Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Tomasz Gross. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Tomasz Gross. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 marca 2019

Pod-Grzybki 153

Bronisław Komorowski postanowił stracić okazję, żeby siedzieć cicho i zalecił wyborcom, aby brać 500+, trzynastą emeryturę, nie kwitować i nie głosować na PiS. Nie ma co, eksperta zawsze miło posłuchać – przypomnę, że Komorowski na odchodnym ogołocił Kancelarię Prezydenta oraz służbowe wille z różnych „fantów”, takich jak zastawa stołowa, sokowirówka, ekspres do kawy, telewizor, blender czy żelazko. Nie da się ukryć – w „braniu i niekwitowaniu” akurat Komorowski ma wyjątkowe doświadczenie.


*

Kultura. W Teatrze Powszechnym wystawiono „Mein Kampf” znanego dramaturga Adolfa Hitlera. Zastanawia tylko jedno – skoro mamy taką wolność słowa, to skąd oburzenie na happening ku czci tegoż literata w krzakach pod Wodzisławiem Śląskim? I czy ekipa Teatru Powszechnego sprawiła sobie na okoliczność premiery torcik z wunderwafelkami? A jak tam z gażą dla aktorów – było 20 tys. czy może więcej?


*

W ostatnich dniach obserwujemy groteskowy upadek szefa Żydowskiego Instytutu Historycznego, prof. Pawła Śpiewaka. Najpierw doznał objawienia za sprawą piłkarza Lionela Messiego, który ukazał mu się we śnie i powiedział, że „Polska to faszystowski kraj”. Następnie zaczął histeryzować, że „nie może słuchać” o Polakach ratujących Żydów (co jest o tyle kuriozalne, że bez tych Polaków najpewniej nie byłoby go na świecie, podobnie jak szeregu innych czołowych żydowskich opluwaczy Polski). W końcu zaś odpalił bombę, obwieszczając, iż jest „niezwykle prawdopodobne”, że Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców. Smutne to wszystko, gdyż akurat prof. Śpiewak wydawał się do pewnego momentu najbardziej przytomny spośród tych wszystkich „badaczy holocaustu” przyuczonych do zawodu historyka (Śpiewak, podobnie jak Gross czy Barbara Engelking jest z wykształcenia socjologiem). Ale cóż – najwyraźniej ktoś uświadomił mu, że piastując taką funkcję nie może odstawać od reszty, tylko śpiewać ze wskazanej partytury – więc śpiewa.


*

Nawiasem mówiąc, objawienie jako metoda badawcza zostało usankcjonowane przez J.T. Grossa już w 2001 r. w wywiadzie dla „New Yorkera”, kiedy to właśnie doznanym „objawieniem” tłumaczył swoją wizję wydarzeń w Jedwabnem. Ciekawe tylko, jaki piłkarz ukazał się Grossowi, bo Messi był chyba jeszcze wtedy ciut za młody? Ale mniejsza, grunt, że prof. Śpiewak idzie wiernie w jego ślady. Mam nadzieję, że jak na naukowca przystało, prof. Śpiewak założy dzienniczek, w którym będzie skrupulatnie spisywał swoje maligny i dzielił się nimi z opinią publiczną. Prorokuję, że czeka nas jeszcze za jego sprawą wiele radości.


*

Nasz „wielki przyjaciel” Jonny Daniels pochwalił się interwencją w sieci marketów Carrefour - zażądał mianowicie, by nie sprzedawano tam „antysemickiej” i „wypełnionej nienawiścią” („hate-filled”) „Warszawskiej Gazety”. Niech zgadnę – następna ofiara Messiego? A swoją drogą – może my też wyślemy do Izraela jakiegoś sierżanta-spadochroniarza, który będzie rozstawiał tam wszystkich po kątach?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Pod-Grzybki opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (29.03-04.04.2019)

niedziela, 25 lutego 2018

Hucpa - reaktywacja

Motto: „Z ogromną większością Żydów trudno o stosunkach między naszymi narodami dyskutować, bo najwyraźniej są przekonani, że Wielka Zagłada wyłączyła ich raz na zawsze spod wszelkiej krytyki” - prof. Bogusław Wolniewicz


I. Awantura o kwiaty

Już się wydawało, że „shitstorm” rozpętany na tle nowelizacji ustawy o IPN przygasa i będzie się można zająć spokojniejszą tematyką – a tu nic z tego. Wszystko za sprawą wizyty Mateusza Morawieckiego w Niemczech. Premier wziął wprawdzie udział w Konferencji Bezpieczeństwa z udziałem prominentnych przedstawicieli krajów UE i NATO, ale któż by się przejmował tak drugorzędnymi sprawami. Z pewnością nie portal „Agory” dla którego głównym newsem było złożenie kwiatów w Monachium na grobach żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Z miejsca przypomniano rzekomą kolaborację Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami i zwalczanie komunistycznej partyzantki.

Przypomnijmy więc dla porządku, że owa „komunistyczna partyzantka” to byli w przytłaczającej większości kolaboranci Moskwy, którzy nie walczyli bynajmniej o wolną Polskę, lecz o narzucenie jej komunizmu w jego najbardziej zbrodniczej, stalinowskiej postaci. Rekrutowała się w znacznej mierze z przestępczego marginesu – były to po prostu zbrojne bandy rabunkowe, które zwerbowała pod swe czerwone sztandary sowiecka agentura w zamian za obietnicę bezkarności. Prócz gwałtów na cywilnej ludności (np. mord w Drzewicy popełniony przez bandę Izraela Ajzenmana), komunistyczna partyzantka zajmowała się zwalczaniem niepodległościowego podziemia, nie cofając się przed donosami do Gestapo. W obliczu nadciągającej Armii Czerwonej i nieuchronnej sowietyzacji kraju, Brygada Świętokrzyska miała jedyne rozsądne wyjście – dogadać się z Niemcami, zawrzeć taktyczny rozejm i przedostać się na Zachód, co też z powodzeniem uczyniła, wyzwalając po drodze obóz koncentracyjny w Holiszowie i kilkaset żydowskich kobiet. Niemcy wprawdzie wiązali z BŚ swoje nadzieje – chcieli wykorzystać tę formację w charakterze dywersantów na froncie wschodnim, lecz z planów tych nic nie wyszło, bo dowódcy NSZ doskonale zdawali sobie sprawę, gdzie przebiega granica zdrady i nigdy jej nie przekroczyli. Ale cóż, zawsze powtarzałem, że dzisiejsi duchowi (a czasem i „genetyczni”) spadkobiercy KPP zwyczajnie nie mogą darować Brygadzie, że udało jej się umknąć z rąk różnych Stefanów Michników - i dziś tę opinię podtrzymuję.


II. Antypolska hucpa

Lecz ujadanie wokół kwiatów na grobach żołnierzy NSZ było tylko przystawką przed daniem głównym – mianowicie, premier Morawiecki w odpowiedzi na pytanie żydowskiego dziennikarza „New York Timesa” o nowelizację ustawy o IPN odpowiedział, że oczywiście nie będzie karane mówienie prawdy o polskich sprawcach, którzy wydawali bądź mordowali Żydów – podobnie jak o sprawcach żydowskich, rosyjskich i ukraińskich. No i rozpętała się kolejna odsłona aż za dobrze nam znanej hucpy. Premier „Bibi” Netanjahu zapowiedział, że sobie z Morawieckim „porozmawia”, media po raz kolejny dostały histerii na tle rzekomego „negowania holokaustu”, Światowy Kongres Żydów zażądał przeprosin, a izraelscy politycy na wyścigi zaczęli się domagać obniżenia rangi relacji dyplomatycznych z Polską, bądź wręcz zerwania stosunków. Przekornie powiem, że to ostatnie zresztą nie byłoby takie złe – przynajmniej Izrael i środowiska żydowskie straciłyby istotny instytucjonalny kanał do wywierania na Polskę presji co do kształtu naszego ustawodawstwa.

Stronie żydowskiej poszło oczywiście o wymienionych przez Morawieckiego „żydowskich sprawców”, których istnienie wszak nie jest tajemnicą co najmniej od czasów „Eichmanna w Jerozolimie” Hannah Arendt (ot, weźmy taki fragment: „Zarówno w Amsterdamie, jak w Warszawie, w Berlinie tak samo jak w Budapeszcie można było mieć pewność, że funkcjonariusze żydowscy sporządzą wykazy imienne wraz z informacjami o majątku, zagwarantują uzyskanie od deportowanych pieniędzy na pokrycie kosztów ich deportacji i eksterminacji, będą aktualizować rejestr opróżnionych mieszkań, zapewnią pomoc własnej policji w chwytaniu i ładowaniu Żydów do pociągów, na koniec zaś - w ostatnim geście dobrej woli - przekażą nietknięte aktywa gminy żydowskiej do ostatecznej konfiskaty”). Czyżby gardłujący dziś Żydzi nie słyszeli o Chaimie Rumkowskim, „dyktatorze” łódzkiego getta i jego zbrodniczych rządach? A może należy ocenzurować książkę Arendt, bo ośmieliła się napisać zbyt wiele? Najwyraźniej, jak to ujął w TVP Info rabin Szalom Ben Stambler dociskany o żydowskich kolaborantów, „to nie przechodzi do żadnej rubryki”.

