Pokazywanie postów oznaczonych etykietą racja stanu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą racja stanu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 marca 2015

Orban – zawiedziona miłość polskiej prawicy

Od Orbana warto się uczyć skuteczności i orientowania na interes narodowy, a nie niewolniczo powielać jego konkretne rozwiązania.

I. Orban – Prometeusz regionu

Pozwolę sobie dziś kontynuować temat sprzed tygodnia dotyczący Victora Orbana, sądzę bowiem, że warto dopowiedzieć kilka rzeczy nieco odchodząc już od samej wizyty węgierskiego przywódcy w Polsce. Otóż jeśli chodzi o odbiór postaci Orbana oraz jego polityki przez polski obóz patriotyczno-niepodległościowy, trudno nie załamać rąk nad tym jak powierzchowna i infantylna była ocena tego co dzieje się na Węgrzech. Powstaje oczywiście pytanie, na ile obowiązujący do niedawna przekaz stawiający węgierskiego premiera na piedestale w roli politycznego świątka i obiektu bezkrytycznego uwielbienia wypływał z autentycznych ocen, na ile zaś mieliśmy do czynienia z operacją medialną mającą wskazać prawicowemu elektoratowi idola w celach wewnętrznej mobilizacji – że, prawda, u nas niedługo też wybijemy się na niepodległość, obalimy kondominium i zrobimy „Budapeszt nad Wisłą”. Osobiście podejrzewam, że ów węgierski festiwal przetaczający się do pewnego momentu przez tzw. „nasze” media w znacznej mierze służył dość cynicznej socjotechnice mającej na celu wykreowanie wśród publiczności skojarzenia „Kaczyński – polski Orban” i skonsolidowanie tą drogą, przez swoistą ekstrapolację, emocji i nadziei wokół głównej siły opozycyjnej. Z drugiej jednak strony nie wykluczam, że przynajmniej część polityków i komentatorów rzeczywiście widziała w Orbanie co najmniej wzorzec do zaimplementowania w polskich realiach, w skrajnych przypadkach natomiast – wręcz męża opatrznościowego naszego regionu, bojownika o wyzwolenie spod neokolonialnego jarzma, dającego przykład „jak zwyciężać mamy”.

Jak zwykle w takich przypadkach bywa, okazało się, że zarówno jedno (płytki cynizm), jak i drugie (węgierski „prometeizm”) podejście, nie poparte głębszą analizą, ma krótkie nogi. Victor Orban nie okazał się romantycznym bohaterem walczącym „o wolność waszą i naszą”, tylko do bólu pragmatycznym politykiem kierującym się interesami Węgier. Osadzanie go na siłę w jakimś post-romantycznym, dziewiętnastowiecznym paradygmacie było od początku do końca nieporozumieniem, dowodzącym jedynie naszego chciejstwa i naiwności. Podejście takie ułatwiały dodatkowo brutalne ataki polityczno-medialne płynące z zachodnich stolic oraz z rodzimych ośrodków propagandowych z „Wyborczą” na czele, kreujące Orbana na awanturnika, dyktatora i kryptofaszystę. Zagrał mechanizm – skoro tamci go atakują, więc musi być „nasz”. Stąd węgierskie wyprawy Klubów „Gazety Polskiej” służące nie tyle podkreśleniu tradycyjnej przyjaźni z „bratankami”, ile wprost politycznemu poparciu rządów Fideszu, z Tomaszem Sakiewiczem pozującym na współczesnego Józefa Bema. Teraz można odbierać to jako groteskę, jednak wówczas, gdy grały uniesienia i emocje, podobne gesty jawiły się wręcz jako jakiś zalążek budowy Międzymorza...

II. Gorycz zawodu

I wszystko szło pięknie, tym bardziej, że Orban zaczął m.in. od odzyskiwania węgierskiego sektora energetyczno-paliwowego z rosyjskich rąk (przejęcie akcji koncernu MOL od Surgutniefietgazu w 2011), gdyby przyparty do muru okolicznościami lider Fideszu nie dokonał radykalnej korekty kursu. Zwróćmy uwagę, że te obiecujące z naszego punktu widzenia początki rządów, kiedy to szef węgierskiego MSZ Janos Martonyi wyrażał publiczne zadowolenie, iż „Węgry zdołały przeszkodzić Rosjanom w uzyskaniu silnych wpływów ekonomicznych w Środkowej Europie" pokazują, że Orban dopóki mógł nie wahał się stawać Rosji na drodze, podobnie jak budowa wspólnie z Rosją elektrowni atomowej nie świadczy, że nagle stał się gorącym rusofilem. Ot, polityka i tyle. Spójrzmy zresztą, w jakiej sytuacji były Węgry. Fidesz odziedziczył po rządach Ferenca Gyurcsány'ego kraj na granicy plajty, ze skolonizowaną i wyprzedaną gospodarką oraz licznymi wynikającymi z tego problemami społecznymi, że wspomnę choćby o rzeszy niewypłacalnych „frankowiczów”. Przyszło mu działać w skrajnie nieprzyjaznym otoczeniu międzynarodowym. Zwycięstwo Orbana zostało powitane dzikim wyciem przez europejskie stolice i brukselską centralę UE, przy którym niemieckie kpiny z Lecha Kaczyńskiego jako nabzdyczonego „kartofla” to małe piwo. MFW za parawanem pożyczki usiłował zaprowadzić własny dyktat gospodarczy, co zmusiło węgierski rząd do ekspresowej spłaty i podziękowania za dalszą współpracę – a pieniądze jednak trzeba było skądś brać, by ratować się przed bankructwem. Podczas wykładu w Węgierskiej Akademii Nauk prof. Roger Scruton stwierdził: „istnieje sprzysiężenie przeciw waszemu krajowi" - czyli polityczno-gospodarczy sojusz mający na celu obalenie Orbana i powtórne podporządkowanie Węgier kolonialnym rządom międzynarodowych koncernów. Instytucje związane z Georgem Sorosem według tygodnika „Heti Valasz" tylko w 2012 „przekazały soc-liberalnej opozycji pół miliarda forintów”. W tej sytuacji Orban i tak długo wytrzymał, zanim zwrócił się ku Putinowi.

Jednak wolta Orbana została nad Wisłą potraktowana niemalże jako zdrada – co jest równie irracjonalne i głupie, jak wcześniejsze zachwyty. Na marginesie, mniejszą wprawdzie estymą, lecz bazującą na analogicznym mechanizmie, cieszył się swego czasu u nas czeski prezydent Vaclav Klaus, bo potrafił postawić się Brukseli, przy czym skrzętnie pomijano, że w kwestiach regionalnych był konsekwentnie prorosyjski. Wracając do Orbana – od miłości do nienawiści jeden krok i właśnie w ten sposób, niczym odtrącona, egzaltowana kochanka, polski „obóz patriotyczny” przestawił emocjonalną wajchę. Tylko jakoś nikt nie zadaje sobie pytania – co miały zrobić osamotnione Węgry. Czekać w nieskończoność aż w Polsce zwycięży PiS, by wspólnie zagrać przeciw reszcie świata? Bo, jak się zdaje, tego właśnie od Orbana oczekują nasi biurkowi stratedzy zarzucający mu rozbijanie regionu i „ułatwienie Rosji wbijanie klina w Europie, rozgrywanie przez Moskwę Zachodu, dzielenie Unii” - jak swego czasu ujął to jeden z zawiedzionych – Igor Janke, autor hagiograficznej książki „Napastnik”. O tym, że unijna i regionalna jedność jest fikcją – ani słowa. Znów miraże.

Tymczasem Orban, dopóki mógł, starał się pozyskać dla sprawy regionu Warszawę – ze swą pierwszą wizytą zagraniczną w 2010 roku udał się do Polski. Ale wtedy u nas, zwłaszcza po Smoleńsku, nie było dla niego partnera. Królowały kpiny z „postjagiellońskich mrzonek”, propagandowa lipa pod nazwą „polityki piastowskiej”, tuskowy „reset”, przyjaźń z Putinem zawiązana na smoleńskich grobach i abdykacja z jakichkolwiek regionalnych aspiracji na rzecz „płynięcia z głównym nurtem”.

A co jeszcze w listopadzie 2010 mówił sam Orban? Proponował nam regionalny sojusz: „Pewne natomiast jest to, że zawierane są nowe porozumienia i sojusze, a ten proces daje nam, narodom środkowoeuropejskim, wielkie możliwości. Cały region może zostać dowartościowany, jeśli zdołamy sprostać temu procesowi i wystąpić w jego ramach jako inicjatorzy.”

Z kolei, o polityce wschodniej: „Ważną dla nas wspólną sprawą jest los naszych sąsiadów na Wschodzie – a zatem także dotycząca ich inicjatywa UE, czyli Partnerstwo Wschodnie. Ten program unijny daje niezwykłą możliwość wydobycia naszych wschodnich sąsiadów z mroków zapomnienia w unijnej świadomości. Stawką jest możliwość stworzenia poprzez inicjowane także przez nich projekty wspólnej (a więc także razem z nimi) wizji UE w odniesieniu do Ukrainy, Mołdawii i Białorusi oraz trzech państw kaukaskich. W tej sprawie interesy państw środkowoeuropejskich – a zwłaszcza Węgier i Polski – są zbieżne. Powtarzam – Orban nie zwrócił się ku Moskwie, bo jest zdrajcą. Został w ramiona Rosji wepchnięty zarówno przez Zachód, jak i przez nas samych.

III. Orban jako byt wirtualny

Na zakończenie warto jeszcze odnieść się do tego skrzydła prawicowej sceny, które rości sobie pretensje do realizmu. Mam wrażenie, że popełnia ono w odniesieniu do Orbana ten sam błąd, co wcześniej obóz piłsudczykowskich post-romantyków, tylko w drugą stronę – Orban dogadał się z Putinem, brawo, bierzmy z niego przykład. To lustrzane odbicie tego samego wariactwa - kreowanie Orbana jako zupełnie wirtualnej postaci na którą przenosi się swoje tęsknoty i mniej lub bardziej realistyczne koncepcje. Ta szkodliwa projekcja własnych pragnień na ów wirtualny byt skończy się prędzej czy później podobnym rozczarowaniem. Orban do tej pory był taki sobie, woleliśmy prorosyjski Jobbik, no ale teraz, po uściskach z Putinem to sam miód-malina, wzorzec z Sevres męża stanu, bierzemy go na ksero i kopiujemy. To nie tak - od Orbana warto się uczyć skuteczności i orientowania się na interes narodowy, miast niewolniczo powielać jego konkretne rozwiązania, lub równie bezrozumnie wydawać z siebie odgłosy potępienia. Zacznijmy więc od zdefiniowania własnych celów, skonfrontujmy je z węgierskimi - i tam gdzie jest możliwość podejmujmy współpracę, ale pamiętajmy, że polityka Orbana, niezależnie od tego czy jawi nam się jako anty-, czy prorosyjska, to wciąż węgierska gra, a nie nasza.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/orban-czyli-wr%C3%B3g-publiczny-w-warszawie#.VQW74o6NAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/orban-na-linie#.VO4GRSyNAmw

http://blog-n-roll.pl/en/orban-franciszek-i-jan-pawe%C5%82-ii-jako-byty-wirtualne#.VO4GgSyNAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 9 (09-15.2015)

 

środa, 24 września 2014

Pielęgnować wojnę

Z polskiego punktu widzenia wojna rosyjsko-ukraińska jest istnym darem niebios i w naszym interesie leży, by trwała ona jak najdłużej.

I. Silni cudzą słabością

Z nieco markotną miną przeczytałem informację o przyjęciu przez Ukrainę ustawy o nadaniu specjalnego statusu zrewoltowanym wschodnim obwodom i amnestii dla rebeliantów (w tym, jak rozumiem, również „separatystów” z importu). Sugeruje to bowiem, iż konflikt zaczyna wkraczać w fazę schyłkową i wkrótce może zostać wygaszony. Tymczasem uważam, że z polskiego punktu widzenia wojna rosyjsko-ukraińska jest istnym darem niebios i w naszym jak najlepiej pojętym interesie leży, by trwała ona w swej obecnej formule ograniczonego konfliktu jak najdłużej. Już tłumaczę w czym rzecz.

