Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół Katolicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół Katolicki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 października 2018

„Kler”, czyli antykościelny „Żyd Süss”

Film „Kler” to urbanowe „NIE” w wersji kinowej, skonstruowany według tych samych, goebbelsowskich wzorców.

I. Smarzowszczyzna

Na początek uwaga – to nie będzie recenzja filmu „Kler”, tylko raczej przegląd wątków okołofilmowych, bowiem te w moim odczuciu są od samego „dzieła” znacznie ciekawsze. Mianowicie, filmem „Kler” reżyser „Wojtek” (co to za infantylna mania z tym zdrabnianiem imion?) Smarzowski wrócił do swojego naturalnego, artystyczno-środowiskowego habitatu. Co zadecydowało, że reżyser tym razem postanowił wziąć na warsztat akurat Kościół Katolicki i duchowieństwo? Otóż jego poprzedni film, czyli „Wołyń”, został przez środowisko filmowe i znaczną część krytyki odebrany jako film „prawicowy” czy wręcz „pisowski” - zapewne wbrew intencjom samego autora, który chciał nakręcić uniwersalny obraz skierowany przeciw ogólnie rozumianemu „nacjonalizmowi”. Nic z tego – artystyczny półświatek słynący z daleko posuniętej homogenizacji poglądów (lewactwo, antyklerykalizm, ojkofobia itd.) uznał, że Smarzowski wpisał się „Wołyniem” w „pisowską” politykę historyczną. A zatem – zdrada! Sam twórca dość boleśnie przekonał się o tym podczas Festiwalu Filmowego w Gdyni w 2016 r., kiedy to jego film ostentacyjnie pominięto w najbardziej prestiżowych kategoriach, przyznając jedynie drugorzędne wyróżnienia za charakteryzację, zdjęcia i debiut Michaliny Łabacz, a przewodniczący jury Filip Bajon bredził coś o tym, że film jest „niedokończony” i „za długi”. Nawiasem mówiąc, sytuacja ta była groteskowa o tyle, że w PiS i okolicach wciąż świetnie się ma giedroyciowskie ukąszenie i środowisko naszych prawicowych ukrainofilów głośno wyrażało obawy, że „Wołyń” przyczyni się do pogorszenia stosunków z Kijowem.

Niemniej, Smarzowskiemu wysłano czytelny sygnał – albo zawróci z drogi odstępstwa, albo czeka go ostracyzm. Reżyser aluzju poniał i postanowił się w oczach filmowej ferajny „wypucować” - jak widać, skutecznie. Festiwal zachwytów wystartował jeszcze przed premierą, równo z upublicznieniem w internecie trailera, a Gdynia tym razem była łaskawa (nagroda specjalna jury, nagroda dziennikarzy i nagroda publiczności). Słowem, pan „Wojtek” znów jest „koszerny”.

Równolegle ruszyła machina promocyjna, zapewniając „Klerowi” rekordowy weekend otwarcia – 935 tys. widzów. Nic dziwnego, bowiem film idealnie wpisuje się w antyklerykalne fobie lewicowo-liberalnego mainstreamu, wg których Kościół instytucjonalny jest siedliskiem zepsucia, zaś „klechy” to banda pazernych i chorych na władzę alkoholików, dziwkarzy i zboczeńców. Już samo słowo „kler” jest żywcem wyjęte z antykościelnej, komunistycznej propagandy w stylu paszkwili Jerzego Urbana wymierzonych w ks. Jerzego Popiełuszkę, a slogan „nic co ludzkie nie jest IM obce” rysuje wyraźny podział - „my” (czyli widzowie, wierni) i „oni” (czyli zdeprawowany, pasożytniczy „kler”). W efekcie widzowie otrzymali kawał typowej „smarzowszczyzny” – obraz złożony z rozmaitych zwyrodnień podanych w stuprocentowym stężeniu, do tego ostro podlanych wódą. Tak jak w przypadku wcześniejszego „Wesela” pokazującego polską prowincję jako wylęgarnię degrengolady, Smarzowski znów wylał miód na skołatane serca samozwańczych elit III RP, które całą swą samoidentyfikację i poczucie wyższości ufundowały na pogardzie dla ciemnego, klerykalnego motłochu oraz zwierzęcej nienawiści do „zacofanego” Kościoła.