Do powyższej sytuacji jak rzadko pasuje opis święta Purim przytaczany przez dr Ewę Kurek – otóż podczas tego święta obchodzonego na pamiątkę zgładzenia perskiego dostojnika Hamana, rabin wpierw odczytuje głośno wszystkie wyrządzone Żydom przez Hamana krzywdy, by następnie szeptem opowiedzieć o żydowskim odwecie w wyniku którego wg przekazu biblijnego śmierć poniosło 75 tys. Persów. Przekaz jest jasny: o żydowskich krzywdach należy krzyczeć aż pod niebo, lecz o żydowskich zbrodniach – cicho sza. A już w ogóle nie do pomyślenia jest, by mówili o tym jacyś goje - natomiast Żydzi mogą wprawdzie poruszać „trudne” tematy, lecz jedynie we własnym gronie i najlepiej szeptem. Jak widać, ta zasada wciąż obowiązuje, szczególnie w kontekście holokaustu i roli jaką odegrali w nim żydowscy kolaboranci. Nie bez przyczyny tacy autorzy jak wspomniana Hannah Arendt, nie mówiąc już o Normanie Finkelsteinie, są w społeczności żydowskiej poczytywani za odszczepieńców.


III. Jak wojna, to wojna

Zupełnie inaczej jest u nas – tutaj do niedawna im ktoś głośniej krzyczał o polskiej „współodpowiedzialności” za holokaust, tym większego rozgłosu i splendorów mógł się spodziewać, czego ponurym świadectwem stała się kariera Jana Tomasza Grossa. Również i dziś na wieść o słowach premiera Morawieckiego wiodące media obozu III RP ukształtowane w duchu „pedagogiki wstydu” dostały galopującej biegunki. Biadoleniom o utracie przez Polskę międzynarodowej reputacji nie ma końca. Wychodzi na to, że polskiej reputacji wielce szkodzi odkłamywanie historii i mówienie prawdy, a z drugiej strony - nic tak nie umacnia naszego prestiżu, jak przyznawanie się do niepopełnionych zbrodni. I pomyśleć, że kolejne ekipy rządzące kierowały się tą chorą logiką przez niemal trzydzieści lat... Warto tu przypomnieć o takich „sukcesach” naszej dyplomacji, jak organizowanie w ambasadach pokazów „Idy” i „Pokłosia”. Przy jednej z tego typu okazji – prezentacji „Pokłosia” podczas waszyngtońskiego Festiwalu Filmów Żydowskich w 2014 r. – ówczesny ambasador w USA Ryszard Schnepf raczył się wyjęzyczyć: „Pokłosie to film, który pokazuje jak w uczciwy sposób powinniśmy się zmierzyć z trudnymi i nie zawsze chwalebnymi momentami przeszłości naszego kraju”. To dopiero było podniesienie naszej międzynarodowej renomy! Nic dziwnego, że świat przyzwyczajony do polskiego samobiczowania uznał, że można z nami zrobić wszystko – a teraz przeżywa szok poznawczy.

No, ale skoro ten szok już nastąpił, to można go pogłębić wyprowadzając kolejne ciosy obezwładniające przeciwnika na arenie propagandowej. Nie łudźmy się, nie pomoże nam żadne konsultowanie ustaw ze stroną żydowską i uwzględnianie jej postulatów – co ów pokaz naszej wrażliwości przyniósł, właśnie widzimy. Podobnie rzecz się ma z powołaniem operetkowego zespołu ds. „dialogu prawno-historycznego” - sami stwarzamy w ten sposób okazję do wywierania na nas nacisków. Trzeba pójść drogą bezwzględnego punktowania strony przeciwnej. O konieczności wznowienia ekshumacji w Jedwabnem i przyszpileniu urojeń Grossa, już tu niedawno pisałem. Kolejnym krokiem powinno być upublicznienie na forum międzynarodowym udziału Żydów (często kierowniczego) w komunistycznym aparacie represji wraz z informacją o bestialstwach, jakich dopuszczali się na polskich patriotach i ochronie, jaką część z nich znalazła w Izraelu. Jeśli Żydzi chcą z nami wojny, to powinni ją dostać.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 08 (23.02-01-03.2018)


niedziela, 11 lutego 2018

Jedwabne – czas prawdy

Musimy znać prawdę - i to opartą na twardych dowodach - a nie tendencyjną, czarną legendę. Jesteśmy to winni tak sobie, jak i pomordowanym.

I. Lepiej późno niż wcale

Na początek pozwolę sobie na małą złośliwość. Oto w ostatnich dniach natknąłem się na kilka głosów uznanych prawicowych publicystów domagających się wznowienia ekshumacji w Jedwabnem. Głosy te oczywiście wybrzmiały w ramach konfliktu izraelsko-polskiego wywołanego za sprawą antydyfamacyjnej nowelizacji ustawy o IPN. Podkreślam – to nie były opinie z jakiegoś „oszołomskiego” marginesu, tudzież anonimowych internautów, lecz z samego serca prawicowego mainstreamu. No proszę, proszę – pomyślałem sobie – to już wolno o tym mówić? Tak publicznie, nie narażając się przy tym na ostracyzm i nie ryzykując łatki szkodnika, a może wręcz wrogiego agenta? Cóż, grunt to „timing” i wyczucie tzw. ogólnej atmosfery – dzisiaj, jak widać, można już bez większych obaw błysnąć publicystycznym radykalizmem i wykazać się pryncypialnym dążeniem do prawdy. Kto by pomyślał... Lepiej późno, niż wcale.