Otóż państwo jest silne nie tylko wtedy, gdy dysponuje odpowiednimi zasobami własnymi – armią, gospodarką, bądź potencjałem demograficznym. Równie istotne jest, by miało możliwie słabych sąsiadów – inaczej mówiąc, by było silne słabością innych. I właśnie wojna na wschodzie Ukrainy jest spełnieniem tego drugiego warunku, gdyż osłabia obie strony.

II. Dwóch przegranych

Spójrzmy. Po jej zakończeniu Ukraina będzie organizmem na granicy dezintegracji terytorialnej, z ograniczonym potencjałem przemysłowym i licznymi problemami wewnętrznymi (już widzę to mozolne wdrażanie standardów unijnych wynikających z umowy stowarzyszeniowej z UE). Czyli, zajęta sobą i pozostająca w klinczu z Rosją długo nie będzie w stanie choćby potencjalnie nam zagrozić, co ma swoje znaczenie zważywszy na recydywę banderowszczyzny. Ponadto ukraiński nacjonalizm na skutek wojny został skanalizowany w kierunku antyrosyjskim – Rosja już nigdy nie będzie postrzegana przez Ukraińców jako przyjazny starszy brat, tylko jako agresor, co oczywiście także gra na naszą korzyść.

Z kolei Rosja również wyjdzie z tej wojny osłabiona i politycznie skompromitowana. Stosunki z Zachodem niezależnie od chęci kręgów biznesowych przynajmniej przez jakiś czas nie powrócą do idylli z okresu budowy Nord Streamu czy partnerstwa militarnego w ramach Rady NATO-Rosja. Nad stosunkami Rosja-Zachód przez lata jeszcze będzie unosić się atmosfera wzajemnej nieufności. Trwałym geopolitycznym osłabieniem pozycji Rosji będzie wyłuskanie Ukrainy z postsowieckiej strefy wpływów, niezależnie od ostatecznego statusu Doniecka i Ługańska, co automatycznie kładzie kres imperialnym aspiracjom Kremla. Umowa stowarzyszeniowa Ukrainy z Unią Europejską, nawet w obecnej nieco kulawej formule (jej część gospodarcza ma wejść w życie dopiero w 2016 roku) oraz wywołane wojną wspomniane wyżej antyrosyjskie nastroje sprawią, że Ukraina pozostanie dla Rosji nieosiągalna.

Równie istotne znaczenie mają spowodowane konfliktem turbulencje w rosyjskiej gospodarce. Już teraz Rosja balansuje na granicy recesji i wedle prognoz agencji ratingowych nastąpi ona jeszcze w tym roku. Dodajmy do tego odpływ kapitału, rosnącą inflację (napędzaną m.in. wzrostem cen wskutek embarga na towary z UE), dewaluację rubla i otrzymamy kryzys. Rosja dysponuje wprawdzie zgromadzonymi w latach surowcowej prosperity piątymi co wielkości rezerwami finansowymi na świecie wartymi ok. 500 mld dolarów, lecz i te szybko stopnieją. Już teraz rosyjscy giganci przemysłowi jak Rosnieft wyciągają ręce po te środki i kolejka chętnych będzie rosnąć. Gdyby wojna potrwała jeszcze rok, to może się okazać, że w skarbcu pojawi się dno. Warto dodać, iż ok. jednej trzeciej rezerw ulokowanych jest w funduszach mających łagodzić obniżki cen ropy. Jeśli Rosja wydryluje się finansowo, stanie się bardziej podatna na wahania cen surowców, co dodatkowo zdestabilizuje jej gospodarkę.

III. Wspierać słabszego

Co w tej sytuacji powinna zrobić Polska? Najlepszym wyjściem byłoby dyskretne (powtarzam – DYSKRETNE) wspieranie Ukrainy jako strony słabszej w toczącej się wojnie i w ten sposób podtrzymywanie, rzekłbym nawet – troskliwe pielęgnowanie konfliktu. Podkreślę to raz jeszcze – im dłużej Rosja i Ukraina będą wodzić się za łby, tym lepiej dla nas, bowiem walka w której żaden z uczestników nie jest w stanie definitywnie zwyciężyć drugiego osłabia obu i automatycznie działa w naszym interesie. W grę wchodzą – na miarę naszych możliwości – dostawy różnorakiej pomocy, sprzedaż gazu, nawet dostarczanie broni, choć to ostatnie najlepiej za pośrednictwem państw trzecich. Tak zrobiły Węgry, które z jednej strony oficjalnie trzymają prorosyjski kurs, a z drugiej sprzedały 58 czołgów T-72, te zaś przez prywatnego pośrednika w Czechach najprawdopodobniej trafiły docelowo na Ukrainę. Uczmy się.

Natomiast jak ognia powinniśmy wystrzegać się bezpośredniego zaangażowania militarnego i szafowania polską krwią. Przerobiliśmy już Irak i Afganistan, w zamian za co zostaliśmy wskutek resetu Obamy zostawieni na lodzie, bez baz NATO, bez tarczy antyrakietowej i bez widoków by nasi „strategiczni sojusznicy” zechcieli udzielić nam jakichkolwiek konkretnych gwarancji bezpieczeństwa. Ostatni szczyt NATO i groteskowa „szpica” jest tego najlepszym potwierdzeniem. Wystarczy. Możemy liczyć wyłącznie na siebie, więc zacznijmy tak robić – grać bez oglądania się na inne stolice. Osobną sprawą jest, gdyby jacyś ochotnicy zechcieli posmakować wojaczki i ponaparzać się z Ruskimi pod Donieckiem czy nad Morzem Azowskim. Czemu nie, jednak państwo polskie oficjalnie nie powinno mieć z tym nic wspólnego.

Zyskany osłabieniem naszych wschodnich sąsiadów czas powinniśmy przeznaczyć na własne wzmocnienie militarne i gospodarcze. No i wreszcie wybudować gazoport w Świnoujściu, który da nam oddech w relacjach z Rosją. Oczywiście, nie ma nic za darmo. Ceną jaką płacimy obecnie i będziemy płacili do końca wojny na wschodzie jest rosyjskie embargo na naszą żywność. Tyle, że Rosja nakładała je także wielokrotnie w minionych latach przy byle okazji i będzie tak czyniła również w przyszłości - niezależnie od tego, czy jest wojna, czy jej nie ma. To koszt, który w relacjach z Rosją zawsze należy brać pod uwagę i w ostatecznym rozrachunku warto go ponieść, bo nasz „urlop od historii” już dawno się skończył.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 38 (22-28.09.2014)

 

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Ukraiński klincz

Możliwa jest europejska integracja Ukrainy – i to bez udziału Moskwy, Brukseli i Berlina.

I. Gdy „tak” znaczy „nie”

Wszystko wskazuje na to, że na Ukrainie mamy do czynienia z sytuacją patową, albo też, stosując bliższą Witalijowi Kliczce terminologię bokserską – mamy klincz w którym pozostają obie strony konfliktu. „Majdanowcy” liczą na przepchnięcie przedterminowych wyborów pod wpływem społecznego nacisku, obóz Janukowycza natomiast bierze protestujących na przeczekanie, mając nadzieję na wypalenie się buntu i efekt „zmęczenia materiału”. Świat zaś, ze szczególnym uwzględnieniem Unii Europejskiej i kręcących tym interesem Niemiec, mimo rytualnych odgłosów poparcia dla „europejskich aspiracji” generalnie Ukrainę olewa, co rzuca pewne światło na upór z jakim forsowano zwolnienie Cierpiącej Julii z więzienia, co od początku sprawiało wrażenie warunku zaporowego - propagandowo nie do przełknięcia dla Janukowycza i stanowiącego zarazem dogodny pretekst dla storpedowania wileńskiego szczytu Partnerstwa Wschodniego.

Krótko mówiąc, albo Niemcy od początku nie chciały Ukrainy w Unii i związanego z ewentualną akcesją zakłócenia stref wpływów ustalonych w ostatnich latach między Berlinem a Moskwą, albo nie doceniły kalkulacji ukraińskich oligarchów, których reprezentantem i zakładnikiem jest Janukowycz. Partnerstwo Wschodnie natomiast od początku pomyślane było jako wieczysta poczekalnia, której zadaniem pozostaje trzymanie aspirujących byłych republik ZSRR za kordonem, jednak w taki sposób, by nie mówić im jednoznacznie „nie”. Mówi się zatem Ukrainie „tak”, tudzież „może”, ale w takiej formie, że oznacza to coś zupełnie przeciwnego.

II. Integracja bez Brukseli i Berlina

I tutaj jest zadanie dla Polski, która pozostaje chyba jedynym krajem żywotnie zainteresowanym ukraińską akcesją, a tym samym wzmocnieniem strefy buforowej odgradzającej nas od Rosji. Pozwolę sobie zatem naszkicować pewien scenariusz, do którego realizacji potrzeba wszakże tak wielkich pokładów determinacji po obu stronach, że na dzień dzisiejszy wydaje się być czymś z gatunku political fiction. Od razu dodam też, iż by urzeczywistnić to, co za chwilę Państwo przeczytają, zarówno Polska jak i Ukraina muszą odzyskać pełną podmiotowość i samodzielność w prowadzeniu polityki zagranicznej, która obecnie jest z wielu względów nader ograniczona – do tego zaś potrzeba wymiany władzy w obu krajach.

Otóż, jest możliwa pewna forma wciągnięcia Ukrainy do „świata zachodniego” - i to bez udziału najważniejszych europejskich stolic i unijnych struktur z operetkowym „Partnerstwem Wschodnim” włącznie. Integracji tej można dokonać na zasadzie stosunków dwustronnych, wykorzystując instrumentalnie nasze zakotwiczenie w UE. Już tłumaczę w czym rzecz. Wystarczy mianowicie szereg polsko-ukraińskich umów międzynarodowych znoszących istniejące obecnie bariery między oboma państwami.

Pierwszym krokiem powinno być obustronne zniesienie wiz, co już obecnie jest postulowane np. przez „Rzeczpospolitą”. Swoboda podróżowania bez biurokratycznych uciążliwości miałaby długofalowy efekt społeczny. Skoro byliśmy w stanie zrobić prezent Rosjanom w postaci umowy o małym ruchu granicznym z Obwodem Kaliningradzkim, to równie dobrze możemy podobny krok wykonać w makroskali wobec państwa, które potencjalnie jest naszym strategicznym partnerem w regionie.

Krok drugi, to umowa o swobodzie wymiany gospodarczej – bez ceł, ograniczeń inwestycyjnych (poza obszarami strategicznymi jak energetyka, kluczowa infrastruktura czy zbrojeniówka). Więzy gospodarcze mocniej integrują niż najszumniejsze polityczne „gesty”, czy „dobrosąsiedzka” gadanina.

Krok trzeci wreszcie, będący dopełnieniem dwóch poprzednich, to wzajemne otwarcie rynków pracy. Zaniepokojonym, że Ukraińcy masowo „ukradną” Polakom zatrudnienie przypominam, że oni i tak już u nas pracują w szeregu branż – zwłaszcza takich, do których Polacy się nie palą (np. budowlanka, rolnictwo, pomoc domowa). Dodam też, że np. gospodarka brytyjska zyskała na otwarciu się na pracowników z Europy Środkowo-Wschodniej, zatem dlaczego nasza nie miałaby zyskać na otwarciu się na Ukraińców?

Kiedy już trzy powyższe posunięcia zostaną wykonane, to okaże się, że Ukraina w praktyce znajdzie się w Unii Europejskiej i to bez żmudnych negocjacji, warunków i traktatu akcesyjnego. Berlin, Brukselę i Moskwę należy zwyczajnie postawić przed faktem dokonanym. Warto by siły opozycyjne obu państw (czyli PiS i np. „Udar” Kliczki) już teraz zaczęły porozumiewać się między sobą w tej kwestii – najlepiej tak dyskretnie, jak tylko jest to możliwe, by Niemcy z Rosją nie zdążyły podjąć kontrakcji.

III. Wśród serdecznych przyjaciół...

Na zakończenie jeszcze kilka słów o rodzimych prawicowych „przyjaciołach” Ukrainy, którzy tak pragną jej dobra, że gotowi są za wszelką cenę nie dopuścić do tego, by znalazła się w „eurokołchozie” - nie bacząc na to, że alternatywą jest kołchoz euroazjatycki montowany przez Putina. Mam tu mianowicie wielki żal do naszych narodowców. I nie chodzi mi bynajmniej o patologicznych rusofilów spośród pogrobowców PAX czy innego „Grunwaldu”, bo po nich nie sposób spodziewać się czegokolwiek innego. Idzie mi o narodowców skupionych w Ruchu Narodowym, którzy wszak nie pałają miłością do Kremla i dotąd raczej nie zdradzali zaczadzenia jakimiś panslawistycznymi miazmatami. Sądzę raczej, że działacze ci na tyle nienawidzą Unii, że powodowani tą nienawiścią gotowi są zaprzepaścić strategiczne interesy Polski, a tym samym niezależnie od intencji działają na korzyść Putina i reaktywacji rosyjskiego imperium.

Wasza postawa, Panowie, szkodzi polskiej racji stanu. Osunięcie się Ukrainy w rosyjską strefę wpływów to wyrok na Polskę, jeśli zaś chodzi wam o Ukrainę niezależną tak od Wschodu jak i od Zachodu, to oddajecie się mrzonkom. Małostkowe wypominanie Kaczyńskiemu, że na kijowskim wiecu stał obok niego lider neo-rezunów ze „Swobody” świadczy wyłącznie o Waszym nieprzytomnym zacietrzewieniu (Jarosław Kaczyński, będąc gościem, miał narzucać gospodarzom kogo zapraszają?). Poza tym, skąd ta nagła troska o sąsiada? Troszczcie się o Polskę – ja mam gdzieś interes Ukrainy, obchodzi mnie interes narodowy Polski, a w tymże interesie leży Kijów związany z Warszawą, a nie z Moskwą. No i nader wszystko, Wasze fochy uzewnętrzniane przy okazji wydarzeń na Ukrainie nie mają nic wspólnego z tradycyjnym, endeckim politycznym realizmem.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/ukraina-miedzy-scylla-charybda

http://niepoprawni.pl/blog/287/post-giedroyciowska-dziecinada

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-petach-giedroycia

niedziela, 14 lipca 2013

W pętach Giedroycia

Giedroyc mawiał, że Polską rządzą trumny Piłsudskiego i Dmowskiego. Można dodać, że polską polityką wschodnią rządzi trumna Giedroycia.

I. Giedroyc upupiony

Na marginesie sejmowej uchwały w 70. rocznicę ludobójstwa na Kresach, w której jak wiemy przyjęto ostatecznie pokraczną formułę o „czystce etnicznej noszącej znamiona ludobójstwa”, naszła mnie refleksja, że polityka wschodnia sformułowana przez „księcia” z Maisons-Laffitte nałożyła nam pęta z których polskie elity po dziś dzień nie potrafią się wyzwolić. O ile bowiem wedle Giedroycia Polską rządzić miały trumny Piłsudskiego i Dmowskiego, o tyle polską polityką wschodnią nadal rządzi trumna Giedroycia. A że elity III RP są rozpaczliwie wtórne intelektualnie i zdolne jedynie do bezrefleksyjnego kopiowania różnych wzorców bez próby twórczej reinterpretacji, to siłą rzeczy również zalecenia Redaktora wdrażane w obecnych czasach niepostrzeżenie przekroczyły granicę parodii. Stało się tak dlatego, że nasza klasa polityczna poszła po najmniejszej linii oporu i w stosunkach z ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś) postawiła na strategię wręcz dziecinną: kokieterię mianowicie.

W skrócie wygląda to tak: nie zadrażniajmy stosunków, chowajmy pod sukno kwestie sporne, dopieszczajmy wschodnich partnerów, nie wywlekajmy kłopotliwych dla nich historycznych zaszłości, popierajmy ich międzynarodowe aspiracje, to oni z wdzięczności nas polubią i obiorą korzystny dla nas prozachodni kurs, a także nie będą nam bruździć i przyznają prawa polskiej mniejszości. Dziecinada i żenada – Giedroyc trafiony, upupiony.

II. Himalaje konformizmu

Jednym z niewielu zarzutów, które można sformułować pod adresem prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego była właśnie owa niemożność wyzwolenia się z giedroyciowego paradygmatu polityki wschodniej. Taktyka wspierania do końca schodzącego ze sceny „pomarańczowego” Juszczenki, który w ramach chwytania się brzytwy wszedł w sojusz z neo-banderowcami okazała się nieskuteczna w wymiarze międzynarodowym, a w wymiarze wewnętrznym krzywdząca dla środowisk kresowych, czego najdobitniejszym przykładem było wycofanie prezydenckiego patronatu z obchodów 65. rocznicy kresowego ludobójstwa. Ta naiwna polityka charakteryzuje zresztą wszystkie ekipy, zaś obecny rząd wywindował ją na Himalaje konformizmu.

Jest to o tyle kuriozalne, że sam Giedroyc nie był w żadnej mierze politycznym doktrynerem i potrafił modyfikować swe stanowisko zależnie od zmieniających się okoliczności. Wystarczy przypomnieć tu Jerzego Giedroycia z międzywojennego „Buntu Młodych” - piewcę „mocarstwowej Polski”, który niemalże wysyłał Żydów na Madagaskar – z Giedroyciem „paryskim”, kiedy to sformułował obowiązującą w polskich elitach polityczno-intelektualnych do tej pory koncepcję polityki wschodniej, która odeszła od „mocarstwowości” na rzecz wspierania niepodległościowych aspiracji Litwinów, Białorusinów i Ukraińców. Miało to oczywiście głębokie uzasadnienie geopolityczne – odepchnięcie Rosji od polskich granic i stworzenie kordonu państw osłabiających samym swym istnieniem rosyjski imperializm. Wizja ta została zrealizowana wraz z rozpadem ZSRS – w zamian za rezygnację Polski z nierealnego w obecnych warunkach dążenia do odzyskania utraconych terytoriów wschodnich II RP.

I to było jak najbardziej racjonalne podejście – zyskujemy „strefę buforową” za cenę wyrzeczenia się tego, czego i tak nie jesteśmy w stanie odzyskać. Tyle, że nasze elity – tak z prawa, jak i z lewa – na tym się zatrzymały. Okazując się niezdolne do przedefiniowania diagnoz paryskiej „Kultury” z lat Zimnej Wojny i kontynuując ustępliwą wobec wschodnich sąsiadów linię, same zapędziły się w kozi róg. Tymczasem Giedroyc wcale za Ukraińcami nie przepadał – był z gruntu „zwierzęciem politycznym”: czynił to, co w danych okolicznościach uważał za konieczne i zgodne z polską racją stanu. Natomiast politycy i zapatrzony w „Kulturę” mainstream intelektualny III RP przenieśli tę ustępliwość wobec aspiracji zniewolonych przez Sowietów narodowości sprzed lat 1989-1991 na niwę stosunków międzynarodowych między suwerennymi podmiotami – bo jak nie, to się na nas obrażą i pójdą do Ruskich.

III. Iluzja polityki ustępstw

To beznadziejnie krótkowzroczne podejście zostało bezbłędnie rozpracowane przez „wschodnich partnerów”, którzy bez skrupułów wykorzystują naszą postawę, hodując własne nacjonalizmy, lub grając na dwie strony. Spójrzmy: Litwini, choć weszli „w pakiecie” razem z nami do UE i NATO ani myślą uszanować praw polskiej mniejszości; Białoruś pod rządami Łukaszenki postawiła ostentacyjnie na sojusz z Rosją; Ukraina zaś balansuje między Wschodem a Zachodem, starając się ugrać na swym położeniu maksymalnie wiele korzyści. Przez żadne z tych państw nie jesteśmy traktowani jako „adwokat” ich suwerenności, z którego zdaniem należałoby się liczyć, zaś nasze kokieteryjne unikanie zadrażnień odczytywane jest jako słabość – zupełnie słusznie zresztą.

Na zakończenie przywołam tu spostrzeżenie z wykładu prof. Czesława Partacza podczas niedawnej konferencji „Ludobójstwo na Kresach” (24.06.2013). Otóż stwierdził on, że w trakcie wieloletniej, regularnej lektury periodyków wydawanych przez ukraińskie MSZ ani razu nie spotkał się ze stwierdzeniem, że Polska jest strategicznym partnerem Ukrainy. Stany Zjednoczone, czy Niemcy – owszem, jak najbardziej; Polska – nigdy. Pokazuje to iluzoryczność wyrozumiałej, kunktatorskiej - i koniec końców tchórzliwej - polityki ustępstw. Nasza spolegliwość i dopieszczanie „strategicznego sąsiada w regionie” skutkuje jedynie tym, że nie jesteśmy traktowani jako partner poważny.

Podsumowując, najwyższy czas wyzwolić się z pęt Giedroycia, nałożonych w innych realiach naszemu spojrzeniu na Wschód i rozpocząć etap normalnych stosunków opartych na grze interesów narodowych. Na dobry początek można by zerwać z zakłamanym samoograniczaniem się w kwestiach polityki historycznej i fałszowaniem w oficjalnym przekazie prawdy o kresowym ludobójstwie – bez oglądania się na ukraińskie fochy. Tak będzie zdrowiej, uczciwiej i w zgodzie z naszymi interesami. Od czegoś w końcu trzeba zacząć.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Polecam cykl Godziemby:

http://niepoprawni.pl/blog/3081/program-wschodni-kultury-1

http://niepoprawni.pl/blog/3081/program-wschodni-kultury-2

http://niepoprawni.pl/blog/3081/program-wschodni-kultury-3

http://niepoprawni.pl/blog/3081/program-wschodni-kultury-4

Wykład prof. Czesława Partacza:

http://www.youtube.com/watch?v=EzGThvyOjws

środa, 21 marca 2012

Pierekowka dusz na zlecenie


Obecna wojenka władza-Kościół jest kolejną odsłoną „pierekowki” dusz ludności tubylczej na zewnętrzne zamówienie.


I. Zarządzanie przez kryzys

W sumie można się było tego spodziewać. Po kastrowaniu pedofilów, dopalaczach, kibolach i kim tam jeszcze, Tusk wskazał palcem kolejny obiekt: Kościół Katolicki. Wpisuje się to w logikę wywoływania sztucznych wojenek odwracających uwagę od rzeczywistych problemów państwa, narastających lawinowo pod rządami Dyktatury Matołów. A że skala niekompetencji i brakoróbstwa zaczęła ostatnio przy okazji mnożących się wtop nie-rządu docierać również do lemingów oraz wyborców pogrążonych do tej pory w usypiającym błogostanie (ACTA, skandal z refundacją leków, zapaść kolei, pękające autostrady, problemy ze Stadionem Narodowym, zamykanie placówek oświatowych, podwyżki cen energii – i tak można wymieniać ad infinitum) to i obiektem „nagonki przykrywkowej” należało uczynić odpowiednio poważną instytucję. Tu kibole już nie wystarczą. Więc czemu by nie Kościół?

Przy okazji można nieco uszczypnąć Palikota monopolizującego ostatnio antyklerykalny dyskurs w obszarze polityki, a że opierający się na zawiści wobec księżowskiej bryki tzw. ludowy antyklerykalizm zawsze miał się u nas całkiem nieźle (taki Urban w latach 90-tych zbił na tym majątek), to czemu nie sięgnąć po te polityczne punkty, gdy sondaże zaczynają szwankować?

Oczywiście, wszystkie te miliony, których beneficjentem jest Kościół, to kropla w skali budżetu państwa i dałoby się je zaoszczędzić w jakikolwiek inny sposób – choćby zwalniając kilku spośród rzeszy zatrudnionych w ostatnich latach urzędników, ale przecież nie o racjonalizację państwowych wydatków tu chodzi, tylko o emocje, mające zagospodarować uwagę gawiedzi i przekierować ją na temat zastępczy. Dlaczego państwo tonie w długach, zamyka się szkoły, brakuje pieniędzy na inwestycje infrastrukturalne? Już wiadomo – winna jest pazerność „czarnych” dojących budżet państwa i w związku z tym należy „przeciąć pępowinę”. To, że gdy już „klerowi” się zabierze ten Fundusz Kościelny i inne budżetowe obrywy, to nikomu się od tego nie polepszy, a „zaoszczędzona” w ten sposób kasa pójdzie tradycyjnie na zmarnowanie, nie ma znaczenia. Jutro, pojutrze, gdy wyeksploatowane zostaną indukowane dziś antyklerykalne emocje, wymyśli się co innego.

