Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tusk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tusk. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 czerwca 2017

Pod-Grzybki 100

Proszę Państwa, to już okrągłe, setne „Pod-Grzybki”. Ja w międzyczasie wprawdzie zrobiłem się nieco starszy i brzydszy, za to „Polska Niepodległa” jest coraz ładniejsza, co w sumie jestem skłonny zaakceptować. A zatem, jubileuszowo składam sobie życzenia tego i owego – a od przyszłego tygodnia zaczynamy nową setulę!


*

Polska została właśnie niestałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ. Głosowało za nami 190 państw, przy zeru głosów sprzeciwu. Teraz czekam, aż Mark Dekan z Ringier Axel Springer wyśle do swych podwładnych z tutejszych polskojęzycznych mediów cotygodniowy okólnik o treści: „Real Madryt kontra Juventus Turyn 4:1 – co to był za mecz! Jednak nie te rozgrywki zasłużyły na miano starcia tygodnia. Ta kategoria należała do Polski i polskiego rządu, który wygrał na arenie światowej 190:0! Razem z rządem Beaty Szydło wygrali Polacy...” - i tak dalej. Prawda, że tak właśnie Pan uczyni, Panie Dekan?


*

Z okazji Dnia Dziecka jak co roku odbyła się dość żenująca impreza o nazwie „Sejm Dzieci i Młodzieży”. Z reguły przy tej okazji lał się z mównicy jakiś nieznośny, euro-poprawny bełkot, odbierający ze szczętem wiarę w młode pokolenie – lecz nie tym razem. Ku zgrozie sił postępu jakiś – używając określenia Michnika - „gówniarz” podarł flagę Unii Europejskiej dodając za Katonem, że „UE powinna zostać zniszczona”. Zareagował na to Adam Szostkiewicz z „Polityki” dramatycznie pytając: „A gdyby chłopak podarł godło Polski?”. Odpowiem nieśmiertelną kwestią: „A gdyby tutaj staruszka przechodziła do domu starców, a tego domu wczoraj by jeszcze nie było, a dzisiaj już by był, to wy byście staruszkę przejechali, tak? A to być może wasza matka!”.


*

Na szczycie G-7 Macron, chcąc przełamać opór Trumpa wzdragającego się przed przystąpieniem do wojny z klimatem, ogłosił patetycznie: „uczyńmy naszą planetę znów wielką!”. Hm, takie zawołanie bardziej pasowałoby mi do Imperatora z „Gwiezdnych wojen” - „uczyńmy Galaktyczne Imperium znów wielkim”, czy coś w tym guście. Wychodzi więc na to, że Trump sprzeciwiając się globalnemu ekologizmowi i patronującym mu światowym (wszechświatowym?) elitom polityczno-biznesowym wciela się w rolę Luke'a Skywalkera. Skoro tak, to „may the Force be with you”, mr Luke!


*

W ostatnich dniach, za sprawą upublicznionych wyników kolejnych ekshumacji ofiar tragedii smoleńskiej, dowiedzieliśmy się tego, czego dotąd tylko się domyślaliśmy. I w tym momencie PO postanowiła uruchomić narrację, że tak naprawdę, to osobne groby były błędem i należało wszystkich pochować w zbiorowej mogile – niczym w sowieckich „dołach śmierci”. Na to zbydlęcenie mam tylko jedną odpowiedź. Wspólna mogiła? Znakomity pomysł. Chętnie w niej pochowam – na metr w głąb - Tuska i Kopacz, jeśli tylko zechcieli by na chwilę położyć się obok siebie, może jeszcze z Grasiem, Sikorskim i Arabskim do kompletu. Nie muszą nawet fatygować się umieraniem przed pochówkiem – to już zrobi się samo, po zakopcowaniu.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (07-13.06.2017)

czwartek, 4 września 2014

Tonący WSI się chwyta

Jeżeli tylko PiS mądrze poprowadzi rozgrywkę, to komisja szybko zacznie pracować na jego korzyść.

I. Sikorski jako... likwidator WSI

Zastanawiam się w jakiej desperacji musi być tonąca na naszych oczach Platforma, skoro postanowiła chwycić się takiej brzytwy, jak komisja badająca rozwiązanie WSI. Na zdrowy rozum, dla własnego dobra akurat ta władza powinna omijać temat WSI szerokim łukiem, ale nie – postanowiła, mówiąc Sikorskim, „za...ć PiS komisją specjalną w sprawie Macierewicza”. Nie wiem, ile wina za 820 zł zdążył wlać w siebie Radosław Sikorski, zanim objawił Rostowskiemu tę myśl skrzydlatą i w jakim był stanie gdy o takową spec-komisję molestował Tuska, ale że co najmniej sprawy nie przemyślał, to jasne jak słońce na niebie. Tak się bowiem składa, że w momencie, gdy decydowały się losy WSI, to właśnie Radosław Sikorski był Ministrem Obrony Narodowej w rządzie PiS – najpierw Marcinkiewicza, potem zaś Jarosława Kaczyńskiego - i pozostawał nim w trakcie całego procesu likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych. Wystarczy przypomnieć daty: szefem MON został 31.10.2005, był nim również 24.05.2006 kiedy Sejm głosował ustawę o rozwiązaniu WSI, do dymisji zaś podał się dopiero 05.02.2007 roku – na niespełna dwa tygodnie przed ogłoszeniem „Raportu o działaniach żołnierzy i pracowników WSI” (16.02.2007), same WSI natomiast ostatecznie zlikwidowano pięć miesięcy wcześniej – 30.09.2006.