Ta zgryźliwa refleksja naszła mnie dlatego, że to wszak nie kto inny, tylko „Warszawska Gazeta” wsparła w 2016 r. inicjatywę dr Ewy Kurek właśnie w sprawie ekshumacji w Jedwabnem. To na tych łamach publikowane były teksty wykazujące konieczność wznowienia prac zespołu prof. Andrzeja Koli. To wreszcie w „Warszawskiej Gazecie” przez szereg miesięcy, tydzień po tygodniu, zamieszczany był formularz zbierania podpisów poparcia dla petycji skierowanej do Ministerstwa Sprawiedliwości – i jak przypuszczam, nasza gazeta miała swój udział w tym, że udało się tychże podpisów zebrać 12 tysięcy. Ostatecznie zostały złożone przez dr Kurek w Ministerstwie Sprawiedliwości 4 kwietnia 2017 r. - a więc niemal rok temu.

Co w tym czasie robiły inne prawicowe media i tak wyrywni dzisiaj publicyści? Skrupulatnie patrzyli w inną stronę. Niczym trzy małpki woleli nie mówić, nie widzieć, nie słyszeć. Bo wtedy wyskakiwanie ze sprawą Jedwabnego było, delikatnie mówiąc, „nie na czasie”. Mogło zaszkodzić „dobrym stosunkom” polsko-żydowskim, co zresztą dr Ewa Kurek wprost usłyszała od różnych wysokich urzędników: „Od jesieni 2015 pertraktowałam z przedstawicielami rządu PiS i doradcami prezydenta Andrzeja Dudy o wznowienie ekshumacji. Okazało się, że na prawników, urzędników i polityków PiS na dźwięk słowa JEDWABNE pada blady strach. Opowiadają, że nie czas na badania historyczne, bo to zaważy na stosunkach polsko-żydowskich”. Ile te „dobre stosunki” były warte, dopiero co się przekonaliśmy. Trawestując popularne powiedzonko – apelowaliśmy o wznowienie ekshumacji, zanim stało się to modne.

Zresztą i dzisiaj żaden z publicystów (mniejsza o nazwiska, bo chodzi mi raczej o opisanie zjawiska, niż osobiste wycieczki) domagając się ekshumacji nie zająknął się słowem o opisywanej tu inicjatywie. I nie ma siły, by o niej nie wiedzieli, bo pisała o tym (oczywiście w swoim stylu) nawet „Wyborcza”. Istnieje poświęcona tematowi strona internetowa http://www.jedwabne-ekshumacja.org/ gdzie szczegółowo opisane są losy całego przedsięwzięcia wraz z artykułami dr Kurek zamieszczanymi w „Warszawskiej Gazecie”. Ale nie – o problemie można wprawdzie już mówić, lecz na wymienianie „Warszawskiej Gazety” i nazwiska dr Ewy Kurek wciąż najwyraźniej jest zapis.


II. Potrzeba woli politycznej

Nie piszę tego po to, by dawać upust żalom, czy ścigać się o palmę pierwszeństwa, bo nie o to tu chodzi. Istotne jest coś innego: otóż petycja wraz z podpisami wciąż spoczywa w archiwach Ministerstwa Sprawiedliwości. Nie trzeba więc wyważać otwartych drzwi, by ruszyć sprawy z miejsca. Wystarczy przypomnieć ministrowi Ziobrze, że ma „gotowca” popartego głosami tysięcy obywateli, a nie luźne postulaty tego czy innego dziennikarza. Wniosek poparty jest wszechstronną analizą historyczną, religijną i prawną. Wykazana jest w niej konieczność dokończenia prac ekshumacyjnych na gruncie polskiego prawa, więcej nawet – jak czytamy w przywoływanym uzasadnieniu, właśnie decyzja o ich przerwaniu stanowiła złamanie Kodeksu Postępowania Karnego, „który w artykule 209 i 210 mówi, że: »Jeśli zachodzi podejrzenie przestępczego spowodowania śmierci, przeprowadza się oględziny i otwarcie zwłok« oraz że »W celu dokonania oględzin lub otwarcia zwłok prokurator albo sąd może zarządzić wyjęcie zwłok z grobu«.

Jeśli chodzi o religijne zastrzeżenia strony żydowskiej (głównie rabina Michaela Schudricha), które były pretekstem do wstrzymania prac, pokazana jest ich całkowita bezzasadność, albowiem wedle prawa żydowskiego: „1. Zmarłego można ekshumować w celu przeprowadzenia ponownego pochówku w Ziemi Izraela. 2. Zmarłego można przenieść do innej mogiły, jeśli pierwszy grób miał być w założeniu tymczasowy. 3. Zmarłego można przenieść z istniejącego grobu, jeśli znajduje się on w miejscu bez nadzoru i istnieje niebezpieczeństwo, że zostanie splądrowany, lub gdzie jest zagrożony powodzią. 4. Jeżeli grób znajduje się w nietypowym miejscu (poza cmentarzem), zmarłego można przenieść i pochować ponownie na cmentarzu żydowskim”.

Po więcej szczegółów odsyłam do wymienionej wcześniej strony http://www.jedwabne-ekshumacja.org/, tu jedynie dodam, że nie tylko nie ma żadnych prawnych i religijnych przeciwwskazań do przeprowadzenia ekshumacji, lecz chociażby z przytoczonych tu fragmentów wynika jasno, że jest ona wręcz konieczna i to zarówno w świetle przepisów polskich, jak i żydowskich. Czego zatem trzeba? Minimum odwagi cywilnej, odporności na naciski tych, którzy boją się potencjalnych ustaleń śledczych i historyków, oraz woli politycznej. Rejwach, jaki podniósł się na wieść o rozpoczęciu prac zespołu prof. Koli i wymuszenie na polskich władzach (w tym, niestety śp. Lechu Kaczyńskim, wówczas ministrze sprawiedliwości - jak wszystko wskazuje, wprowadzonym celowo w błąd) odstąpienia od nich, pokazuje, że wersja wydarzeń upowszechniona przez J.T. Grossa wcale nie jest taka „pewna”, jak chcieli by to widzieć jej zwolennicy. Dlatego na wszelki wypadek woleli nie dopuścić do przeprowadzenia jedynych wiarygodnych (w przeciwieństwie do relacji z „trzeciej ręki”) procedur dowodowych.


III. Wojna o pamięć

No i wreszcie pozostaje kwestia obecnego kontekstu politycznego oraz toczącej się „wojny o pamięć”, wypowiedzianej nam przez stronę żydowską. Chyba dopiero teraz z taką mocą uwidoczniło się spustoszenie, jakie w świadomości międzynarodowej opinii publicznej wywołały publikacje Jana Tomasza Grossa. Można bez cienia przesady powiedzieć, że jego antypolska narracja stała się w minionych latach brudnym fundamentem na którym ufundowano postrzeganie roli Polski i Polaków w II wojnie światowej i przede wszystkim w holokauście. Reakcja na nowelizację ustawy o IPN - zarówno Izraela, jak i środowisk żydowskich oraz zachodnich mediów - nie pozostawia wątpliwości: Jedwabne stało się mitem założycielskim współczesnego antypolonizmu. Jeżeli zostawimy sprawy tak jak są, nigdy się od tego nie uwolnimy. Pozostaniemy narodem zwyrodniałych morderców, współuczestniczącym na równi z „nazistami” w mordowaniu Żydów. Tego nie zwalczy się ustawą (choćby najlepszą i konieczną) – tu potrzeba czegoś więcej: namacalnego dowodu obalającego zakorzenione antypolskie stereotypy. Na dzień dzisiejszy takiego dowodu może nam dostarczyć jedynie ekshumacja w Jedwabnem, dlatego jest ona konieczna również z politycznego punktu widzenia – szczególnie w kontekście roszczeń majątkowych dla których ideologicznym uzasadnieniem jest rzekomy polski „współudział” w Zagładzie.

Dobrze byłoby w miarę możności zaangażować do prac zagranicznych obserwatorów – specjalistów o nieposzlakowanej renomie, by oddalić ewentualne podejrzenia o manipulacje. Musimy znać prawdę, jaka by ona nie była – i to opartą, powtórzę, na twardych dowodach - a nie tendencyjną, sfabrykowaną pod z góry założoną tezę, czarną legendę. Jesteśmy to winni tak sobie, jak i pomordowanym. Stosunki polsko-żydowskie i tak nie będą już gorsze, więc paradoksalnie, to właśnie teraz jest najlepszy moment. Możemy obalić gmach wrogiej propagandy. Potrzeba jedynie nieco odwagi.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 06 (09-15.02.2018)

niedziela, 20 września 2015

Pod-Grzybki 20

Platforma ogłosiła na konwencji swój program z którego wynika, że na Polaków spadnie złoty deszcz. „Złoty deszcz” w wykonaniu Doktor Ewy... nie, jednak nie będę ciągnął tego wątku.