II. Kolonizacja

Ale to tylko pierwsze dno całej awantury, bowiem nie dam głowy, czy nie chodzi tu o coś znacznie głębszego.

Otóż, w naszym kraju katolicyzm - nierozerwalnie związany z patriotyzmem i polskością - jest jedyną ramą organizacyjną zdolną zagrozić Antycywilizacji Postępu i zwrócić uwagę ludzi na to, że nie zawsze liczy się „tu i teraz”, tudzież płytko pojmowana „europejska nowoczesność”, że istnieje coś takiego jak racja stanu, interes narodowy i takie tam. A takowy renesans narodowych sentymentów w naturalny sposób idzie w poprzek polityki plemienia Brukselczyków i kręcących unijnym interesem Niemiec, dla których UE w coraz większym stopniu staje się narzędziem realizacji ich narodowych interesów, których akurat Niemcy strzegą bardzo pilnie i realizują z nieubłaganą konsekwencją, udrapowawszy je uprzednio w szaty euro-nowomowy.

Interes Niemiec widziany z tej perspektywy staje się więc automatycznie interesem europejskim, zatem oczywiste jest, że na inne narodowe interesy miejsca robi się nagle bardzo mało, ba – tak po prawdzie, to miejsca nie ma w ogóle. Albowiem Lebensraum dla wielkiego narodu niemieckiego to nie w kij dmuchał, potrzebuje szerokiego rozpostarcia, gdyż wiadomo, że tak wielki naród musi się z czegoś utrzymać i zaspokajać swe równie wielkie ambicje, to zaś wymaga gospodarczej kolonizacji Europy, co też Niemcy wytrwale czynią, między innymi za pomocą fenomenalnego narzędzia jakim jest waluta euro, słabsza niż niegdysiejsza „dojczemarka” i stąd znakomicie lewarująca niemiecki eksport na rynki Europy, przy którym kwoty odprowadzane przez „największego płatnika” do euro-budżetu to doprawdy pikuś – drobna inwestycja przynosząca nieporównanie większe zyski. Po prostu zloty interes.

No dobrze, ale żeby ten plan działał bez większych zgrzytów wpierw należy narody kolonizowane rozbroić duchowo, najlepiej wpędzając w kompleksy i sprawić, by uznały swą kulturę, cywilizację i dorobek dziejowy za gorszy, zaściankowy i mniej atrakcyjny od cywilizacji metropolii. Wtedy z pocałowaniem ręki będą przyjmowały to, co metropolia uzna za stosowne im opchnąć – tak w sferze materialnej jak i ideologicznej - zaś ich jedynym marzeniem będzie, by stać się choć w części takimi, jak kolonizatorzy. Niczym Murzyni marzący o urzędniczej lub wojskowej posadzie w kolonialnych strukturach i błysku aprobaty w oczach białych bwana.

III. Pierekowka na zlecenie

I tu wracamy do obecnej wojenki z Kościołem a szerzej – z tradycjonalistycznie nastawioną częścią autochtonów. Jak wiadomo, nasz Ober-Matoł liczy na brukselskie splendory i temu podporządkowuje całą swą aktywność na niwie krajowej i zagranicznej. Wszystko inne to pochodne tego marzenia, lub doraźna łatanina mająca dowieźć Tuska do deadline – czyli do roku 2014 i wyborów do Parlamentu Europejskiego po których obiecano mu fotel szefa Komisji Europejskiej (nie dostanie go, ale mniejsza – ważne, że Admin w to wierzy).

Któryś z braci Karnowskich wysnuł kiedyś przypuszczenie, że uporczywe futrowanie środowiska „Krytyki Politycznej” publicznymi dotacjami może być odpowiedzią na cichy sygnał z Brukseli, by przeorać świadomość polskiego społeczeństwa i urobić je w bardziej postępackim, „europejskim” duchu. Bo nie da się ukryć, iż wciąż dość silna społeczna pozycja Kościoła jest dla Oświeconej Europy pewnym zgryzem – mianowicie, stanowi niebezpieczeństwo, że przy kolejnym odbiciu wyborczego wahadła nadwiślańscy Aborygeni znowu wybiorą kogoś okropnego jak w 2005 roku i znów trzeba będzie uruchamiać Fundację Adenauera oraz polskich podwykonawców do „społecznych kampanii” mobilizujących pożądane grupy docelowe.

Wspominam o tym nie bez przyczyny, sądzę bowiem, że to co obserwujemy obecnie w relacjach władza-Kościół jest kolejną odsłoną tego samego spektaklu – „pierekowki” dusz ludności tubylczej na zewnętrzne zamówienie, co jest warunkiem równie istotnym by zasłużyć się w oczach zagranicznych patronów decydujących o brukselskich stołkach, jak sprowadzenie Polski do roli „obrotowej bliskiej zagranicy”, czy kolonizacja gospodarcza o której mowa była nieco wyżej. Aby ta „pierekowka” się powiodła, należy osłabić Kościół w każdy możliwy sposób.

A że zostaną cywilizacyjne gruzy? A kogo to obchodzi? Obozowi beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego ekspozyturą jest obecna Dyktatura Matołów jest to najzupełniej obojętne, zaś tutejsze intelektualne elity o niczym innym nie marzą.

Gadający Grzyb

 

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

sobota, 12 lutego 2011

Policzek z prawa, policzek z lewa


Uchwała Buntestagu w sprawie Dnia Pamięci o Ofiarach Wypędzeń jest niemieckim odpowiednikiem raportu MAK.



I. Heil Steinbach!


Polskie mediodajnie zaabsorbowane sprawami wewnętrznymi, Smoleńskiem i następstwami raportu MAK chwilowo odpuściły sobie kierunek zachodni. Jak się okazuje, niesłusznie, bowiem 10.02.2011 niemiecki Bundestag głosami koalicji CDU/CSU i FDP podjął uchwałę wzywającą rząd federalny do ustanowienia Dnia Pamięci o Ofiarach Wypędzeń, który miałby przypadać 5 sierpnia, czyli w rocznicę uchwalenia w 1950 roku „Karty niemieckich wypędzonych ze stron ojczystych". W uchwale nie ma ani słowa o tym, że decyzja o wysiedleniach została podjęta na konferencji w Poczdamie i była efektem wojny rozpętanej przez Niemcy, za to wyraźnie zawyża się liczbę „wypędzonych” (14 mln).


„I to by było na tyle” jeśli chodzi o naszych dyżurnych „uspokajaczy” twierdzących, że frakcja „ziomków” z frau Steinbach na czele jest w Niemczech folklorem, czy ledwie tolerowanym marginesem, pozbawionym wpływu na realną politykę.


Komentatorzy twierdzą, że uchwała ma na celu pozyskanie wyborców w Badenii-Wirtembergii, przed marcowymi wyborami do tamtejszego landtagu. Owszem, nie przeczę, ale to nie tłumaczy, dlaczego politycy rządzącej koalicji zdecydowali się sięgnąć właśnie po ten a nie inny środek zjednania „resentymentowego” elektoratu.


Najwyraźniej uznali, że mogą sobie na to pozwolić, bo Warszawa w żaden sposób na ten policzek nie zareaguje. Nie przeliczyli się.


II. Summa błędów.


Sterujący naszą polityką zagraniczną tandem Tusk – Sikorski popełnił w stosunku do Niemiec taki sam błąd, co wobec Rosji. Panowie uznali, że jeśli nie będziemy marnować okazji, żeby siedzieć cicho i abdykujemy z aktywnej polityki zagranicznej na rzecz „płynięcia z głównym nurtem”, to Niemcy darują sobie wobec nas afronty i wejdą w tę niepisaną konwencję uśmiechów i poklepywania się po pleckach. Ile takie podejście jest warte, właśnie się przekonaliśmy – i to zaraz po „szczycie” Trójkąta Weimarskiego, podczas którego prezydent Komorowski skompletował ponoć „koronę Himalajów”. Najwyraźniej właśnie wtedy kanclerz Merkel wysondowała Komorowskiego na tyle, by uzyskać pewność, że nie tylko polski rząd, ale również Belweder nie zareaguje na szykowaną w Bundestagu prowokację. Mała, słodka zemsta za lekceważące i trącące buractwem przetrzymanie pani kanclerz na stojąco przez sadowiącego się w fotelu gospodarza „szczytu” to jedynie wisienka na torcie.


W kontekście wzmiankowanej uchwały z pewnością swoją rolę odegrało też dopuszczenie przez PO do politycznego mainstreamu Ruchu Autonomii Śląska, którego część zdradza wyraźne sympatie proniemieckie. Było to ewidentne poświęcenie racji stanu, jaką jest spoistość terytorialna państwa na rzecz doraźnego partyjniactwa (koalicja z RAŚ w sejmiku górnośląskim). O żałosnym pomyśle reaktywowania hitlerowskiej koncepcji „goralenvolku” i promowaniu „narodowości” kaszubskiej w opozycji do Polski już nie wspomnę. Teraz zaczyna się to mścić.


No i wreszcie Smoleńsk. A może – przede wszystkim Smoleńsk. Dziesięć miesięcy obserwacji jak obecny rząd reaguje na coraz bezczelniejsze poczynania strony rosyjskiej i ustawia się wręcz w roli rzecznika Rosji, by nie ponieść szkód wizerunkowych, było dla niemieckich elit politycznych niewątpliwie cennym materiałem do przemyśleń. Kulminacją była strachliwa i niezborna reakcja na upokorzenie, jakim był raport Anodiny. Teraz nadszedł czas wyciągania wniosków. A wnioski mogą być tylko takie, że Polska jest słaba i że słabi są jej przywódcy, że łatwo nimi manipulować poprzez „wkręcanie” w post-polityczny miraż „ocieplenia” z którego nie będą w stanie się wywikłać bez przekreślenia całej swej dotychczasowej działalności. Tak oto obecna ekipa ustawiła Polskę w charakterze zakładnika własnych błędów, któremu można bezkarnie strzelić z „plaskacza”, mając błogą pewność, że nie odda.


W tym sensie, uchwała Buntestagu w sprawie Dnia Pamięci o Ofiarach Wypędzeń jest niemieckim odpowiednikiem raportu MAK. Policzek z prawa, policzek z lewa...


Nasi mężykowie stanu najwyraźniej nie przewidzieli, że „pozostawanie w głównym nurcie” to de facto rezygnacja z suwerennej, podmiotowej polityki zagranicznej. I że nie oznacza to, iż realna polityka nagle zniknie. Oznacza to tylko tyle, że prawdziwą politykę będzie robił za nas, obok nas i ponad nami ktoś inny, nie kłopocząc się pytaniem o zdanie, a nam pozostanie tylko się podporządkować.


III. Polityka historyczna w działaniu.


Póki co, z iście niemiecką systematycznością, krok po kroku, dokonuje się rewizja dziejów najnowszych, mająca docelowo skutkować m.in. przebudowaniem świadomości historycznej niemieckiego społeczeństwa. A to może przynieść całkiem wymierne skutki we wzajemnych relacjach. Co polecam pod rozwagę różnym rodzimym etatowym przeciwnikom polityki historycznej, której u nas ma nie być, a którą z takim powodzeniem uprawiają nasi najwięksi sąsiedzi.


Po przyjęciu uchwały Bundestagu jestem sobie w stanie spokojnie wyobrazić scenariusz przyszłych wizyt polskich oficjeli w Niemczech, których pierwszym, stałym i obowiązkowym punktem będzie przeczołgiwanie naszych delegacji w atmosferze wstydu i winy przez steinbachowskie Muzeum Wypędzonych, połączone ze składaniem wieńców i paleniem zniczy. Oczywiście, podczas wizyt niemieckich kanclerzy, czy prezydentów w stolicy kondominium, Warszawie, nie będzie mowy o zwiedzaniu kaczystowskiego, szowinistycznego i psującego dobrosąsiedzkie relacje Muzeum Powstania Warszawskiego. Składanie przez niemieckich przywódców wieńców pod Pomnikiem Ofiar Getta również nie będzie konieczne. Wszak coraz bardziej popularny w Niemczech Jan Tomasz Gross bezspornie dowiódł, że Żydów mordowali i rabowali Polacy.


Gadający Grzyb


P. S. O uchwale Bundestagu pisał też Jan Bogatko: http://www.niepoprawni.pl/blog/2386/niemcy-najwieksza-ofiara-wojny

środa, 23 czerwca 2010

Pan od „szabelki”.


O kretyńskim felietonie w "Rzepie" słów kilka.

1) Hubert Salik o „machaniu szabelką”.

Uff... mało co „zajeżyło” mnie ostatnio tak, jak pewien felieton. Pan Hubert Salik raczył bowiem w „Rzeczpospolitej” przyrównać polskie ambicje związane z wydobyciem gazu łupkowego do... „machania szabelką”! Oczy wyszły mi z orbit, do tej pory sądziłem bowiem, że przynajmniej „Rzepa” wolna jest od tej kretyńskiej zbitki słownej, mającej na celu deprecjację wszelkich polskich aspiracji wykraczających poza nominalną suwerenność. Sformułowanie „machanie szabelką” ma bowiem wywołać w umyśle odbiorcy szereg negatywnych skojarzeń z nieodpowiedzialną ułańszczyzną, fanfaronadą i naiwnym mierzeniem sił na zamiary na czele. Antytezą ma być natomiast „polityczny realizm”, który jednak, tak się dziwnie składa, każdorazowo sprowadza się do „płynięcia z głównym nurtem” - czytaj: podżyrowywania tego co zadecydują ponad naszymi głowami „starsi i mądrzejsi”.

O „machaniu” wiadomym sprzętem bojowym słyszeliśmy, ilekroć próbowano przeforsować w Brukseli rozwiązania niepodobające się głównym rozgrywającym (np. sprawa siły głosów poszczególnych państw), gdy wspieraliśmy Gruzję podczas rosyjskiej agresji, wcześniej zaś – ukraińską „pomarańczową rewolucję”... Słowem, ilekroć ktokolwiek usiłował realizować polską rację stanu.

Aha, zapomniałbym – pan Salik do „wymachiwania szabelką” dołożył jeszcze równie poręczne „prężenie muskułów”. Ach, ta „realistyczna” retoryka....

2) Woda sodowa?!

Teraz „wymachiwaniem szabelką” ma być „robienie wbrew” Gazpromowi i jego interesom. Autor opisywanego tu felietonu twierdzi wręcz, że polskim politykom uderzyła do głów woda sodowa. Czyżby? Nie zauważyłem. Jakim politykom? Komorowskiemu, który biadał nad spustoszeniami w polskim krajobrazie, jakie mają poczynić instalacje wydobywcze? Pawlakowi, który z uporem maniaka forsuje długoterminową umowę z Gazpromem, nie biorąc pod uwagę możliwości budowanego gazoportu, zaś gaz łupkowy traktuje w kategoriach fantasmagorii? A może SLD, które swojego czasu uwiązało nas do jamalskiej rury? Jedynie PiS zdaje się podchodzić do gazu łupkowego w kategoriach wielkiej, dziejowej szansy, ale i tu wypowiedzi są w sumie dość powściągliwe.

Dalej jest jeszcze gorzej. Pan Hubert Salik ze zgrozą odnotowuje, iż Donald Tusk przymierza się do rewizji ustaleń renegocjacji tzw. „kontraktu jamalskiego”. Potworność, zważywszy, iż wedle słów Autora, ekipa od Pawlaka wynegocjowała porozumienie „z takim trudem” (!!!).

Pragnę uspokoić pana Salika. Tusk prędzej sfajda się gołębiami, niż zrobi coś, co było by nie w smak władcom Kremla i przedstawicielom „partii Gazpromu w Polsce”. Gdyby się odważył zepsuć klimat polsko – rosyjskiego „pojednania”, to zapewne szybko przestałby być premierem. I Donald Tusk doskonale o tym wie. Jeżeli jednak, samobójczym rzutem na taśmę, udało by się mu zrewidować z korzyścią dla Polski kontraktowe zapisy, to zarobiłby u mnie pierwszego plusa (i to dużego) od początku kadencji.

Jest coś o wiele bardziej niepokojącego: publicysta „Rzeczpospolitej” zdaje się uporczywie nie dostrzegać, iż umowa z Gazpromem (czytaj – z Rosją) jest dla Polski skrajnie niekorzystna i to pod każdym względem. Nie miejsce tu na szczegółową wyliczankę. Panu Salikowi (i wszystkim innym) polecam lekturę artykułu z jego własnej gazety: „Gazowa porażka” autorstwa panów Naimskiego i Staniłki.

3) Łupkowe fanaberie.


Wreszcie, co do samego gazu z łupków. Otóż, ma być go „nieznana ilość” i to na dodatek, cytuję: „trudnego do wydobycia (jeśli w ogóle możliwego na skalę przemysłową)”. Czyli, zdaje się sugerować Hubert Salik, łupki to taka fanaberia, my zaś „podpalamy się” jak dzieci. Informuję pana publicystę, iż Amerykanie z powodzeniem eksploatują gaz łupkowy u siebie, zaś według specjalistów, budowa geologiczna złóż w Polsce jest zbliżona do tych na kontynencie amerykańskim. Poważne koncerny nie wchodziłyby w taki interes „w ciemno”. Pełna niepokoju reakcja Gazpromu również daje do myślenia. Rosja nie zwykła panikować z byle powodu.

Jedyne z czym można się zgodzić, to obawa, byśmy praw do eksploatacji nie oddali „za frajer”, bo wówczas może się okazać, że obce firmy eksploatują i sprzedają nasz gaz, my zaś nic z tego nie mamy. Optymalne byłoby obligatoryjne dla zagranicznych przedsiębiorstw zawiązywanie konsorcjów z PGNiG i dopiero takie konsorcja otrzymywałyby koncesje na eksploatację złóż (podatki płacone, oczywiście, w Polsce, plus pewien procent zysków odprowadzany do budżetu państwa, tak jak czyni to Gazprom w Rosji). My mamy złoża, oni technologię wydobycia, więc takie wyjście wydaje się logiczne. I w tej kwestii faktycznie należy patrzeć władzy na ręce.

4) W szeregu z Gazpromem.

Niemniej, samo traktowanie możliwości wydobycia gazu łupkowego i związanych z tym perspektyw jako „machania szabelką”, jest, chcąc nie chcąc, ustawieniem się w jednym szeregu z Gazpromem i jego sojusznikami w Europie zachodniej, gdzie już przebąkuje się o zakazie pozyskiwania shale gas na terenie Unii Europejskiej! Polskie władze powinny aktywnie działać również na tamtym froncie, gdyż zbyt wielu możnych tego świata czerpie korzyści ze współpracy z Rosją i Gazpromem, by byli zainteresowanymi w osłabieniu jego pozycji (o agenturze wpływu nie wspominając).

Doprawdy, Gazprom nie narzeka na brak sojuszników – ani w Polsce, ani na Zachodzie, ostatnio zaś przystąpił do hodowli nowych (umowa stypendialna z UW). Nie ma potrzeby, by dodatkowo mu pomagać.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 2 maja 2010

Orgia chciejstwa…


…czyli „Futurologia według MON” - część trzecia, ostatnia.

Witam, po dłuższej przerwie powracam do analizy blaskomiotnego dokumentu „Wizja Sił Zbrojnych RP 2030”. Przypomnę, że w dwóch poprzednich częściach opisałem uwarunkowania kwestii bezpieczeństwa narodowego Polski w zakreślonej perspektywie czasowej (cz. I), a także „przyszłe środowisko operacyjne sił zbrojnych RP” (cz. II). Dziś natomiast zajmę się omówieniem jak nasze siły zbrojne mają według MON-owskich wizjonerów wyglądać za 20 lat. („Siły Zbrojne RP – 2030” – rozdz. 5).

I. Pięknie będzie…

Czego tam nie ma!

Nasze Siły Zbrojne będą liczącym się składnikiem systemu międzynarodowego bezpieczeństwa (p.53); będą hipernowoczesne, mobilne, usprzętowione, modułowe i odlotowe (p.54); będą strzegły pokoju światowego we wszystkich punktach globu (p.55).

Do tego szeroka współpraca międzynarodowa, wywiad elektroniczny i osobowy połączony ze zintegrowanym systemem przetwarzania danych i tworzenia jednolitego obrazu przeciwnika (p.56 i 57). A jeszcze superdowodzenie w „czasie rzeczywistym” niczym w grach typu RTS i szerokie spektrum najrozmaitszego uzbrojenia pozwalające na gradację używanych sił i precyzję podejmowanych akcji (p.58 i 59). Ta wyliczanka utrzymana w hurraoptymistycznym duchu ciągnie się przez większą część dokumentu. Jest tam i o przeciwdziałaniu broni masowego rażenia (p.61), i o perfekcyjnej logistyce (p.62). O „zestawach sił” (p.63) na jakich będzie się opierała nasza armia i o zintegrowanym systemie dowodzenia charakteryzującym się skróconym łańcuchem decyzyjnym, nasi wizjonerzy też pamiętają (p.66). Podobnie jak o szczegółowym opisie poszczególnych rodzajów Sił Zbrojnych wraz z mającymi powstać jako odrębna jakość Wojskami Informacyjnymi (p.67 – 74). Dowiadujemy się też wiele o siłach reagowania, siłach stabilizacyjnych i siłach zintegrowanego zabezpieczenia.(p. 75 – 77).

A co do powiedzenia na temat zasobów osobowych (rozdz. 5.4) mają światli stratedzy uniesieni falami generalskiej fantazji? Ano, m.in. to, że personel będzie jednym z kluczowych elementów S.Z. (proszę, kto by pomyślał) (p. 79). Na skutek nasycenia wysoką techniką będzie mniej liczny ale za to bardziej wykwalifikowany (p.80), oparty na służbie kontraktowej (szeregowcy) i zawodowej (podoficerowie i oficerowie) (p.82 – 83). Warunki zatrudnienia w armii mają być konkurencyjne w stosunku do innych sektorów rynku pracy (p.84), zwiększy się także rola kobiet (ach, ta polit – poprawność…) (p.85).

Nasi wojacy będą odpowiednio i ustawicznie edukowani (rozdz. 5.5) w centrach i ośrodkach szkoleniowych, a także na uczelni wyższej integrującej w swych strukturach obecne WAT, AON i AMW. Szkolenie będzie spełniało jednolite standardy panujące w obrębie międzynarodowych struktur sojuszniczych.

II. Futurologia do potęgi, czyli technikalia.

Wiem, że wyliczanka staje się już nieco nużąca, jak „przegadany” dowcip, albo zbyt długie życzenia, w sytuacji gdy wystarczy powiedzieć „wszystkiego najlepszego”, ale proszę jeszcze o chwilę cierpliwości, albowiem by nakreślić pełną skalę „horyzontu ambicji” wizjonerów z MON, wypada pochylić się jeszcze nad techniką wojskową która będzie na wyposażeniu naszej niezwyciężonej armii (rozdz. 5.6).

Jak łatwo się domyślić będzie porażająco wręcz nowocześnie. Będzie mikroelektronika i teleinformatyka. Będzie biologia, nanotechnologia i nowe źródła energii (p. 92). Wszystkie dostępne cudeńka zostaną wyprodukowane przez przemysł zbrojeniowy zintegrowany ze zbrojeniówką państw sojuszniczych (p.93). To pocieszająca wiadomość, że twórcy dokumentu dostrzegają potrzebę własnego przemysłu militarnego, milczeniem pomijają jednak fakt, że jeżeli obecne tendencje się utrzymają, to ów przemysł trzeba będzie tworzyć niemal od zera.

Systemy walki oraz sprzęt będą funkcjonowały w ramach sieci, której trzonem będzie platforma teleinformatyczna wielokierunkowego przekazywania informacji (p.95 – 96).

Nie można też pominąć perfekcyjnego systemu rozpoznania, który dzięki gamie „wielospektralnych” „sensorów rozpoznawczych” (ach, jak ja lubię tę terminologię) sprawi, że będziemy widzieć i wiedzieć wszystko, wszędzie, niezależnie od warunków i okoliczności (p.97). O zinformatyzowanym systemie dowodzenia również warto nadmienić (p.98).

No i jeszcze system rażenia (p. 99). Znów chciałoby się zakrzyknąć w podziwie: - Czego tam nie ma! Są bezzałogowe „platformy” lądowe, powietrzne i morskie. Są też precyzyjne systemy celownicze, napędy hybrydowe, nowoczesne pancerze, zwiększona i morderczo precyzyjna siła ognia… (Brzmi to rozbrajająco w kontekście np. obecnie używanych moździerzy, które walą „Panu Bogu w okno”). „Wizja…” obejmuje również siły powietrzne uniezależnione od warunków pogodowych, mobilne systemy rakietowe, marynarkę wojenną (czy muszę dodawać, że nowoczesną itd.?) a nawet mundur żołnierski o „cechach inteligentnych”, zwiększających ochronę i wyposażenie wspomagające wysoki poziom „świadomości sytuacyjnej” (p.100).

III. Pospolitość skrzeczy.

Uff… Wyliczanka, którą pozwoliłem sobie w tytule określić mianem „orgii chciejstwa”, a którą nasi wizjonerscy stratedzy wolą nazywać elegancko „horyzontem ambicji” dobiegła końca. Mnie osobiście kojarzy się to z rojeniami małego Jasia, który wyobraża sobie co też osiągnie jak już będzie duży. Życie z reguły dość bezlitośnie weryfikuje takie marzenia. Tyle tylko, że w Ministerstwie Obrony Narodowej nie zasiadają chłopcy w krótkich spodenkach, a dorośli, poważni wydawałoby się mężczyźni.

Wszystkie zasygnalizowane wyżej pomysły mają bowiem jedną, podstawową wadę - infantylne oderwanie od rzeczywistości. Zadajmy proste pytanie: jakie działania podejmowane są obecnie, by urzeczywistnić roztoczoną przed nami świetlaną wizję Sił Zbrojnych RP A.D. 2030? Póki co, mamy kadłubową armię bez szeregowych (1,94 szeregowca na jednego oficera i podoficera), po spojrzeniu zaś na dane dotyczące uzbrojenia widzimy jakieś koszmarne złomowisko. Chroniczne niedoinwestowanie skutkuje wstrzymaniem naboru, wyprzedażą zapasów żywności i przejściem na catering. Obiektów wojskowych nie ma komu pilnować, wynajmuje się więc firmy ochroniarskie, lotnictwa nie stać na loty ćwiczebne, więc polscy lotnicy, niegdyś światowa elita, dziś są rozpaczliwie niedoszkoleni, a te kilka tysięcy wojska, które do czegokolwiek się nadaje rozsiane jest po różnych punktach globu. Dodajmy jeszcze, że nie mamy nawet wystarczającej ilości lekarzy wojskowych, bo uciekają „za chlebem” do cywila i by obsadzić szpital polowy w Afganistanie, musieliśmy „wypożyczyć” lekarzy z Ukrainy. O aferze z szyfrantem Zielonką szkoda gadać. Gdzie nie spojrzeć – wyłazi dziadostwo i prowizoryczna łatanina.

Podejrzewam, że „Wizja…” miała na celu m.in. "zagadanie" postępującej degrengolady naszych sił zbrojnych. Bo kto w 2030 r. będzie rozliczał Tuska, Klicha i resztę towarzystwa? Dzisiejsza generalicja również będzie od dawna na emeryturze. Dym i piach w oczy, nic więcej.

IV. "Noteka 2015".


Mała dygresja. Wspomniałem na wstępie części pierwszej, że lubię fantastykę. Otóż, przez większość lektury towarzyszyło mi wspomnienie opowiadania Konrada T. Lewandowskiego „Noteka 2015”, opublikowanego gdzieś w połowie lat 90-tych w „Nowej Fantastyce”. W opowiadaniu tym odpieramy amerykańską agresję za pomocą różnych rodzimych wynalazków, m.in. wielonogich min samobieżnych, bazujących na wypreparowanych systemach nerwowych pająka korsarza . Miny te świetnie nadawały się do zwalczania czołgów typu „Abrams” :))

Odnoszę wrażenie, że spłodzona w pocie czoła przez naszych strategów „Wizja…” ma dokładnie tyle samo wspólnego z rzeczywistością.

V. Zakończenie.

Doprawdy, takie odrealnione brednie, jak omawiany dokument mógłbym, nie chwaląc się, sam wyprodukować. Zresztą zrobiłem to już kiedyś, proponując zestaw działań niezbędnych do dokonania rozbioru Obwodu Kaliningradzkiego między Polskę a Litwę, za co zostałem zganiony przez DoktoraNo, jako fantasta...

Nie skarżę się, tyle, że ja swe fantazje uskuteczniam na własną odpowiedzialność i nie biorę za to państwowych pieniędzy. Jedyna szkoda, jaką moja notka mogła przynieść, to zmarnowanie kilku minut życia Czytelników poświęconych na lekturę. A i tak, upieram się, że zawiera więcej konkretnych propozycji w o wiele krótszym tekście, niż ma to miejsce w przypadku gniota wypichconego przez Ministerstwo Obrony Narodowej, który to gniot może mieć realne przełożenie na stan naszego bezpieczeństwa narodowego.

I jeszcze jedno. Gorąco polecam pobranie „Wizji S.Z. RP 2030” ze stron MON-u zanim ktoś zdejmie ten wykwit orgii urzędniczego chciejstwa. Trawestując ks. Twardowskiego, śpieszmy się pobierać dokumenty – tak szybko znikają. Mam wrażenie, że opisywany tu tekst może po latach stanowić wspaniałą pamiątkę po myśli strategicznej ekipy Tuska, i jako archiwalne kuriozum dostarczy potomnym wielu chwil niewymuszonej radości.

Chyba, że okaże się, iż Polska A.D. 2030, wcale nie będzie „państwem nowoczesnym o wysokim poziomie jakości życia obywateli” (str. 6). Wtedy nikomu nie będzie do śmiechu.

Dziękuję, skończyłem. Odwaliłem kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty ;))

Gadający Grzyb

P.S. W końcówce przedmowy minister Klich wyraził nadzieję, że „Wizja sił zbrojnych RP 2030” zmobilizuje m.in. „opinię publiczną” do „szerokiej debaty nad wizją rozwoju Wojska Polskiego”(Str.3). Jako jeden z 38 milionowej rzeszy „opinii publicznej”, skorzystałem z zaproszenia ;)).

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Futurologia według MON. Część druga…


…czyli horyzonty pola walki. Odlotów wizjonerów z MON ciąg dalszy.



W części pierwszej moich heroicznych zmagań z wiekopomnym dokumentem „Wizja Sił Zbrojnych RP 2030” opisałem, jak nasi futurolodzy z MON postrzegają ogólne uwarunkowania kwestii bezpieczeństwa narodowego Polski w dwudziestoletniej perspektywie czasowej. Dowiedzieliśmy się, że będziemy silnym, bogatym krajem i znaczącym graczem w ramach struktur międzynarodowych, a zagrażać nam może co najwyżej imigracja, grupki ekstremistów i hakerzy.

Teraz przyszła pora na upojne szczegóły dotyczące tego z kim, gdzie i w jaki sposób będziemy wojować. Trzymajcie się mocno – oto bowiem nadlatuje… „Przyszłe środowisko operacyjne sił zbrojnych RP” (rozdz. 4).

Pod tym tytułem kryje się analiza dotycząca przeciwnika (p.26 – 34), pola walki (p.35 – 39) i przyszłych operacji naszych sił zbrojnych (p. 40 – 52).

I. Futurystyczna partyzantka.

Z jakim to przeciwnikiem będziemy się borykać? (rozdz. 4.1)

Ano z takim, który istnieje już dziś, tylko około 2030 roku będzie istniał jakby bardziej. W telegraficznym skrócie będą to terroryści, najemnicy i rebelianci a la Irak czy Afganistan, prowadzący „działania asymetryczne”, czyli mówiąc po ludzku wojnę partyzancką, w tym tzw. „partyzantkę miejską”. Grupy te będą ponadnarodowe, silnie umotywowane ideologicznie, uzbrojone w lekki sprzęt, zdecentralizowane i posługiwać się będą nowoczesnymi technikami telekomunikacyjnymi. Cechować je będzie wysoka elastyczność działań, brak przestrzegania konwencji międzynarodowych, wysoka determinacja i płynność struktur. Mogą wejść w posiadanie jakichś rodzajów broni masowego rażenia, walkę przenosić będą do stref zaludnionych, a głównym ich celem będą elementy infrastruktury militarnej i gospodarczej. (p. 26 – 32)

Ataki będą dokonywane za pomocą całego asortymentu środków wybuchowych i broni typu przenośne wyrzutnie rakiet, granatniki itd. Do tego dochodzą ataki za pomocą uprowadzonych samolotów i różnego typu pojazdów a także ataki cybernetyczne na systemy informatyczne cywilne i wojskowe. W ograniczonym zakresie wchodzi w grę również broń biologiczna i chemiczna. (p. 33)

Osobnym aspektem będzie wojna propagandowa toczona za pomocą środków masowego przekazu mająca wpłynąć na morale opinii publicznej w krajach wysyłających wojska na misje i podsycić wolę oporu na terenach gdzie będą operowały oddziały międzynarodowe. (p 34)

Podsumowując, naszym wrogiem będzie taka futurystyczna cyber – partyzantka.

II. Wojna w czterech wymiarach.

Zerknijmy teraz na przyszłe pole walki (rozdz. 4.2).

Autorzy przytomnie zauważają, że prócz lądu, wody i powietrza, wojna będzie się toczyć również w sferze cybernetycznej i informacyjnej, tworząc w ten sposób nową jakość (p.35) bez podziału na klasyczne fronty (p.37). Odrobiwszy pilnie iracką i afgańską lekcję stwierdzają, że znaczna część działań będzie się toczyć w rejonach zurbanizowanych, gdzie pod nogami będą plątać się uchodźcy, dyplomaci i przedstawiciele organizacji humanitarnych. Uprzejmie nie wspomniano o dziennikarskich hienach uganiających się po ulicach z kamerą w nadziei na jakieś świeże zwłoki. Zwrócono za to uwagę na związane z tym trudności (np. rozróżnienie wroga od cywila czy łatwość organizowania w takim otoczeniu zamachów i zasadzek) (p.38).

Uwagi o górach, równinach i pustyniach z p. 36 drobiazgowi stratedzy mogli sobie darować, za to trafne jest podkreślenie znaczenia cyberprzestrzeni (czyli np. obrony przed hakerami mogącymi zakłócić działanie wojskowych systemów informatycznych) (p.39).

III. Myć ręce czy nogi?

Przejdźmy do czekających nasze wojska przyszłych operacji (rozdz. 4.3).

1) Kierunek – świat!

To, co rzuca się w oczy po prześledzeniu tego podrozdziału, to zupełne przeorientowanie priorytetów naszych sił zbrojnych z obrony kraju na udział w różnorakich misjach zagranicznych. Wprost jest stwierdzone, że operacje o charakterze narodowym będące jedynie reakcją na sytuację kryzysową mają posiadać charakter ograniczony i czasowy, zaś w przypadku „eskalacji zagrożenia” (dlaczego tak boją się użyć słowa „wojna”?) rola naszej armii sprowadzi się do stworzenia warunków umożliwiających wkroczenie sił międzynarodowych. (p. 40)

Czyli, krótko mówiąc, wyzbywamy się możliwości prowadzenia samodzielnej wojny obronnej, licząc na to, że sojusznicy wystarczająco szybko przyjdą nam z odsieczą. Zwracam uwagę, że w chwili obecnej NATO nie posiada nawet planów operacyjnych na taką ewentualność. Do 2030 roku może powstaną, ale co, jeśli przyjdzie nam się bronić wcześniej?

Nawet nie chcę myśleć o innym scenariuszu – oto w Polsce wybucha jakaś antyrządowa rebelia, a nasze siły zbrojne… „tworzą warunki” do wkroczenia interwencyjnego Eurokorpusu, w którym czystym przypadkiem trzon sił stanowią oddziały Bundeswehry…

2) Nowoczesność w domu i zagrodzie…

Dalej czytamy, w jakich to zagranicznych misjach będziemy uczestniczyli i ile świata zwiedzą nasze chłopaki. Jak to „modułowo” będziemy wkomponowywać się w międzynarodowe siły, struktury dowodzenia itd.

W szczegółach wygląda to tak:

- Zasadniczą formą aktywności naszych Sił Zbrojnych będzie udział w zagranicznych interwencjach zdeterminowanych sytuacją strategiczną (pp. 41 i 42).

- Siły interwencyjne będą tworzone doraźnie, w zależności od potrzeb danej misji (jak rozumiem, z „komponentów” – jednostek poszczególnych typów wojsk) (pp. 43 i 44).

- Będą pozostawały pod kontrolą i zwierzchnictwem organizacji przeprowadzających poszczególne przedsięwzięcia zbrojne (p.43), synchronizując swe poczynania z organizacjami rządowymi i pozarządowymi (czyli, działania zbrojne będą jedynie częścią przyszłych wszechstronnie ukierunkowanych operacji) (p.45).

- Istotną część obecnych zadań sił zbrojnych, głównie o charakterze policyjnym i szkoleniowym przejmą „komercyjne, ponadnarodowe siły paramilitarne” (nie prościej było napisać – najemnicy?) (p.46).

- Koncepcja dowodzenia ulegnie zmodyfikowaniu w myśl zasady „reach back” oznaczającej, że główna część procesu dowodzenia będzie realizowana z dala od obszaru operacyjnego (jak mniemam, dzięki postępowi w zakresie nowoczesnych środków łączności) (p. 47).

- Działania zbrojne będą przeprowadzane błyskawicznie i punktowo, przy wsparciu obezwładniającej propagandy, następnie zaś wojsko wspomagać będzie państwowotwórcze działania polityków na zdobytym obszarze (coś jak w Iraku, jak sądzę) (p. 48).

- Jeśli się da, to ograniczymy się do ostrzału z wody i powietrza (tzw. „stand off”) a jednostki lądowe wyślemy jedynie gdy zajdzie konieczność zwiększenia efektu bombardowań (zdaje się, że NATO przetrenowało ten wariant w 1999 roku na Serbii) (p. 49).

- Działania będą miały charakter „sieciocentryczny”, czyli wszystkie elementy zostaną włączone do jednej sieci informacyjnej, co stworzy nową jakość, swoistą wartość dodaną, większą niż prosta suma zaangażowanych sił (p.50).

- Czarną robotę odwalą za nas najróżniejsze maszyny i systemy satelitarne. (p. 51).

- Ponieważ w rejonach walk będą pałętali się dziennikarze nagłaśniający każdą wpadkę, trzeba będzie bardzo uważać, by nie walnąć jakiegoś babola. Najlepiej nikogo nie zabijać i możliwie najszerzej stosować tzw. „non – lethal weapon” („broń nieśmiercionośną”). (p.52)

Jednym słowem, będzie ultranowocześnie, technicznie, mobilnie, komponentowo, humanitarnie, super modnie i wygodnie. Brakuje tylko wyjaśnienia na ile takie siły zbrojne będą zdolne do obrony terytorium własnego kraju, bo coś mi się wydaje, że modernizowana według tego typu wzorców armia gruzińska została w 2008 roku przez Rosję kompletnie rozbita… Ach, zapomniałem, gapa ze mnie, przepraszam – przecież konflikt konwencjonalny nam nie grozi…

***

Żeby była jasność: nie lekceważę kwestii bezpieczeństwa międzynarodowego, dobrze wiem, że nie żyjemy w próżni i że nie ugaszone ognisko zapalne w odległym rejonie świata może kiedyś poskutkować bezpośrednim zagrożeniem dla nas. Również doświadczenie zdobywane przez wojsko w realnej walce jest nie do przecenienia w porównaniu z poligonowymi symulacjami. Niemniej, to demonstracyjne olewanie kwestii bezpośredniej obrony terytorium Polski nosi według mnie znamiona zbrodniczej lekkomyślności.

Generalnie, odnoszę wrażenie, że nasi stratedzy stanąwszy przed dylematem: myć ręce, czy nogi, uznali że należy myć ręce (misje zagraniczne), zakładając, że nogi (obrona kraju) i tak się nie pobrudzą, zaś na jedno i drugie po prostu nie starczy mydła.

IV. Podsumowanie części drugiej.

Podsumowując – można powiedzieć, że nasi analitycy solidnie odrobili lekcję po 11.09.2001. Nasuwają się jednak dwie słabości:

- pierwsza, to ograniczenie przewidywań do konstatacji, że będzie się działo z grubsza to co obecnie, tylko w bardziej zaawansowanej formie;

- druga, znacznie groźniejsza, to przede wszystkim beztroska marginalizacja możliwości konfliktu zbrojnego o „tradycyjnym” charakterze państwo – państwo.

Innymi słowy, o ile nauka płynąca z wojny z terroryzmem została zaabsorbowana, o tyle wnioski z rosyjskiej agresji na Gruzję i rosyjsko – białoruskich manewrów „Zapad 2009” wciąż czekają na „przepracowanie”, tym bardziej, że mamy pod bokiem silnie zmilitaryzowany Obwód Kaliningradzki. To uporczywe ignorowanie rosyjskiego zagrożenia więcej niż niepokoi, również w kontekście suwerenności gospodarczej i zacieśniania współpracy z Moskwą przez Niemcy i Francję (Nord Stream, sprzedaż okrętów wielozadaniowych klasy Mistral).

Uderzenie atomowe ze strony państw bandyckich również pomijane jest milczeniem, co w sumie nie dziwi, zważywszy jak „entuzjastycznie” ekipa Tuska była nastawiona do projektu tarczy antyrakietowej…

Jeszcze jedno. Wiem, że „Wizję…” opublikowano w maju 2008r., przed atakiem na Gruzję i manewrami „Zapad 2009”, ale w takim razie, powinna ona zostać odpowiednio zaktualizowana. Póki co, aktualizacji stosownych do wymienionych wyżej zagrożeń nie zauważyłem. Wymowa dokumentu uparcie ciąży w stronę, cyt.

„(…)przeorientowania dotychczasowej filozofii funkcjonowania sił zbrojnych z modelu statycznego, nastawionego głównie na obronę terytorium Polski przed atakiem sił konwencjonalnych, na elastyczny i nowoczesny, odpowiadający realiom XXI wieku, instrument polityki bezpieczeństwa” (Zakończenie, str. 34).


Elastyczność, nowoczesność - bardzo się to wizjonerom chwali, ale trochę „statycznych” sił, zorientowanych na obronę własnego terytorium, też by się przydało. Choćby po to, by przy okazji następnych manewrów sąsiad z którym właśnie tak hucznie się jednamy nad trumną Prezydenta, nie wjechał w nas niczym ciepły nóż w masło.

Generalnie jednak, mimo wymienionych słabości, omówiony tu rozdział jest bodaj jedynym, który da się czytać bez wybuchów rozpaczliwego chichotu przerywanego bezsilnym zgrzytaniem zębów.

Niemniej, w części następnej, przyjdzie pochylić się nad wizjonerskimi „snami o potędze” naszych Sił Zbrojnych A.D. 2030. To dopiero będzie jazda bez trzymanki zapodana z iście generalską fantazją i takimże rozmachem…

Ciąg dalszy nieuchronnie nastąpi.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 23 kwietnia 2010

Futurologia według MON.


…czyli „horyzont ambicji” wizjonerów z Ministerstwa Obrony Narodowej.

Ściągnąłem sobie ze stron MON-u dokument o wielce inspirującym tytule: „Wizja sił zbrojnych RP 2030” (Warszawa, maj 2008). Ponieważ od zawsze lubiłem zarówno fantastykę, jak i futurologię (odróżniam jedno od drugiego), nawet pod sieriozno – urzędową postacią, nie mieszkając zasiadłem z wypiekami na twarzy do lektury.

Od razu uprzedzam – dokument napisany jest tak koszmarnie drętwym i nudnym językiem, jakby specjalnie chciano odstraszyć potencjalnego czytelnika. Ja się odstraszyć nie dałem. Różne nudziarstwa się w życiu przeczytało, więc jedno więcej w tę, czy we wtę…

I. Wszystkiego najlepszego.

Już na wstępie pigułę urzędowego optymizmu zapodaje minister Bogdan Klich:

„Naszą ambicją jest, aby Wojsko Polskie dołączyło do najnowocześniejszych armii państw europejskich.” (…) „Perspektywa stabilnej sytuacji geopolitycznej Polski z jednej strony oraz dobrej koniunktury gospodarczej naszego kraju z drugiej strony, stwarzają wyjątkowe możliwości rozwoju sił zbrojnych w najbliższych dekadach”.(str.3).


Koresponduje z tym słowo wstępne dyrektora Departamentu Transformacji MON, gen. bryg. Marka Ojrzanowskiego:

„Opracowana przez Departament Transformacji „Wizja Sił Zbrojnych RP - 2030” stanowi punkt wyjściowy do perspektywicznego planowania rozwoju sił zbrojnych w wieloletnim horyzoncie czasowym.” (…) „Implementacja założeń zawartych w „Wizji…” pozwoli na stworzenie sił profesjonalnych o uniwersalnym i modułowym charakterze, zdolnych do prowadzenia działań wojskowych w warunkach sieciocentrycznego pola walki.”(str. 4 i 5)


Tej mowy – trawy jest zresztą więcej. Zapodam jeszcze cytacik z Wprowadzenia:

„Polska w perspektywie 2030 roku będzie państwem nowoczesnym o wysokim poziomie jakości życia obywateli.”(…) „Polska będzie również krajem bezpiecznym. Źródłem poczucia bezpieczeństwa obywateli będzie nowoczesny system obronny stanowiący integralną część systemu obronnego Unii Europejskiej oraz Sojuszu Północnoatlantyckiego.”(str.6)


Innymi słowy – „by Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”. Przygotowujemy swą „Wizję…” zakładając, że czekają nas wyłącznie dobre czasy.

No tak… Ja również życzę nam wszystkim wszystkiego najlepszego. Pytanie, co zrobimy, gdy czasy nie okażą się tak pomyślne, jak zakładają nasi stratedzy z MON-u.

Swoją drogą, nastrój strategów dość wyraźnie koresponduje ze społecznym błogostanem, opisanym przeze mnie niedawno w notce „Polski błogostan”. To urzędowe samozadowolenie marnie wróży.

II. „Horyzont ambicji”.

Dobra – kończę z dłuższymi cytatami, bo notka rozrosłaby mi się do poziomu niezłej broszurki. Prócz uciechy Czytelników, moją intencją było zaserwowanie próbek stylu autorów omawianego dokumentu. Nie mogę sobie jednak odmówić przytoczenia jeszcze jednego passusu ze Słowa Wstępnego, gdzie gen. bryg. Marek Ojrzanowski zastrzega m.in., iż „(…) nie jest ona (czyli „Wizja…” - przyp. G.G.) prognozą. Jej misją jest zarysowanie horyzontu ambicji.” (str.4)

Paradne! – wysmażyć elaborat na 34 strony, z dwudziestoletnią perspektywą czasową, zaznaczając mimochodem, że jest to jedynie… „horyzont ambicji”!

I jeszcze to: „(…) „Wizji…” nie można traktować jako recepty czy też zbioru gotowych rozwiązań (…).”

Pyszne, prawda? Skoro zatem oficjalnego dokumentu, wywieszonego na stronach MON-u nie sposób wedle słów autorów traktować inaczej, niż w kategoriach mrzonek, tudzież zbioru pobożnych życzeń, możemy bezstresowo przystąpić do dalszej analizy owej państwowotwórczej bajeczki.

Zerknijmy zatem na ów „horyzont ambicji” (bardzo przypadło mi do gustu to określenie) naszych strategów.

III. „Środowisko międzynarodowe”.


Ten rozdział jest istnym wysypem gazetowych mądrości, znanych każdemu, kto sięgnie do działu typu „Opinie” dowolnej pozycji prasowej. Podobne elukubracje można by zgromadzić po tygodniowej „prasówce” tytułów ukazujących się na naszych rynku. Otóż, dowiadujemy się, iż:

- Świat będzie ciążył ku wielobiegunowości (p.1);

- Wzrośnie rola Azji (p.2);

- USA pozostaną w globalnej grze (p.3);

- NATO pozostanie gwarantem bezpieczeństwa i czynnikiem łączącym USA i UE (p.4)…

No nie, nie mogę. To, że NATO trzeszczy w szwach, Unia Europejska zaś niemal otwarcie traktuje Stany Zjednoczone jako rywala, widzi każde dziecko. To, że UE pogrążała się w gospodarczym marazmie na długo przed światowym kryzysem, również. A nasi stratedzy, jak gdyby nic, radośnie stwierdzają, iż Unia dzięki „poszerzeniu” i „pogłębieniu integracji”, tudzież „stałemu wzrostowi gospodarczemu”, stanie się „globalnym aktorem w sferze polityki bezpieczeństwa”! (p. 5). Do tego wystawi „Euroarmię” zdolną do prowadzenia różnych i różnistych operacji (p. 6 i 7).

Wygląda na to, że Unia produkuje rozliczne biurokratyczne badziewia na wzór osławionej „Strategii Lizbońskiej”, zaś nasi biurokraci reagują produkowaniem równie świetlanych prognoz. Trudno traktować to inaczej, niż w kategoriach wiernopoddańczego hołdu. Bo co by było, gdyby nasi analitycy stwierdzili, że UE jednak nie będzie rozwijać się tak wspaniale? Wybuchłby skandal i z dnia na dzień przestano by poklepywać naszych przedstawicieli po ramieniu…

Doprawdy, Chruszczow, który prorokował, że ZSRR przegoni Stany Zjednoczone, mógłby jeździć do współczesnych urzędowych optymistów na korepetycje.

Jedźmy dalej. Gospodarcza globalizacja będzie minimalizować ryzyko ogólnoświatowego konfliktu zbrojnego (p. 8)...

IV. Zakłócenia globalnej idylli.

...Ale, o dziwo, ta globalna idylla może ulec zakłóceniom, zdiagnozowanym w punktach 9 – 15.

Jakież to zakłócenia przewidują nasi wieszczowie?

Wyliczę taśmowo, gdyż są to wnioski jakby przedrukowane z analizy działów zagranicznych i gospodarczych gazet. Mamy tu wszystko – od negatywnych skutków globalizacji, poprzez przeludnienie biednych regionów Ziemi, dysproporcje w poziomie bogactwa, zmiany klimatyczne (a jakże!), zróżnicowanie infrastrukturalne, polaryzację kultur i wyznań… aż po ekstremizmy, terroryzm, międzynarodową przestępczość, fale niekontrolowanej migracji, czystki etniczne…

Uff… odsapnę nieco. Jedźmy dalej: urbanizacja w Afryce i na Bliskim Wschodzie (a czemu nie na Dalekim?), skutkująca tworzeniem się dzielnic biedy i rozlicznymi patologiami. Do tego dochodzą „rozpadające się struktury państwowe” w Afryce (też mi nowina), tudzież niekontrolowany obrót bronią masowego rażenia i dążenie do jej wytwarzania (tzw. „proliferacja” p.13).

A jeszcze walka o „nieodnawialne źródła energii” (p. 14). A jeszcze groźba globalnego kryzysu, który, jak zauważają odkrywczo nasi analitycy, może „prowadzić do zachwiania stabilności gospodarczej świata oraz wywoływać kryzysy i konflikty”… (p.15).

Wszystkie te zagrożenia ogarniają orlim spojrzeniem nasi przenikliwi mężowie stanu. A co z Polską? I na to odpowiedź jest gotowa. Podróżujmy zatem dalej na wzburzonych falach zbiorowego intelektu. Oto bowiem na horyzoncie rysują się…

V. „Główne wyzwania dla bezpieczeństwa Polski”.

Przyznam się, że tytuł tego rozdziału mnie zaintrygował. A więc jednak nasze ministerialno - mundurowe orły – sokoły dostrzegają jakieś rysujące się w zakreślonej perspektywie czasowej niebezpieczeństwa…

Ale cóż, skoro naszym wizjonerom wychodzi, że będzie tak jak dzisiaj, tylko lepiej. Otóż, zasadniczy „kierunek rozwoju środowiska bezpieczeństwa międzynarodowego” zostanie „zachowany”, zaś postępująca integracja i rozszerzanie UE spowodują, że tylko nieznaczna część naszych granic będzie granicami zewnętrznymi Unii (czytaj – granica z Obwodem Kaliningradzkim). (p. 16 – 17).

A zagrożenia? Owszem, są: ataki ekstremistów i grup przestępczych, klęski żywiołowe, awarie i katastrofy przemysłowe i ekologiczne, cyberterroryzm, migracje z biednych krajów i związane z tym skutki społeczne i demograficzne…(p.18 – 20) Czyli, prosta, bezpieczna ekstrapolacja współczesności w przyszłość.

Ani jednego słowa o permanentnym zastoju UE. Nie wiadomo również na jakiej podstawie autorzy sądzą, że UE rozszerzy się na wschód, skoro już dziś struktury euroatlantyckie bronią się rękami i nogami przed aspiracjami Ukrainy, o Białorusi nie wspominając, zaś podrażnienie rosyjskiego niedźwiedzia jakim byłoby wkroczenie na terytoria, które Rosja uznaje za swoją strefę wpływów wywołuje zimny pot na czołach eurodecydentów. Milczeniem pomija się implikacje faktu, że główni gracze – Niemcy, Francja, USA wolą samodzielnie dogadywać się z Rosją z kompletnym pominięciem zarówno „struktur międzynarodowych”, jak i naszych interesów.

Rozbraja wręcz diagnoza z p.18, wykluczająca klasyczny konflikt militarny połączony z dążeniem do zajęcia terytorium kraju. Dlaczego taki konflikt nam nie grozi? Bo nie, i już.

Co znamienne, o bezpieczeństwie energetycznym wspomina się jedynie w kontekście cyberataku, który mógłby zakłócić działanie nadzorującej energetykę „infosfery”. (p.19).

Innych „wyzwań dla bezpieczeństwa Polski” w dokumencie nie stwierdzono. Co nam to mówi o przenikliwości i dalekowzroczności naszych wizjonerskich strategów?

VI. Pożal się Boże, „interes narodowy”.


Uwaga! Na dziesiątej stronie po raz pierwszy pada sformułowanie „interes narodowy”! Konkretnie, w tytule rozdziału „Zasadnicze interesy narodowe RP w sferze bezpieczeństwa”. Bardzo to pocieszające, że szanowni Autorzy raczyli w końcu zauważyć, iż Polska może mieć jakieś narodowe interesy, a nawet, kto wie – dążyć do ich realizacji.

Ale, gdy prześledziłem kolejne punkty (21 – 25) w których ów „interes” jest definiowany, rajtuzy opadły mi do kostek.

Otóż, dowiadujemy się, że powtarzana w omawianym dokumencie niczym mantra „pogłębiająca się integracja Unii Europejskiej” sprawić ma, że dotychczasowe rozumienie interesów narodowych ulegnie „przewartościowaniu” i „zmieni się ich hierarchia”. (p.21) Jak się „zmieni”? Ano tak, że zadanie ochrony nienaruszalności terytorialnej Polski wymieniane jest jednym tchem, na tym samym poziomie ważności co obrona granic UE i obszaru euroatlantyckiego. Rytualnie dołożono też frazę o zapewnieniu bezpieczeństwa obywateli w kraju i za granicą. (p.22)

Dalej następuje typowy dyplomatyczny „pacierz”: niezakłócony rozwój kraju, bezpieczeństwo energetyczne (ani słowa o Rosji), rozwijanie współpracy w ramach UE i ze Stanami Zjednoczonymi, a także z państwami południowej półkuli zasobnymi w surowce (od biedy można by to podciągnąć pod dywersyfikację) (p.23). Następnie czytamy o silnej pozycji międzynarodowej, dążeniu do poszerzania Unii i więziach z USA. Jak to się ma do aktualnej polityki zagranicznej gabinetu Tuska, pozostawiam bez komentarza.

Jeszcze napomknięcie o wzroście zaangażowania Polski w kwestie obronności zbiorowej (p.25) i uciążliwą sprawę interesów narodowych nasi wizjonerzy uznali za odfajkowaną.

VII. Podsumowanie części pierwszej.

1) Podczas lektury omawianego dokumentu poraża miałkość intelektualna. Sformułowania wyjęte żywcem z gazetowej publicystyki, okraszone fachową gwarą („sieciocentryczne pole walki”). „Wizja…” operuje urzędniczą, polit-poprawną, „euromową”. W całym dokumencie nie pojawia się ani razu w odniesieniu do Polski słowo „wojna”. „Wojny” toczyć się będą ewentualnie gdzieś w Azji Południowo – Wschodniej (p.12), ale nie u nas. Zdumiewające, zważywszy, iż mówimy o dokumencie wyprodukowanym w – teoretycznie – militarnym resorcie. Dodatkowo irytuje abstrahowanie od obecnych, opłakanych realiów naszej armii, na zasadzie „bo będzie lepiej”.

Jeśli to ma być płód naszej myśli geopolityczno – strategicznej, to… czekają nas ciekawe czasy.

2) Cała zarysowana strategia jest, mówiąc brutalnie, o kant dupy potłuc, albowiem wynika z niczym nieuzasadnionych, do bólu optymistycznych założeń globalnych. Unia i NATO będą rosły w siłę itd. – toż to czyste chciejstwo. Nigdzie, dosłownie nigdzie nie ma wzmianki o scenariuszu na wypadek niekorzystnego dla nas rozwoju sytuacji, gdy „struktury międzynarodowe” ostatecznie ugrzęzną w bezwładzie, a pod ich płaszczykiem rozgrywany będzie koncert mocarstw. Neoimperialne ambicje Rosji? O tym również cicho – sza.

3) Poraża wręcz milczące założenie, że nasza armia będzie funkcjonowała niemal wyłącznie jako komponent większej całości. Nie wyczytałem nawet między wierszami choćby cienia sugestii, że będziemy w stanie samodzielnie prowadzić jakiekolwiek znaczące operacje. Śmierdzi mi to niezdolnością do udźwignięcia kłopotliwego ciężaru o nazwie „polska racja stanu” i rozpaczliwym dążeniem do przerzucenia odpowiedzialności na ponadnarodowe organizacje. Umyka naszym strategom prosta prawidłowość, że takie podejście ma sens tylko wtedy, kiedy odgrywa się w takich organizacjach pierwsze skrzypce.

Doprawdy, strach pomyśleć, co będzie, gdy okaże się, że historia jednak się nie skończyła… A, jak uczy ponad tysiącletnie doświadczenie, historia dla Polski nie kończy się nigdy. Co i rusz mamy „ciekawe czasy”…

***

Tak, na marginesie - zastanawiam się, jak doszło do spłodzenia tego gniota. Stawiam na następującą wersję:

Każdego ranka po lekturze prasy codziennej nasi stratedzy wzbijają się w przestworza i widzą: w Afryce źle się dzieje. Na Bliskim Wschodzie również. W Południowo – Wschodniej Azji też nieciekawie. A i u nas, powiedzmy sobie szczerze, sytuacja jest nie za wesoła.

Wracają zatem wizjonerzy na ziemię, dopijają kawę, dogryzają bułkę z dżemem, następnie zapalają papierosa i skrobią się po zafrasowanych głowach. Co tu począć?

My tu drugą Irlandię, a świat i tendencje geopolityczne brużdżą.

I nagle pomysł – napiszmy dokument, z którego będzie wynikało, że w 2030 roku nasza armia będzie miała się świetnie, a międzynarodowe struktury bezpieczeństwa jeszcze lepiej!

Jak pomyśleli, tak zrobili.

Ciąg dalszy nastąpi. Zapewniam, że będzie równie nie – wesoło.

Gadający Grzyb

P.S. Jeszcze jedno. Niektórych Czytelników może razić przyjęta w niniejszej notce konwencja wymieszania poważnych zagadnień z krotochwilnymi komentarzami. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że nadęta miernota przemyśleń naszych strategów wręcz prowokuje, by „podrzeć łacha”. Niepoważne państwo + niepoważny dokument = niepoważne komentarze. Proste.

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl