Pokazywanie postów oznaczonych etykietą futurologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą futurologia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 maja 2010

Orgia chciejstwa…


…czyli „Futurologia według MON” - część trzecia, ostatnia.

Witam, po dłuższej przerwie powracam do analizy blaskomiotnego dokumentu „Wizja Sił Zbrojnych RP 2030”. Przypomnę, że w dwóch poprzednich częściach opisałem uwarunkowania kwestii bezpieczeństwa narodowego Polski w zakreślonej perspektywie czasowej (cz. I), a także „przyszłe środowisko operacyjne sił zbrojnych RP” (cz. II). Dziś natomiast zajmę się omówieniem jak nasze siły zbrojne mają według MON-owskich wizjonerów wyglądać za 20 lat. („Siły Zbrojne RP – 2030” – rozdz. 5).

I. Pięknie będzie…

Czego tam nie ma!

Nasze Siły Zbrojne będą liczącym się składnikiem systemu międzynarodowego bezpieczeństwa (p.53); będą hipernowoczesne, mobilne, usprzętowione, modułowe i odlotowe (p.54); będą strzegły pokoju światowego we wszystkich punktach globu (p.55).

Do tego szeroka współpraca międzynarodowa, wywiad elektroniczny i osobowy połączony ze zintegrowanym systemem przetwarzania danych i tworzenia jednolitego obrazu przeciwnika (p.56 i 57). A jeszcze superdowodzenie w „czasie rzeczywistym” niczym w grach typu RTS i szerokie spektrum najrozmaitszego uzbrojenia pozwalające na gradację używanych sił i precyzję podejmowanych akcji (p.58 i 59). Ta wyliczanka utrzymana w hurraoptymistycznym duchu ciągnie się przez większą część dokumentu. Jest tam i o przeciwdziałaniu broni masowego rażenia (p.61), i o perfekcyjnej logistyce (p.62). O „zestawach sił” (p.63) na jakich będzie się opierała nasza armia i o zintegrowanym systemie dowodzenia charakteryzującym się skróconym łańcuchem decyzyjnym, nasi wizjonerzy też pamiętają (p.66). Podobnie jak o szczegółowym opisie poszczególnych rodzajów Sił Zbrojnych wraz z mającymi powstać jako odrębna jakość Wojskami Informacyjnymi (p.67 – 74). Dowiadujemy się też wiele o siłach reagowania, siłach stabilizacyjnych i siłach zintegrowanego zabezpieczenia.(p. 75 – 77).

A co do powiedzenia na temat zasobów osobowych (rozdz. 5.4) mają światli stratedzy uniesieni falami generalskiej fantazji? Ano, m.in. to, że personel będzie jednym z kluczowych elementów S.Z. (proszę, kto by pomyślał) (p. 79). Na skutek nasycenia wysoką techniką będzie mniej liczny ale za to bardziej wykwalifikowany (p.80), oparty na służbie kontraktowej (szeregowcy) i zawodowej (podoficerowie i oficerowie) (p.82 – 83). Warunki zatrudnienia w armii mają być konkurencyjne w stosunku do innych sektorów rynku pracy (p.84), zwiększy się także rola kobiet (ach, ta polit – poprawność…) (p.85).

Nasi wojacy będą odpowiednio i ustawicznie edukowani (rozdz. 5.5) w centrach i ośrodkach szkoleniowych, a także na uczelni wyższej integrującej w swych strukturach obecne WAT, AON i AMW. Szkolenie będzie spełniało jednolite standardy panujące w obrębie międzynarodowych struktur sojuszniczych.

II. Futurologia do potęgi, czyli technikalia.

Wiem, że wyliczanka staje się już nieco nużąca, jak „przegadany” dowcip, albo zbyt długie życzenia, w sytuacji gdy wystarczy powiedzieć „wszystkiego najlepszego”, ale proszę jeszcze o chwilę cierpliwości, albowiem by nakreślić pełną skalę „horyzontu ambicji” wizjonerów z MON, wypada pochylić się jeszcze nad techniką wojskową która będzie na wyposażeniu naszej niezwyciężonej armii (rozdz. 5.6).

Jak łatwo się domyślić będzie porażająco wręcz nowocześnie. Będzie mikroelektronika i teleinformatyka. Będzie biologia, nanotechnologia i nowe źródła energii (p. 92). Wszystkie dostępne cudeńka zostaną wyprodukowane przez przemysł zbrojeniowy zintegrowany ze zbrojeniówką państw sojuszniczych (p.93). To pocieszająca wiadomość, że twórcy dokumentu dostrzegają potrzebę własnego przemysłu militarnego, milczeniem pomijają jednak fakt, że jeżeli obecne tendencje się utrzymają, to ów przemysł trzeba będzie tworzyć niemal od zera.

Systemy walki oraz sprzęt będą funkcjonowały w ramach sieci, której trzonem będzie platforma teleinformatyczna wielokierunkowego przekazywania informacji (p.95 – 96).

Nie można też pominąć perfekcyjnego systemu rozpoznania, który dzięki gamie „wielospektralnych” „sensorów rozpoznawczych” (ach, jak ja lubię tę terminologię) sprawi, że będziemy widzieć i wiedzieć wszystko, wszędzie, niezależnie od warunków i okoliczności (p.97). O zinformatyzowanym systemie dowodzenia również warto nadmienić (p.98).