*

Martin Schulz, oddelegowany przez Niemcy do roli testera wytrzymałości reszty Europy na to, jak daleko Berlin może posunąć się w swych przywódczych uroszczeniach, oznajmił, że państwa uchylające się od przyjęcia zadekretowanych odgórnie „kwot” imigrantów będą zmuszane siłą do okazywania „europejskiej solidarności”. I tak oto historia zatoczyła koło, a Niemcy ponownie stały się SS-manem Europy.

*

W tychże Niemczech na powrót otwarto obozy koncentracyjne, gdzie przetrzymuje się „uchodźców”, by ci nie rozłazili się na boki. Robi się coraz ciekawiej... Czy IG Farben zwalnia już moce przerobowe?

*

Trwa w najlepsze młotkowanie Polski i innych krajów regionu przez niemieckie media. Na tę okoliczność odezwał się Jan Tomasz Gross, który najprawdopodobniej musiał w międzyczasie podpisać jakąś volkslistę. Znany paszkwilant opublikował na łamach „Die Welt” artykuł, w którym wyzwierzęca się nad polskim dziedzictwem czasów nazistowskich, co skwapliwie przytaczają rodzimi folksdojcze z „Wyborczej”. W podobnym duchu wyjęzycza się korespondent ZDF w Warszawie na portalu stacji. Czyli, tradycyjnie funkcjonuje stara metoda – nadajemy na Polaków do niemieckich mediów, te powtarzają donos własnymi słowami, a my dźgamy palcem wstydu w polskie nienawistne ślepia: „patrzcie, co pisze o nas Europa”. To jest już chyba genetycznie utrwalona, patologiczna mentalność zawodowych donosicieli żyjących z denuncjacji. Dziedzictwo Pawlika Morozowa stało się międzypokoleniowym kodem rozpoznawczym współczesnych duchowych komsomolców. Jak widać, druga i trzecia generacja UB ma się doskonale.

*

Do pałowania przyłączył się amerykański „New York Times” pisząc o panujących w Europie Wschodniej „nacjonalizmie, rasizmie i uprzedzeniach religijnych”. I pomyśleć, że pisze to gazeta z kraju, który bez skrupułów rozpirzył w drebiezgi cały Bliski Wschód i kawał Afryki, a konsekwencje tej radosnej działalności ponosi dziś Europa.

*

„Polska jest w 98 proc. biała i w 94 proc. katolicka” - alarmuje „NYT”. Pocieszam gazetę z kraju naszego Wielkiego Sojusznika: niedawno Radosław Sikorski zdiagnozował u Polaków galopującą „murzyńskość” - czyli, potwierdzają się słowa Mrożka, że „Polacy to też Murzyni, tylko że biali”. W zasadzie, reszta świata powinna ufundować dla nas akcję afirmatywną, analogiczną do tej, z której korzystają amerykańscy czarnoskórzy.

*

Tymczasem, w ramach tolerancjonistycznej tresury, prokuratura wzięła się za tropienie internetowej „mowy nienawiści” skierowanej przeciw imigrantom. W sukurs pośpieszyli zawodowi konfidenci ze stowarzyszenia „Otwarta Rzeczpospolita” tworząc specjalny portal dla donosicieli, na którym można zgłaszać „incydenty”. Najwyraźniej, prawdziwa tolerancja może rozkwitać jedynie w warunkach państwa policyjnego.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (16-22.09.2015)

czwartek, 17 lutego 2011

Anty-polityka historyczna


... czyli wiwisekcja intelektualnego zaplecza obozu III RP



W ostatniej notce „Policzek z prawa, policzek z lewa” napisałem, że polityki historycznej ma u nas nie być, mimo że uprawiają ją z powodzeniem nasi sąsiedzi. No i bach – zagalopowałem się, gdyż sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.


I. Krótka charakterystyka.


To, że „obóz III RP” zwalcza hasło „polityki historycznej” bynajmniej nie znaczy, że takowej polityki nie praktykuje. Ona jest, tylko uprawiana z właściwą Salonowi hipokryzją, bez używania źle kojarzącej się nazwy. Prowadzi ją konsekwentnie od zarania III RP środowisko Bogów Demokracji. Ta polityka charakteryzuje się z jednej strony gloryfikacją środowisk postokrągłostołowych, które w ramach szlachetnego kompromisu „ponad podziałami” podarowały nadwiślańskim Murzynom wolność, z drugiej zaś – wpędzaniem tychże Murzynów w postkolonialne kompleksy za pomocą procederu, który bodaj Bronisław Wildstein określił mianem „pedagogiki wstydu”. W ramach tejże pedagogiki trzyma się polskich czarnuchów w permanentnym poczuciu niższości, wypominając, że jeszcze nie tak dawno chodzili bez ubrań, nie wiedzieli co to krzesło i z upodobaniem praktykowali kanibalizm. Co więcej, w mentalności tubylczej „ludożery” wciąż są obecne owe kanibalistyczne miazmaty, które mogą w każdej chwili dojść do głosu. Dlatego też ciemnych autochtonów należy prewencyjnie obezwładnić moralnie, bo jak nie, to ani chybi rozpalą ogień pod kotłami i skonsumują natchnionych misjonarzy z Czerskiej i okolic.