Żeby było ciekawiej, w tym okresie Antoni Macierewicz pozostawał formalnie podwładnym Sikorskiego! Macierewicz wiceministrem Obrony Narodowej i likwidatorem Wojskowych Służb Informacyjnych był od 21.07.2006 i pełnił tę funkcję do 04.10.2006, kiedy to został szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Podsumowując – likwidację WSI przeprowadzono od początku do końca za ministerialnej kadencji Radosława Sikorskiego i to on w pierwszej kolejności jako zwierzchnik resortu jest za nią odpowiedzialny. Jeśli potem rozdzierał szaty nad amatorszczyzną i niekompetencją Macierewicza, to warto zadać pytanie, gdzie jako przełożony Macierewicza był, gdy jego podwładny rzekomo „niszczył” wojskowe służby specjalne? Czy Sikorski wiedział, co dzieje się w jego resorcie, czy też poświęcał się wyłącznie autopromocji? A jeśli był pozbawionym wpływu na cokolwiek figurantem, to w imię czego przez tyle czasu trzymał się fikcyjnego stołka?

II. Pytania do spec-komisji

Powyższe to tylko jedna z wielu kwestii jakie warto by poruszyć po powołaniu sejmowej komisji ds. „zaj...ania” PiS i Macierewicza. Poza tym, rad bym się dowiedzieć choćby tego, czym kierował się Donald Tusk jako przewodniczący Platformy Obywatelskiej i szef jej klubu parlamentarnego, kiedy PO (za wyjątkiem Komorowskiego) głosowała 24.05.2006 za rozwiązaniem WSI? Czy powodowała nim chęć oczyszczenia państwa z patologii, czy przeciwnie – sądził, że będzie to tylko taka kosmetyka, zmieni się służbowy szyld, a „sprawdzeni fachowcy” zostaną? A czym kierował się Bronisław Komorowski głosując jako jedyny przeciw likwidacji tej filii GRU w Polsce? I dlaczego w 2010 roku były zwierzchnik WSI, gen. Marek Dukaczewski deklarował, że chłodzi szampana w oczekiwaniu na prezydenckie zwycięstwo Komorowskiego? Ten sam Dukaczewski, którego palikociarnia zgłaszająca obecnie z poparciem PO i rządu Tuska wniosek o spec-komisję, chciała umieścić jako swojego „doradcę” w sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych? I który jeszcze do 14.12.2005 jako szef WSI zdążył być podwładnym ministra Sikorskiego nadzorując spapraną operację „Kandahar” vel „Zen”?

Może również dowiemy się czegoś więcej o „aferze marszałkowej”? Dlaczego ówczesnemu marszałkowi Sejmu, Bronisławowi Komorowskiemu, tak zależało na przejęciu tajnego aneksu do raportu z weryfikacji WSI? Co tak naprawdę działo się w układzie Komorowski-Graś-płk. Leszek Tobiasz-płk. Aleksander L.-Krzysztof Bondaryk? I dlaczego postanowiono wrobić w wątek korupcyjny dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego, którego proces trwa do dziś? Dlaczego Tobiasz „zatańcował się na śmierć” akurat wtedy, gdy miano doprowadzić go do sądu w celu złożenia zeznań? Z innej beczki – może usłyszymy coś o agenturze w mediach? I jak się ona przekładała i nadal przekłada na orkiestrowane seanse nienawiści? Dlaczego pani dziennikarka „Stokrotka” dostała takich spazmów, gdy nazwał ją w ten sposób prezydent Lech Kaczyński? I może jeszcze – dlaczego MON prowadził procesy wytaczane przez „poszkodowanych” oficerów WSI tak by je seryjnie przegrywać, narażając Skarb Państwa na straty? To garść najbardziej narzucających się pytań, które potencjalnie mogą przestawić prace komisji na zgoła nieprzewidziane przez jej pomysłodawców tory.

III. Rozegrać komisję

Jeżeli tylko PiS mądrze poprowadzi rozgrywkę, to komisja szybko zacznie pracować na jego korzyść. Przede wszystkim, Antoni Macierewicz wraz ze swymi współpracownikami z komisji weryfikacyjnej powinni wystosować oświadczenie z apelem, by wezwano ich w pierwszej kolejności, aby mogli publicznie przedstawić posiadane przez siebie informacje, choćby te znajdujące się w słynnym „Aneksie”. Tym samym, który był podglebiem „afery marszałkowej” i w poszukiwaniu którego gorączkowo przetrząsano sejfy w Kancelarii Prezydenta i BBN-ie zaraz po Tragedii Smoleńskiej.

Oczywiście, tandem PO-Twój Ruch będzie się starał poprowadzić postępowanie w sposób znany z „komisji hazardowej” - czyli na bezczela, eksploatując głównie wątek „krzywd” doznanych przez funkcjonariuszy wojskowej bezpieki. Nie biorą jednak pod uwagę odwrócenia się sympatii społecznych. Coś co mogło ujść płazem u szczytu popularności, w epoce „ciepłej wody w kranie”, kiedy to PO „nie miała z kim przegrać” dziś już nie przejdzie. Sądzę zresztą, że Donald Tusk zdaje sobie sprawę z ryzyka i dlatego przez długi czas wzbraniał się przed powołaniem komisji. Teraz, będąc pod ścianą uznał najwyraźniej, że musi zagrać va banque. Jednak wiedza upubliczniona przez osoby zaangażowane w proces likwidacji „długiego ramienia Moskwy” wystarczy, by Platforma na własne życzenie zawiesiła sobie kamień młyński u szyi.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 35 (01-07.09.2014)

niedziela, 28 października 2012

Galwanizacja Tuska

Tusk jest już politycznym zombie, tylko jeszcze o tym nie wie i niczym zdechła żaba galwanizuje się „pijarem”.