II. Protestancka propaganda

Trzeba tu koniecznie wspomnieć o współscenarzyście Wojciechu Rzehaku – poloniście i wicedyrektorze protestanckiego VII Liceum im. Mikołaja Reja w Krakowie. Ewangelickie wyznanie autora ma w tym przypadku znaczenie, bowiem „Kler” to również przegląd typowych dla protestantyzmu antykatolickich uprzedzeń znanych od czasów Marcina Lutra. Tak więc, kler jest perfidny, dwulicowy, obłudny, żyje w zakłamaniu, uprawianą w cichości rozpustę pokrywa hipokryzją, zaś ciągoty homoseksualne, pedofilskie czy wreszcie pospolite pijaństwo są winą „nienaturalnego” celibatu. Na to wszystko nakłada się pogoń za dobrami doczesnymi, splendorem, wystawnym trybem życia, kupczenie sakramentami i żerowanie na biednych owieczkach („co łaska, ale nie mniej niż tysiąc...”). A jeszcze „wtrącanie się do polityki” czy podszyte pychą stawianie wypasionych świątyń „na bogato”, kapiące od złota przybory i stroje liturgiczne, przepych biskupich pałaców... Mamy tu cały katalog sięgającej XVI stulecia protestanckiej propagandy, rozwiniętej później w antyklerykalizmie doby Oświecenia, następnie w bolszewizmie, a dziś – w postępackiej, antychrześcijańskiej ideologii „europeizmu”. W tym kontekście można wręcz powiedzieć, że „Kler” to swoiste ukoronowanie ubiegłorocznych obchodów 500-lecia Reformacji, w które Kościół (również polski) włączył się w przypływie jakiegoś niepojętego „ekumenicznego” masochizmu. A teraz zadeklarowany antyklerykał do spółki z heretykiem nakręcili antykościelny paszkwil, stawiając mocną kropkę nad „i”.

Jaki zatem ma być Kościół? Z wypowiedzi „Wojtka” Smarzowskiego, biadającego nad tym, jak jest „osaczony” przez religię – kalendarze z papieżem, przydrożne kapliczki i krzyże, kościoły – a zarazem rozpływającego się w zachwytach nad Czechami, gdzie kręcono sceny w kościelnych wnętrzach, wynika jasno: Kościoła ma po prostu nie być. Polska natomiast powinna pójść drogą Czech – gruntownie przeoranych przez husytyzm, traktujących katolicyzm jako religię niemiecko-austriackich zaborców i w końcu ostatecznie spacyfikowanych duchowo komunizmem. To tyle, jeśli chodzi o głosy obrońców filmu „Kler” - jakoby miał jedynie pokazywać kościelne „błędy i wypaczenia”. Nie, ten film to uderzenie w religię katolicką jako taką, przeprowadzone w myśl ewangelicznej przestrogi „Uderzą w pasterza, a rozproszą się owce stada”. Temu służyć ma odmalowany grubą krechą obraz Kościoła jako instytucji nieodwracalnie zdegenerowanej, z której można jedynie albo odejść, albo się powiesić.


III. Antyklerykalny „Żyd Süss”

Owszem, każda z pokazanych w filmie patologii w jakiejś mierze jest w Kościele obecna, ale „Kler” nie ma na celu uzdrowienia przez terapię wstrząsową – on ma Kościół do reszty zohydzić w społecznym odbiorze i dlatego właśnie jest tak fetowany. Wszelkie większe i mniejsze grzechy przedstawicieli duchowieństwa są wykorzystywane czysto instrumentalnie - z problemem pedofilii na czele. Chodzi o to, by Kościół podmywany dziś z jednej strony przez afery obyczajowe, z drugiej zaś poddawany przez „lawendową mafię” homoseksualnej infiltracji i pełzającej protestantyzacji ostatecznie się zawalił i już nigdy nie odrodził. To przyświecało jego wrogom od najdawniejszych czasów – a nie żadne „szlachetne motywacje”. Równie dobrze można by twierdzić, że Goebbels nakazując nakręcenie filmu „Żyd Süss” miał intencję uleczenia patologii pleniących się wśród niemieckich Żydów. Oba filmy powstały wedle tej samej metody – tak zwanego „kłamania prawdą”. Polega ona na wybiórczym zestawieniu autentycznych osób i wydarzeń („Żyd Süss” również nawiązywał do faktów historycznych), odmalowaniu ich jednolicie czarną farbą i zaprezentowaniu jako normy: wszyscy Żydzi to kanalie, wszyscy księża i biskupi to pazerni degeneraci.

Ta metoda, acz prostacka, bywa nad podziw skuteczna – trafia bowiem w najniższe ludzkie instynkty, odwołując się do tego, co w człowieku najgorsze. W przypadku filmu Smarzowskiego jest to tzw. ludowy antyklerykalizm, bazujący na zawiści – że ksiądz ma dobry samochód, że zbiera na tacę, że trzeba mu dać kopertę gdy chodzi po kolędzie, zapłacić za chrzest, ślub, pogrzeb - a mówią, że ma kochankę na boku, gra w karty, albo jeszcze co gorszego... Na tym wszak zasadzał się sukces „NIE” Jerzego Urbana, święcącego triumfy w dobie transformacyjnej zawieruchy (również moralnej). Nie dziwi więc, że stary wampir wylazł na chwilę z trumny, by zawitać na premierę „Kleru” i podziwiać dzieło swego duchowego wychowanka. „Kler” to bowiem „NIE” w wersji kinowej, skonstruowany wg tych samych, goebbelsowskich wzorców. I podobnie jak Goebbels nie musiał siłą zaganiać Niemców na „Żyda Süssa” by zrobić frekwencję, jak Urban w latach '90 wyprzedawał nakłady swojego szmatławca, tak i dziś publika wali na „Kler” drzwiami i oknami – dokładnie z tych samych przyczyn: napaść oczy kloacznym zepsuciem „innych” - Żydów, klechów... I do łba jednemu z drugim nie przyjdzie, że patrzą na siebie samych – że filmowi Mordowicz, Kukuła, Trybus, Lisowski nie spadli z Marsa ani nie nasłał tu ich Watykan lecz stanowią krew z krwi i kość z kości społeczeństwa które ich wydało, wraz ze wszystkimi jego grzechami. Innymi słowy, Smarzowski mówi swoim odbiorcom: tak was właśnie widzę, a teraz to zeżryjcie!

I żrą. Póki co, „Kler” zalicza w atmosferze sensacji triumfalny pochód przez kina. Pytanie, czy to uderzenie okaże się trwałe w skutkach (na co liczą medialni klakierzy w nadziei, że Polska powtórzy irlandzki model galopującej sekularyzacji), czy też nastąpi naturalny przesyt. A może sam Kościół zdobędzie się wreszcie na odwagę, by wyplenić „lawendową mafię” rozpalonym żelazem? To byłaby najlepsza odpowiedź.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 19 (10-23.10.2018)

niedziela, 5 listopada 2017

Czy Kościół skręca w lewo?

Kościół nie jest po to, by wywoływać „ducha czasu”, lecz odwrotnie – powinien owego „ducha” kształtować.


I. Prymas Polski czy „katolewicy”?

Chyba dawno już hierarchowie Kościoła (nie wszyscy, ale jednak...) nie rozmijali się do tego stopnia w swych wyrażanych publicznie stanowiskach z nastrojami większości wiernych, jak w ostatnim czasie. Oczywiście, mam świadomość, że Kościół nie jest od tego, by bezrefleksyjnie nadskakiwać opinii publicznej (bo to kończy się upadkiem, jak w przypadku wyznań protestanckich), lecz ma prowadzić ludzi do zbawienia. Pytanie tylko, czy faktycznie do owego zbawienia prowadzi pogoń za „duchem czasu” w połączeniu z zamknięciem się na wrażliwość konserwatywną – a czasem wręcz z szykanami wobec tradycjonalistów.

Pamiętamy zapewne niedawny wywiad prymasa Polski, abp. Wojciecha Polaka dla „Tygodnika Powszechnego”, w którym zapowiedział suspendowanie księży biorących udział w „antyuchodźczych” demonstracjach. Przyznam się, że piszę o tym z pewnymi oporami i chętnie bym zmilczał, gdyby nie fakt, że ów wywiad jest częścią zauważalnej ostatnio prawidłowości, polegającej na wpisywaniu się oficjalnych kościelnych czynników w specyficzny rodzaj politycznej poprawności. We wspomnianej wypowiedzi prymas Polak np. abstrahuje kompletnie od „ordo caritatis” (porządku miłosierdzia) nakazującego dbać w pierwszej kolejności o własną wspólnotę (rodzinę, naród), a dopiero potem, w miarę możności, pomagać innym (co zresztą zarówno polskie państwo, jak i Kościół czyni, pomagając na miejscu ofiarom syryjskiej wojny). Przechodzi też milcząco do porządku dziennego nad groźbą islamizacji Europy, oraz nad tym, że w praktyce odróżnienie realnych uchodźców od imigrantów ekonomicznych oraz potencjalnych terrorystów jest zwyczajnie niemożliwe. Doświadczenie państw Zachodu, które z bezmyślności, bądź powodowane lewacką ideologią nieopatrznie otworzyły granice, jest jednoznaczne. Jeśli abp. Polak chciałby być konsekwentny, to prócz suspendowania księży powinien również zagrozić ekskomuniką tym, którzy sprzeciwiają się otwarciu Polski na muzułmańskich nachodźców – tyle, że wówczas na oko podpadałoby pod ekskomunikę mniej więcej trzy czwarte narodu...

To zresztą nie jedyny problem z wywiadem dla dyżurnego organu „katolewicy”. Odnoszę bowiem nieprzyjemne wrażenie, że prymas Polski w ten sposób polemizował „nie wprost” z akcją „Różaniec do granic”, kiedy to na zakończenie obchodów stulecia objawień fatimskich (i w rocznicę bitwy pod Lepanto) milion wiernych modliło się na polskich granicach, wywołując istną furię lewactwa. Abp. Polak ma zresztą na swym koncie krytykę sejmowej uchwały czczącej rocznicę Fatimy: „myślę, że takie akty powinny być w Kościele, a nie w Sejmie.


II. Kościół i polityka

Kolejna rzecz, to deklaracja, że „Kościół nie miesza się do polityki”. Czyżby? A może jest tak, że jak najbardziej się „miesza” - tylko ma to robić po „właściwej” stronie? Przede wszystkim, nie sposób rozdzielić publicznego zaangażowania Kościoła od sfery politycznej, bo ta przenika najróżniejsze aspekty życia społecznego. Przypomnijmy, iż prymas podczas 300-lecia koronacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej mówił na Jasnej Górze w obliczu prezydenta, pani premier, przedstawicieli sejmu i senatu: „Mamy przy tym szanować porządek i ład społeczny, a nie bezmyślnie go burzyć dla takich czy innych racji. Mamy szanować ład konstytucyjny, który jest gwarantem naszego bycia razem i współistnienia, a nie nadwyrężać go czy wręcz omijać”. Trudno o bardziej jednostronne zaangażowanie polityczne – tym bardziej, że to opozycja ma swoim koncie próbę puczu i nieustanne usiłowania rozhuśtania sytuacji społecznej. Niedawno przyniosło to tragiczny efekt w postaci samopodpalenia i śmierci Piotra S. - ofiary propagandowej histerii sianej przez „totalną opozycję”. Śmierć tę jezuita o. Grzegorz Kramer skomentował skandalicznym tweetem: „Panie Piotrze S., mam nadzieję, że w Nim znalazłeś to, o co tak walczyłeś. Dziękuję za odwagę. R.I.P.” - kompletnie ignorując przy tym nauczanie Kościoła, wedle którego samobójstwo jest grzechem śmiertelnym. Ale wobec „postępowych” księży, takich jak o. Kramer, groźby suspendowania nie padają.

Co innego z kapłanami konserwatywnymi. Pod nieustannym ostrzałem lewactwa pozostaje ks. prałat Roman Kneblewski, proboszcz parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Bydgoszczy. Kapłan dostał od swego przełożonego, bp. Jana Tyrawy, zakaz wypowiadania się na „tematy polityczne”. Ksiądz Kneblewski znany jest ze sprzeciwu wobec islamizacji (pozostając tu w zgodzie ze wspomnianym wyżej „ordo caritatis”) i pochwały nacjonalizmu rozumianego jako umiłowanie własnego narodu, będącego cnotą komplementarną wobec patriotyzmu – czyli umiłowania ojczyzny. I właśnie za tę żarliwą postawę znalazł się na celowniku „Gazety Wyborczej” - i trudno nie dopatrywać się w decyzji bp. Tyrawy wpływu organu Michnika.

Powyższe ma swój szerszy kontekst w wypowiedzi prymasa Wojciecha Polaka, który nazwał swojego czasu nacjonalizm „herezją” oraz w dokumencie „Chrześcijański kształt patriotyzmu” Rady ds. Społecznych Konferencji Episkopatu Polski – gdzie nacjonalizm również spotyka się z potępieniem i przeciwstawieniem patriotyzmowi. Jest to kompletne pomieszanie pojęć, bowiem czcigodni biskupi ewidentnie mylą tu nacjonalizm z szowinizmem, zapominając o słowach Prymasa Tysiąclecia: Działajcie w duchu zdrowego nacjonalizmu. Nie szowinizmu, ale właśnie zdrowego nacjonalizmu, to jest umiłowania Narodu i służby jemu. Inny nie tak dawny dokument Episkopatu – tym razem zespołu ds. Kontaktów z Konferencją Episkopatu Niemiec – skierowany do niemieckiego Kościoła, odcina się od podnoszonych w Polsce roszczeń odszkodowawczych za II Wojnę Światową. Pismo utrzymane w duchu „kiczu pojednania” spotkało się z szerokim, przychylnym odzewem w Niemczech i z miejsca zostało użyte w charakterze pałki na polski rząd. W świat poszedł przekaz mówiący, że każdy, kto podnosi niewygodne dla Berlina sprawy, godzi w „dzieło pojednania”. Dodajmy - „pojednania” na niemieckich warunkach.


III. Kicz ekumenizmu

Owo dążenie do „pojednania” za wszelką cenę znalazło również odzwierciedlenie w uczestnictwie przedstawicieli Kościoła Katolickiego w jubileuszu reformacji. Prymas Polak, który wszedł w skład Komitetu Honorowego obchodów 500-lecia Reformacji, również wziął udział w „świętowaniu” tego wydarzenia. Tu przykład poszedł z góry, bowiem powszechnie znane jest zaangażowanie papieża Franciszka w „ekumenizm” sprowadzający się do fraternizacji z heretykami i fetowania najbardziej tragicznego rozłamu w dziejach Kościoła. Pisząc te słowa gryzę się w język, by powstrzymać się od bardziej dosadnych określeń cisnących się pod klawiaturę. Skoro Luter był „wielkim reformatorem”, to w zasadzie jaki jest sens w byciu katolikiem? Równie dobrze możemy przystąpić do któregoś z wyznań protestanckich, mieć za przewodnika biskupkę-lesbijkę popierającą aborcję i eutanazję, bo w zasadzie – co za różnica? Albo może wyniesiemy Lutra i Kalwina na ołtarze? Wprowadzenie pomnika Lutra do Watykanu już mieliśmy przed rokiem – więc w sumie, czemu nie pójść o krok dalej?

Zwróćmy uwagę, że w tym „ekumenicznym” dialogu to Kościół Katolicki idzie na ustępstwa – wyznania protestanckie nie cofają się nawet na krok. Mamy zatem oprócz „kiczu pojednania” również „kicz ekumenizmu” polegający na przypochlebianiu się drugiej stronie. Jeżeli czytam wypowiedź prymasa Polski dla KAI, komplementującego pozytywny wpływ protestanckiej herezji na rozwój doktryny katolickiej, to na mój prosty rozum jest to postawa ocierająca się wręcz o sprzeniewierzenie katolickiemu nauczaniu. Jednocześnie „uciszono” znanego krytyka reformacji, ks. prof. Tadeusza Guza – bo swymi wystąpieniami zapewne psuł komuś dobre samopoczucie.

Kończąc, przypomnę, że prymas z urzędu jest interrexem – i w związku z tym ciąży na nim obowiązek dbania o powierzonych jego pieczy poddanych. Kościół zaś nie jest po to, by wywoływać „ducha czasu”, lecz odwrotnie – powinien owego „ducha” kształtować. Czy kiedyś jeszcze tego doczekamy?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ten okropny nacjonalizm

Nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu

Kolejny kapłan na celowniku lewaków

Zniewolone umysły


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 44 (03-09.11.2017)

niedziela, 19 sierpnia 2012

Krajobraz po pojednaniu

Jakie „raty” przyjdzie Polsce i polskiemu Kościołowi spłacać w ramach „ceny za pojednanie”?

I. Za jaką cenę?

No cóż, chyba jednak miałem rację, pisząc w jednym z komentarzy pod moją ostatnią notką, iż treść „Wspólnego Przesłania do Narodów Polski i Rosji” podpisanego przez abp. Michalika i patriarchę Cyryla I będzie nieistotna, a w każdym razie – drugorzędna. Liczył się będzie sam fakt wystosowania orędzia i jego bliższe oraz dalsze konsekwencje polityczne. W dokumencie nie znalazło się bowiem nic szczególnego – jeśli go wycisnąć, zostają dwa podstawowe punkty: po pierwsze - wezwanie do pojednania i dialogu na bazie „wybaczenia krzywd, niesprawiedliwości i wszelkiego zła wyrządzonego sobie nawzajem (to budowanie fałszywej symetrii jest szczególnie rażące), tudzież wspólnych badań historycznych; po drugie – zaakcentowanie obopólnego sprzeciwu wobec galopującej Antycywilizacji Postępu. Taki sojusz „obu płuc Europy” byłby niewątpliwą wartością, rodzi się jednak pytanie: za jaką cenę?

Pierwsza „rata” owej ceny została zapłacona jeszcze przed wizytą patriarchy Cyryla w postaci słynnego wywiadu abp. Michalika dla KAI. Robił on wręcz wrażenie swoistej „podgatowki”, z odcięciem się od kontekstu katastrofy smoleńskiej na czele – przeniesieniem jej do kategorii „symboli” i pryncypialną krytyką tych, którzy posługując się „takimi teoriami i hasłami robią sobie i tragedii smoleńskiej największą szkodę!”. Zupełnie, jakby nie było skandalicznego, uszytego pod założoną z góry tezę, pseudo-śledztwa i ustaleń niezależnych ekspertów obalających oficjalną narrację. Nie da się ukryć, iż posiało to nieufność między hierarchią, a częścią środowisk wspierających Kościół w jego arcytrudnej, cywilizacyjnej batalii. Środowisk, dodajmy, opozycyjnych, które i tak są marginalizowane i sekowane w przestrzeni publicznej – zarówno przez rządzącą Dyktaturę Matołów, jak i wiodące mediodajnie, będące ekspozyturą Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

Jak w tej sytuacji Kościół wyobraża sobie budowanie społecznego zaplecza dla wyzwań współczesności zdefiniowanych w „Przesłaniu”, którym będzie się starał stawić czoła wspólnie z moskiewską Cerkwią?

Na dodatek, strona polska przegapiła fakt, iż „pojednanie” może stać się politycznym haczykiem – i tu kłania się zlekceważenie uzależnienia Cerkwi, na której czele stoi agent KGB „Michajłow”, od czekistowskiego reżimu Putina. Od tej pory, ilekroć Kościół będzie się starał zrewidować swe stanowisko, czy to w sprawie Smoleńska, czy też fałszywej symetrii „wzajemnych win”, Cerkiew zawsze może zagrozić zamrożeniem, czy wręcz zerwaniem „dialogu”, obarczając winą „antyrosyjskie resentymenty” po polskiej stronie.

II. Kościół w roli ulubieńca reżimowych mediodajni

Powyższych politycznych kontekstów nie omieszkał wychwycić i odpowiednio podgrzać obóz reżimowych ośrodków opinii, na co dzień skrajnie wrogich polskiemu Kościołowi, hołubiących zaś współczesną mutację „księży-patriotów” ze środowisk „katolicyzmu otwartego”, którego przesłanie można sprowadzić do wycofania się Kościoła ze swego nauczania pod dyktando lewicy – tak jak stało się to ze wspólnotami protestanckimi (i częścią katolickich) w Europie Zachodniej. Stało się tak dlatego, iż w przeciwieństwie do historycznego „Orędzia” biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku, które pozostawało w kontrze wobec polityki Gomułki, obecna linia Episkopatu spuentowana „Wspólnym przesłaniem...” wpisuje się idealnie w prorosyjski kurs obecnej władzy, popieranej przez wiodące mediodajnie.

Kolejnym powodem było wbicie klina pomiędzy Kościół a środowiska patriotyczno-niepodległościowe, zwane wzgardliwie „sektą smoleńską” - no i rzecz jasna uderzenie w największą partię opozycyjną – Prawo i Sprawiedliwość. Stąd nieskrywana schadenfreude objawiająca się m.in. takim oto uroczym tytułem, jak „Obóz smoleński zawył na arcybiskupa Michalika”. Na taką okoliczność postanowiono w „GW” przeprosić się z batożonym dotąd na jej łamach z postępowych pozycji konserwatywnym hierarchą, którego z miejsca zaczęto prezentować jako męża stanu niemal na miarę kardynała Wyszyńskiego. Dokopanie „sekcie smoleńskiej” najwyraźniej okazało się być warte tej „mszy”. Na podobnej zasadzie postanowiono przymknąć oko na moskiewski sojusz tronu z ołtarzem, tak skądinąd niemiły postępowcom w innych krajach i okolicznościach.

Zabawne było obserwować rozkrok w sprawie wyroku na aktywistki „Pussy Riot”, ogłoszonego – cóż za przypadek – akurat w dniu podpisania warszawskiego „Przesłania”. Od siebie powiem, że uważam te „działaczki” za typowe, zacietrzewione lewackie kretynki, podobnie jak ich „siostry” z FEMEN-u, ścinające krzyż poświęcony ofiarom NKWD. Nie oszukujmy się – nawet, gdyby stosunki cerkiew-państwo były w Rosji ułożone wedle modelu zachodniego, nie powstrzymałoby to „performerek” przed profanacją świątyni, tak jak onegdaj nie powstrzymało aktywistów gejowskich przed profanacją katedry Notre-Dame, czy u nas „człowieka-motyla” przed naigrawaniem się z procesji Bożego Ciała. Albowiem, wyznacznikiem tego rodzaju „wolnościowości” nieodmiennie jest obsesyjny antyklerykalizm i nienawiść do chrześcijaństwa jako takiego.

Niemniej, postawa postępowych mediodajni, które grzmiąc o dwóch latach łagru dla „Pusiek” dokładały zarazem wszelkich starań, by odbiorca widział to „osobno” w stosunku do wizyty Cyryla I i jednoznacznie konserwatywnej trzeciej części „Przesłania”, była ciekawą poglądową lekcją manipulacji, od których aż roiło się w medialnym przekazie.

Zwróćmy bowiem uwagę na okoliczność – co stanowi kolejny dowód na potwierdzenie tezy, iż treść przesłania będzie drugorzędna wobec jego politycznej wymowy – że religijno-moralne i społeczne elementy dokumentu gdzie jest mowa m.in. o „postępującej sekularyzacji”, oraz „prawie do obecności religii w życiu publicznym”, skrywane są starannie na planie dalszym, by nie mąciły przekazu. Nawet jeśli wypowie się pan Obirek o „fundamentalistycznym polskim katolicyzmie” i „konfrontacyjnej Cerkwi”, zaś Adam Michnik w tradycyjnie kabotyńskim wstępniaku upomni się o godność dla „inaczej myślących” (zupełnie jakby „Przesłanie” komukolwiek godności odmawiało), nie zakłóci to ogólnej wymowy, że - jak ujęła to „Wyborcza” - „dzieje się historia”.

Nie oznacza to jednak, iż broń oskarżeń o katolicko-cerkiewny „fundamentalizm” nie zostanie wykorzystana w przyszłości, gdy tylko postępowe środowiska uznają za celowe użyć jej do swej antycywilizacyjnej kampanii.

III. Warto było?

Podsumowując, efekty aktu „pojednania” na dzień dzisiejszy wyglądają następująco:

1) polski Kościół zasiał ziarno nieufności w duszach swych najbardziej oddanych, patriotycznych zwolenników i obrońców;

2) w zamian zyskał kilka motywowanych koniunkturalnie słodkich słówek ze strony środowiska na co dzień wojowniczo antyklerykalnego i nastawionego wrogo do patriotyzmu, religii i tradycji, które postanowiło wykorzystać „Przesłanie” do własnych, doraźnych celów;

3) za chwilę to samo środowisko może za to samo „Przesłanie” poddać polski Kościół skrajnej krytyce, obarczając np. współodpowiedzialnością, jako „sojusznika” Cerkwi, za kolejne putinowskie wyroki w stylu tego na „Pussy Riot”;

4) Cerkiew rosyjska nie przyjęła na siebie żadnych zobowiązań dotyczących chociażby sytuacji katolików w Rosji, bez porównania gorszej, niż prawosławnych w Polsce;

5) Kościół polski wystawia się w przyszłości na polityczny szantaż, polegający na tym, by w spornych polsko-rosyjskich kwestiach zajmował stanowisko podobne temu, jakie zajął abp. Michalik wobec Smoleńska – pod groźbą zamrożenia dialogu i obarczenia winą „rusofobicznej” strony polskiej;

6) Kościół potencjalnie może stać się zakładnikiem prorosyjskiej polityki obecnej władzy i współwinnym jej konsekwencji w społecznym odbiorze;

7) i na odwrót – jeśli w przyszłości władzę przejmą siły prezentujące wobec Rosji bardziej stanowcze i podmiotowe stanowisko, Kościół może stać się obiektem nacisków, by „coś zrobić” i wpłynąć zakulisowo na złagodzenie niewygodnego dla Rosji kursu polskiego rządu – wszystko, oczywiście, w imię „dialogu” i „pojednania”.

Powyższa wyliczanka, to jedynie przykład możliwych „rat”, które przyjdzie spłacać w ramach ceny za „pojednanie”. Nie sposób nie zapytać: warto było?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Tekst „Wspólnego Przesłania do Narodów Polski i Rosji: http://ekai.pl/biblioteka/dokumenty/x1430/wspolne-przeslanie-do-narodow-polski-i-rosji/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/pojednanie-z-zywa-cerkwia

http://niepoprawni.pl/blog/287/poligon-doswiadczalny-watykanskiego-ekumenizmu

środa, 21 marca 2012

Pierekowka dusz na zlecenie


Obecna wojenka władza-Kościół jest kolejną odsłoną „pierekowki” dusz ludności tubylczej na zewnętrzne zamówienie.


I. Zarządzanie przez kryzys

W sumie można się było tego spodziewać. Po kastrowaniu pedofilów, dopalaczach, kibolach i kim tam jeszcze, Tusk wskazał palcem kolejny obiekt: Kościół Katolicki. Wpisuje się to w logikę wywoływania sztucznych wojenek odwracających uwagę od rzeczywistych problemów państwa, narastających lawinowo pod rządami Dyktatury Matołów. A że skala niekompetencji i brakoróbstwa zaczęła ostatnio przy okazji mnożących się wtop nie-rządu docierać również do lemingów oraz wyborców pogrążonych do tej pory w usypiającym błogostanie (ACTA, skandal z refundacją leków, zapaść kolei, pękające autostrady, problemy ze Stadionem Narodowym, zamykanie placówek oświatowych, podwyżki cen energii – i tak można wymieniać ad infinitum) to i obiektem „nagonki przykrywkowej” należało uczynić odpowiednio poważną instytucję. Tu kibole już nie wystarczą. Więc czemu by nie Kościół?

Przy okazji można nieco uszczypnąć Palikota monopolizującego ostatnio antyklerykalny dyskurs w obszarze polityki, a że opierający się na zawiści wobec księżowskiej bryki tzw. ludowy antyklerykalizm zawsze miał się u nas całkiem nieźle (taki Urban w latach 90-tych zbił na tym majątek), to czemu nie sięgnąć po te polityczne punkty, gdy sondaże zaczynają szwankować?

Oczywiście, wszystkie te miliony, których beneficjentem jest Kościół, to kropla w skali budżetu państwa i dałoby się je zaoszczędzić w jakikolwiek inny sposób – choćby zwalniając kilku spośród rzeszy zatrudnionych w ostatnich latach urzędników, ale przecież nie o racjonalizację państwowych wydatków tu chodzi, tylko o emocje, mające zagospodarować uwagę gawiedzi i przekierować ją na temat zastępczy. Dlaczego państwo tonie w długach, zamyka się szkoły, brakuje pieniędzy na inwestycje infrastrukturalne? Już wiadomo – winna jest pazerność „czarnych” dojących budżet państwa i w związku z tym należy „przeciąć pępowinę”. To, że gdy już „klerowi” się zabierze ten Fundusz Kościelny i inne budżetowe obrywy, to nikomu się od tego nie polepszy, a „zaoszczędzona” w ten sposób kasa pójdzie tradycyjnie na zmarnowanie, nie ma znaczenia. Jutro, pojutrze, gdy wyeksploatowane zostaną indukowane dziś antyklerykalne emocje, wymyśli się co innego.

II. Kolonizacja

Ale to tylko pierwsze dno całej awantury, bowiem nie dam głowy, czy nie chodzi tu o coś znacznie głębszego.

Otóż, w naszym kraju katolicyzm - nierozerwalnie związany z patriotyzmem i polskością - jest jedyną ramą organizacyjną zdolną zagrozić Antycywilizacji Postępu i zwrócić uwagę ludzi na to, że nie zawsze liczy się „tu i teraz”, tudzież płytko pojmowana „europejska nowoczesność”, że istnieje coś takiego jak racja stanu, interes narodowy i takie tam. A takowy renesans narodowych sentymentów w naturalny sposób idzie w poprzek polityki plemienia Brukselczyków i kręcących unijnym interesem Niemiec, dla których UE w coraz większym stopniu staje się narzędziem realizacji ich narodowych interesów, których akurat Niemcy strzegą bardzo pilnie i realizują z nieubłaganą konsekwencją, udrapowawszy je uprzednio w szaty euro-nowomowy.

Interes Niemiec widziany z tej perspektywy staje się więc automatycznie interesem europejskim, zatem oczywiste jest, że na inne narodowe interesy miejsca robi się nagle bardzo mało, ba – tak po prawdzie, to miejsca nie ma w ogóle. Albowiem Lebensraum dla wielkiego narodu niemieckiego to nie w kij dmuchał, potrzebuje szerokiego rozpostarcia, gdyż wiadomo, że tak wielki naród musi się z czegoś utrzymać i zaspokajać swe równie wielkie ambicje, to zaś wymaga gospodarczej kolonizacji Europy, co też Niemcy wytrwale czynią, między innymi za pomocą fenomenalnego narzędzia jakim jest waluta euro, słabsza niż niegdysiejsza „dojczemarka” i stąd znakomicie lewarująca niemiecki eksport na rynki Europy, przy którym kwoty odprowadzane przez „największego płatnika” do euro-budżetu to doprawdy pikuś – drobna inwestycja przynosząca nieporównanie większe zyski. Po prostu zloty interes.

No dobrze, ale żeby ten plan działał bez większych zgrzytów wpierw należy narody kolonizowane rozbroić duchowo, najlepiej wpędzając w kompleksy i sprawić, by uznały swą kulturę, cywilizację i dorobek dziejowy za gorszy, zaściankowy i mniej atrakcyjny od cywilizacji metropolii. Wtedy z pocałowaniem ręki będą przyjmowały to, co metropolia uzna za stosowne im opchnąć – tak w sferze materialnej jak i ideologicznej - zaś ich jedynym marzeniem będzie, by stać się choć w części takimi, jak kolonizatorzy. Niczym Murzyni marzący o urzędniczej lub wojskowej posadzie w kolonialnych strukturach i błysku aprobaty w oczach białych bwana.

III. Pierekowka na zlecenie

I tu wracamy do obecnej wojenki z Kościołem a szerzej – z tradycjonalistycznie nastawioną częścią autochtonów. Jak wiadomo, nasz Ober-Matoł liczy na brukselskie splendory i temu podporządkowuje całą swą aktywność na niwie krajowej i zagranicznej. Wszystko inne to pochodne tego marzenia, lub doraźna łatanina mająca dowieźć Tuska do deadline – czyli do roku 2014 i wyborów do Parlamentu Europejskiego po których obiecano mu fotel szefa Komisji Europejskiej (nie dostanie go, ale mniejsza – ważne, że Admin w to wierzy).

Któryś z braci Karnowskich wysnuł kiedyś przypuszczenie, że uporczywe futrowanie środowiska „Krytyki Politycznej” publicznymi dotacjami może być odpowiedzią na cichy sygnał z Brukseli, by przeorać świadomość polskiego społeczeństwa i urobić je w bardziej postępackim, „europejskim” duchu. Bo nie da się ukryć, iż wciąż dość silna społeczna pozycja Kościoła jest dla Oświeconej Europy pewnym zgryzem – mianowicie, stanowi niebezpieczeństwo, że przy kolejnym odbiciu wyborczego wahadła nadwiślańscy Aborygeni znowu wybiorą kogoś okropnego jak w 2005 roku i znów trzeba będzie uruchamiać Fundację Adenauera oraz polskich podwykonawców do „społecznych kampanii” mobilizujących pożądane grupy docelowe.

Wspominam o tym nie bez przyczyny, sądzę bowiem, że to co obserwujemy obecnie w relacjach władza-Kościół jest kolejną odsłoną tego samego spektaklu – „pierekowki” dusz ludności tubylczej na zewnętrzne zamówienie, co jest warunkiem równie istotnym by zasłużyć się w oczach zagranicznych patronów decydujących o brukselskich stołkach, jak sprowadzenie Polski do roli „obrotowej bliskiej zagranicy”, czy kolonizacja gospodarcza o której mowa była nieco wyżej. Aby ta „pierekowka” się powiodła, należy osłabić Kościół w każdy możliwy sposób.

A że zostaną cywilizacyjne gruzy? A kogo to obchodzi? Obozowi beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego ekspozyturą jest obecna Dyktatura Matołów jest to najzupełniej obojętne, zaś tutejsze intelektualne elity o niczym innym nie marzą.

Gadający Grzyb

 

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL