (w wysokości 1 proc. od majątku o wartości 32 mln dol. i 8 proc. od majątku powyżej 10 miliardów dol.) niemal niczym nie różni się od europejskich socjaldemokratów – szczególnie tych skandynawskich. I w zasadzie do tego sprowadza się jego program – wielkiej przebudowy USA w kraj pokroju Szwecji czy Finlandii (plus cały pakiet lewicowej „obyczajówki”).

Skąd nagła popularność tego typu haseł? Cóż, Ameryka zaczyna powoli zbierać żniwo ogromnych nierówności, postępującej pauperyzacji klasy średniej i rosnących kosztów życia za którymi nie nadążają realne płace. Szczególnie dotyka to młodych ludzi, którzy już na starcie czują, że ich udział w „amerykańskim śnie” jest coraz bardziej iluzoryczny – tyrają na śmieciówkach, są wiecznie niepewni jutra, ubezpieczenie zdrowotne mają skromne, albo wcale... Namnożyło się zbyt wiele „szklanych sufitów”, a nożyce dochodowe rozwarły się zbyt szeroko. Sanders, mówiący o tym od kilkudziesięciu lat jest dla nich po prostu wiarygodny. Ponadto sam na polityce nie dorobił się majątku i serdecznie nie znosi waszyngtońsko-nowojorskich elit – podobnie jak większość Amerykanów, wkurzonych tym, że plutokracja nie poniosła żadnych konsekwencji ostatniego kryzysu, do którego wszak sama doprowadziła nieopanowaną chciwością i głupotą. Można powiedzieć, że jest lewicowym odpowiednikiem Trumpa, a rosnąca społeczna frustracja stanowi dla niego naturalne polityczne paliwo. Wszystko to zaś może sprawić, że pewnego dnia Amerykanie przerzucą się z „american dream” na „sen o Skandynawii” – bo nawet jeśli tym razem Sanders przegra, to za nim czekają następni. I, jako się rzekło, rosną w siłę.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 10 (6-12.03.2020)

czwartek, 13 lutego 2020

To nie nasza wojna!

I. Inauguracja kampanii Trumpa

Donald Trump zabójstwem generała Kasima Sulejmaniego zainaugurował swoją kampanię prezydencką. Jak przystało na człowieka mediów – doraźnego aktora epizodycznego i bohatera reality show – uczynił to z przytupem, w iście hollywoodzkim stylu, prezentując się jako „mocny człowiek”, który nie patyczkuje się z wrogami Ameryki. Trzeba mu oddać, że trafił naprawdę dużą figurę – Amerykanie zlikwidowali człowieka zwanego „władcą marionetek”, jedną z najbardziej wpływowych postaci na Bliskim Wschodzie. Kasim Sulejmani był dowódcą elitarnej formacji al-Kuds, którą można porównać do sowieckiego GRU: połączenia wywiadu wojskowego z dywersyjnymi siłami specjalnymi a la Specnaz. Krótko mówiąc, był wykwalifikowanym zabójcą i „państwowym terrorystą”, latami pracowicie tkającym sieć swoich wpływów w regionie za pomocą rozbudowanej agentury, zamachów i akcji militarnych. To, że wraz z nim w ataku amerykańskiego drona zginął również jeden z szefów irackiej (i zarazem proirańskiej) milicji, Abu Mahdi al-Muhandis, nie jest dziełem przypadku – podobnie jak to, że Sulejmaniego udało się dopaść akurat w Bagdadzie.

Cóż, Donald Trump najwyraźniej uznał, że na starcie wyścigu o reelekcję przyda mu się „mała, zwycięska wojenka” i liczy na efekt społecznej integracji wokół silnego przywódcy – co w przeszłości sprawdziło się już w przypadku George'a W. Busha i wojny w Iraku. Nie bez znaczenia dla mobilizacji republikańskiej bazy wyborczej jest również fakt, że usuwając Sulejmaniego zrobił wielką przysługę Izraelowi – w elektoracie republikańskim ogromną rolę odgrywa bowiem wielomilionowa rzesza tzw. „chrześcijańskich syjonistów”, wywodzących się z konserwatywnych protestanckich wspólnot „pasa biblijnego”, którzy z pobudek religijnych uważają za obowiązek Ameryki wspieranie Izraela, co wg nich ma przyspieszyć... powtórne przyjście Chrystusa.

Iran z pewnością będzie starał się odpowiedzieć (już wypowiedział umowę nuklearną, zapowiadając intensyfikację prac nad wzbogacaniem uranu) – i będzie miał po swojej stronie większość społeczeństwa. No właśnie – jeżeli Trump liczył na efekt podkopania poparcia dla irańskiego rządu, to się przeliczył. Dla wielu Irańczyków Sulejmani był bohaterem i po jego śmierci nastąpiła konsolidacja narodu wokół reżimu ajatollahów, przeciwko któremu jeszcze nie tak dawno wybuchały krwawo tłumione zamieszki. Zadziałał prosty mechanizm zasadzający się na elementarnej grupowej lojalności i poczuciu wspólnoty: może w Teheranie siedzą s...y, ale są to przynajmniej nasze s...y, a nie jakieś marionetki „wielkiego szatana”. Teraz irańska ulica żąda zemsty i władza musi im tę zemstę zapewnić – również dla zachowania własnej wiarygodności. Wojny światowej (czym straszą nadpobudliwe media) z tego nie będzie, ale lokalna burda jest wielce prawdopodobna.


II. Polski interes

I w tym miejscu dochodzimy do fundamentalnego pytania – jak w tym wszystkim powinna zachować się Polska? Odpowiedź jest jednoznaczna – powinniśmy się trzymać od tej, kolejnej już, bliskowschodniej awantury jak najdalej. Pierwsze reakcje, choćby prezydenta Dudy i jego najbliższego otoczenia, wskazują na szczęście, że obóz rządzący zdaje sobie z tego sprawę – pytanie tylko, czy nie ulegnie naciskom naszego „wielkiego brata”, jeśli dojdzie do regularnego militarnego konfliktu.

Generalnie, jedną z podstawowych rozbieżności między nami a Waszyngtonem w kontekście Iranu jest to, że nasze interesy w ogóle się na tym polu nie zazębiają. Powszechne jest przekonanie, że Polska nie ma w tym regionie niczego do ugrania, więc powinniśmy zachować neutralność – to jednak tylko część prawdy, wymuszona obecną sytuacją. Druga część tej prawdy jest taka, że moglibyśmy na relacjach z Iranem całkiem nieźle skorzystać. Z naszego punktu widzenia Iran jest potencjalnym źródłem alternatywnych dostaw ropy i gazu. W zamian moglibyśmy chociażby eksportować tam naszą żywność – płody rolne czy mięso halal z uboju rytualnego... Krótko mówiąc, zamiast konfliktować się z tym krajem w imię cudzej polityki, powinniśmy z Iranem handlować, bo jest przestrzeń do współpracy. Niestety, wszystko rozbija się o postawę USA, które uparły się, by Iran zniszczyć – zresztą, nawet nie tyle we własnym interesie, co w interesie Izraela.

Tak więc, dystans do irańskiej wojenki jest dla nas absolutnym minimum – tym bardziej, że jej konsekwencje jak zwykle poniesie Europa, w tym również my, w postaci wyższych cen ropy i gazu, kolejnych fal nachodźców uciekających ze zrujnowanych regionów oraz zagrożenia terrorystycznego. Tak było w przypadku Iraku, Libii, Afganistanu, Syrii – i, jeżeli wybuchnie wojna na pełną skalę, tak będzie również w przypadku Iranu. Stany Zjednoczone rozwalą kolejne państwo i obarczą skutkami innych, same pozostając bezpiecznie za oceanem.

Owszem, przyjmuję do wiadomości, że Sulejmani był krwawym mordercą, organizatorem zamachów i zapewne przygotowywał następne. To, że Amerykanie go odstrzelili, mało mnie rusza. Rusza mnie natomiast i to bardzo fakt, że Amerykanie swoją politykę wobec Iranu narzucają reszcie świata, w tym nam, uniemożliwiając Polsce nawiązanie przynajmniej poprawnych stosunków z tym krajem. Jest to kolejna odsłona „rekietu”, jaki płacimy za ochronę – na równi z uprzywilejowaniem amerykańskich koncernów działających na polskim rynku i zakupem broni bez transferu technologii i możliwości jej samodzielnego użycia. Już w ubiegłym roku zabagniliśmy sobie relacje z Teheranem godząc się na narzuconą nam rolę gospodarza „szczytu bliskowschodniego”. Przypomnijmy, że szczyt został ogłoszony bez naszego udziału przez amerykańskiego sekretarza stanu Mike'a Pompeo podczas wizyty w Egipcie w kuriozalnej formule – Polska została wytypowana na „gospodarza” inicjatywy, którą postanowiły sobie u nas zorganizować Stany Zjednoczone... W zamian, jak wiemy, zostaliśmy spektakularnie sponiewierani przez tegoż Pompeo, który przy milczeniu min. Czaputowicza domagał się od nas zadośćuczynienia żydowskim roszczeniom majątkowym oraz przez Benjamina Netanjahu, który bredził o polskiej kolaboracji z „nazistami” przy holocauście, co zostało następnie podkręcone przez Israela Katza słynnym zdaniem o „antysemityzmie wyssanym z mlekiem matki”. Może już wystarczy tego nadstawiania się?


III. To nie jest nasza wojna!

Niestety, Stany Zjednoczone przestają być państwem przewidywalnym i obliczalnym. Obecnie jedynym powodem aż tak ścisłego sojuszu jest zagrożenie rosyjskie, wymuszające obecność amerykańskich wojsk na naszym terytorium oraz potrzeba przynajmniej częściowego wyemancypowania się spod politycznych wpływów Berlina realizowana w ramach Inicjatywy Trójmorza pod patronatem Waszyngtonu. Ale nawet te niezaprzeczalne zagrożenia i możliwe do ugrania korzyści nie mogą być usprawiedliwieniem dla zgoła wasalnych relacji. Na razie likwidacja Sulejmaniego sprowadziła niebezpieczeństwo na nasz kontyngent w Iraku, wskutek czego Dowództwo Operacyjne zarządziło wstrzymanie działań szkoleniowych. Dodajmy, iż zdominowany przez szyitów parlament Iraku wezwał swój rząd do wyproszenia wojsk amerykańskich – jeżeli do tego dojdzie, zniknie również ostatni powód dla utrzymywania tam polskich żołnierzy.

Na koniec jeszcze jedna sprawa – PiS powinien za wszelką cenę unikać zaangażowania Polski w irańską awanturę również z czysto egoistycznych, partyjnych powodów. Jeżeli wyślemy żołnierzy na „kampanijną” wojenkę Trumpa, zostanie to bardzo surowo ukarane przez wyborców, którzy po doświadczeniach w Iraku i Afganistanie nie życzą sobie żadnej kolejnej bliskowschodniej rozróby z polskim udziałem. Jeżeli PiS nie wykaże się tu asertywnością w obliczu amerykańskich nacisków (a takie z pewnością się pojawią) i znów da ciała, to przypłaci swą uległość spadkiem poparcia, a nawet może postawić pod znakiem zapytania kluczową reelekcję Andrzeja Dudy. Pamiętajmy zatem – to nie jest nasza wojna! I dobrze byłoby to uświadomić zawczasu również naszym amerykańskim sojusznikom.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 02 (10-16.01.2020)

czwartek, 26 września 2019

Pod-Grzybki 176

Historia dzieje się na naszych oczach. Mowa rzecz jasna o warszawskim shitstormie, który ma szansę zapisać się w dziejach niczym słynny nowojorski blackout z 13 lipca 1977 r., kiedy to amerykańską metropolię na długie godziny spowiły ciemności. Poskutkowało to wzmożoną redystrybucją wszelakich dóbr – mieszkańcy masowo rabowali sklepy, doszło też do licznych podpaleń i ogólnego chaosu. Plus całonocnej awarii prądu był taki, że po dziewięciu miesiącach odnotowano skokowy wzrost liczby urodzeń. Na efekty warszawskiego shitstormu przyjdzie zapewne poczekać, już teraz jednak rozbawione internety okrzyknęły Trzaskowskiego „kałbojem”. Panie prezydencie, kibelkowe „berło”, butelka „Kreta” w dłoń – i do dzieła!


*

Kałbojowi” Trzaskowskiemu swój medal powinna wręczyć lewica. Ileż to razy słyszeliśmy, że w Polsce „wzbiera brunatna fala”? I co? I jest! Trzaskowski zarządził mianowicie „kontrolowany spust” nieoczyszczonych ścieków prosto do Wisły. Od razu wyjaśniam: „kontrolowany spust” polega na tym, że spuszczamy g...o do rzeki i patrzymy jak płynie. W efekcie otrzymaliśmy „brunatną falę” od Warszawy do Gdańska. Wreszcie, dzięki dzielnemu „kałbojowi”, słowo stało się ciałem!


*

Opinia publiczna zastanawiała się, dlaczego rabanu nie podnoszą „ekologiści” - te wszystkie Greenpeacy i Zieloni. Wyjaśnienie jest proste – spuszczana przez „kałboja” biomasa skutecznie użyźnia wody Wisły cennymi, naturalnymi składnikami, które dodatkowo mogą przeniknąć do okolicznych wód gruntowych, samorzutnie nawożąc nadwiślańskie pola. Wszystko jest więc 100 proc. „eko”, a bujnie wyrosłą na tym nawozie paszę z pewnością chętnie skonsumuje pani Sylwia Spurek (to taka lewaczka, która chce zakazać jedzenia mięsa i dojenia krów, bo to dyskryminacja ze względu na płeć). Smacznego!


*

Ale, ale – dlaczego doszło w ogóle do shitstormu? Złe języki rozpuszczają fałszywe pogłoski, że to z powodu kretyńskich oszczędności. Mianowicie, oba kolektory w „Czajce” były wykorzystywane naprzemiennie – podczas gdy jeden odprowadzał ścieki, drugi miał być w tym czasie czyszczony z osadów, które mają tę właściwość, że nieusuwane zastygają na beton, zawężając przekrój rury. Sęk w tym, że na owym czyszczeniu postanowiono nieco przyoszczędzić (z czegoś trzeba brać te miliony na „strefy relaksu”, żeby Antka kobity szwagra brat mógł sobie dorobić na zbijaniu europalet) i w efekcie oba kolektory kompletnie zatkały się skamieniałym g...em. Ale to wszystko oczywiście bzdury. Po prostu kolektory wywaliło, bo nie mogły już wytrzymać nieustannego gwałcenia przez PiS Kon-sty-tu-cji, którą to narrację podrzucam gratis totalnej opozycji do wykorzystania.


*

Dlaczego prawica nienawidzi przyrody?” - alarmuje „Wyborcza”. Niektórzy w odpowiedzi próbowali coś tam tłumaczyć, jak komu dobremu – a ja uważam, że na jechanie po bandzie trzeba odpowiedzieć tym samym. Otóż przyroda jest do d...y. Przyroda jest okrutna, wredna i zabija. Jeśli ktoś nie wierzy, niech spróbuje przetrwać kilka tygodni w lesie bez zdobyczy cywilizacji – niechby i latem. Nie bez przyczyny takich umiejętności uczą komandosów i różnych zapaleńców na obozach surwiwalowych (od „survive” - „przetrwać”), a w czasach jaskiniowych długość życia nie przekraczała trzydziestki. I właśnie dlatego człowiek ma czynić Ziemię sobie poddaną.


*

Ale, co my tam sobie opowiadamy o jakichś błahostkach, podczas gdy mamy polityczne trzęsienie ziemi – Trump nie przyleciał do Polski na uroczystości wybuchu II Wojny Światowej! Oficjalnie, z powodu zbliżającego się do Florydy huraganu „Dorian” - nieobecność prezydenta w chwili klęski żywiołowej zostałaby źle odebrana przez wyborców. Cóż, potwierdza to moje przypuszczenia, że Trump to jednak Reptilianin ukryty w niby-ludzkiej, pomarańczowej powłoce i jego mózg funkcjonuje w innym trybie, niż u człowieka – przez co, z naszego punktu widzenia jest nieobliczalny. O huraganie wiadomo było od dawna i naprawdę można było „przełożyć” wizytę wcześniej, a nie w ostatniej chwili. Dlatego też – i piszę to przy całej sympatii jaką żywię do Donka Trampka choćby za to, jak po mistrzowsku doprowadza lewactwo do notorycznego szału – w relacjach z USA trzeba jednak brać zawsze poprawkę na osobowość „szalonego cezara”.


*

Odwołania wizyty nie omieszkała wykorzystać frakcja targowicka na czele z tzw. „byłymi ludźmi” (tak za komuny nazywano dygnitarzy, którzy poszli w odstawkę) – tj. byłymi ambasadorami, którzy wsławili się ostatnio skierowanym do Trumpa zdradzieckim donosem na Polskę. Obwieścili, że Trump tak się przejął „łamaniem praworządności” i „farmą trolli” w Ministerstwie Sprawiedliwości, że zbulwersowany został w domu, z miejsca stając się idolem tutejszego lewactwa. Taak, już to widzę – Trump, który w kampanii wyborczej hurtowo korzystał z usług internetowych hejterów organizowanych przez Steve'a Bannona, nagle przejął się jakimiś bieda-trollami z Polski... Już bardziej prawdopodobne jest, że usłyszał o warszawskim shitstormie i nie przyleciał, by nie wąchać g..a.


*

A jaki jest prawdziwy powód? A taki, że masowe zniszczenia w tak atrakcyjnej lokalizacji, jaką jest Floryda, z punktu widzenia dewelopera otwierają ciekawe możliwości, bo „czyszczą” teren pod ponowną zabudowę. Deweloperka to trudna i konkurencyjna branża, nic więc dziwnego, że Trampek postanowił być na miejscu i trzymać rękę na pulsie.


*

Generalnie, stan umysłów opozycji jest taki, że gdyby dziś Hitler napadł na Polskę, to witaliby go kwiatami i wręczali medale z wdzięczności, że dowalił „pisiorom”. Utwierdza mnie w tym przekonaniu właśnie „medal wdzięczności” jaki gdańskie Europejskie Centrum „Solidarności” wręczyło antypolskiemu nienawistnikowi i wyjątkowo oślizgłej kanalii – Franzowi Timmermansowi. Wszystko w przeddzień „wesołych obchodów” rocznicy 1 września 1939 r. Władzom Gdańska proponuję pójście za ciosem i zorganizowanie kolejnych fajerwerków 8 października – w 80. rocznicę podpisania przez Hitlera dekretu o wcieleniu Freie Stadt Danzig do Rzeszy.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (06-12.09.2019)

niedziela, 14 lipca 2019

Sojusz z USA – plusy dodatnie i plusy ujemne

W swej polityce Stany Zjednoczone kierują się prostą zasadą: chcesz mieć z nami dobre stosunki – kupuj od nas i nie kombinuj na boku.

I. Polska w „klubie F-35”

Czerwcową wizytę prezydenta Andrzeja Dudy w Stanach Zjednoczonych, a w szczególności jej fragment waszyngtoński i spotkanie z Donaldem Trumpem (12.06.2019) należy ocenić pozytywnie – przynajmniej biorąc pod uwagę obecny etap wzajemnych relacji (o czym szerzej za chwilę). Ukoronowaniem podróży było oczywiście podpisanie wspólnej deklaracji o zacieśnianiu współpracy obronnej, na mocy której zostanie zwiększona stała, rotacyjna obecność sił amerykańskich w Polsce o kolejne 1000 żołnierzy oraz kontrakt na zakup gazu skroplonego LNG (2 mld m3 o wartości 8 mld. USD). Wspomnieć należy również o podpisaniu memorandum o współpracy ws. wykorzystania energii jądrowej do celów cywilnych (czyli znów powraca nieśmiertelny temat polskiej elektrowni atomowej), a także o porozumieniu ws. zapobiegania i zwalczania poważnej przestępczości, co z kolei jest jednym z warunków zniesienia wiz dla Polaków. No i wisienka na torcie – polska deklaracja o gotowości zakupu 32 sztuk samolotów piątej generacji F-35, oficjalnie przyjęta przez stronę amerykańską, co wcale nie było tak oczywiste, jak mogłoby się to na pozór wydawać.

I może zaczniemy właśnie od tej ostatniej sprawy, wywołała ona bowiem szereg kontrowersji i chyba najbardziej rozgrzała emocje komentatorów. O właściwościach technicznych i bojowych F-35 nie będę się rozpisywał, znakomicie bowiem zrobił to w poprzednim numerze „Polski Niepodległej” red. Michał Fiszer. Generalnie można powiedzieć jedno – poza Amerykanami nikt obecnie nie dysponuje maszyną o takim stopniu zaawansowania (próbują ich gonić Chińczycy ze swoim Chengdu J-20, lecz zakup sprzętu bojowego z tego kraju skutkowałby automatycznym zamrożeniem relacji wojskowych z Waszyngtonem). Więcej – USA bynajmniej nie kwapią się do sprzedaży swego najnowocześniejszego produktu na prawo i lewo. By zostać włączonym do grona kupujących trzeba być w oczach Amerykanów lojalnym sojusznikiem na którym można polegać, o czym zupełnie niedawno boleśnie przekonała się Turcja. Związane jest to m.in. z sięgającą lat '90 historią budowy F-35 w ramach międzynarodowego projektu „Joint Strike Fighter”. Prócz Stanów Zjednoczonych, pokrywających 90 proc. kosztów projektu, od początku lat dwutysięcznych uczestniczy w nim jeszcze kilka państw podzielonych w zależności od stopnia zaangażowania finansowego i technicznego na trzy poziomy: poziom I to USA i Wlk. Brytania; poziom II to Włochy i Holandia; poziom III to Turcja, Australia, Norwegia, Dania, Kanada. Prócz tego, do programu i możliwości zakupu samolotów dopuszczono Izrael, Singapur, Japonię i Koreę Płd. Słowem, państwa postrzegane jako amerykańscy sojusznicy, położone w tych punktach świata, gdzie Stany Zjednoczone lokują swoje interesy.

Wejście Polski jako swoistego reprezentanta krajów Europy Środkowej do grona kupujących trzeba w tym kontekście uznać za sukces. Stało się tak, ponieważ udało nam się wykorzystać nadarzającą się okazję, jaką było faktyczne odsunięcie przez USA od projektu Turcji. Ta bowiem zakupiła od Rosji rakiety przeciwlotnicze S-400 Triumf, planując zintegrowanie ich z F-35, co automatycznie dałoby Rosjanom pełen wgląd w konstrukcję amerykańskich samolotów. Kontrakt ten w połączeniu z wcześniejszymi konszachtami Turcji z Rosją wyczerpał cierpliwość USA. wskutek czego na początku czerwca Amerykanie odsunęli od szkoleń na F-35 tureckich pilotów i zamrozili możliwość sprzedaży samolotów reżimowi Erdogana. I właśnie w tę „turecką” pulę obejmującą 100 maszyn „wstrzeliła” się Polska. Nasz MON błyskawicznie wystosował do Waszyngtonu „letter of request”, otwierający formalnie procedurę zakupu, potwierdzony podczas wizyty prezydenta Dudy – słynny „air show” z udziałem F-35 przed Białym Domem naprawdę nie był gestem czczej kurtuazji, tym bardziej, że równolegle trwała czterodniowa wizyta min. Mariusza Błaszczaka w bazie lotniczej Eglin, stanowiącej główne centrum szkoleniowe dla pilotów F-35. Warto dodać, że prócz Polski rozmowy toczą, bądź finalizują również Belgia i Finlandia.


II. Wymowne reakcje

Do myślenia daje reakcja rodzimych tub propagandowych – jest ona nader charakterystyczna i dziwnym trafem zgodna ze stanowiskiem Kremla i rosyjskiego pasa transmisyjnego na Polskę, czyli portalu „Sputnik”. Zasypani zostaliśmy „analizami” mającymi wykazać, że F-35 nie są nam potrzebne, że to niefunkcjonalne, zawodne „nieloty”, że za drogo, że kosztowne w utrzymaniu, że Polski nie stać, że lepiej kupić więcej F-16... Prym wiódł tu wspomniany „Sputnik” wyrażający wzruszającą troskę o stan polskich sił zbrojnych i finansów publicznych. „Zaniepokojenia” rozwojem polsko-amerykańskiej współpracy nie omieszkała wyrazić Moskwa ustami rzecznika Pieskowa. Cóż, jak już tu kiedyś pisałem, Rosja zawsze czuje się „zaniepokojona”, a wręcz „zagrożona”, kiedy nie może kogoś bezkarnie napaść. Życzyłbym sobie utrzymania owego jaskółczego niepokoju kremlowskich satrapów w kolejnych dziesięcioleciach. Natomiast co do zasadności zakupu F-35 – przypominam sobie analogiczną debatę z czasów, gdy ważyły się losy kupna F-16. Wówczas myśliwiec również miał być kosztowny, zawodny i „przestarzały”. Krótko mówiąc – nielot. Dziś okazuje się, że lepiej, gdybyśmy kupili więcej owych „nielotów”, byle tylko Polska nie miała F-35. Swoisty rekord pobił były już na szczęście dyplomata Ryszard Schnepf, który w programie Moniki Olejnik reklamował nam na podstawie wzmiankowanego „Sputnika” rosyjskie Su-57 (one zapewne się nie psują – choćby dlatego, że pozostają w fazie prototypów). Tenże Schnepf raczył się także wyjęzyczyć, że zwiększenie obecności US Army w Polsce powinniśmy wpierw „konsultować” z Niemcami, co w przełożeniu na ludzki język oznacza, że winniśmy pytać Berlin o pozwolenie. I pomyśleć, że ten człowiek był do niedawna naszym ambasadorem w USA, a inni mu podobni osobnicy o kolonialnej mentalności kreowali naszą dyplomację i politykę zagraniczną... Ale cóż tam Schnepf – gorzej, że w podobnym duchu wypowiadało się szereg prominentnych wojskowych, choć dziś już na szczęście odsuniętych od bezpośredniego wpływu na polską armię.

Wymowny był również odzew niemieckich mediów, które tradycyjnie służą do przekazywania tego, czego nie wypada oficjalnie powiedzieć tamtejszym politykom. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” skwitował efekty wizyty Andrzeja Duda słowami, iż jest to „nagroda dla Polski i kara dla Niemiec” (za niewypełnianie zobowiązań NATO w sferze wydatków na obronność), nadmieniając przy okazji o interesach gazowych USA konkurencyjnych wobec Nord Stream. Tutaj warto przytoczyć opinię Donalda Trumpa, który stwierdził, że z jednej strony Niemcy uchylają się od finansowania swoich sił zbrojnych, a z drugiej – ładują miliardy w rosyjski gaz, sponsorując zbrojenia Putina, przed którym to z kolei mają ich bronić Stany Zjednoczone... Inna gazeta („Die Zeit”) wyraziła schadenfreude, że mimo polskiej „czołobitności” nie powstanie u nas „Fort Trump” i skończyło się na powiększeniu amerykańskiego kontyngentu wojskowego. Tu jednak trzeba dodać, że owe 1000 żołnierzy (nota bene – przesuniętych z Niemiec) to dalece nie wszystko – zgodnie z waszyngtońską deklaracją powstać ma bowiem również Wysunięte Dowództwo Dywizyjne USA, polsko-amerykańskie Centrum Szkolenia Bojowego, baza dronów oraz szereg inwestycji infrastrukturalnych i logistycznych.

Oczywiście, to wszystko wiąże się z kosztami. Myśliwce F-35 nie są tanie (ok. 100 mln. USD za sztukę), swoje kosztuje również ich eksploatacja, uzbrojenie, wyszkolenie pilotów i dostosowanie infrastruktury. Mówi się o łącznej wartości kontraktu rzędu 17 mld. dolarów. Tyle, że w najbliższych latach, zgodnie z umową Pentagonu z koncernem Lockheed Martin cena ma spadać poniżej 80 mln. USD, podobnie z kosztem godziny lotu – a wszak samoloty trafią do Polski nie jutro czy pojutrze, lecz właśnie dopiero za kilka lat (podawane są wstępne, orientacyjne daty 2024 i 2026). Teraz natomiast ładujemy pieniądze w eksploatowanie i serwisowanie sowieckich MiG-29 i Su-22. Jeśli chodzi o inwestycje w infrastrukturę – tego typu koszty ponosi każde państwo kupujące najnowocześniejszy sprzęt. Również my tak czy inaczej musimy to zrobić (i robimy), jeśli chcemy, by polskie lotniska i bazy wojskowe były kompatybilne z NATO-wskimi standardami i mogły przyjmować najnowsze maszyny. Innymi słowy, mówimy o kosztach, które i tak ponosimy, bądź będziemy musieli ponieść w najbliższej przyszłości. W zamian mamy wciąż rosnącą obecność wojskową sił NATO, w tym głównie wojsk USA – dziś jest to 13,5 tys. żołnierzy, w tym blisko 6,8 tys. wojsk amerykańskich, do czego wkrótce dojdzie kolejny tysiąc, a w przyszłości – wraz z napływaniem F-35 – zapewne jeszcze więcej. Płacona cena zatem ma swój ekwiwalent w postaci wzmocnienia „wschodniej flanki NATO”, co dla państwa w naszym położeniu (i dla całego regionu) ma pierwszorzędne znaczenie.

Po opisanych tu reakcjach widać wyraźnie, że zacieśnianie polsko-amerykańskiej współpracy jest wyjątkowo nie na rękę zarówno Rosji, jak i Niemcom – oraz, ma się rozumieć, ich lokalnym wyrobnikom, którzy na wysługiwaniu się ościennym potęgom budowali dotąd swoje kariery. Dlatego właśnie obecność Amerykanów jest dziś i w najbliższej przyszłości konieczna – chroni nas bowiem przynajmniej w jakimś zakresie przed powtórnym osunięciem się do roli niemiecko-rosyjskiego kondominium.


III. Cena sojuszu

Zresztą, spójrzmy na to wszystko bez złudzeń – i tu, mówiąc klasykiem, przechodzimy do „plusów ujemnych” naszego układu z Wielkim Bratem. W polityce międzynarodowej nie obowiązują takie kategorie jak „honor”, „przyjaźń”, „lojalność” czy inne sentymenty. Decydującymi kryteriami są siła i interes – i tyczy się to również relacji z naszym obecnym hegemonem zza oceanu. W swej polityce Stany Zjednoczone (a zwłaszcza za prezydentury Trumpa) kierują się prostą zasadą: chcesz mieć z nami dobre stosunki – kupuj od nas i nie kombinuj na boku (przypominam o opisanym wyżej przypadku Turcji). Jest to taka bardziej cywilizowana forma rekietu – swoistego haraczu za ochronę, z tą różnicą, że jednak otrzymujemy coś w zamian (sprzęt wojskowy, obecność amerykańskich żołnierzy, gaz łupkowy pozwalający zdywersyfikować dostawy z Rosji). Ponadto, jak widzimy, ta specyfika kontaktów nie dotyczy jedynie naszego kraju. Rzecz jasna, nie ma tu mowy o sojuszu w rozumieniu równoprawnych stosunków – bardziej przypomina to zależność od Imperium Rzymskiego różnych barbarzyńskich państewek (formalnie zwanych „przyjaciółmi” lub „sojusznikami”), ewentualnie relacje wasalne.

Z tego typu układem wiążą się określone niebezpieczeństwa, o których już pisywałem, ale dla porządku pokrótce powtórzę. Podstawowe zagrożenie jest takie, że nasz opiekun w pewnym momencie może zwinąć bez ostrzeżenia swój parasol ochronny, zostawiając nas na lodzie – tak stało się w 2009 r., kiedy to Obama (a właściwie Hillary Clinton, która była wówczas główną animatorką polityki zagranicznej Białego Domu) zrobił „reset” z Rosją, wycofując się z aktywnej polityki w naszym regionie. Mam zresztą swoją teorię spiskową, że smoleńska tragedia była właśnie pokłosiem owego „resetu”. Moim zdaniem, Putin widząc amerykańską obojętność uznał, że może sobie pozwolić na likwidację polskich niepodległościowych elit, na czele z prezydentem Lechem Kaczyńskim, któremu po udaremnieniu rosyjskiej agresji na Gruzję zapisał „śmierć w duszy” - i skorzystał z okazji. Musimy brać pod uwagę, że Stany Zjednoczone przestały być państwem w pełni obliczalnym i mogą wykonywać najróżniejsze wolty. Tym bardziej, że mimo ciągłej dominacji nie są już tak wszechpotężnym światowym hegemonem jak niegdyś i zaczynają odczuwać „syndrom krótkiej kołdry” - zwyczajnie nie są w stanie w pełni kontrolować przestrzeni od Atlantyku po Pacyfik i zawsze trzeba liczyć się z możliwością, że „odpuszczą” jeden z teatrów na rzecz mocniejszego zaangażowania się w innym zakątku świata. Właśnie dlatego wątpię w powstanie u nas „Fortu Trump” w rozumieniu klasycznej, stałej bazy w rodzaju tych wciąż utrzymywanych w Europie Zachodniej. Znacznie wygodniej i elastyczniej jest dla USA oddelegować do Europy Środkowej mobilne siły z elementami infrastruktury, które w razie nagłej potrzeby będzie można przerzucić gdzie indziej.

Takie są realia, dobrze więc byłoby, gdyby nasi rządzący pilnowali, by koszta w pewnym momencie nie przeważyły korzyści, pamiętając o naczelnej zasadzie: nie ma strategicznych sojuszy dla słabych! Jest to o tyle istotne, że elity okołopisowskie zdają się momentami zatracać w entuzjastycznym pro-amerykanizmie wszelkie proporcje, sprawiając wrażenie, że dla podtrzymania „transatlantyckiego partnerstwa” gotowe są poświęcić wszystko inne. Tyczy się to chociażby roszczeń żydowskich i polityki historycznej (sprawa rejterady z nowelizacji ustawy o IPN) – widać było wyraźnie, że PiS za dogmat uznał, iż droga do Waszyngtonu wiedzie przez Tel-Aviv i w imię tej z gruntu błędnej doktryny gotów był inwestować bez końca w fikcję „sojuszu” i „przyjaźni” z Izraelem, nie przyjmując do wiadomości, że środowiska żydowskie i państwo izraelskie są co najwyżej „sojusznikiem naszego sojusznika” - i nic ponadto. Na szczęście okazało się, że Amerykanie potrafią liczyć i gotowi są sprzedawać nam gaz i broń niezależnie od naszych napiętych stosunków z Żydami, o czym dobitnie świadczy wizyta Andrzeja Dudy – wbrew apelom niektórych politycznych środowisk w USA, by zaangażowanie amerykańskie w Polsce uzależnić od spełnienia przez nas ustawy 447. Jak ujęła to trafnie dr Ewa Kurek w kontekście ekshumacji w Jedwabnem – Ameryka nie poświęci swych interesów dla kilku żydowskich kości. Zwróćmy uwagę, że nawet ambasador Mosbacher od niedawna jakby przystopowała swą aktywność. Pozostaje mieć nadzieję, że wydarzenia ostatnich miesięcy, w tym postawa państwa żydowskiego, otrzeźwiły kilka głów i od tej pory zaczniemy się wykazywać większą asertywnością – tym bardziej, że temat roszczeń niechybnie powróci jesienią.

Kolejna rzecz – Stany Zjednoczone zainteresowane są obecnością w Trójmorzu, widząc w nim „swoją” przestrzeń równoważącą niemiecką dominację na kontynencie i główny rynek zbytu dla swojego gazu łupkowego. To wielka szansa dla nas – możemy stać się bowiem „hubem” dla amerykańskiego surowca, tak jak Niemcy dla rosyjskiego. I właśnie to może USA związać z nami silniej, niż jakikolwiek „Fort Trump” (który, nawiasem, jeżeli powstanie, to właśnie dla ochrony amerykańskich szlaków handlowych i infrastruktury przesyłowej na linii północ-południe). Jeżeli uda się to osiągnąć za cenę kupna F-35, to z góry można powiedzieć, że było warto. Przy okazji – prezydentowi Dudzie towarzyszyła w Waszyngtonie prezes Banku Gospodarstwa Krajowego, współtworzącego od niedawna Fundusz Trójmorza, mający realizować inwestycje infrastrukturalne.


IV. Niełatwy bilans

Jak zatem ocenić bilans naszego sojuszu? Nie ma tu łatwej odpowiedzi – daleki jestem zarówno od bezkrytycznego entuzjazmu, jak i katastrofizmu wieszczącego zagładę Polski, w których lubują się miłośnicy stawiania uproszczonych, radykalnych tez. Wbrew pozorom, wiele zależy tu od nas samych – czy będziemy w stanie prowadzić racjonalną politykę, wyciągając z naszego położenia maksimum korzyści i nie oddając więcej, niż jest to absolutne konieczne – chociażby nie pozwalając wplątać Polski w wiszącą na włosku wojnę z Iranem, co będzie dla nas testem podmiotowości równie ważnym, jak kwestia żydowskich roszczeń. Zagrożenia niezmiennie pozostają dwa: Rosja i Niemcy dążące do sfederalizowania Europy oraz powołania współczesnego Waffen-SS pod pozorem „europejskiej armii”. Dopóki USA tutaj są – jesteśmy chronieni. Rzecz w tym, że ochrona ta nie jest dana na zawsze i nie możemy na niej poprzestawać. Naszym zadaniem na najbliższe lata jest wykorzystanie sprzyjającej koniunktury do wzmocnienia własnego potencjału, tak byśmy byli zdolni ochronić się sami, gdy Ameryka zechce się z jakichś powodów wycofać – a to, jak uczy historia, również ta najnowsza, prędzej czy później nastąpi.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sojusznik czy lokaj?

Sojusznik czy wasal?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 08 (Lipiec 2019)

wtorek, 11 grudnia 2018

Mosbacher – go home!

Dobrze byłoby, gdyby ktoś w Departamencie Stanu poszedł po rozum do głowy i zabrał stąd tę babę, przysyłając kogoś bardziej ogarniętego.

I. Dziewucha z Indiany

Ha, kiedy kilka miesięcy temu media podały, że Donald Trump przysyła nam tu swoją protegowaną Georgette Mosbacher w roli ambasadora, napisałem w „Pod-Grzybkach”, że to krok dyscyplinujący (wówczas w kontekście awantury wokół nowelizacji ustawy o IPN), a sama Mosbacherowa wygląda jakby urwała się z planu „Dynastii” i jeśli zacznie intrygować tutaj niczym Alexis, to marny nasz los. Mówiąc Michalkiewiczem - „proroctwa mnie wspierały”, co zresztą nie jest szczególnym osiągnięciem, bo wystarczyło się choćby pobieżnie zapoznać z jej biografią, a zwłaszcza zobaczyć kilka zdjęć, by zorientować się co to za ziółko. Urodziła się w 1947 r. jako Georgette Paulsin w Highland w stanie Indiana – klasycznej, amerykańskiej dziurze pośrodku niczego. Dzisiaj Highland liczy sobie nieco ponad 23 tys. mieszkańców, więc można sobie wyobrazić, jakim, z przeproszeniem, zadupiem musiało być w latach dzieciństwa naszej Żorżetki. Jak podaje Wiki, ojciec małej Paulsin zginął w wypadku samochodowym, matka musiała więc pójść do pracy, a przyszła ambasador w wieku 7 lat opiekowała się młodszym rodzeństwem. O ile nie jest to legenda o „trudnym dzieciństwie” spreparowana na potrzeby wizerunkowe w stylu „od pucybuta do milionera”, to można założyć, że w domu się nie przelewało. Nic więc dziwnego, że młoda, ambitna pannica poprzysięgła sobie, że za wszelką cenę wyrwie się z tej pipidówy i nigdy więcej tam nie wróci. Świadczy o tym cała jej kariera, wraz z kolejnymi, starannie dobieranymi mężami: biznesmenami Robertem Muirem, George’em Barriem i wreszcie Robertem Mosbacherem (prezesem Mosbacher Energy i sekretarzem handlu u George'a Busha seniora), po którym (rozwód w 1998) zostawiła sobie obecne nazwisko.

Przy tym wszystkim jednak, mimo zdobycia wykształcenia na stanowym uniwersytecie i przebojowego przedarcia się do amerykańskiego establishmentu biznesowo-politycznego, pozostała tym, kim była: prostą dziewuchą z Indiany z gustem rozkojarzonej sroki, rozmiłowaną w blichtrze rodem z rozgrywających się w „wyższych sferach” telenowel, nade wszystko zaś – nadrabiającą rozmaite deficyty tupetem, bezczelnością i życiowym cwaniactwem. Owocem tego jest dzisiejsze oblicze naszej słodkiej Żorżetki – wybotoksowanej dzidzi-piernik, od której na kilometr jedzie nowobogacką, parweniuszowską tandetą.


II. Nasza słodka Żorżetka

Z takim to dobrodziejstwem inwentarza objawiła się nam nowa pani ambasador, skierowana tutaj za zasługi (czyli za sprawne zbieranie kasy na kampanię Trumpa). Trzeba bowiem wiedzieć, że tego typu stanowiska w USA dzielą się na dwie kategorie: jedne (zwłaszcza w trudnych, zapalnych punktach świata) obsadzane są przez profesjonalnych dyplomatów, a prócz tego jest pula placówek na które wysyła się „zaprzyjaźnionych biznesmenów”, którzy chcą mieć w CV nobilitującą pozycję „dyplomata”. Z reguły dotyczy to najhojniejszych darczyńców danej partii – czyli, mówiąc wprost, fotel ambasadora można sobie kupić. Nietrudno się domyślić, z jakiego rozdzielnika przysłano do Polski naszą słodką Żorżetkę.

A Żorżetka, jak to Żorżetka – zero doświadczenia w dyplomacji i, co równie ważne, zero wiedzy o Polsce. Po kilku miesiącach widać wyraźnie, że przed objęciem funkcji w najbardziej przyjaznym wobec USA kraju Europy nie tylko nie odrobiła pracy domowej, ale też nie ma zamiaru czegokolwiek się uczyć już tu, na miejscu. Najprawdopodobniej uznała, że przysłano ją do klasycznego bantustanu i braki kompetencyjne (oraz, co tu ukrywać, intelektualne), zamaskuje tym, co wywindowało ją na szczyty w Ameryce – arogancją i wyszczekaniem, okraszonymi zdawkowymi komplementami. Jej chyba naprawdę się wydaje, że szczytem polskich aspiracji jest zniesienie wiz (czym nie omieszkała zaszantażować posłów z polsko-amerykańskiej grupy parlamentarnej podczas słynnego spotkania w Sejmie), a Lech „Waleza” pozostaje niekwestionowaną ikoną „walki o niepodległość”. Oferta jaką nam przedstawia jest prosta: jak będziecie posłuszni, to może zniesiemy wizy dla tych waszych wschodnioeuropejskich Hotentotów. Innymi słowy, weszła w rolę nie tyle ambasadora, co namiestnika – albo wysłannika centrali mającego podnieść efektywność zamorskiej filii globalnego koncernu. I tak też sobie poczyna – sztorcując i dyscyplinując na wszelkie możliwe sposoby polskich „podwładnych”. Jej poprzednicy wprawdzie również sobie na to pozwalali – chociażby Paul W. Jones, który zagroził pogorszeniem stosunków, jeśli dopuścimy Chińczyków do budowy kanału Odra-Wisła – lecz stały za tym przynajmniej jakieś względy geopolityczne, natomiast Mosbacherowa poczuła się nie tyle wysłanniczką amerykańskiego państwa, ile reprezentantką partykularnych interesów tamtejszego biznesu.

Jak wiemy, zaczęła od tego, że w swoim niepowtarzalnym stylu jęła wzywać na dywanik urzędników pracujących nad zmianami podatku CIT, żądając by wprowadzili zapisy uprzywilejowujące amerykańskie firmy, co już stanowiło skandal sam w sobie. Jednak jej oczkiem w głowie stała się stacja TVN należąca do koncernu Discovery Communications, z którego szefem, Davidem Zaslavem, jest od lat zaprzyjaźniona. Podczas sejmowego spotkania, przypominającego instruktaż dla podkomendnych, twardo oznajmiła, że Kongres „nie będzie tolerował” zamachu na „wolność słowa”, ponadto zażyczyła sobie stałego wglądu w interesujące ją projekty legislacyjne, by „wiedzieć nad czym pracujemy”. Przywołała przy tej okazji sprawę art. 55a Ustawy o IPN, który określiła mianem „holocaust law”. Kontekst był ewidentny – mamy „konsultować” nasze projekty z panią ambasador i przedstawiać je do wstępnego zatwierdzenia, inaczej będzie niedobrze.

Jeszcze nie przebrzmiały echa tego skandalu, kiedy wybuchł następny – oto nasza Żorżetka ze swym charakterystycznym wdziękiem wysłała utrzymany w ultymatywnym tonie list do premiera Morawieckiego, w którym obcesowo pouczyła polski rząd co wolno, a czego nie wolno mówić o stacji TVN i jej dziennikarzach, grożąc, iż Stany Zjednoczone „nie będą tolerowały” krytycznych uwag oraz podważania rzetelności TVN-u. W przeciwnym wypadku pani Żorżetka się pogniewa, tupnie nóżką i nie załatwi nam zniesienia wiz.


III. Śmierć frajerom!

Postępowanie Georgette Mosbacher jest oczywiście niedopuszczalne i nie mieści się w żadnych standardach – nie tylko dyplomatycznych, lecz nawet elementarnego dobrego wychowania. Daje się tu wyczuć ten typowy rys bezwzględnego chama, który wyszarpał od życia swoją obecną pozycję – a że się sprawdziło, więc będzie postępował tak nadal, przynajmniej dopóki nie trafi na kogoś silniejszego, wobec kogo opłaca się być miłym. Problem w tym, że sami, niestety, daliśmy powody, by nas tak traktować. Opuszczając Waszyngton Mosbacher musiała usłyszeć, że Polacy, jeśli ich tylko przycisnąć, godzą się na wszystko. Może trochę pokrzyczą, ale gdy przychodzi co do czego (np. gdy postraszy się ich „pogorszeniem relacji” i „narażeniem na szwank strategicznego sojuszu”), to pokornieją i robią czego się od nich zażąda. O sprawie chińskiej inwestycji w kanał Odra-Wisła już wspominałem. Ale przecież w tym roku, jeszcze przed przybyciem Żorżetki, pod naciskiem amerykańskiej ambasady cofnęliśmy karę dla TVN-u nałożoną za skandaliczne relacjonowanie „ciamajdanu”, a przede wszystkim – w podskokach wycofaliśmy się z nowelizacji ustawy o IPN. Takie rzeczy nie pozostają bez konsekwencji, a Mosbacherowa wyciągnęła z tego oczywiste wnioski – że będzie miała do czynienia z mięczakami i trzeba nas tylko nieco przydusić. Idealnie wpasowuje się to zresztą w jej charakter i życiową dewizę, którą można streścić jako „śmierć frajerom!”.

Pisałem to już tyle razy, że aż głupio powtarzać, ale cóż... Brak dywersyfikacji naszej polityki, stawianie wszystko na jedną kartę, zwyczajnie musiało skończyć się tym, że „strategiczny sojusz” stał się synonimem wasalizacji i uczynienia nas protektoratem – a to, pod czyją kuratelą w danej chwili się znajdujemy, zależy wyłącznie od bieżącego układu sił, w najmniejszym zaś stopniu od nas samych. Nie ma strategicznych sojuszy dla słabych – a tym bardziej dla głupców. Co więcej, za ten podległy status przychodzi nam płacić coraz wyższą cenę – w przypadku relacji z USA jest to opłata „za ochronę”, co jako żywo coraz bardziej przypomina stary, poczciwy rekiet. Obcesowość Mosbacher jedynie tę zależność uwidoczniła z całą wyrazistością, odarła z pozorów „partnerstwa”.

Ale i Amerykanie mogą się na takim traktowaniu przejechać – dotąd byli bowiem silni nad Wisłą mocą społecznych sympatii, będących ewenementem na europejską skalę. To może wkrótce się skończyć. Dlatego dobrze byłoby, gdyby ktoś w Departamencie Stanu poszedł po rozum do głowy i zabrał stąd tę babę, przysyłając kogoś bardziej ogarniętego. Warto również przesłać Trumpowi kolaż z przetłumaczonymi na angielski co lepszymi „kawałkami” TVN-u na jego temat – może amerykański prezydent, który słynie z braku cierpliwości do „fake-mediów” uświadomi sobie, kogo broni jego faworyta. Krótko mówiąc – Mosbacher go home!

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Repolonizacji mediów nie będzie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (05-18.12.2018)

niedziela, 15 października 2017

Stephen Paddock – amerykański Cyba

Nie dziwi, że lewicowo-liberalne media nabrały wody w usta. Okazało się bowiem, że masakra w znacznym stopniu idzie właśnie na ich konto.

I. Lewacko-islamski terrorysta

Jakoś dziwnie zrobiło się cicho wokół masakry w Las Vegas – i chyba nawet wiem dlaczego. Przypomnę, że 1 października 2017 r. 64-letni emerytowany pracownik koncernu Lockheed Martin, Stephen Paddock, otworzył ogień z 32 piętra hotelu Mandalay Bay do uczestników trwającego w pobliżu festiwalu muzyki country „Route 91”. Efekt – 59 osób zabitych i 527 rannych. Gdy policja zaczęła forsować drzwi do hotelowego pokoju, Paddock popełnił samobójstwo. Na miejscu znaleziono istny arsenał – 23 sztuki broni palnej i mnóstwo amunicji. Była to najkrwawsza masakra w historii USA. Oczywiście, jak to bywa w takich sytuacjach, pojawiły się różne spekulacje odnośnie motywów sprawcy – od przyczyn finansowych, poprzez zaburzenia psychiczne, po terroryzm. FBI szybko (chyba zbyt szybko) wykluczyła powiązania Paddocka z organizacjami terrorystycznymi. Lewackie media w USA (a za nimi ich odpowiedniki w reszcie świata) zaczęły z miejsca pomstować na amerykańskie prawo dotyczące posiadania broni, niedwuznacznie sugerując, że korzystają na nim białe, szowinistyczne świnie w rodzaju zamachowca z Las Vegas. Milcząco założono przy tym, że skoro Paddock pracował w koncernie zbrojeniowym, był myśliwym i zamożnym członkiem białej klasy średniej, to z pewnością miał prawicowe inklinacje polityczne.

Tymczasem, jak podają amerykańskie media, w pokoju Paddocka znaleziono liczne publikacje skrajnie lewicowej Antify (znanej i u nas z gościnnych występów, kiedy to jej bojówkarze zaproszeni przez „Krytykę Polityczną” atakowali uczestników Marszu Niepodległości). Do tego policja natrafiła na zdjęcia z podróży na Środkowy Wschód. Okazało się, że Paddock był co najmniej sympatykiem (być może również członkiem) tej lewackiej organizacji uznawanej w Stanach za ugrupowanie terrorystyczne. Sama Antifa nie omieszkała wyrazić poparcia dla swego kamrata, pisząc na portalu społecznościowym: „Jeden z naszych towarzyszy kazał tym popierającym Trumpa psom zapłacić za wszystko. Jakby tego było mało, do zamachu przyznało się ISIS – choć tu trzeba być ostrożnym, niewykluczone że islamiści chcieli sobie w ten sposób zrobić dodatkową reklamę. Niemniej, warto nadmienić, że powiązana z ISIS agencja informacyjna Amaq podała, iż Paddock kilka miesięcy wcześniej miał przejść na islam – co przynajmniej teoretycznie pokrywałoby się z jego podróżami. Wkrótce okazało się też, że Paddock był fanatycznym przeciwnikiem Donalda Trumpa i brał udział w powyborczych protestach przeciw nowemu prezydentowi. No i zostaje jeszcze tajemniczy incydent – 45 minut przed zamachem wśród zgromadzonych na festiwalu ludzi pojawiła się para Latynosów. W pewnym momencie kobieta zaczęła krzyczeć: „Jesteście otoczeni! Wszyscy k...a zginiecie!”. Kobietę wyprowadziła ochrona, a niedługo potem rozpoczęła się masakra. Czyżby Paddock nie działał sam?


II. Medialne szczujnie

Nie chciałbym tu budować teorii spiskowej, ale milczenie FBI wokół powiązań Paddocka jest zastanawiające. Nie dziwi natomiast, dlaczego wody w usta nabrały lewicowo-liberalne media. Okazało się bowiem, że masakra w znacznym stopniu idzie właśnie na ich konto – nie dość, że sprawcą nie był żaden „biały suprematysta”, to na dodatek okazał się nim skrajny lewak, ich polityczno-ideowy sojusznik, podobnie jak oni owładnięty obsesyjną nienawiścią do Donalda Trumpa. Porównajmy to sobie z wałkowaną tygodniami histerią po zamachu w Charlottesville, kiedy to jeden z uczestników protestu przeciw likwidacji pomnika bohatera Konfederacji, generała Roberta Lee, wjechał samochodem w tłum lewicowych aktywistów zabijając jedną osobę i raniąc kilkanaście innych. Wtedy wrzaskom o „faszyzmie” i „białych rasistach” nie było końca, a cały postępowy świat tygodniami trząsł się z oburzenia – tym skwapliwiej, że choć na chwilę można było odwrócić uwagę opinii publicznej od islamskiego terroryzmu.

Teraz wyobraźmy sobie medialne reakcje, gdyby przy Paddocku znaleziono chociaż jedną ulotkę jakiejś prawicowej organizacji lub National Riffle Association, ba – nawet czapeczkę z kampanii wyborczej Trumpa! Z miejsca stałoby się to „dowodem” na „faszyzację” i tolerowanie przez władze rosnącego w siłę „białego ekstremizmu”. Wszyscy celebryci, hollywoodzkie gwiazdy i postępowi komentatorzy od rana do nocy zalewaliby Amerykę i świat jazgotem o krwiożerczych zwolennikach Trumpa, a zawodowi przeciwnicy prawa do posiadania broni dostali by wiatru w żagle na długie miesiące. Tymczasem jakoś dziwnie przycichli również i oni – masakra popełniona przez lewaka najwyraźniej nie nadaje się do rozpętania kampanii, a wiodące media ewidentnie zaczęły wyciszać temat. Amerykańska mutacja „Newsweeka” (tego samego, który po wyborach musiał wycofać z dystrybucji 125 tys. egzemplarzy przygotowanego zawczasu numeru z Hillary Clinton jako prezydentem na okładce) podała informację o powiązaniach Paddocka w formule „alt-prawica i jej teorie spiskowe” - i tyle „w temacie”.

Jednak nie znaczy to, że Paddock nie ma w lewicowym establishmencie swoich kibiców. Ich nastroje w przypływie szczerości idealnie oddała wiceszefowa stacji CBS Hayley Geftman-Gold, pisząc na Facebooku, że ofiary nie zasługują na współczucie, ponieważ fani muzyki country są często republikanami i zwolennikami noszenia broni. Później wprawdzie przeprosiła, a stacja natychmiast wylała ją z pracy, jednak tego typu opinie rodzą się w określonej atmosferze i Geftman-Gold miała pełne prawo sądzić, że oddaje poglądy środowiska w którym na co dzień się obraca – nie przewidziała tylko konsekwencji. Cechą wspólną liberalnego mainstreamu w USA jest bowiem atawistyczna, zwierzęca nienawiść zarówno do Trumpa, jak i tego, co obecny prezydent reprezentuje – konserwatywnej, tradycyjnej, białej Ameryki. Owa nienawiść przekłada się również na jego wyborców – pogardzanych, prowincjonalnych „rednecków” w tych ich pick-upach, bejsbolówkach i ze spluwami pod ręką. Te amerykańskie „mohery” wypowiedziały w ostatnich wyborach posłuszeństwo nowojorskim „elitom”, co jednoznacznie uznano za bunt i uzurpację. Toteż „elity” odreagowują poczucie symbolicznej degradacji nieustanną, histeryczną agresją skierowaną przeciw sprawcom ich upokorzenia, na przykład prostakom słuchającym country, czyli muzyki mającej w oczach amerykańskich liberałów status podobny jak u nas disco-polo – rozrywki dla ciemnej, wieśniackiej tłuszczy. Nic więc dziwnego, że w końcu wyhodowały takiego Paddocka, który postanowił wziąć sprawy we własne ręce i rozprawić się z republikańskim „ciemnogrodem”. Z powyższym zgadzałaby się nawet ewentualna konwersja na islam, bowiem światowe lewactwo właśnie w muzułmanach upatruje taktycznego sojusznika, mającego pomóc w rozwaleniu do reszty zachodniego świata.


III. Paddock jak Cyba

Brzmi znajomo? Przecież powyższe jest wypisz-wymaluj odzwierciedleniem nastrojów panujących na naszych opiniotwórczych „salonach”. To samo stężenie nienawiści, obłędu i agresji – dość przypomnieć niedawny hejt wylany na akcję „Różaniec do granic”. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że gdyby jakiś szaleniec zaczął masakrować np. uczestników patriotycznej demonstracji, to reakcją chociażby „Obywateli RP” prócz najczarniejszej satysfakcji byłoby stwierdzenie, że „faszyści” sami są sobie winni. Zresztą, w 2010 roku mieliśmy już z podobną sytuacją do czynienia. Kiedy nabuzowany nienawistną propagandą Ryszard Cyba zamordował Marka Rosiaka i ciężko ranił innego pracownika biura poselskiego w Łodzi (a byli jedynie celami zastępczymi, bo Jarosław Kaczyński miał jak na możliwości zamachowca zbyt dobrą ochronę), to Waldemar Kuczyński na łamach „Wyborczej” napisał, że Jarosław Kaczyński „posiał wiatr”, a „atmosfera” w jakiej działał Cyba „jest dziełem braci Kaczyńskich i partii pod ich kierownictwem”. Nazwałem wtedy medialne szczujnie III RP „mordercami zza biurek” dodając, że to m.in. „Wyborcza” i TVN wręczyły Cybie pistolet. Dokładnie tak samo szczują dzisiaj – zarówno w Polsce, jak i za oceanem.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ryszard Cyba i system kłamstwa

Mordercy zza biurek


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 41 (13-19.10.2017)

niedziela, 16 lipca 2017

Narodziny męża stanu

Dobrze, że gramy w drużynie Trumpa, a nie po stronie popełniającej zbiorowe samobójstwo „starej Europy”. Możliwe, że właśnie w Warszawie zaczął wyrastać na naszych oczach prawdziwy mąż stanu.


I. Między Warszawą a Hamburgiem

Jeżeli Donald Trump potrzebował unaocznienia różnicy pomiędzy „nową” a „starą” Europą, to nie mógł lepiej trafić. W Warszawie – tłumy świadome swojej tożsamości, historycznego dziedzictwa i cywilizacyjnych obowiązków. W Hamburgu, na szczycie G-20 – lewacka dzicz demolująca miasto pod hasłem „Welcome to Hell”. Ponad dwustu rannych policjantów, siły porządkowe niezdolne do opanowania sytuacji, żona prezydenta uwięziona w hotelu, splądrowane sklepy, porozbijane witryny, barykady rozjeżdżane transporterami opancerzonymi, płonące samochody, dwie dzielnice obrócone w perzynę – istne pandemonium. I dalej – w Warszawie rozmowy o dostawach gazu, zakupie zmodernizowanych „Patriotów”, wzmacnianiu potencjału militarnego NATO. W Hamburgu – ględzenie o ustaleniach paryskiego „szczytu klimatycznego” pod dyktando lobbystów sztucznie pompowanej „zielonej energii” i samobójczy pęd globalizacyjny w interesie ponadnarodowych koncernów. Wszystko w zamkniętej, odciętej od świata twierdzy, podczas gdy barbarzyńscy kilka przecznic dalej plądrują miasto. Tak wygląda agonia Europy. Swoją drogą, sam pomysł, by ową orgię na trupie Zachodu zorganizować w bodaj najbardziej lewackim mieście w Niemczech, pokazuje stopień odrealnienia globalnych elit, podobnie jak to, że nie zdecydowano się włączyć do porządku obrad kwestii rosnącego rozwarstwienia społecznego – wymowny znak, komu i czemu miał służyć hamburski sabat okadzany dymem płonących ulic. Jeden z mieszkańców Hamburga wywiesił na balkonie transparent dedykowany burmistrzowi, Olafowi Scholzowi, który zabiegał o organizację szczytu G-20: „Olaf, to był g...ny pomysł” - i niech to posłuży za motto tej imprezy.

To wszystko gra oczywiście na naszą korzyść, bo co się Trump napatrzył, to jego – i błyskawicznie dał do zrozumienia, co o tym sądzi. Szeroko komentowane w mediach i zakrawające na dyplomatyczną obrazę wydelegowanie córki Ivanki na oficjalne obrady podczas drugiego dnia szczytu trudno interpretować inaczej, niż jako odwet za „areszt hotelowy” pierwszej damy, Melanii. I Angela Merkel musiała to przełknąć, robiąc dobrą minę do złej gry. Słowem, hamburski szczyt zakończył się fiaskiem, o czym świadczy bezprecedensowa formuła dokumentu końcowego, zawierającego za sprawą twardej postawy amerykańskiego prezydenta protokół rozbieżności – rzecz dotąd niespotykana. Media oczywiście uderzyły w ton spod znaku „Ameryka została osamotniona”. Otóż nie – to pozostali uczestnicy szczytu zostali bez Ameryki, wciąż najpotężniejszego państwa na świecie. A to oznacza, że ustaleniami szczytu można sobie wypchać buty.


II. Salon frustratów

Wróćmy jednak do warszawskiej wizyty Donalda Trumpa i historycznego przemówienia na Placu Krasińskich pod pomnikiem Powstania Warszawskiego. Już samo to, z jaką zajadłością lewackie media usiłowały zagłuszyć i zdeprecjonować jego wymowę świadczy o wadze tego, czego byliśmy świadkami. Przyjrzyjmy się przez chwilę temu jazgotowi, by uzmysłowić sobie skalę bezsilnej furii. Najpierw groteska, czyli pretensje Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie, że Trump śmiał nie odwiedzić Pomnika Bohaterów Getta, delegując tam Ivankę – żydówkę-konwertytkę przecież. Forum Żydów Polskich skomentowało to trzeźwo, pisząc iż taka postawa prezentuje organizacje żydowskie jako „przewrażliwionych, egocentrycznych, zacietrzewionych narcyzów”. Ze strony „Wyborczej” z kolei padały standardowe zaklęcia o „dzieleniu Europy”, dalej zaś o „populistycznym bełkotaniu”, „braku konkretów”, przemilczeniu 1989 roku, wreszcie – że Trump nie obsobaczył rządu PiS za „łamanie demokracji”. Krótko mówiąc, komentatorzy mieli Trumpowi za złe to, że nie jest Obamą i – o zgrozo – miał źle dopasowany garnitur. O twitterowych wypocinach Lisa i Migalskiego przyrównujących Polaków do miłośników „paciorków” i „perkalików” w ogóle szkoda gadać.

Nie mogę tu sobie darować pewnej uwagi na marginesie. Wizyta Trumpa - a zwłaszcza jego przemowa - nie spodobała się również Bartłomiejowi Radziejewskiemu z prawicowej „Nowej Konfederacji” i Klubu Jagiellońskiego. Do niedawna bardzo ceniłem sobie jego analizy, jednak kiedy nie dostał od rządu PiS dotacji, coś się z nim stało i zaczął konsekwentnie przesuwać się do opozycji. Krytykuje PiS - niby z pozycji konserwatywnych, ale jakoś tak wychodzi, że owa krytyka stawia go w coraz bliższym sąsiedztwie „Wyborczej”, której zresztą zdążył już udzielić dużego wywiadu, pozując na „dobrego faszystę”, zatroskanego (jako „konserwatysta” ma się rozumieć) niszczeniem przez PiS „instytucji” państwa. Ile te instytucje są warte, jakoś nie pomyślał. Podobnie a propos wizyty Trumpa stwierdził, iż ten „nie przywiózł nam żadnych nowych konkretów”, czym wpisał się już otwarcie w narrację „Wyborczej”. Co to z ludźmi robią zawiedzione ambicje...


III. Mąż stanu

Tymczasem, było to przemówienie przełomowe. Trump na nowo zdefiniował w nim fundamenty Zachodu i jego cywilizacyjne powinności. W kontekście mowy amerykańskiego prezydenta padły w komentarzach analogie do wystąpienia J.F. Kennedy'ego w Berlinie ze słynnymi słowami „Ich bin ein Berliner” („Jestem Berlińczykiem”). Mnie równie mocno kojarzy się ono ze słowami Reagana o „imperium zła”, którymi określił cel swej prezydentury, czyli zniszczenie ZSRR. Dziś zagrożeniem dla Zachodu jest lewacki nihilizm i muzułmańska inwazja - i widzę u Trumpa podobną jak u Reagana determinację w przezwyciężeniu tego wielowymiarowego kryzysu.

Jego wystąpienie w tak symbolicznym miejscu, pełne nawiązań do naszej historii, nie było jedynie czczą kurtuazją – to precyzyjnie wybrany odnośnik ilustrujący jego wizję polityczną w czasach wojny cywilizacji. Przesłanie jest jasne – cywilizacja jest tam, gdzie jest Bóg i chrześcijaństwo. Cywilizacja jest tam, gdzie są prawdziwe wartości i ludzie zdeterminowani, by ich bronić nawet za cenę życia. Cywilizacja jest tam, gdzie drzemie wewnętrzna siła, a nie tam, gdzie dokonuje się rozkład. Innymi słowy – cywilizacja jest w Warszawie, a nie w Hamburgu.

Oczywiście nie oznacza to, że nagle staliśmy się dla Waszyngtonu pępkiem świata - ale po raz kolejny rysuje się szansa, że nasz region stanie się dość istotnym elementem geopolitycznej układanki. Nie należy również popadać w bezkrytyczny klientelizm, do czego niepokojącą predylekcję zdradza część obozu patriotycznego i prawicowych mediów. Na szczęście Trump jest również biznesmenem, a to oznacza, że nie będzie się obrażał, więcej - będzie szanował sojuszników przemawiających językiem interesu. Patrząc na całokształt jego wizyty, wymowny jest kontekst Trójmorza, które tak niepokoi berliński establishment w perspektywie wyemancypowania się spod niemieckiej dominacji – tu „parasol ochronny” ze strony Waszyngtonu będzie nieodzowny, bo sami zwyczajnie nie damy rady. Trump wprawdzie nie zadeklarował się wprost jako protektor obszaru między Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym, lecz czas i miejsce wizyty są czytelnym sygnałem. Jest jeszcze jeden wart podkreślenia aspekt – nie potwierdzają się zarzuty o prorosyjskość Trumpa, choć paradoksalnie dobrze, że one padły, bo dzięki temu by oddalić podejrzenia, prowadzi wobec Rosji bardziej asertywną politykę, niż być może robiłby to w innych okolicznościach. Z pewnością nie da się Putinowi ograć jak Obama ze swym błazeńskim „resetem”.

Podsumowując, mamy to, o co nam chodziło - dostawy gazu i zmodernizowane „Patrioty”, do tego podkreślenie roli Polski w regionie, nie mówiąc już o tym, że świat dowiedział się o Powstaniu Warszawskim – Trump zafundował nam międzynarodowy „piar”. Trump też ma to czego chciał - sprzedał gaz i broń, oraz umocnił sojusznicze więzi. Słowem, mamy relację typu „win-win”. Widać to dobrze zza Odry - wystarczy przyjrzeć się kwaśnym minom i komentarzom niemieckiej prasy. Dobrze, że gramy w drużynie Trumpa, a nie po stronie popełniającej zbiorowe samobójstwo „starej Europy”. Możliwe, że właśnie w Warszawie zaczął wyrastać na naszych oczach prawdziwy mąż stanu.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (14-20.07.2017)