I. Kryzys Dyktatury Matołów

Dzisiaj powyzwierzęcam się jeszcze trochę nad postępującym upadkiem PO i Tuska osobiście, kontynuując niektóre wątki z poprzednich tekstów (lista pod notką). A co – Ober Matoł znęca się nad nami wszystkimi od pięciu lat, to i ja sobie pozwolę.

Na początek może wyjaśnię jednak skąd ten „Ober-Matoł” i „Dyktatura Matołów”, których to terminów staram się konsekwentnie używać. Sądziłem, że wszyscy zakumają, ale jednak co jakiś czas spotykam się z uwagą, że niepotrzebnie używam tak dosadnych sformułowań, bo odbiera to tekstowi powagę, osłabia przekaz itd. Otóż, „Dyktatura Matołów” to oczywiście nawiązanie do „dyktatury ciemniaków” Kisiela, (którym to mianem mistrz felietonu określił reżim Gomułki, za co dostał w jakiejś bramie solidny wycisk od tzw. „nieznanych sprawców”), połączone z kibolskim okrzykiem „Donald matole...”, za wznoszenie którego można obecnie od Niezawisłego Sądu zainkasować kilkusetzłotową grzywnę. No, a skoro mamy „Dyktaturę Matołów”, to któżby miał stać na jej czele, jak nie „Ober-Matoł”?

Obecnie jednak niedawna potęga Dyktatury zaczyna się kruszyć i to w sposób nieodwracalny. Tyle, że Ober-Matoł zdaje się kompletnie nie rozumieć, że jego obecne problemy są konsekwencją całokształtu radosnej twórczości na stołku premiera. To się odkładało przez pięć lat... aż przeważyło „wajchę”. Tymczasem Tusk zdaje się sądzić, że to tylko potknięcie, chwilowy kryzysik, który da się jak za dawnych dobrych czasów odczarować „pijarowskim” hokus-pokus. Błąd. Ludzie już tak mają, że do pewnego momentu gotowi są bezkrytycznie wielbić swych wybrańców, by po przekroczeniu pewnej nieuchwytnej linii „przestawić wajchę” i równie emocjonalnie ich znienawidzić.

II. „Pijarowska” galwanizacja

Tusk jest już politycznym truposzczakiem, zombie, tylko jeszcze o tym nie wie. Albo inaczej – gdzieś tam w głębi duszy wie, tylko wypiera ów fakt ze świadomości i uparcie próbuje galwanizować się „pijarem”. Niczym martwa żaba podłączona do prądu porusza odnóżami, symulując procesy życiowe, ale to już tylko pozory.

Ta „autogalwanizacja” kiedyś pewnie by zadziałała. Dziś staje się żałosna. Symbolem bezradności jest próba rozhuśtania zbiorowych emocji za pomocą zapłodnienia „in wiadro”, połączona z podbechtywaniem „wzmożenia światopoglądowego” przy okazji sejmowych głosowań nad projektami aborcyjnymi. I znowu – takie budowanie dychotomii jasnogród – ciemnogród, „fajnopolacy” kontra „mohery”, kiedyś mogłoby okazać się skuteczne. Jak bardzo, pokazała prowokacja z Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, która pewnie przejdzie do annałów socjotechnicznych operacji.

Ale nie dziś. Zadymy wokół krzyża, czy odgrzewanie tematyki aborcyjno-obyczajowej mogłoby ekscytować tłumy w czasach względnej prosperity, kiedy karkówa skwierczała wesoło na grillu, a świat po kilku browarkach wydawał się zielony niczym Irlandia. Obecnie, gdy kryzys rozgaszcza się u nas na całego, a grille dawno wystygły, tego typu spory mogą w „elektoracie” budzić jedynie irytację, że rząd zamiast zajmować się realnymi problemami, marnuje czas na „pierdoły”. Na dodatek, „Tusku musisz” postanowił wyjechać w Polskę „tuskobusem”. To powtórzenie chwytu z ostatniej kampanii ledwie rok po wyborach świadczy o kompletnym wyjałowieniu. Ciekaw jestem przebiegu tych „gospodarskich wizyt”. Przypuszczam, że słynne spotkanie z „Paprykarzem” to będzie pikuś w porównaniu z tym, z czym Ober-Matoł będzie musiał zmierzyć się tym razem. Tak to już jest, że na widok zimnego rusztu przychodzi otrzeźwienie i wtedy niezawodny do tej pory „przemysł przykrywkowy” przestaje działać.

III. „Grzyb prorokował!”

Sądzę, że gdyby nie Euro2012, które zapewniło „fajnopolakom” miesiąc euforycznych igrzysk przedłużonych siłą rozpędu na okres wakacyjny, to przesilenie nadeszłoby jeszcze wcześniej. Zwyczajnie, nie dało by się ukrywać rosnących kosztów pięcioletnich nie-rządów (dość powiedzieć, że w trzech pierwszych kwartałach roku na skutek „skoku cywilizacyjnego” związanego z „inwestycjami” padło 147 firm budowlanych – najwięcej od pięciu lat!). Do tego opozycja wreszcie zaczęła zachowywać się mądrze, dywersyfikując umiejętnie przekaz „merytoryczny” i „smoleński”, a ponadto nie daje się wpuszczać w różne prowokacje. Nie do przecenienia jest również postępujące na skutek skandali ekshumacyjnych społeczne przebudzenie dotyczące Smoleńska, tym bardziej, że arsenał „smoleńskich wrzutek” i związana z nim narracja „sekty pancernej brzozy” ostatecznie się wyczerpały, o czym świadczy fiasko akcji z ruskimi zdjęciami.

Tak nawiasem mówiąc, w styczniu 2011 roku, podsumowując ponuro domykający się w ramach „katastrofy po-smoleńskiej” system, pisałem w tekście „Domknięty system (cz. II – Czas rozkładu)”:

„(...) państwo będzie nadal powoli gniło, aż odezwie się ta charakterystyczna właściwość, którą opisałem w „polskich porach roku”to samo z czym Polacy żyli przez lata nagle zacznie uwierać i przy jednym niepozornym ruchu rządu, jakich było wcześniej wiele, nagle nastąpi obudzenie. Niemniej, PO wygra następne wybory parlamentarne (te w 2011 - GG), tak jak poprzednie – prezydenckie i samorządowe – może nie miażdżąco, ale wyraźnie. Pytanie, czy dotrwa do kresu następnej kadencji?

Osobiście, kres rządów PO przewiduję na okres po Euro2012. Państwo do tej pory przegnije na tyle, że zacznie to doskwierać ludziom na różnych poziomach – nie dość, że zabraknie „chleba” to jeszcze skończą się „igrzyska”.”

Na koniec zaś dodałem:

„Tragedia smoleńska i czas „Solidarnych 2010”, którzy mieli okazję policzyć się na Krakowskim Przedmieściu i podczas wawelskiego pogrzebu ma (...) potencjał duchowej bomby z opóźnionym zapłonem. To kiedyś da o sobie znać. Kiedy? Jak zwykle u Polaków – w najmniej spodziewanym momencie.”

Pomału wychodzi na moje. Jakby co, możecie mówić, trawestując Rocha Kowalskiego: „Grzyb prorokował!” ;)

IV. Ober-Matołowi na pociechę

Poprzedni tekst („Krach anty-smoleńskiej narracji”) zakończyłem słowami: „Dyktaturze Matołów pozostało już tylko rozhuśtywanie zbiorowych emocji sprawami obyczajowymi, w nadziei na ożywienie społecznych podziałów. Ale ta wysilona żenada to ostatnie podrygi. Już niedługo...” … i – dodaję teraz - ta galwanizowana żaba przestanie się ruszać.

Cóż, na pocieszenie Ober-Matołowi zostaje przynajmniej świadomość, że niedawno „ministra” Mucha oddała się mu „do dyspozycji”. Ja tam wprawdzie owego „oddawania się” nie podglądałem, więc nie wiem jakie tam odchodziły konfiguracje i czy przy okazji skapnęło coś także temperamentnemu „konserwatyście” Gowinowi. Mam jednak nadzieję, że żadnemu z panów nie odpadło mężydło.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na zbliżony temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/wielowektorowy-przekaz-pis-u

http://niepoprawni.pl/blog/287/przed-drugim-expose-tuska

http://niepoprawni.pl/blog/287/symptomy-wajchy

http://niepoprawni.pl/blog/287/krach-anty-smolenskiej-narracji

piątek, 5 października 2012

Śladami Wielkiego Brata

...czyli putinowskie inspiracje Dyktatury Matołów.

I. „Porzundek” musi być!

To symboliczne, że kilka dni po największej demonstracji w historii III RP, jaką był marsz „Obudź się Polsko!”, Wielki Strażnik Żyrandola z ramienia Dyktatury Matołów, prezydent Komorowski, podpisał nowelizację ustawy o zgromadzeniach, która w znaczącym stopniu ogranicza tę jedną z podstawowych swobód obywatelskich.

Przypomnijmy dla porządku, że ustawa m.in. umożliwia władzom lokalnym zakazanie dwóch lub więcej demonstracji w tym samym miejscu i czasie, jeśli uznają, że nie jest możliwe ich oddzielenie, lub że może prowadzić to do zagrożenia zdrowia, życia lub mienia. Jak łatwo zauważyć, kryterium uznaniowości jest tu na tyle szerokie, że będzie można zakazać demonstracji pod byle pretekstem. Ach, zgłoszenie należy dostarczyć właściwemu organowi gminy najwcześniej na 30 a najpóźniej do 3 dni roboczych przed planowanym terminem zgromadzenia.

Ponadto, nowelizacja przewiduje kary grzywny dla przewodniczącego zgromadzenia, jeśli nie przeciwdziała naruszeniom porządku publicznego, a także dla demonstrantów, którzy nie podporządkują się poleceniom przewodniczącego. Zastanówmy się – jakież to możliwości „przeciwdziałania” ma „przewodniczący zgromadzenia” na kiludziesięcio-, czy kilkusettysięcznej demonstracji? Każdy, kto próbował zapanować choćby nad kilkudziesięcioosobową grupą ludzi wie, że jest to zwyczajnie niemożliwe, nawet, jeśli ma im grozić jakaś kara za niesubordynację. Bo taka kara na masowym spędzie będzie siłą rzeczy fikcją – ewentualni zadymiarze rozbiegną się na cztery wiatry, a na pobojowisku zostanie „przewodniczący”, na dodatek doskonale znany organom z personaliów, jako twarz całego zamieszania. Wymarzone pole do działania dla wszelkiej maści prowokatorów, a co potrafią, mogliśmy się przekonać podczas zeszłorocznego Marszu Niepodległości.

Dodajmy, że jeśli władza chce zamieszek, to zawsze uda się je wywołać, zaś przerzucenie ciężaru odpowiedzialności za utrzymanie porządku z organów do tego powołanych na organizatorów ma aspekt dwojaki. Po pierwsze, wpisuje się idealnie w logikę demontażu państwa z jaką mamy do czynienia pod rządami Tuska i jego kamaryli, po drugie zaś – stanowi potencjalnie doskonałe narzędzie zohydzania w powszechnym odbiorze niewygodnych politycznie „awanturników”.

Wsłuchajmy się jeszcze w spiżowy głos Kancelarii Prezydenta, głoszący iż „konstytucja w art. 57 zapewnia każdemu wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. - Nie jest to jednak wolność o charakterze absolutnym, bo może być, w zgodzie z Konstytucją, ograniczona ustawą wtedy, gdy jest to konieczne dla bezpieczeństwa lub porządku publicznego, zdrowia lub praw innych osób - podkreślono.” (cyt. za gazeta.pl).

Nowelizacja wejdzie w życie po tegorocznym Marszu Niepodległości – oficjalnie po to, by podmioty zgłaszające manifestacje były traktowane jednakowo, ja jednak pozwolę sobie zauważyć, iż tutejsze lewactwo znów skrzykuje teutońskie bojówki na zadymę, która – ośmielę się twierdzić - będzie co najmniej równie spektakularna co zeszłoroczna, by już nikt nie miał wątpliwości, że wystarczy tego bezhołowia i w kwestii ograniczania prawa do zgromadzeń „słuszną linię ma nasza władza”.

Bo swobody swobodami, ale „porzundek” musi być i już.

II. Polska jak Rosja

Przy tej okazji naszło mnie pewne skojarzenie, któremu dałem wyraz w tytule niniejszej notki. Oto wyczytałem na stronach „Rzeczpospolitej”, iż przewodniczący Dumy Państwowej Federacji Rosyjskiej, Siergiej Naryszkin, odwołał wyjazd na sesję Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, motywując swą decyzję „rusofobią” rzeczonego gremium. Ja wiem, że Rada Europy to takie operetkowe ustrojstwo, przeznaczone głównie do jałowego gardłowania o prawach człowieka, niemniej głosy stamtąd dobiegające współtworzą tzw. „atmosferę międzynarodową” wokół różnych państw, która to „atmosfera” w pewnych okolicznościach może posłużyć jako wygodny pretekst do całkiem konkretnych politycznych posunięć i restrykcji. Nie wobec Rosji, oczywiście, za krótkie łapki, ale już wobec takiej Polski – proszę bardzo.

Spójrzmy zatem, na czym ta „rusofobia” Rady Europy miałaby polegać. Ano, na tym, iż miał zostać przedstawiony raport w sprawie wypełnienia zobowiązań wobec Rady Europy przez Federację Rosyjską – a „zobowiązania” te w znacznej mierze dotyczą swobód obywatelskich. Ponadto spodziewana była „ostra rezolucja” i dyskusja w trakcie której miały paść pod adresem Rosji pytania „w sprawie Pussy Riot, zaostrzenia przepisów dotyczących organizacji zgromadzeń publicznych i wprowadzenia odpowiedzialności karnej za zniesławienie, a także pozbawienia mandatu deputowanego przedstawiciela Sprawiedliwej Rosji Giennadija Gudkowa (...)”. Ponadto, a propos „Pussy Riot” „autorzy raportu wzywają też Moskwę do niewywierania presji na sądownictwo.” (cytaty za „Rzeczpospolitą”)

Jak to się ma do prywislańskiej Dyktatury Matołów? Ano tak, że wszystkie zastrzeżenia Rady Europy wobec Rosji można równie dobrze odnieść do Polski pod rządami Tuska.

III. Pełzająca represjonizacja

Gotowi? No to jedziemy.

Odpowiednikiem „sprawy Pussy Riot” są choćby sprawy: Antykomora (ograniczenie wolności i prace społeczne), młodziaka który wypisał na murze obelżywe hasło pod adresem premiera (zawiasy), kiboli skandujących hasło „Donald, matole...” (grzywny), a nade wszystko opozycyjnego szefa kibiców „Legii”, Piotra Staruchowicza, który siedzi już któryś miesiąc w areszcie, bo prokuratura nie jest w stanie sklecić żadnych sensownych zarzutów – w jego przypadku środek zapobiegawczy w postaci aresztu tymczasowego stał się formą represji politycznej.

Idźmy dalej. „Zaostrzenie przepisów dotyczących organizacji zgromadzeń publicznych” właśnie przerabiamy – omówiłem to w pierwszej części notki.

Co tam jeszcze? Aha - „wprowadzenie odpowiedzialności karnej za zniesławienie” - ależ my to już mamy w postaci osławionego artykułu 212 Kodeksu Karnego, a do tego jeszcze osobne artykuły o znieważeniu konstytucyjnych organów (art. 226 par. 3 KK) i prezydenta (art. 135 par. 2 KK).

Poza tym, Rada Europy troska się „pozbawieniem mandatu deputowanego” - i tu również nie odstajemy, przypomnijmy sobie sprawy mandatów poselskich prokuratorów w stanie spoczynku – Bogdana Święczkowskiego i Dariusza Barskiego.

No i na koniec „wezwane Moskwy do niewywierania presji na sądownictwo”. Sądzę, że wiele mogłyby na ten temat powiedzieć nasze „rozgrzane sądy”, ze szczególnym uwzględnieniem „sędziego na telefon”, Ryszarda Milewskiego, który obiecywał wyznaczenie do składu orzekającego „pewnych ludzi”, a który tak rozkosznie potrafił się bawić w towarzystwie premiera na meczu pokazując kibicom rywali „faka”. No, ale Milewski to „odosobniony przypadek”. Oczywiście, oczywiście.

O inwigilacji obywateli Rada Europy nie wspomniała, a szkoda – ogromnie jestem ciekaw jak putinowska Rosja by wypadła w porównaniu z Polską. Bo że przodujemy pod tym względem w Unii Europejskiej, to już wiemy.

Swojego czasu pisałem o pełzającej represjonizacji z jaką mamy do czynienia pod rządami Dyktatury Matołów (np. TU i TU). Jak widać, proces ten postępuje w najlepsze.

IV. Śladami Wielkiego Brata

Jakiś malkontent mógłby zauważyć, że u nas to wszystko w porównaniu z Rosją jest takie bardziej złagodzone, że gdzie naszemu Ober-Matołowi do putinowskiego zamordyzmu. Niby racja, ale weźmy pod uwagę miejscową specyfikę. Już za PRL-u byliśmy „najweselszym barakiem w obozie”, takimi Sowietami w wersji light – zatem przerabiamy pod tym względem powtórkę z rozrywki. No i nade wszystko – to wszak Moskwa była od zawsze stolicą „przodującego ustroju”, naszym „Wielkim Bratem” stanowiącym dla tutejszych kacyków niewyczerpane źródło inspiracji. Sądząc po wymienionych w tekście przykładach, w dobie polsko-rosyjskiego „pojednania”, tudzież „zacieśniania braterskich stosunków”, owe inspiracje znów stają się nader aktualne.

Ciekawe tylko, kiedy nadejdzie moment, gdy marszałek Sejmu Ewa Kopacz, wzorem swego rosyjskiego odpowiednika, Siergieja Naryszkina, będzie wolała nie pojawiać się w Strasburgu, tłumacząc to „polonofobią” Rady Europy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/dyktatura-matolow

http://niepoprawni.pl/blog/287/dyktatura-matolow-ii

http://niepoprawni.pl/blog/287/zwyciestwo-prowokacji

środa, 21 marca 2012

Pierekowka dusz na zlecenie


Obecna wojenka władza-Kościół jest kolejną odsłoną „pierekowki” dusz ludności tubylczej na zewnętrzne zamówienie.


I. Zarządzanie przez kryzys

W sumie można się było tego spodziewać. Po kastrowaniu pedofilów, dopalaczach, kibolach i kim tam jeszcze, Tusk wskazał palcem kolejny obiekt: Kościół Katolicki. Wpisuje się to w logikę wywoływania sztucznych wojenek odwracających uwagę od rzeczywistych problemów państwa, narastających lawinowo pod rządami Dyktatury Matołów. A że skala niekompetencji i brakoróbstwa zaczęła ostatnio przy okazji mnożących się wtop nie-rządu docierać również do lemingów oraz wyborców pogrążonych do tej pory w usypiającym błogostanie (ACTA, skandal z refundacją leków, zapaść kolei, pękające autostrady, problemy ze Stadionem Narodowym, zamykanie placówek oświatowych, podwyżki cen energii – i tak można wymieniać ad infinitum) to i obiektem „nagonki przykrywkowej” należało uczynić odpowiednio poważną instytucję. Tu kibole już nie wystarczą. Więc czemu by nie Kościół?

Przy okazji można nieco uszczypnąć Palikota monopolizującego ostatnio antyklerykalny dyskurs w obszarze polityki, a że opierający się na zawiści wobec księżowskiej bryki tzw. ludowy antyklerykalizm zawsze miał się u nas całkiem nieźle (taki Urban w latach 90-tych zbił na tym majątek), to czemu nie sięgnąć po te polityczne punkty, gdy sondaże zaczynają szwankować?

Oczywiście, wszystkie te miliony, których beneficjentem jest Kościół, to kropla w skali budżetu państwa i dałoby się je zaoszczędzić w jakikolwiek inny sposób – choćby zwalniając kilku spośród rzeszy zatrudnionych w ostatnich latach urzędników, ale przecież nie o racjonalizację państwowych wydatków tu chodzi, tylko o emocje, mające zagospodarować uwagę gawiedzi i przekierować ją na temat zastępczy. Dlaczego państwo tonie w długach, zamyka się szkoły, brakuje pieniędzy na inwestycje infrastrukturalne? Już wiadomo – winna jest pazerność „czarnych” dojących budżet państwa i w związku z tym należy „przeciąć pępowinę”. To, że gdy już „klerowi” się zabierze ten Fundusz Kościelny i inne budżetowe obrywy, to nikomu się od tego nie polepszy, a „zaoszczędzona” w ten sposób kasa pójdzie tradycyjnie na zmarnowanie, nie ma znaczenia. Jutro, pojutrze, gdy wyeksploatowane zostaną indukowane dziś antyklerykalne emocje, wymyśli się co innego.

II. Kolonizacja

Ale to tylko pierwsze dno całej awantury, bowiem nie dam głowy, czy nie chodzi tu o coś znacznie głębszego.

Otóż, w naszym kraju katolicyzm - nierozerwalnie związany z patriotyzmem i polskością - jest jedyną ramą organizacyjną zdolną zagrozić Antycywilizacji Postępu i zwrócić uwagę ludzi na to, że nie zawsze liczy się „tu i teraz”, tudzież płytko pojmowana „europejska nowoczesność”, że istnieje coś takiego jak racja stanu, interes narodowy i takie tam. A takowy renesans narodowych sentymentów w naturalny sposób idzie w poprzek polityki plemienia Brukselczyków i kręcących unijnym interesem Niemiec, dla których UE w coraz większym stopniu staje się narzędziem realizacji ich narodowych interesów, których akurat Niemcy strzegą bardzo pilnie i realizują z nieubłaganą konsekwencją, udrapowawszy je uprzednio w szaty euro-nowomowy.

Interes Niemiec widziany z tej perspektywy staje się więc automatycznie interesem europejskim, zatem oczywiste jest, że na inne narodowe interesy miejsca robi się nagle bardzo mało, ba – tak po prawdzie, to miejsca nie ma w ogóle. Albowiem Lebensraum dla wielkiego narodu niemieckiego to nie w kij dmuchał, potrzebuje szerokiego rozpostarcia, gdyż wiadomo, że tak wielki naród musi się z czegoś utrzymać i zaspokajać swe równie wielkie ambicje, to zaś wymaga gospodarczej kolonizacji Europy, co też Niemcy wytrwale czynią, między innymi za pomocą fenomenalnego narzędzia jakim jest waluta euro, słabsza niż niegdysiejsza „dojczemarka” i stąd znakomicie lewarująca niemiecki eksport na rynki Europy, przy którym kwoty odprowadzane przez „największego płatnika” do euro-budżetu to doprawdy pikuś – drobna inwestycja przynosząca nieporównanie większe zyski. Po prostu zloty interes.

No dobrze, ale żeby ten plan działał bez większych zgrzytów wpierw należy narody kolonizowane rozbroić duchowo, najlepiej wpędzając w kompleksy i sprawić, by uznały swą kulturę, cywilizację i dorobek dziejowy za gorszy, zaściankowy i mniej atrakcyjny od cywilizacji metropolii. Wtedy z pocałowaniem ręki będą przyjmowały to, co metropolia uzna za stosowne im opchnąć – tak w sferze materialnej jak i ideologicznej - zaś ich jedynym marzeniem będzie, by stać się choć w części takimi, jak kolonizatorzy. Niczym Murzyni marzący o urzędniczej lub wojskowej posadzie w kolonialnych strukturach i błysku aprobaty w oczach białych bwana.

III. Pierekowka na zlecenie

I tu wracamy do obecnej wojenki z Kościołem a szerzej – z tradycjonalistycznie nastawioną częścią autochtonów. Jak wiadomo, nasz Ober-Matoł liczy na brukselskie splendory i temu podporządkowuje całą swą aktywność na niwie krajowej i zagranicznej. Wszystko inne to pochodne tego marzenia, lub doraźna łatanina mająca dowieźć Tuska do deadline – czyli do roku 2014 i wyborów do Parlamentu Europejskiego po których obiecano mu fotel szefa Komisji Europejskiej (nie dostanie go, ale mniejsza – ważne, że Admin w to wierzy).

Któryś z braci Karnowskich wysnuł kiedyś przypuszczenie, że uporczywe futrowanie środowiska „Krytyki Politycznej” publicznymi dotacjami może być odpowiedzią na cichy sygnał z Brukseli, by przeorać świadomość polskiego społeczeństwa i urobić je w bardziej postępackim, „europejskim” duchu. Bo nie da się ukryć, iż wciąż dość silna społeczna pozycja Kościoła jest dla Oświeconej Europy pewnym zgryzem – mianowicie, stanowi niebezpieczeństwo, że przy kolejnym odbiciu wyborczego wahadła nadwiślańscy Aborygeni znowu wybiorą kogoś okropnego jak w 2005 roku i znów trzeba będzie uruchamiać Fundację Adenauera oraz polskich podwykonawców do „społecznych kampanii” mobilizujących pożądane grupy docelowe.

Wspominam o tym nie bez przyczyny, sądzę bowiem, że to co obserwujemy obecnie w relacjach władza-Kościół jest kolejną odsłoną tego samego spektaklu – „pierekowki” dusz ludności tubylczej na zewnętrzne zamówienie, co jest warunkiem równie istotnym by zasłużyć się w oczach zagranicznych patronów decydujących o brukselskich stołkach, jak sprowadzenie Polski do roli „obrotowej bliskiej zagranicy”, czy kolonizacja gospodarcza o której mowa była nieco wyżej. Aby ta „pierekowka” się powiodła, należy osłabić Kościół w każdy możliwy sposób.

A że zostaną cywilizacyjne gruzy? A kogo to obchodzi? Obozowi beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego ekspozyturą jest obecna Dyktatura Matołów jest to najzupełniej obojętne, zaś tutejsze intelektualne elity o niczym innym nie marzą.

Gadający Grzyb

 

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

czwartek, 17 września 2009

Z ręką w nocniku.


Tusk i Sikorski w potencjalnie zbrodniczy sposób pograli sobie kwestią naszego narodowego bezpieczeństwa.

Spełnione obawy.

Ledwie przedwczoraj, analizując ogrom beznadziei polityki zagranicznej rządu Tuska, napisałem:

„Obama – zdeklarowany przeciwnik tarczy antyrakietowej skwapliwie wykorzystał prezent, jakim było sabotowanie procesu ratyfikacyjnego przez Platformę i w zasadzie otwarcie wycofał się z projektu, zaś kwestie bezpieczeństwa postanowił uzgadniać bezpośrednio z Moskwą, nie zawracając sobie głowy jakąś tam Polską, czy innymi kraikami środkowej i wschodniej Europy. To, że się na tym ostatecznie przejedzie, jak niegdyś Roosevelt, czy inny Carter, nie zmienia faktu naszej marginalizacji.”


Dziś – proszę, spełniło się co do joty. Tusk z Radkiem Sikorskim negocjowali tak „twardo” i „nie na kolanach”, że koniec końców walnie przyczynili się do uwalenia projektu. Teraz widać, jak niewybaczalnym grzechem był brak ratyfikacji umowy o tarczy jeszcze za kadencji Busha. Gdyby to nastąpiło bez durnych targów o jakąś baterię patriotów, która jest nam tak naprawdę na plaster, gdyż nawet uzbrojona, nie byłaby w stanie niczego uchronić, Obamie byłoby o wiele trudniej zerwać umowę, bez wywoływania skandalu.

Zmarnowana szansa.

Zmarnowaliśmy krótki okres koniunktury i niepowtarzalną szansę na przełamanie post-zimnowojennego status quo wg. którego, zgodnie z życzeniem Rosji, na terenie byłych demoludów, nie wspominając już o dawnych republikach, miało nie być żadnych natowskich, czy amerykańskich wojskowych baz, tudzież innych militarnych instalacji.

Zresztą, patrząc na nieszczególne miny Tuska, czy Sikorskiego, którzy pijarowską gadaniną starali się przykryć to, co się stało, chyba nawet oni nie spodziewali się tak drastycznego ucięcia tematu przez Obamę. Dla medialnego poklasku, dla antykaczystowskiego pijaru, dla kilku uśmiechów zagranicznych stolic, obaj panowie w potencjalnie zbrodniczy sposób pograli sobie kwestią naszego narodowego bezpieczeństwa. Teraz zostaliśmy z niczym, a na Kremlu polewają wódkę i szampanskoje. Rosyjskie MSZ już nie omieszkało wyrazić radości z takiego obrotu sprawy. Zarówno rodzimi, jak europejscy „antyamerykaniści” również zacierają ręce.

Autarkiczne mrzonki.

Pozwolę sobie jeszcze na kilka uwag skierowanych do tych, którzy obecność u nas tarczy i amerykańskiej bazy przyrównywali do Układu Warszawskiego, okupacji, sowieckich baz w Polsce itd.(na „Niepoprawnych” niekiedy też pojawiały się takie głosy):

- Obecność wojsk sojuszniczych za naszą zgodą, regulowana stosownymi zapisami w umowie, to coś diametralnie innego od okupacyjnych wojsk sowieckich, narzuconych nam wbrew woli. Różnica jest taka jak między ZSRR czy Rosją a Stanami. Jeżeli ktoś nie widzi różnicy, to doprawdy… tłumaczenie tych oczywistości przypominałoby rozmowę ze ślepym o kolorach.

- Państwa, w których stacjonują wojska amerykańskie jakoś nie czują się zniewolone i nie palą się do tego, by Amerykanów wyrzucać. Niemcy, Włochy, Belgia, Korea Pd., Japonia… czy to są kraje okupowane? Doskonale wiedzą, że USA siłą rzeczy będą bronić terytoriów na których stacjonują „amerykańscy chłopcy”.

- Zwolennicy swoistej „militarnej autarkii” Polski nie chcą zauważyć, że nie jest możliwe na dłuższą metę funkcjonowanie bez stabilnych polityczno – militarnych sojuszy. Owszem, sojusze (również sojusz z USA) same z siebie nie gwarantują bezpieczeństwa, siły zbrojne należy wzmacniać (jest tu wiele do zarzucenia kolejnym naszym rządom), ale należy to czynić równolegle ze wzmacnianiem sojuszniczych więzi, a nie zamiast.

Teraz, co by Obama, tudzież Sikorski z Tuskiem nie gadali, fundamentalny dla naszego bezpieczeństwa projekt wylądował w koszu. Wszelkie ersatze proponowane przez Waszyngton i podchwytywane u nas w celu ratowania twarzy, to mydlenie oczu. Fiasko tarczy zrozumiał doskonale premier Czech i przyznał to otwarcie w swym wystąpieniu. Naszych niedorobionych politycznych piłkarzyków nie było stać nawet na to.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

www.niepoprawni.pl/blog/287/zamalowani-do-kata

www.niepoprawni.pl/blog/287/gdzie-nas-ma-obama

www.niepoprawni.pl/blog/287/rosja-czyli-ober-szef-nato