No i jeszcze system rażenia (p. 99). Znów chciałoby się zakrzyknąć w podziwie: - Czego tam nie ma! Są bezzałogowe „platformy” lądowe, powietrzne i morskie. Są też precyzyjne systemy celownicze, napędy hybrydowe, nowoczesne pancerze, zwiększona i morderczo precyzyjna siła ognia… (Brzmi to rozbrajająco w kontekście np. obecnie używanych moździerzy, które walą „Panu Bogu w okno”). „Wizja…” obejmuje również siły powietrzne uniezależnione od warunków pogodowych, mobilne systemy rakietowe, marynarkę wojenną (czy muszę dodawać, że nowoczesną itd.?) a nawet mundur żołnierski o „cechach inteligentnych”, zwiększających ochronę i wyposażenie wspomagające wysoki poziom „świadomości sytuacyjnej” (p.100).

III. Pospolitość skrzeczy.

Uff… Wyliczanka, którą pozwoliłem sobie w tytule określić mianem „orgii chciejstwa”, a którą nasi wizjonerscy stratedzy wolą nazywać elegancko „horyzontem ambicji” dobiegła końca. Mnie osobiście kojarzy się to z rojeniami małego Jasia, który wyobraża sobie co też osiągnie jak już będzie duży. Życie z reguły dość bezlitośnie weryfikuje takie marzenia. Tyle tylko, że w Ministerstwie Obrony Narodowej nie zasiadają chłopcy w krótkich spodenkach, a dorośli, poważni wydawałoby się mężczyźni.

Wszystkie zasygnalizowane wyżej pomysły mają bowiem jedną, podstawową wadę - infantylne oderwanie od rzeczywistości. Zadajmy proste pytanie: jakie działania podejmowane są obecnie, by urzeczywistnić roztoczoną przed nami świetlaną wizję Sił Zbrojnych RP A.D. 2030? Póki co, mamy kadłubową armię bez szeregowych (1,94 szeregowca na jednego oficera i podoficera), po spojrzeniu zaś na dane dotyczące uzbrojenia widzimy jakieś koszmarne złomowisko. Chroniczne niedoinwestowanie skutkuje wstrzymaniem naboru, wyprzedażą zapasów żywności i przejściem na catering. Obiektów wojskowych nie ma komu pilnować, wynajmuje się więc firmy ochroniarskie, lotnictwa nie stać na loty ćwiczebne, więc polscy lotnicy, niegdyś światowa elita, dziś są rozpaczliwie niedoszkoleni, a te kilka tysięcy wojska, które do czegokolwiek się nadaje rozsiane jest po różnych punktach globu. Dodajmy jeszcze, że nie mamy nawet wystarczającej ilości lekarzy wojskowych, bo uciekają „za chlebem” do cywila i by obsadzić szpital polowy w Afganistanie, musieliśmy „wypożyczyć” lekarzy z Ukrainy. O aferze z szyfrantem Zielonką szkoda gadać. Gdzie nie spojrzeć – wyłazi dziadostwo i prowizoryczna łatanina.

Podejrzewam, że „Wizja…” miała na celu m.in. "zagadanie" postępującej degrengolady naszych sił zbrojnych. Bo kto w 2030 r. będzie rozliczał Tuska, Klicha i resztę towarzystwa? Dzisiejsza generalicja również będzie od dawna na emeryturze. Dym i piach w oczy, nic więcej.

IV. "Noteka 2015".


Mała dygresja. Wspomniałem na wstępie części pierwszej, że lubię fantastykę. Otóż, przez większość lektury towarzyszyło mi wspomnienie opowiadania Konrada T. Lewandowskiego „Noteka 2015”, opublikowanego gdzieś w połowie lat 90-tych w „Nowej Fantastyce”. W opowiadaniu tym odpieramy amerykańską agresję za pomocą różnych rodzimych wynalazków, m.in. wielonogich min samobieżnych, bazujących na wypreparowanych systemach nerwowych pająka korsarza . Miny te świetnie nadawały się do zwalczania czołgów typu „Abrams” :))

Odnoszę wrażenie, że spłodzona w pocie czoła przez naszych strategów „Wizja…” ma dokładnie tyle samo wspólnego z rzeczywistością.

V. Zakończenie.

Doprawdy, takie odrealnione brednie, jak omawiany dokument mógłbym, nie chwaląc się, sam wyprodukować. Zresztą zrobiłem to już kiedyś, proponując zestaw działań niezbędnych do dokonania rozbioru Obwodu Kaliningradzkiego między Polskę a Litwę, za co zostałem zganiony przez DoktoraNo, jako fantasta...

Nie skarżę się, tyle, że ja swe fantazje uskuteczniam na własną odpowiedzialność i nie biorę za to państwowych pieniędzy. Jedyna szkoda, jaką moja notka mogła przynieść, to zmarnowanie kilku minut życia Czytelników poświęconych na lekturę. A i tak, upieram się, że zawiera więcej konkretnych propozycji w o wiele krótszym tekście, niż ma to miejsce w przypadku gniota wypichconego przez Ministerstwo Obrony Narodowej, który to gniot może mieć realne przełożenie na stan naszego bezpieczeństwa narodowego.

I jeszcze jedno. Gorąco polecam pobranie „Wizji S.Z. RP 2030” ze stron MON-u zanim ktoś zdejmie ten wykwit orgii urzędniczego chciejstwa. Trawestując ks. Twardowskiego, śpieszmy się pobierać dokumenty – tak szybko znikają. Mam wrażenie, że opisywany tu tekst może po latach stanowić wspaniałą pamiątkę po myśli strategicznej ekipy Tuska, i jako archiwalne kuriozum dostarczy potomnym wielu chwil niewymuszonej radości.

Chyba, że okaże się, iż Polska A.D. 2030, wcale nie będzie „państwem nowoczesnym o wysokim poziomie jakości życia obywateli” (str. 6). Wtedy nikomu nie będzie do śmiechu.

Dziękuję, skończyłem. Odwaliłem kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty ;))

Gadający Grzyb

P.S. W końcówce przedmowy minister Klich wyraził nadzieję, że „Wizja sił zbrojnych RP 2030” zmobilizuje m.in. „opinię publiczną” do „szerokiej debaty nad wizją rozwoju Wojska Polskiego”(Str.3). Jako jeden z 38 milionowej rzeszy „opinii publicznej”, skorzystałem z zaproszenia ;)).

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Futurologia według MON. Część druga…


…czyli horyzonty pola walki. Odlotów wizjonerów z MON ciąg dalszy.



W części pierwszej moich heroicznych zmagań z wiekopomnym dokumentem „Wizja Sił Zbrojnych RP 2030” opisałem, jak nasi futurolodzy z MON postrzegają ogólne uwarunkowania kwestii bezpieczeństwa narodowego Polski w dwudziestoletniej perspektywie czasowej. Dowiedzieliśmy się, że będziemy silnym, bogatym krajem i znaczącym graczem w ramach struktur międzynarodowych, a zagrażać nam może co najwyżej imigracja, grupki ekstremistów i hakerzy.

Teraz przyszła pora na upojne szczegóły dotyczące tego z kim, gdzie i w jaki sposób będziemy wojować. Trzymajcie się mocno – oto bowiem nadlatuje… „Przyszłe środowisko operacyjne sił zbrojnych RP” (rozdz. 4).

Pod tym tytułem kryje się analiza dotycząca przeciwnika (p.26 – 34), pola walki (p.35 – 39) i przyszłych operacji naszych sił zbrojnych (p. 40 – 52).

I. Futurystyczna partyzantka.

Z jakim to przeciwnikiem będziemy się borykać? (rozdz. 4.1)

Ano z takim, który istnieje już dziś, tylko około 2030 roku będzie istniał jakby bardziej. W telegraficznym skrócie będą to terroryści, najemnicy i rebelianci a la Irak czy Afganistan, prowadzący „działania asymetryczne”, czyli mówiąc po ludzku wojnę partyzancką, w tym tzw. „partyzantkę miejską”. Grupy te będą ponadnarodowe, silnie umotywowane ideologicznie, uzbrojone w lekki sprzęt, zdecentralizowane i posługiwać się będą nowoczesnymi technikami telekomunikacyjnymi. Cechować je będzie wysoka elastyczność działań, brak przestrzegania konwencji międzynarodowych, wysoka determinacja i płynność struktur. Mogą wejść w posiadanie jakichś rodzajów broni masowego rażenia, walkę przenosić będą do stref zaludnionych, a głównym ich celem będą elementy infrastruktury militarnej i gospodarczej. (p. 26 – 32)

Ataki będą dokonywane za pomocą całego asortymentu środków wybuchowych i broni typu przenośne wyrzutnie rakiet, granatniki itd. Do tego dochodzą ataki za pomocą uprowadzonych samolotów i różnego typu pojazdów a także ataki cybernetyczne na systemy informatyczne cywilne i wojskowe. W ograniczonym zakresie wchodzi w grę również broń biologiczna i chemiczna. (p. 33)

Osobnym aspektem będzie wojna propagandowa toczona za pomocą środków masowego przekazu mająca wpłynąć na morale opinii publicznej w krajach wysyłających wojska na misje i podsycić wolę oporu na terenach gdzie będą operowały oddziały międzynarodowe. (p 34)

Podsumowując, naszym wrogiem będzie taka futurystyczna cyber – partyzantka.

II. Wojna w czterech wymiarach.

Zerknijmy teraz na przyszłe pole walki (rozdz. 4.2).

Autorzy przytomnie zauważają, że prócz lądu, wody i powietrza, wojna będzie się toczyć również w sferze cybernetycznej i informacyjnej, tworząc w ten sposób nową jakość (p.35) bez podziału na klasyczne fronty (p.37). Odrobiwszy pilnie iracką i afgańską lekcję stwierdzają, że znaczna część działań będzie się toczyć w rejonach zurbanizowanych, gdzie pod nogami będą plątać się uchodźcy, dyplomaci i przedstawiciele organizacji humanitarnych. Uprzejmie nie wspomniano o dziennikarskich hienach uganiających się po ulicach z kamerą w nadziei na jakieś świeże zwłoki. Zwrócono za to uwagę na związane z tym trudności (np. rozróżnienie wroga od cywila czy łatwość organizowania w takim otoczeniu zamachów i zasadzek) (p.38).

Uwagi o górach, równinach i pustyniach z p. 36 drobiazgowi stratedzy mogli sobie darować, za to trafne jest podkreślenie znaczenia cyberprzestrzeni (czyli np. obrony przed hakerami mogącymi zakłócić działanie wojskowych systemów informatycznych) (p.39).

III. Myć ręce czy nogi?

Przejdźmy do czekających nasze wojska przyszłych operacji (rozdz. 4.3).

1) Kierunek – świat!

To, co rzuca się w oczy po prześledzeniu tego podrozdziału, to zupełne przeorientowanie priorytetów naszych sił zbrojnych z obrony kraju na udział w różnorakich misjach zagranicznych. Wprost jest stwierdzone, że operacje o charakterze narodowym będące jedynie reakcją na sytuację kryzysową mają posiadać charakter ograniczony i czasowy, zaś w przypadku „eskalacji zagrożenia” (dlaczego tak boją się użyć słowa „wojna”?) rola naszej armii sprowadzi się do stworzenia warunków umożliwiających wkroczenie sił międzynarodowych. (p. 40)

Czyli, krótko mówiąc, wyzbywamy się możliwości prowadzenia samodzielnej wojny obronnej, licząc na to, że sojusznicy wystarczająco szybko przyjdą nam z odsieczą. Zwracam uwagę, że w chwili obecnej NATO nie posiada nawet planów operacyjnych na taką ewentualność. Do 2030 roku może powstaną, ale co, jeśli przyjdzie nam się bronić wcześniej?

Nawet nie chcę myśleć o innym scenariuszu – oto w Polsce wybucha jakaś antyrządowa rebelia, a nasze siły zbrojne… „tworzą warunki” do wkroczenia interwencyjnego Eurokorpusu, w którym czystym przypadkiem trzon sił stanowią oddziały Bundeswehry…

2) Nowoczesność w domu i zagrodzie…

Dalej czytamy, w jakich to zagranicznych misjach będziemy uczestniczyli i ile świata zwiedzą nasze chłopaki. Jak to „modułowo” będziemy wkomponowywać się w międzynarodowe siły, struktury dowodzenia itd.

W szczegółach wygląda to tak:

- Zasadniczą formą aktywności naszych Sił Zbrojnych będzie udział w zagranicznych interwencjach zdeterminowanych sytuacją strategiczną (pp. 41 i 42).

- Siły interwencyjne będą tworzone doraźnie, w zależności od potrzeb danej misji (jak rozumiem, z „komponentów” – jednostek poszczególnych typów wojsk) (pp. 43 i 44).

- Będą pozostawały pod kontrolą i zwierzchnictwem organizacji przeprowadzających poszczególne przedsięwzięcia zbrojne (p.43), synchronizując swe poczynania z organizacjami rządowymi i pozarządowymi (czyli, działania zbrojne będą jedynie częścią przyszłych wszechstronnie ukierunkowanych operacji) (p.45).

- Istotną część obecnych zadań sił zbrojnych, głównie o charakterze policyjnym i szkoleniowym przejmą „komercyjne, ponadnarodowe siły paramilitarne” (nie prościej było napisać – najemnicy?) (p.46).

- Koncepcja dowodzenia ulegnie zmodyfikowaniu w myśl zasady „reach back” oznaczającej, że główna część procesu dowodzenia będzie realizowana z dala od obszaru operacyjnego (jak mniemam, dzięki postępowi w zakresie nowoczesnych środków łączności) (p. 47).

- Działania zbrojne będą przeprowadzane błyskawicznie i punktowo, przy wsparciu obezwładniającej propagandy, następnie zaś wojsko wspomagać będzie państwowotwórcze działania polityków na zdobytym obszarze (coś jak w Iraku, jak sądzę) (p. 48).

- Jeśli się da, to ograniczymy się do ostrzału z wody i powietrza (tzw. „stand off”) a jednostki lądowe wyślemy jedynie gdy zajdzie konieczność zwiększenia efektu bombardowań (zdaje się, że NATO przetrenowało ten wariant w 1999 roku na Serbii) (p. 49).

- Działania będą miały charakter „sieciocentryczny”, czyli wszystkie elementy zostaną włączone do jednej sieci informacyjnej, co stworzy nową jakość, swoistą wartość dodaną, większą niż prosta suma zaangażowanych sił (p.50).

- Czarną robotę odwalą za nas najróżniejsze maszyny i systemy satelitarne. (p. 51).

- Ponieważ w rejonach walk będą pałętali się dziennikarze nagłaśniający każdą wpadkę, trzeba będzie bardzo uważać, by nie walnąć jakiegoś babola. Najlepiej nikogo nie zabijać i możliwie najszerzej stosować tzw. „non – lethal weapon” („broń nieśmiercionośną”). (p.52)

Jednym słowem, będzie ultranowocześnie, technicznie, mobilnie, komponentowo, humanitarnie, super modnie i wygodnie. Brakuje tylko wyjaśnienia na ile takie siły zbrojne będą zdolne do obrony terytorium własnego kraju, bo coś mi się wydaje, że modernizowana według tego typu wzorców armia gruzińska została w 2008 roku przez Rosję kompletnie rozbita… Ach, zapomniałem, gapa ze mnie, przepraszam – przecież konflikt konwencjonalny nam nie grozi…

***

Żeby była jasność: nie lekceważę kwestii bezpieczeństwa międzynarodowego, dobrze wiem, że nie żyjemy w próżni i że nie ugaszone ognisko zapalne w odległym rejonie świata może kiedyś poskutkować bezpośrednim zagrożeniem dla nas. Również doświadczenie zdobywane przez wojsko w realnej walce jest nie do przecenienia w porównaniu z poligonowymi symulacjami. Niemniej, to demonstracyjne olewanie kwestii bezpośredniej obrony terytorium Polski nosi według mnie znamiona zbrodniczej lekkomyślności.

Generalnie, odnoszę wrażenie, że nasi stratedzy stanąwszy przed dylematem: myć ręce, czy nogi, uznali że należy myć ręce (misje zagraniczne), zakładając, że nogi (obrona kraju) i tak się nie pobrudzą, zaś na jedno i drugie po prostu nie starczy mydła.

IV. Podsumowanie części drugiej.

Podsumowując – można powiedzieć, że nasi analitycy solidnie odrobili lekcję po 11.09.2001. Nasuwają się jednak dwie słabości:

- pierwsza, to ograniczenie przewidywań do konstatacji, że będzie się działo z grubsza to co obecnie, tylko w bardziej zaawansowanej formie;

- druga, znacznie groźniejsza, to przede wszystkim beztroska marginalizacja możliwości konfliktu zbrojnego o „tradycyjnym” charakterze państwo – państwo.

Innymi słowy, o ile nauka płynąca z wojny z terroryzmem została zaabsorbowana, o tyle wnioski z rosyjskiej agresji na Gruzję i rosyjsko – białoruskich manewrów „Zapad 2009” wciąż czekają na „przepracowanie”, tym bardziej, że mamy pod bokiem silnie zmilitaryzowany Obwód Kaliningradzki. To uporczywe ignorowanie rosyjskiego zagrożenia więcej niż niepokoi, również w kontekście suwerenności gospodarczej i zacieśniania współpracy z Moskwą przez Niemcy i Francję (Nord Stream, sprzedaż okrętów wielozadaniowych klasy Mistral).

Uderzenie atomowe ze strony państw bandyckich również pomijane jest milczeniem, co w sumie nie dziwi, zważywszy jak „entuzjastycznie” ekipa Tuska była nastawiona do projektu tarczy antyrakietowej…

Jeszcze jedno. Wiem, że „Wizję…” opublikowano w maju 2008r., przed atakiem na Gruzję i manewrami „Zapad 2009”, ale w takim razie, powinna ona zostać odpowiednio zaktualizowana. Póki co, aktualizacji stosownych do wymienionych wyżej zagrożeń nie zauważyłem. Wymowa dokumentu uparcie ciąży w stronę, cyt.

„(…)przeorientowania dotychczasowej filozofii funkcjonowania sił zbrojnych z modelu statycznego, nastawionego głównie na obronę terytorium Polski przed atakiem sił konwencjonalnych, na elastyczny i nowoczesny, odpowiadający realiom XXI wieku, instrument polityki bezpieczeństwa” (Zakończenie, str. 34).


Elastyczność, nowoczesność - bardzo się to wizjonerom chwali, ale trochę „statycznych” sił, zorientowanych na obronę własnego terytorium, też by się przydało. Choćby po to, by przy okazji następnych manewrów sąsiad z którym właśnie tak hucznie się jednamy nad trumną Prezydenta, nie wjechał w nas niczym ciepły nóż w masło.

Generalnie jednak, mimo wymienionych słabości, omówiony tu rozdział jest bodaj jedynym, który da się czytać bez wybuchów rozpaczliwego chichotu przerywanego bezsilnym zgrzytaniem zębów.

Niemniej, w części następnej, przyjdzie pochylić się nad wizjonerskimi „snami o potędze” naszych Sił Zbrojnych A.D. 2030. To dopiero będzie jazda bez trzymanki zapodana z iście generalską fantazją i takimże rozmachem…

Ciąg dalszy nieuchronnie nastąpi.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 23 kwietnia 2010

Futurologia według MON.


…czyli „horyzont ambicji” wizjonerów z Ministerstwa Obrony Narodowej.

Ściągnąłem sobie ze stron MON-u dokument o wielce inspirującym tytule: „Wizja sił zbrojnych RP 2030” (Warszawa, maj 2008). Ponieważ od zawsze lubiłem zarówno fantastykę, jak i futurologię (odróżniam jedno od drugiego), nawet pod sieriozno – urzędową postacią, nie mieszkając zasiadłem z wypiekami na twarzy do lektury.

Od razu uprzedzam – dokument napisany jest tak koszmarnie drętwym i nudnym językiem, jakby specjalnie chciano odstraszyć potencjalnego czytelnika. Ja się odstraszyć nie dałem. Różne nudziarstwa się w życiu przeczytało, więc jedno więcej w tę, czy we wtę…

I. Wszystkiego najlepszego.

Już na wstępie pigułę urzędowego optymizmu zapodaje minister Bogdan Klich:

„Naszą ambicją jest, aby Wojsko Polskie dołączyło do najnowocześniejszych armii państw europejskich.” (…) „Perspektywa stabilnej sytuacji geopolitycznej Polski z jednej strony oraz dobrej koniunktury gospodarczej naszego kraju z drugiej strony, stwarzają wyjątkowe możliwości rozwoju sił zbrojnych w najbliższych dekadach”.(str.3).


Koresponduje z tym słowo wstępne dyrektora Departamentu Transformacji MON, gen. bryg. Marka Ojrzanowskiego:

„Opracowana przez Departament Transformacji „Wizja Sił Zbrojnych RP - 2030” stanowi punkt wyjściowy do perspektywicznego planowania rozwoju sił zbrojnych w wieloletnim horyzoncie czasowym.” (…) „Implementacja założeń zawartych w „Wizji…” pozwoli na stworzenie sił profesjonalnych o uniwersalnym i modułowym charakterze, zdolnych do prowadzenia działań wojskowych w warunkach sieciocentrycznego pola walki.”(str. 4 i 5)


Tej mowy – trawy jest zresztą więcej. Zapodam jeszcze cytacik z Wprowadzenia:

„Polska w perspektywie 2030 roku będzie państwem nowoczesnym o wysokim poziomie jakości życia obywateli.”(…) „Polska będzie również krajem bezpiecznym. Źródłem poczucia bezpieczeństwa obywateli będzie nowoczesny system obronny stanowiący integralną część systemu obronnego Unii Europejskiej oraz Sojuszu Północnoatlantyckiego.”(str.6)


Innymi słowy – „by Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”. Przygotowujemy swą „Wizję…” zakładając, że czekają nas wyłącznie dobre czasy.

No tak… Ja również życzę nam wszystkim wszystkiego najlepszego. Pytanie, co zrobimy, gdy czasy nie okażą się tak pomyślne, jak zakładają nasi stratedzy z MON-u.

Swoją drogą, nastrój strategów dość wyraźnie koresponduje ze społecznym błogostanem, opisanym przeze mnie niedawno w notce „Polski błogostan”. To urzędowe samozadowolenie marnie wróży.

II. „Horyzont ambicji”.

Dobra – kończę z dłuższymi cytatami, bo notka rozrosłaby mi się do poziomu niezłej broszurki. Prócz uciechy Czytelników, moją intencją było zaserwowanie próbek stylu autorów omawianego dokumentu. Nie mogę sobie jednak odmówić przytoczenia jeszcze jednego passusu ze Słowa Wstępnego, gdzie gen. bryg. Marek Ojrzanowski zastrzega m.in., iż „(…) nie jest ona (czyli „Wizja…” - przyp. G.G.) prognozą. Jej misją jest zarysowanie horyzontu ambicji.” (str.4)

Paradne! – wysmażyć elaborat na 34 strony, z dwudziestoletnią perspektywą czasową, zaznaczając mimochodem, że jest to jedynie… „horyzont ambicji”!

I jeszcze to: „(…) „Wizji…” nie można traktować jako recepty czy też zbioru gotowych rozwiązań (…).”

Pyszne, prawda? Skoro zatem oficjalnego dokumentu, wywieszonego na stronach MON-u nie sposób wedle słów autorów traktować inaczej, niż w kategoriach mrzonek, tudzież zbioru pobożnych życzeń, możemy bezstresowo przystąpić do dalszej analizy owej państwowotwórczej bajeczki.

Zerknijmy zatem na ów „horyzont ambicji” (bardzo przypadło mi do gustu to określenie) naszych strategów.

III. „Środowisko międzynarodowe”.


Ten rozdział jest istnym wysypem gazetowych mądrości, znanych każdemu, kto sięgnie do działu typu „Opinie” dowolnej pozycji prasowej. Podobne elukubracje można by zgromadzić po tygodniowej „prasówce” tytułów ukazujących się na naszych rynku. Otóż, dowiadujemy się, iż:

- Świat będzie ciążył ku wielobiegunowości (p.1);

- Wzrośnie rola Azji (p.2);

- USA pozostaną w globalnej grze (p.3);

- NATO pozostanie gwarantem bezpieczeństwa i czynnikiem łączącym USA i UE (p.4)…

No nie, nie mogę. To, że NATO trzeszczy w szwach, Unia Europejska zaś niemal otwarcie traktuje Stany Zjednoczone jako rywala, widzi każde dziecko. To, że UE pogrążała się w gospodarczym marazmie na długo przed światowym kryzysem, również. A nasi stratedzy, jak gdyby nic, radośnie stwierdzają, iż Unia dzięki „poszerzeniu” i „pogłębieniu integracji”, tudzież „stałemu wzrostowi gospodarczemu”, stanie się „globalnym aktorem w sferze polityki bezpieczeństwa”! (p. 5). Do tego wystawi „Euroarmię” zdolną do prowadzenia różnych i różnistych operacji (p. 6 i 7).

Wygląda na to, że Unia produkuje rozliczne biurokratyczne badziewia na wzór osławionej „Strategii Lizbońskiej”, zaś nasi biurokraci reagują produkowaniem równie świetlanych prognoz. Trudno traktować to inaczej, niż w kategoriach wiernopoddańczego hołdu. Bo co by było, gdyby nasi analitycy stwierdzili, że UE jednak nie będzie rozwijać się tak wspaniale? Wybuchłby skandal i z dnia na dzień przestano by poklepywać naszych przedstawicieli po ramieniu…

Doprawdy, Chruszczow, który prorokował, że ZSRR przegoni Stany Zjednoczone, mógłby jeździć do współczesnych urzędowych optymistów na korepetycje.

Jedźmy dalej. Gospodarcza globalizacja będzie minimalizować ryzyko ogólnoświatowego konfliktu zbrojnego (p. 8)...

IV. Zakłócenia globalnej idylli.

...Ale, o dziwo, ta globalna idylla może ulec zakłóceniom, zdiagnozowanym w punktach 9 – 15.

Jakież to zakłócenia przewidują nasi wieszczowie?

Wyliczę taśmowo, gdyż są to wnioski jakby przedrukowane z analizy działów zagranicznych i gospodarczych gazet. Mamy tu wszystko – od negatywnych skutków globalizacji, poprzez przeludnienie biednych regionów Ziemi, dysproporcje w poziomie bogactwa, zmiany klimatyczne (a jakże!), zróżnicowanie infrastrukturalne, polaryzację kultur i wyznań… aż po ekstremizmy, terroryzm, międzynarodową przestępczość, fale niekontrolowanej migracji, czystki etniczne…

Uff… odsapnę nieco. Jedźmy dalej: urbanizacja w Afryce i na Bliskim Wschodzie (a czemu nie na Dalekim?), skutkująca tworzeniem się dzielnic biedy i rozlicznymi patologiami. Do tego dochodzą „rozpadające się struktury państwowe” w Afryce (też mi nowina), tudzież niekontrolowany obrót bronią masowego rażenia i dążenie do jej wytwarzania (tzw. „proliferacja” p.13).

A jeszcze walka o „nieodnawialne źródła energii” (p. 14). A jeszcze groźba globalnego kryzysu, który, jak zauważają odkrywczo nasi analitycy, może „prowadzić do zachwiania stabilności gospodarczej świata oraz wywoływać kryzysy i konflikty”… (p.15).

Wszystkie te zagrożenia ogarniają orlim spojrzeniem nasi przenikliwi mężowie stanu. A co z Polską? I na to odpowiedź jest gotowa. Podróżujmy zatem dalej na wzburzonych falach zbiorowego intelektu. Oto bowiem na horyzoncie rysują się…

V. „Główne wyzwania dla bezpieczeństwa Polski”.

Przyznam się, że tytuł tego rozdziału mnie zaintrygował. A więc jednak nasze ministerialno - mundurowe orły – sokoły dostrzegają jakieś rysujące się w zakreślonej perspektywie czasowej niebezpieczeństwa…

Ale cóż, skoro naszym wizjonerom wychodzi, że będzie tak jak dzisiaj, tylko lepiej. Otóż, zasadniczy „kierunek rozwoju środowiska bezpieczeństwa międzynarodowego” zostanie „zachowany”, zaś postępująca integracja i rozszerzanie UE spowodują, że tylko nieznaczna część naszych granic będzie granicami zewnętrznymi Unii (czytaj – granica z Obwodem Kaliningradzkim). (p. 16 – 17).

A zagrożenia? Owszem, są: ataki ekstremistów i grup przestępczych, klęski żywiołowe, awarie i katastrofy przemysłowe i ekologiczne, cyberterroryzm, migracje z biednych krajów i związane z tym skutki społeczne i demograficzne…(p.18 – 20) Czyli, prosta, bezpieczna ekstrapolacja współczesności w przyszłość.

Ani jednego słowa o permanentnym zastoju UE. Nie wiadomo również na jakiej podstawie autorzy sądzą, że UE rozszerzy się na wschód, skoro już dziś struktury euroatlantyckie bronią się rękami i nogami przed aspiracjami Ukrainy, o Białorusi nie wspominając, zaś podrażnienie rosyjskiego niedźwiedzia jakim byłoby wkroczenie na terytoria, które Rosja uznaje za swoją strefę wpływów wywołuje zimny pot na czołach eurodecydentów. Milczeniem pomija się implikacje faktu, że główni gracze – Niemcy, Francja, USA wolą samodzielnie dogadywać się z Rosją z kompletnym pominięciem zarówno „struktur międzynarodowych”, jak i naszych interesów.

Rozbraja wręcz diagnoza z p.18, wykluczająca klasyczny konflikt militarny połączony z dążeniem do zajęcia terytorium kraju. Dlaczego taki konflikt nam nie grozi? Bo nie, i już.

Co znamienne, o bezpieczeństwie energetycznym wspomina się jedynie w kontekście cyberataku, który mógłby zakłócić działanie nadzorującej energetykę „infosfery”. (p.19).

Innych „wyzwań dla bezpieczeństwa Polski” w dokumencie nie stwierdzono. Co nam to mówi o przenikliwości i dalekowzroczności naszych wizjonerskich strategów?

VI. Pożal się Boże, „interes narodowy”.


Uwaga! Na dziesiątej stronie po raz pierwszy pada sformułowanie „interes narodowy”! Konkretnie, w tytule rozdziału „Zasadnicze interesy narodowe RP w sferze bezpieczeństwa”. Bardzo to pocieszające, że szanowni Autorzy raczyli w końcu zauważyć, iż Polska może mieć jakieś narodowe interesy, a nawet, kto wie – dążyć do ich realizacji.

Ale, gdy prześledziłem kolejne punkty (21 – 25) w których ów „interes” jest definiowany, rajtuzy opadły mi do kostek.

Otóż, dowiadujemy się, że powtarzana w omawianym dokumencie niczym mantra „pogłębiająca się integracja Unii Europejskiej” sprawić ma, że dotychczasowe rozumienie interesów narodowych ulegnie „przewartościowaniu” i „zmieni się ich hierarchia”. (p.21) Jak się „zmieni”? Ano tak, że zadanie ochrony nienaruszalności terytorialnej Polski wymieniane jest jednym tchem, na tym samym poziomie ważności co obrona granic UE i obszaru euroatlantyckiego. Rytualnie dołożono też frazę o zapewnieniu bezpieczeństwa obywateli w kraju i za granicą. (p.22)

Dalej następuje typowy dyplomatyczny „pacierz”: niezakłócony rozwój kraju, bezpieczeństwo energetyczne (ani słowa o Rosji), rozwijanie współpracy w ramach UE i ze Stanami Zjednoczonymi, a także z państwami południowej półkuli zasobnymi w surowce (od biedy można by to podciągnąć pod dywersyfikację) (p.23). Następnie czytamy o silnej pozycji międzynarodowej, dążeniu do poszerzania Unii i więziach z USA. Jak to się ma do aktualnej polityki zagranicznej gabinetu Tuska, pozostawiam bez komentarza.

Jeszcze napomknięcie o wzroście zaangażowania Polski w kwestie obronności zbiorowej (p.25) i uciążliwą sprawę interesów narodowych nasi wizjonerzy uznali za odfajkowaną.

VII. Podsumowanie części pierwszej.

1) Podczas lektury omawianego dokumentu poraża miałkość intelektualna. Sformułowania wyjęte żywcem z gazetowej publicystyki, okraszone fachową gwarą („sieciocentryczne pole walki”). „Wizja…” operuje urzędniczą, polit-poprawną, „euromową”. W całym dokumencie nie pojawia się ani razu w odniesieniu do Polski słowo „wojna”. „Wojny” toczyć się będą ewentualnie gdzieś w Azji Południowo – Wschodniej (p.12), ale nie u nas. Zdumiewające, zważywszy, iż mówimy o dokumencie wyprodukowanym w – teoretycznie – militarnym resorcie. Dodatkowo irytuje abstrahowanie od obecnych, opłakanych realiów naszej armii, na zasadzie „bo będzie lepiej”.

Jeśli to ma być płód naszej myśli geopolityczno – strategicznej, to… czekają nas ciekawe czasy.

2) Cała zarysowana strategia jest, mówiąc brutalnie, o kant dupy potłuc, albowiem wynika z niczym nieuzasadnionych, do bólu optymistycznych założeń globalnych. Unia i NATO będą rosły w siłę itd. – toż to czyste chciejstwo. Nigdzie, dosłownie nigdzie nie ma wzmianki o scenariuszu na wypadek niekorzystnego dla nas rozwoju sytuacji, gdy „struktury międzynarodowe” ostatecznie ugrzęzną w bezwładzie, a pod ich płaszczykiem rozgrywany będzie koncert mocarstw. Neoimperialne ambicje Rosji? O tym również cicho – sza.

3) Poraża wręcz milczące założenie, że nasza armia będzie funkcjonowała niemal wyłącznie jako komponent większej całości. Nie wyczytałem nawet między wierszami choćby cienia sugestii, że będziemy w stanie samodzielnie prowadzić jakiekolwiek znaczące operacje. Śmierdzi mi to niezdolnością do udźwignięcia kłopotliwego ciężaru o nazwie „polska racja stanu” i rozpaczliwym dążeniem do przerzucenia odpowiedzialności na ponadnarodowe organizacje. Umyka naszym strategom prosta prawidłowość, że takie podejście ma sens tylko wtedy, kiedy odgrywa się w takich organizacjach pierwsze skrzypce.

Doprawdy, strach pomyśleć, co będzie, gdy okaże się, że historia jednak się nie skończyła… A, jak uczy ponad tysiącletnie doświadczenie, historia dla Polski nie kończy się nigdy. Co i rusz mamy „ciekawe czasy”…

***

Tak, na marginesie - zastanawiam się, jak doszło do spłodzenia tego gniota. Stawiam na następującą wersję:

Każdego ranka po lekturze prasy codziennej nasi stratedzy wzbijają się w przestworza i widzą: w Afryce źle się dzieje. Na Bliskim Wschodzie również. W Południowo – Wschodniej Azji też nieciekawie. A i u nas, powiedzmy sobie szczerze, sytuacja jest nie za wesoła.

Wracają zatem wizjonerzy na ziemię, dopijają kawę, dogryzają bułkę z dżemem, następnie zapalają papierosa i skrobią się po zafrasowanych głowach. Co tu począć?

My tu drugą Irlandię, a świat i tendencje geopolityczne brużdżą.

I nagle pomysł – napiszmy dokument, z którego będzie wynikało, że w 2030 roku nasza armia będzie miała się świetnie, a międzynarodowe struktury bezpieczeństwa jeszcze lepiej!

Jak pomyśleli, tak zrobili.

Ciąg dalszy nastąpi. Zapewniam, że będzie równie nie – wesoło.

Gadający Grzyb

P.S. Jeszcze jedno. Niektórych Czytelników może razić przyjęta w niniejszej notce konwencja wymieszania poważnych zagadnień z krotochwilnymi komentarzami. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że nadęta miernota przemyśleń naszych strategów wręcz prowokuje, by „podrzeć łacha”. Niepoważne państwo + niepoważny dokument = niepoważne komentarze. Proste.

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl