Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ameryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ameryka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lipca 2019

Sojusz z USA – plusy dodatnie i plusy ujemne

W swej polityce Stany Zjednoczone kierują się prostą zasadą: chcesz mieć z nami dobre stosunki – kupuj od nas i nie kombinuj na boku.

I. Polska w „klubie F-35”

Czerwcową wizytę prezydenta Andrzeja Dudy w Stanach Zjednoczonych, a w szczególności jej fragment waszyngtoński i spotkanie z Donaldem Trumpem (12.06.2019) należy ocenić pozytywnie – przynajmniej biorąc pod uwagę obecny etap wzajemnych relacji (o czym szerzej za chwilę). Ukoronowaniem podróży było oczywiście podpisanie wspólnej deklaracji o zacieśnianiu współpracy obronnej, na mocy której zostanie zwiększona stała, rotacyjna obecność sił amerykańskich w Polsce o kolejne 1000 żołnierzy oraz kontrakt na zakup gazu skroplonego LNG (2 mld m3 o wartości 8 mld. USD). Wspomnieć należy również o podpisaniu memorandum o współpracy ws. wykorzystania energii jądrowej do celów cywilnych (czyli znów powraca nieśmiertelny temat polskiej elektrowni atomowej), a także o porozumieniu ws. zapobiegania i zwalczania poważnej przestępczości, co z kolei jest jednym z warunków zniesienia wiz dla Polaków. No i wisienka na torcie – polska deklaracja o gotowości zakupu 32 sztuk samolotów piątej generacji F-35, oficjalnie przyjęta przez stronę amerykańską, co wcale nie było tak oczywiste, jak mogłoby się to na pozór wydawać.

I może zaczniemy właśnie od tej ostatniej sprawy, wywołała ona bowiem szereg kontrowersji i chyba najbardziej rozgrzała emocje komentatorów. O właściwościach technicznych i bojowych F-35 nie będę się rozpisywał, znakomicie bowiem zrobił to w poprzednim numerze „Polski Niepodległej” red. Michał Fiszer. Generalnie można powiedzieć jedno – poza Amerykanami nikt obecnie nie dysponuje maszyną o takim stopniu zaawansowania (próbują ich gonić Chińczycy ze swoim Chengdu J-20, lecz zakup sprzętu bojowego z tego kraju skutkowałby automatycznym zamrożeniem relacji wojskowych z Waszyngtonem). Więcej – USA bynajmniej nie kwapią się do sprzedaży swego najnowocześniejszego produktu na prawo i lewo. By zostać włączonym do grona kupujących trzeba być w oczach Amerykanów lojalnym sojusznikiem na którym można polegać, o czym zupełnie niedawno boleśnie przekonała się Turcja. Związane jest to m.in. z sięgającą lat '90 historią budowy F-35 w ramach międzynarodowego projektu „Joint Strike Fighter”. Prócz Stanów Zjednoczonych, pokrywających 90 proc. kosztów projektu, od początku lat dwutysięcznych uczestniczy w nim jeszcze kilka państw podzielonych w zależności od stopnia zaangażowania finansowego i technicznego na trzy poziomy: poziom I to USA i Wlk. Brytania; poziom II to Włochy i Holandia; poziom III to Turcja, Australia, Norwegia, Dania, Kanada. Prócz tego, do programu i możliwości zakupu samolotów dopuszczono Izrael, Singapur, Japonię i Koreę Płd. Słowem, państwa postrzegane jako amerykańscy sojusznicy, położone w tych punktach świata, gdzie Stany Zjednoczone lokują swoje interesy.

Wejście Polski jako swoistego reprezentanta krajów Europy Środkowej do grona kupujących trzeba w tym kontekście uznać za sukces. Stało się tak, ponieważ udało nam się wykorzystać nadarzającą się okazję, jaką było faktyczne odsunięcie przez USA od projektu Turcji. Ta bowiem zakupiła od Rosji rakiety przeciwlotnicze S-400 Triumf, planując zintegrowanie ich z F-35, co automatycznie dałoby Rosjanom pełen wgląd w konstrukcję amerykańskich samolotów. Kontrakt ten w połączeniu z wcześniejszymi konszachtami Turcji z Rosją wyczerpał cierpliwość USA. wskutek czego na początku czerwca Amerykanie odsunęli od szkoleń na F-35 tureckich pilotów i zamrozili możliwość sprzedaży samolotów reżimowi Erdogana. I właśnie w tę „turecką” pulę obejmującą 100 maszyn „wstrzeliła” się Polska. Nasz MON błyskawicznie wystosował do Waszyngtonu „letter of request”, otwierający formalnie procedurę zakupu, potwierdzony podczas wizyty prezydenta Dudy – słynny „air show” z udziałem F-35 przed Białym Domem naprawdę nie był gestem czczej kurtuazji, tym bardziej, że równolegle trwała czterodniowa wizyta min. Mariusza Błaszczaka w bazie lotniczej Eglin, stanowiącej główne centrum szkoleniowe dla pilotów F-35. Warto dodać, że prócz Polski rozmowy toczą, bądź finalizują również Belgia i Finlandia.


II. Wymowne reakcje

Do myślenia daje reakcja rodzimych tub propagandowych – jest ona nader charakterystyczna i dziwnym trafem zgodna ze stanowiskiem Kremla i rosyjskiego pasa transmisyjnego na Polskę, czyli portalu „Sputnik”. Zasypani zostaliśmy „analizami” mającymi wykazać, że F-35 nie są nam potrzebne, że to niefunkcjonalne, zawodne „nieloty”, że za drogo, że kosztowne w utrzymaniu, że Polski nie stać, że lepiej kupić więcej F-16... Prym wiódł tu wspomniany „Sputnik” wyrażający wzruszającą troskę o stan polskich sił zbrojnych i finansów publicznych. „Zaniepokojenia” rozwojem polsko-amerykańskiej współpracy nie omieszkała wyrazić Moskwa ustami rzecznika Pieskowa. Cóż, jak już tu kiedyś pisałem, Rosja zawsze czuje się „zaniepokojona”, a wręcz „zagrożona”, kiedy nie może kogoś bezkarnie napaść. Życzyłbym sobie utrzymania owego jaskółczego niepokoju kremlowskich satrapów w kolejnych dziesięcioleciach. Natomiast co do zasadności zakupu F-35 – przypominam sobie analogiczną debatę z czasów, gdy ważyły się losy kupna F-16. Wówczas myśliwiec również miał być kosztowny, zawodny i „przestarzały”. Krótko mówiąc – nielot. Dziś okazuje się, że lepiej, gdybyśmy kupili więcej owych „nielotów”, byle tylko Polska nie miała F-35. Swoisty rekord pobił były już na szczęście dyplomata Ryszard Schnepf, który w programie Moniki Olejnik reklamował nam na podstawie wzmiankowanego „Sputnika” rosyjskie Su-57 (one zapewne się nie psują – choćby dlatego, że pozostają w fazie prototypów). Tenże Schnepf raczył się także wyjęzyczyć, że zwiększenie obecności US Army w Polsce powinniśmy wpierw „konsultować” z Niemcami, co w przełożeniu na ludzki język oznacza, że winniśmy pytać Berlin o pozwolenie. I pomyśleć, że ten człowiek był do niedawna naszym ambasadorem w USA, a inni mu podobni osobnicy o kolonialnej mentalności kreowali naszą dyplomację i politykę zagraniczną... Ale cóż tam Schnepf – gorzej, że w podobnym duchu wypowiadało się szereg prominentnych wojskowych, choć dziś już na szczęście odsuniętych od bezpośredniego wpływu na polską armię.

Wymowny był również odzew niemieckich mediów, które tradycyjnie służą do przekazywania tego, czego nie wypada oficjalnie powiedzieć tamtejszym politykom. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” skwitował efekty wizyty Andrzeja Duda słowami, iż jest to „nagroda dla Polski i kara dla Niemiec” (za niewypełnianie zobowiązań NATO w sferze wydatków na obronność), nadmieniając przy okazji o interesach gazowych USA konkurencyjnych wobec Nord Stream. Tutaj warto przytoczyć opinię Donalda Trumpa, który stwierdził, że z jednej strony Niemcy uchylają się od finansowania swoich sił zbrojnych, a z drugiej – ładują miliardy w rosyjski gaz, sponsorując zbrojenia Putina, przed którym to z kolei mają ich bronić Stany Zjednoczone... Inna gazeta („Die Zeit”) wyraziła schadenfreude, że mimo polskiej „czołobitności” nie powstanie u nas „Fort Trump” i skończyło się na powiększeniu amerykańskiego kontyngentu wojskowego. Tu jednak trzeba dodać, że owe 1000 żołnierzy (nota bene – przesuniętych z Niemiec) to dalece nie wszystko – zgodnie z waszyngtońską deklaracją powstać ma bowiem również Wysunięte Dowództwo Dywizyjne USA, polsko-amerykańskie Centrum Szkolenia Bojowego, baza dronów oraz szereg inwestycji infrastrukturalnych i logistycznych.

Oczywiście, to wszystko wiąże się z kosztami. Myśliwce F-35 nie są tanie (ok. 100 mln. USD za sztukę), swoje kosztuje również ich eksploatacja, uzbrojenie, wyszkolenie pilotów i dostosowanie infrastruktury. Mówi się o łącznej wartości kontraktu rzędu 17 mld. dolarów. Tyle, że w najbliższych latach, zgodnie z umową Pentagonu z koncernem Lockheed Martin cena ma spadać poniżej 80 mln. USD, podobnie z kosztem godziny lotu – a wszak samoloty trafią do Polski nie jutro czy pojutrze, lecz właśnie dopiero za kilka lat (podawane są wstępne, orientacyjne daty 2024 i 2026). Teraz natomiast ładujemy pieniądze w eksploatowanie i serwisowanie sowieckich MiG-29 i Su-22. Jeśli chodzi o inwestycje w infrastrukturę – tego typu koszty ponosi każde państwo kupujące najnowocześniejszy sprzęt. Również my tak czy inaczej musimy to zrobić (i robimy), jeśli chcemy, by polskie lotniska i bazy wojskowe były kompatybilne z NATO-wskimi standardami i mogły przyjmować najnowsze maszyny. Innymi słowy, mówimy o kosztach, które i tak ponosimy, bądź będziemy musieli ponieść w najbliższej przyszłości. W zamian mamy wciąż rosnącą obecność wojskową sił NATO, w tym głównie wojsk USA – dziś jest to 13,5 tys. żołnierzy, w tym blisko 6,8 tys. wojsk amerykańskich, do czego wkrótce dojdzie kolejny tysiąc, a w przyszłości – wraz z napływaniem F-35 – zapewne jeszcze więcej. Płacona cena zatem ma swój ekwiwalent w postaci wzmocnienia „wschodniej flanki NATO”, co dla państwa w naszym położeniu (i dla całego regionu) ma pierwszorzędne znaczenie.

Po opisanych tu reakcjach widać wyraźnie, że zacieśnianie polsko-amerykańskiej współpracy jest wyjątkowo nie na rękę zarówno Rosji, jak i Niemcom – oraz, ma się rozumieć, ich lokalnym wyrobnikom, którzy na wysługiwaniu się ościennym potęgom budowali dotąd swoje kariery. Dlatego właśnie obecność Amerykanów jest dziś i w najbliższej przyszłości konieczna – chroni nas bowiem przynajmniej w jakimś zakresie przed powtórnym osunięciem się do roli niemiecko-rosyjskiego kondominium.


III. Cena sojuszu

Zresztą, spójrzmy na to wszystko bez złudzeń – i tu, mówiąc klasykiem, przechodzimy do „plusów ujemnych” naszego układu z Wielkim Bratem. W polityce międzynarodowej nie obowiązują takie kategorie jak „honor”, „przyjaźń”, „lojalność” czy inne sentymenty. Decydującymi kryteriami są siła i interes – i tyczy się to również relacji z naszym obecnym hegemonem zza oceanu. W swej polityce Stany Zjednoczone (a zwłaszcza za prezydentury Trumpa) kierują się prostą zasadą: chcesz mieć z nami dobre stosunki – kupuj od nas i nie kombinuj na boku (przypominam o opisanym wyżej przypadku Turcji). Jest to taka bardziej cywilizowana forma rekietu – swoistego haraczu za ochronę, z tą różnicą, że jednak otrzymujemy coś w zamian (sprzęt wojskowy, obecność amerykańskich żołnierzy, gaz łupkowy pozwalający zdywersyfikować dostawy z Rosji). Ponadto, jak widzimy, ta specyfika kontaktów nie dotyczy jedynie naszego kraju. Rzecz jasna, nie ma tu mowy o sojuszu w rozumieniu równoprawnych stosunków – bardziej przypomina to zależność od Imperium Rzymskiego różnych barbarzyńskich państewek (formalnie zwanych „przyjaciółmi” lub „sojusznikami”), ewentualnie relacje wasalne.

Z tego typu układem wiążą się określone niebezpieczeństwa, o których już pisywałem, ale dla porządku pokrótce powtórzę. Podstawowe zagrożenie jest takie, że nasz opiekun w pewnym momencie może zwinąć bez ostrzeżenia swój parasol ochronny, zostawiając nas na lodzie – tak stało się w 2009 r., kiedy to Obama (a właściwie Hillary Clinton, która była wówczas główną animatorką polityki zagranicznej Białego Domu) zrobił „reset” z Rosją, wycofując się z aktywnej polityki w naszym regionie. Mam zresztą swoją teorię spiskową, że smoleńska tragedia była właśnie pokłosiem owego „resetu”. Moim zdaniem, Putin widząc amerykańską obojętność uznał, że może sobie pozwolić na likwidację polskich niepodległościowych elit, na czele z prezydentem Lechem Kaczyńskim, któremu po udaremnieniu rosyjskiej agresji na Gruzję zapisał „śmierć w duszy” - i skorzystał z okazji. Musimy brać pod uwagę, że Stany Zjednoczone przestały być państwem w pełni obliczalnym i mogą wykonywać najróżniejsze wolty. Tym bardziej, że mimo ciągłej dominacji nie są już tak wszechpotężnym światowym hegemonem jak niegdyś i zaczynają odczuwać „syndrom krótkiej kołdry” - zwyczajnie nie są w stanie w pełni kontrolować przestrzeni od Atlantyku po Pacyfik i zawsze trzeba liczyć się z możliwością, że „odpuszczą” jeden z teatrów na rzecz mocniejszego zaangażowania się w innym zakątku świata. Właśnie dlatego wątpię w powstanie u nas „Fortu Trump” w rozumieniu klasycznej, stałej bazy w rodzaju tych wciąż utrzymywanych w Europie Zachodniej. Znacznie wygodniej i elastyczniej jest dla USA oddelegować do Europy Środkowej mobilne siły z elementami infrastruktury, które w razie nagłej potrzeby będzie można przerzucić gdzie indziej.

Takie są realia, dobrze więc byłoby, gdyby nasi rządzący pilnowali, by koszta w pewnym momencie nie przeważyły korzyści, pamiętając o naczelnej zasadzie: nie ma strategicznych sojuszy dla słabych! Jest to o tyle istotne, że elity okołopisowskie zdają się momentami zatracać w entuzjastycznym pro-amerykanizmie wszelkie proporcje, sprawiając wrażenie, że dla podtrzymania „transatlantyckiego partnerstwa” gotowe są poświęcić wszystko inne. Tyczy się to chociażby roszczeń żydowskich i polityki historycznej (sprawa rejterady z nowelizacji ustawy o IPN) – widać było wyraźnie, że PiS za dogmat uznał, iż droga do Waszyngtonu wiedzie przez Tel-Aviv i w imię tej z gruntu błędnej doktryny gotów był inwestować bez końca w fikcję „sojuszu” i „przyjaźni” z Izraelem, nie przyjmując do wiadomości, że środowiska żydowskie i państwo izraelskie są co najwyżej „sojusznikiem naszego sojusznika” - i nic ponadto. Na szczęście okazało się, że Amerykanie potrafią liczyć i gotowi są sprzedawać nam gaz i broń niezależnie od naszych napiętych stosunków z Żydami, o czym dobitnie świadczy wizyta Andrzeja Dudy – wbrew apelom niektórych politycznych środowisk w USA, by zaangażowanie amerykańskie w Polsce uzależnić od spełnienia przez nas ustawy 447. Jak ujęła to trafnie dr Ewa Kurek w kontekście ekshumacji w Jedwabnem – Ameryka nie poświęci swych interesów dla kilku żydowskich kości. Zwróćmy uwagę, że nawet ambasador Mosbacher od niedawna jakby przystopowała swą aktywność. Pozostaje mieć nadzieję, że wydarzenia ostatnich miesięcy, w tym postawa państwa żydowskiego, otrzeźwiły kilka głów i od tej pory zaczniemy się wykazywać większą asertywnością – tym bardziej, że temat roszczeń niechybnie powróci jesienią.

Kolejna rzecz – Stany Zjednoczone zainteresowane są obecnością w Trójmorzu, widząc w nim „swoją” przestrzeń równoważącą niemiecką dominację na kontynencie i główny rynek zbytu dla swojego gazu łupkowego. To wielka szansa dla nas – możemy stać się bowiem „hubem” dla amerykańskiego surowca, tak jak Niemcy dla rosyjskiego. I właśnie to może USA związać z nami silniej, niż jakikolwiek „Fort Trump” (który, nawiasem, jeżeli powstanie, to właśnie dla ochrony amerykańskich szlaków handlowych i infrastruktury przesyłowej na linii północ-południe). Jeżeli uda się to osiągnąć za cenę kupna F-35, to z góry można powiedzieć, że było warto. Przy okazji – prezydentowi Dudzie towarzyszyła w Waszyngtonie prezes Banku Gospodarstwa Krajowego, współtworzącego od niedawna Fundusz Trójmorza, mający realizować inwestycje infrastrukturalne.


IV. Niełatwy bilans

Jak zatem ocenić bilans naszego sojuszu? Nie ma tu łatwej odpowiedzi – daleki jestem zarówno od bezkrytycznego entuzjazmu, jak i katastrofizmu wieszczącego zagładę Polski, w których lubują się miłośnicy stawiania uproszczonych, radykalnych tez. Wbrew pozorom, wiele zależy tu od nas samych – czy będziemy w stanie prowadzić racjonalną politykę, wyciągając z naszego położenia maksimum korzyści i nie oddając więcej, niż jest to absolutne konieczne – chociażby nie pozwalając wplątać Polski w wiszącą na włosku wojnę z Iranem, co będzie dla nas testem podmiotowości równie ważnym, jak kwestia żydowskich roszczeń. Zagrożenia niezmiennie pozostają dwa: Rosja i Niemcy dążące do sfederalizowania Europy oraz powołania współczesnego Waffen-SS pod pozorem „europejskiej armii”. Dopóki USA tutaj są – jesteśmy chronieni. Rzecz w tym, że ochrona ta nie jest dana na zawsze i nie możemy na niej poprzestawać. Naszym zadaniem na najbliższe lata jest wykorzystanie sprzyjającej koniunktury do wzmocnienia własnego potencjału, tak byśmy byli zdolni ochronić się sami, gdy Ameryka zechce się z jakichś powodów wycofać – a to, jak uczy historia, również ta najnowsza, prędzej czy później nastąpi.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sojusznik czy lokaj?

Sojusznik czy wasal?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 08 (Lipiec 2019)

czwartek, 22 kwietnia 2010

Różowe berety.


Geje w US Army? Ja bym ich zagospodarował…

Pół żartem, pół serio - czyli mały oddech od krajowej bieżączki:

Jak donoszą mediodajnie, amerykańscy geje są wściekli na Obamę, gdyż ten, wbrew przedwyborczym zapowiedziom nie zniósł obowiązującej w amerykańskiej armii od czasów Clintona zasady: „nie pytaj, nie mów”. Oznacza ona, że przełożeni nie mogą pytać o orientację seksualną swych podkomendnych, ci zaś ze swojej strony nie mogą się publicznie ujawniać ze swym homoseksualizmem.

Cóż, rozwiązanie tego nabrzmiałego problemu jest wg mnie proste jak drut, i aż dziwne, że Obama nie wpadł na nie do tej pory. Najrozsądniej byłoby bowiem sformować w ramach US Army specjalną, gejowską jednostkę, nazywając ją, dajmy na to, „Różowe Berety”. Jednostkę tę należałoby po przeszkoleniu wysłać ciupasem do Afganistanu w charakterze spec – komanda z zadaniem ostatecznej rozprawy z talibami. I szeroko ten fakt rozpropagować, tak by afgańscy brodacze wiedzieli z kim mają sprawę.

Nie wiem, jak Koran zapatruje się na kwestię śmierci islamskiego bojownika z rąk pederasty, przypuszczam jednak, że w „talibańskiej” interpretacji jest ona nie mniej hańbiąca, niż śmierć zadana przez kobietę. Tak się bowiem składa, że w tamtejszej kulturze homoseksualista (nieważne – czynny czy bierny), przez swe praktyki degraduje się do statusu kobiety właśnie. Należy zatem domniemywać, że islamiści, dla których wizja pośmiertnego Raju z hurysami jest jedną z podstawowych motywacji do walki w imię Allacha, na widok „Różowych Beretów” dadzą czym prędzej drapaka, tak jak kilkadziesiąt lat temu Arabowie na widok kobiet w izraelskiej armii.

I nagle, o dziwo, może się okazać, że „nierozwiązywalny” problem Afganistanu można przeciąć za pomocą prostego triku, bazującego na silnie zakorzenionym kulturowo - religijnym tabu.

Pozostaje tylko pytanie, czy amerykańscy geje chcą wstępować do armii by walczyć, czy po prostu lubią twarzowe mundury i upojne noce w koszarach pełnych młodych, przystojnych chłopaków…

Gadający Grzyb


P.S. Tak już całkiem poważnie. Oczywiście, nie mam złudzeń, że armia jest dla homoaktywistów kolejnym ideologicznym przyczółkiem do zagospodarowania, zgodnie z taktyką małych kroków. Wprowadzenie zasady „nie pytaj, nie mów” było krokiem pierwszym. Teraz przyszła pora na krok następny. Co nie oznacza, by nie wysyłać ewentualnych gejowskich oddziałów na pierwszą linię w najgorętszych punktach świata. Zawsze można byłoby powiedzieć – chcieliście, to macie…

http://www.rp.pl/artykul/2,464665.html


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

sobota, 10 października 2009

Zabawy z Noblem.


Najwyższy czas, by przestać przejmować się tą nagrodą i zacząć ją traktować jako kolejny element lewicowego folkloru.

Trudno na poważnie komentować decyzję odnośnie przyznania Obamie pokojowego Nobla. Przez chwilę miałem ubaw po pachy, potem machnąłem ręką, traktując całą hecę, jako kolejny objaw pomroczności jasnej trapiącej Norweski Komitet Noblowski.

Dziś wesołość cokolwiek mi przeszła - przynajmniej na tyle, bym mógł podzielić się kilkoma spostrzeżeniami co do upadku tej niegdyś prestiżowej nagrody.

1) Nagroda branżowa.

Pokojowy (ale też i literacki) Nobel od wielu lat degradował się do poziomu „branżowego”, wewnątrzlewicowego wyróżnienia, którym skandynawscy lewacy obdarowują lewaków z innych zakątków globu. Po hodowczyni drzew (kto dziś pamięta jej nazwisko?), nawiedzonym ekologu – niedoszłym prezydencie (obecnie zbijającym kasę na handlu kwotami CO2 – Al. Gore, 2007) i prezydencie byłym, który pogrążył USA w jednej z najgorszych depresji w dziejach (Carter - 2002), przyszedł czas na postępowego fircyka, którego jedyną zasługą jest to, że dużo i gładko gada w odpowiednim duchu, czym „zmienia klimat dyplomacji”. Krótko mówiąc, jest to nagroda za ogólną postępowość, no i za to, że Obama nie jest białym republikaninem.

2) Narzędzie presji.

Nobel „za nic” dla Obamy jest zarazem sprytnym zabiegiem obliczonym na wywieranie przez światowe lewactwo permanentnej presji na Stany Zjednoczone. Nic bowiem nie doprowadza do szału lewicowych salonów bardziej, niż silna i stanowcza Ameryka, promieniująca na zewnątrz swymi tradycyjnymi wartościami, niczym reaganowskie „lśniące miasto na wzgórzu”. W ich zaczadzonej ideologią nowomowie nazywa się to bowiem „imperializmem”. Dlatego lewactwo po dziś dzień reaguje furią na wspomnienie Ronalda Reagana, który doprowadzając do upadku „imperium zła” przysłużył się pokojowi bardziej niż jakikolwiek polityk XX stulecia. I dlatego, na złość, postanowiono w 1990 r. wyróżnić ostatniego przywódcę obalonego imperium – genseka Michaiła Gorbaczowa. Podobnie, na złość Bushowi, przyznano w 2002 r. nagrodę Carterowi, przez którego wolny świat omal nie przegrał Zimnej Wojny.

W tym sensie zatem, Nobel dla Obamy ma być narzędziem pacyfikującym Amerykę, prewencyjną pułapką wiążącą ręce, ilekroć Umiłowanemu Przywódcy przyszłaby do głowy jakakolwiek wykraczająca poza gadanie reakcja np. w kwestii Rosji, Korei Płn., Bliskiego Wschodu, czy Iranu.

Swoją drogą, ciekawe czy Komitetowi poszła w smak „imperialistyczna” fraza z przemówienia Obamy, że nagrodę traktuje jako potwierdzenie przywódczej roli Ameryki we współczesnym świecie…

3) Nobel dla Kennedyego.

Wreszcie, rozbrojenie. Jeżeli wpływ na decyzję Oslo miała rezygnacja z projektu tarczy antyrakietowej, to nie pojmuję, czemu pokojowego Nobla nie otrzymał Władimir Putin, który od samego początku krzyczał głośno „Niet!” i deklarował swe „rozbrojeniowe” stanowisko w tej materii o wiele bardziej zdecydowanie od meandrującego chwilami (jak zresztą niemal we wszystkim) Obamy.

A bardziej serio: potraktowano Obamę jak uwspółcześnioną wersję J.F. Kennedyego, który tak wiele gadał o rozbrojeniu, że rozzuchwalony tym Chruszczow, słusznie wyczuwając w nim mięczaka, rozmieścił rakiety na Kubie, co omal nie doprowadziło do wybuchu III wojny światowej. Kennedy jest obecnie lewicowym świętym, uwielbianym za rozwiązanie konfliktu, do którego sam doprowadził swą nieudolną, spolegliwą wobec Sowietów polityką.

J.F.K. nie zdążono przyznać Nobla, błąd więc naprawiono, dając nagrodę jego zupgradeowanej, XXI – wiecznej wersji.

A tak, poza tym…

Podsumowując, najwyższy czas, by przestać przejmować się tą nagrodą i zacząć ją traktować jako kolejny element lewicowego folkloru. Komitet Noblowski wygłupił się przecież nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni. Prorokuję, że w przyszłości dostarczy nam jeszcze wielu bezcennych chwil niewymuszonej radości.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

czwartek, 17 września 2009

Z ręką w nocniku.


Tusk i Sikorski w potencjalnie zbrodniczy sposób pograli sobie kwestią naszego narodowego bezpieczeństwa.

Spełnione obawy.

Ledwie przedwczoraj, analizując ogrom beznadziei polityki zagranicznej rządu Tuska, napisałem:

„Obama – zdeklarowany przeciwnik tarczy antyrakietowej skwapliwie wykorzystał prezent, jakim było sabotowanie procesu ratyfikacyjnego przez Platformę i w zasadzie otwarcie wycofał się z projektu, zaś kwestie bezpieczeństwa postanowił uzgadniać bezpośrednio z Moskwą, nie zawracając sobie głowy jakąś tam Polską, czy innymi kraikami środkowej i wschodniej Europy. To, że się na tym ostatecznie przejedzie, jak niegdyś Roosevelt, czy inny Carter, nie zmienia faktu naszej marginalizacji.”


Dziś – proszę, spełniło się co do joty. Tusk z Radkiem Sikorskim negocjowali tak „twardo” i „nie na kolanach”, że koniec końców walnie przyczynili się do uwalenia projektu. Teraz widać, jak niewybaczalnym grzechem był brak ratyfikacji umowy o tarczy jeszcze za kadencji Busha. Gdyby to nastąpiło bez durnych targów o jakąś baterię patriotów, która jest nam tak naprawdę na plaster, gdyż nawet uzbrojona, nie byłaby w stanie niczego uchronić, Obamie byłoby o wiele trudniej zerwać umowę, bez wywoływania skandalu.

Zmarnowana szansa.

Zmarnowaliśmy krótki okres koniunktury i niepowtarzalną szansę na przełamanie post-zimnowojennego status quo wg. którego, zgodnie z życzeniem Rosji, na terenie byłych demoludów, nie wspominając już o dawnych republikach, miało nie być żadnych natowskich, czy amerykańskich wojskowych baz, tudzież innych militarnych instalacji.

Zresztą, patrząc na nieszczególne miny Tuska, czy Sikorskiego, którzy pijarowską gadaniną starali się przykryć to, co się stało, chyba nawet oni nie spodziewali się tak drastycznego ucięcia tematu przez Obamę. Dla medialnego poklasku, dla antykaczystowskiego pijaru, dla kilku uśmiechów zagranicznych stolic, obaj panowie w potencjalnie zbrodniczy sposób pograli sobie kwestią naszego narodowego bezpieczeństwa. Teraz zostaliśmy z niczym, a na Kremlu polewają wódkę i szampanskoje. Rosyjskie MSZ już nie omieszkało wyrazić radości z takiego obrotu sprawy. Zarówno rodzimi, jak europejscy „antyamerykaniści” również zacierają ręce.

Autarkiczne mrzonki.

Pozwolę sobie jeszcze na kilka uwag skierowanych do tych, którzy obecność u nas tarczy i amerykańskiej bazy przyrównywali do Układu Warszawskiego, okupacji, sowieckich baz w Polsce itd.(na „Niepoprawnych” niekiedy też pojawiały się takie głosy):

- Obecność wojsk sojuszniczych za naszą zgodą, regulowana stosownymi zapisami w umowie, to coś diametralnie innego od okupacyjnych wojsk sowieckich, narzuconych nam wbrew woli. Różnica jest taka jak między ZSRR czy Rosją a Stanami. Jeżeli ktoś nie widzi różnicy, to doprawdy… tłumaczenie tych oczywistości przypominałoby rozmowę ze ślepym o kolorach.

- Państwa, w których stacjonują wojska amerykańskie jakoś nie czują się zniewolone i nie palą się do tego, by Amerykanów wyrzucać. Niemcy, Włochy, Belgia, Korea Pd., Japonia… czy to są kraje okupowane? Doskonale wiedzą, że USA siłą rzeczy będą bronić terytoriów na których stacjonują „amerykańscy chłopcy”.

- Zwolennicy swoistej „militarnej autarkii” Polski nie chcą zauważyć, że nie jest możliwe na dłuższą metę funkcjonowanie bez stabilnych polityczno – militarnych sojuszy. Owszem, sojusze (również sojusz z USA) same z siebie nie gwarantują bezpieczeństwa, siły zbrojne należy wzmacniać (jest tu wiele do zarzucenia kolejnym naszym rządom), ale należy to czynić równolegle ze wzmacnianiem sojuszniczych więzi, a nie zamiast.

Teraz, co by Obama, tudzież Sikorski z Tuskiem nie gadali, fundamentalny dla naszego bezpieczeństwa projekt wylądował w koszu. Wszelkie ersatze proponowane przez Waszyngton i podchwytywane u nas w celu ratowania twarzy, to mydlenie oczu. Fiasko tarczy zrozumiał doskonale premier Czech i przyznał to otwarcie w swym wystąpieniu. Naszych niedorobionych politycznych piłkarzyków nie było stać nawet na to.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

www.niepoprawni.pl/blog/287/zamalowani-do-kata

www.niepoprawni.pl/blog/287/gdzie-nas-ma-obama

www.niepoprawni.pl/blog/287/rosja-czyli-ober-szef-nato

środa, 16 września 2009

Zamalowani do kąta.






Rząd Donalda Tuska w obszarze polityki zagranicznej zamalował się do kąta.

Niedawne korowody w kwestii zaproszenia polskiej delegacji na obchody rocznicy obalenia muru berlińskiego ostatecznie negliżują fiasko polityki zagranicznej gabinetu Donalda Tuska. Przypomina się stary dowcip o facecie, który tak mądrze malował podłogę, że w efekcie zamalował się do kąta. Z polityką zagraniczną tandemu Tusk – Sikorski jest identycznie. Tak bardzo pragnęli udowodnić, zarówno w kraju, jak i za granicą, że literalnie we wszystkim są anty – PiSem, iż koniec końców, pozbawili się wszelkiej możliwości manewru.

Założenia.

Jak to miało być? Polska miała powrócić do „głównego nurtu europejskiej polityki” z której rzekomo wypchnęli ją awanturniczy bliźniacy. Mieliśmy poprawić stosunki z Rosją i Niemcami, zniszczone przez tychże bliźniaków. Z USA mieliśmy przestać „rozmawiać na kolanach”, co czynili… wiadomo kto.

Lista zaniechań.

Efekty? „Pozostawanie w głównym nurcie” okazało się być de facto rezygnacją z suwerennej polityki zagranicznej. Nasze poczynania stały się wypadkową tego co urodzi się między Moskwą, Berlinem a Brukselą. Z agendy zniknęły wszelkie żywotne dla nas, acz „kontrowersyjne” tematy, których podnoszenie mogłoby wywołać irytację w którejś z wymienionych stolic. Bezkrytycznie podżyrowaliśmy traktat lizboński. Zrezygnowaliśmy z roli lidera regionu, gdyż to nie podobało się ani w Rosji, ani w Niemczech. Wycofaliśmy się z polityki historycznej i to w momencie, gdy nasi najwięksi sąsiedzi uprawiają ją na potęgę, widząc w niej narzędzie do osiągania całkiem wymiernych doraźnych celów. Solidarność energetyczna w ramach UE? Brak danych co do podejmowanych działań w tej materii. Sprzeciwów wobec Gazociągu Północnego ze strony rządu też nie słyszę. Czy próbujemy zawiązać jakieś polityczne sojusze, które choć w części równoważyłyby hegemonię wielkich państw w UE połączoną z coraz śmielej wkraczającą do Europy Rosją? Nie próbujemy. Na tarczy antyrakietowej też postawiliśmy krzyżyk, znakomicie ułatwiając Obamie wycofanie się z tego projektu. Przykłady można by mnożyć.

Olewka.

Na dzień dzisiejszy, jesteśmy totalnie lekceważeni. Kanclerz Merkel bez żenady umizguje się do steinbachowców, mając gdzieś nasze zdanie. Budowę Gazociągu Północnego posuwa do przodu z pełną determinacją, nawet nie udając, że interesuje ją opinia Polski. Obchody obalenia muru berlińskiego, pomyślane jako koncert mocarstw, wyraźnie pokazują nasze miejsce w szeregu. Jeżeli zostaniemy doproszeni, to „na przyczepkę” (jak Kwaśniewski w Moskwie) i jestem dziwnie spokojny, że o naszym wkładzie w obaleniu komuny („Solidarność”, Jan Paweł II) będzie cichuteńko. Obowiązywać będzie zapewne wykładnia, według której komunizm obalili Gorbaczow z Kohlem. Koniec kropka.

O Rosji nawet nie chce się mówić. Orgia kalumnii, która miała miejsce w okolicach 1-go Września i gazowy dyktat przed którym nas postawiono mówią same za siebie. Pisałem już o tym wcześniej.

Obama – zdeklarowany przeciwnik tarczy antyrakietowej skwapliwie wykorzystał prezent, jakim było sabotowanie procesu ratyfikacyjnego przez Platformę i w zasadzie otwarcie wycofał się z projektu, zaś kwestie bezpieczeństwa postanowił uzgadniać bezpośrednio z Moskwą, nie zawracając sobie głowy jakąś tam Polską, czy innymi kraikami środkowej i wschodniej Europy. To, że się na tym ostatecznie przejedzie, jak niegdyś Roosevelt, czy inny Carter, nie zmienia faktu naszej marginalizacji. Ostentacyjna olewka uroczystości 1-go Września była aż nadto wyraźnym okazaniem, gdzie się znajdujemy w hierarchii amerykańskich priorytetów.

Do cholery, te mięczaki podlizują się nawet robiącej bokami Ukrainie i w imię „niezadrażniania stosunków” nie reagują w sprawie nierównomiernego traktowania polonii, fałszowania historii, rehabilitacji banderowców, milczą o wołyńskim ludobójstwie…

Słodycze dla grzecznych dzieci.

A więc jesteśmy grzeczni, układni, mili, nie zadrażniamy stosunków… Co otrzymujemy w zamian? Cukierki. A to wybiorą nam „bezkonfliktowego” (czytaj – „ciepłe kluchy”) Buzka na przewodniczącego PE (aj, waj – całe pół kadencji). A to łaskawie nawiedzi nas Putin w entourageu cara wizytującego pośledniejszą prowincję. A to w miarę licznie zjawią się na obchodach inni szefowie państw (po to, by spotkać się z Putinem). A to otrzymamy Patrioty, co do których nie wiadomo czy będą uzbrojone i czy cokolwiek obronią. A to pochwali nas Bruksela, za to, że jesteśmy, mówiąc Rostowskim, „na lekkim zerze”… Coś jeszcze? Nie słyszę… Doprawdy, łaski i splendory spływają na nas niesłychane.

Wirtualne sukcesy.

Rząd i różne reżimowe mediodajnie potrzebują na gwałt jakichś osiągnięć, w charakterze pożywki do nieustającej propagandy. Rozdmuchuje się zatem wymienione wyżej słodycze do niebosiężnych rozmiarów, wmawiając niezorientowanej gawiedzi, że właśnie tak prowadzi się zrównoważoną i odpowiedzialną politykę zagraniczną. I, że na arenie międzynarodowej kroczymy od sukcesu do sukcesu.

Zamalowani.


Rząd stał się zakładnikiem własnej „antykaczystowskiej” retoryki. A, że retoryka i pijar są samą treścią jego działań, pozbawił się tym samym wszelkiej możliwości manewru. Teraz, nawet gdyby Tusk z Sikorskim chcieli (w co wątpię), zwyczajnie nie mogą wycofać się z tego, co uprawiają obecnie pod szumną nazwą polityki zagranicznej. Przerwanie pasma upokorzeń wiązałoby się z koniecznością zdecydowanego artykułowania naszych interesów, a to byłby grzech niewybaczalny, oznaczający wejście w buty „awanturników” Kaczyńskich, co z miejsca poskutkowałoby utratą sympatii przeróżnych wpływowych lobbies. Nie ma co, zamalowali się chłopaki na amen. Obym był złym prorokiem, ale długofalowe skutki tej niby – polityki, złożonej z pasma zaniechań, możemy odczuwać przez dziesięciolecia.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Moje ostatnie teksty o zbliżonej tematyce:

www.niepoprawni.pl/blog/287/czy-dokarmimy-rosje

www.niepoprawni.pl/blog/287/gdzie-nas-ma-obama

www.niepoprawni.pl/blog/287/medialni-frajerzy

www.niepoprawni.pl/blog/287/dokarmimy-rosje