II. Dwaj panowie G.


Dobrą ilustracją opisanej powyżej metody jest zachowanie wydawnictwa „Znak” wobec książek dwóch panów G.- Romana Graczyka („Cena przetrwania. SB a Tygodnik Powszechny") i Jana Tomasz Grossa („Złote Żniwa”).


Jak wiadomo, „Znak” odmówił wydania wyważonej i opartej na solidnych badaniach archiwalnych książki Romana Graczyka o środowisku „Tygodnika Powszechnego” i uwikłaniu niektórych jego prominentnych przedstawicieli w kolaborację z SB, za to publikuje książkę-paszkwil J.T. Grossa o rzekomych polskich hienach cmentarnych polujących na Żydów i ich majątki.


Książki Graczyka „Znak” nie wydał, gdyż ponoć zniesławia „środowisko”, za to książkę Grossa szkalującą cały naród – proszę bardzo. Bliższa ciału koszula. Bliższe dobre imię swojego towarzystwa, niż dobre imię Polski i Polaków. „Moim zdaniem, książka nie odpowiada rzeczywistości historycznej PRL, w jakiej pracowali ludzie „Tygodnika” i w jakimś sensie jest wobec tego środowiska niesprawiedliwa” - stwierdza prezes „Znaku”, Henryk Woźniakowski. Za to książka „Złote żniwa”, jak można się domyślać, odpowiada jak najbardziej historycznej rzeczywistości i jest wobec Polaków kryształowo wręcz obiektywna i uczciwa.


Oczywiście, przyczyny takiego postępowania tkwią właśnie w logice tytułowej anty-polityki historycznej. „Złote Żniwa” wpisują się bowiem doskonale w proceder „pedagogiki wstydu”, mającej trzymać w ryzach polskich Murzynów, natomiast praca Graczyka, jako rzucająca cień na środowisko samozwańczych „elit”, odbiera im moralną legitymację do sprawowania z wysokości parnasów rządu dusz i umysłów postkolonialnego „bydła”.


Puentę dopisała sojusznicza „Gazeta Wyborcza” we właściwym sobie, unikalnym stylu, jedną ręką broniąc tak przydatnego Grossa, drugą zaś masakrując Graczyka w tekście pod znamiennym tytułem „Esbeckim okiem na Tygodnik Powszechny, odwołującym się do dwudziestoletniej linii redakcyjnej tępiącej „dzikich” lustratorów, której nie zmodyfikowała nawet sprawa „Ketmana”-Maleszki. Dodam, że demaskacja Lesława Maleszki i reakcja Michnika była przyczyną zrewidowania przez Romana Graczyka swego stanowiska w kwestii lustracji.


III. Współczucie dla Salonu.


Teraz zabawię się w empatię... Nie, tak naprawdę, to nie tyle „zabawię”, ile postaram się wczuć na chwilę w psychologiczną sytuację naszych „blaskomiotnych” i ich akolitów.


Zadajmy sobie pytanie: jakie są przyczyny tak konsekwentnej postawy salonowszczyzny, każącej trwać w polonofobicznym zacietrzewieniu wbrew wszystkiemu i wytaczać najcięższe działa na każdą oznakę mogącą świadczyć, że Polacy odzyskują wiarę w tradycyjne, patriotyczne wartości, choćby miała to być grupa osób modlących się pod krzyżem, bądź pokojowy przemarsz ulicami Stolicy w dniu 11 Listopada?


Wysunę tu hipotezę może mało odkrywczą, ale chyba do tej pory nie dość mocno zwerbalizowaną: źródłem polonofobii intelektualnego zaplecza III RP jest irracjonalny strach, mający swe źródło w jakiejś traumie z przeszłości. Odwołam się tu do słynnego wywiadu Michała Cichego dla „Dziennika”, w którym stwierdził m.in., że Helena Łuczywo za swą życiową misję przyjęła chronienie Żydów w Polsce przed jakimkolwiek złym losem. Taka postawa musi wypływać z konkretnych zaszłości – dzisiejsi intelektualni dyrygenci z Parnasu III RP nasłuchali się od swych antenatów z KPP o zwierzęcym antysemityzmie mającym jakoby cechować rzeczywistość społeczno-polityczną Polski międzywojennej, następnie zaś oni sami i ich partyjni bliscy doświadczyli na własnej skórze Marca roku 1968 i „antysyjonistycznej” czystki z rąk moczarowszczyzny, angażującej instrumentalnie „narodową” retorykę do wewnątrzpartyjnych rozgrywek.


Stąd ich spaczone spojrzenie na Polskę. Każdą oznakę patriotyzmu traktują jako potencjalny zalążek szowinizmu. W sumie, to biedni ludzie. „Biedni” oczywiście nie w sensie materialnym, tylko – jakby to ująć? - „psychospołecznym”. Tyle, że zarazem cholernie szkodliwi, bo ich antypolskie fobie zatruwają życie publiczne, stając się obowiązującymi, opiniotwórczymi dogmatami – od wpływowego socjologa po najgłupszą panienkę z tele-okienka i „aspirującego” leminga karmiącego mózgownicę przekazem wiodących mediodajni.


W ten sposób hodowana jest lumpeninteligencja z awansu, którą następnie nakleja się niczym PRL-owskie etykiety zastępcze na słoiku z zawartością: „Naród".


Ale też, tak po ludzku, trochę nad „saloniarzami” ubolewam. Ludzie o często niepospolitej inteligencji uwięzieni w matni irracjonalnego strachu przed polskością - to smutny widok.


IV. Ksenofobia a la Czerska.


Efektem wspomnianych lęków jest syndrom oblężonej twierdzy i ksenofobia. Tak właśnie: ksenofobia - strach przed „polskimi Murzynami” - owymi stereotypowymi „moherami”, starszymi, gorzej wykształconymi, z mniejszych ośrodków, kultywującymi „płytki”, „ludowy”, „maryjny” katolicyzm... Swą ksenofobię i związane z nią kolejne przywary „twierdza oświeconych” ze środowiska „GW” nader ochoczo przenosi na swych ideowych przeciwników. Traktując redakcję na Czerskiej jako pewien symbol można powiedzieć, że „parnasiarze” czują się w swym złotym zamku osaczeni przez polskość, którą utożsamiają z nacjonalizmem. Właśnie dlatego używają swej potęgi materialno-medialnej do uprawiania permanentnej „pedagogiki wstydu" - ich antypatriotyczne fobie każą im dokładać wszelkich starań, by wytłumić „demony polskiego nacjonalizmu" u miejscowych dzikusów, przy czym za „nacjonalizm" uznają patriotyzm... i tak w koło Macieju.


Przerażające jest, że ich post-Marcowe, pokoleniowe traumy i fobie wsparte komunistycznymi uwikłaniami dyktują „klimat intelektualny". Zamiast uzdrawiać społeczeństwo (co, zdaje się, jest ich celem), zatruwają. Zakładając cenzorski knebel i podrywając godnościowe podstawy patriotyzmu  rewitalizują w ten sposób, wbrew swym intencjom, najróżniejsze radykalizmy, w tym również antysemickie resentymenty. Prosta zasada: akcja – reakcja. Można rzec, iż są odwrotnością faustowskiego Mefistofelesa - on był „częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc czyniła dobro”, oni - wiecznie dobra pragnąc, wyrządzają zło.


V. Postępowi Kononowicze.


Konsekwencją anty-polityki historycznej jest również entuzjastyczny euro-internacjonalizm. W uproszczeniu, gerontokratyczny „beton” z nadwiślańskiego „pokolenia ‘68” rozumuje tak: skoro Niemcy zrobili Holocaust, a polscy komuniści od Moczara - Marzec, posiłkując się „narodową" retoryką, to już lepiej, żeby nie było żadnych narodów. Tacy postępowi Kononowicze: „żeby nie było niczego". Stąd utopijne dążenie do bez-narodowej, europejskiej magmy, w której mają roztopić się wszelkie „nacjonalizmy". Swoją drogą – poziom intelektualny Johna Lennona z „Imagine”...


Temu służą. I fiasko tej hołubionej do granic zacietrzewienia utopii prędzej czy później się na nich zemści.


Może się zdarzyć, że doprowadzony do ostateczności tłum ruszy na Czerską, Wiertniczą... Mogą się wtedy dziać rzeczy straszne. Każda, nawet najbardziej szczelna propaganda ma swoje granice, zwłaszcza gdy ludziom zrobi się pusto w garnkach. I wtedy przypomną sobie, kto faszerował ich narracją upodlenia. Senny koszmar z postępowymi misjonarzami gotowanymi w kotłach przez „dzikich” może się ziścić.


Nie wyczekuję tego. Ostrzegam.


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

sobota, 12 lutego 2011

Policzek z prawa, policzek z lewa


Uchwała Buntestagu w sprawie Dnia Pamięci o Ofiarach Wypędzeń jest niemieckim odpowiednikiem raportu MAK.



I. Heil Steinbach!


Polskie mediodajnie zaabsorbowane sprawami wewnętrznymi, Smoleńskiem i następstwami raportu MAK chwilowo odpuściły sobie kierunek zachodni. Jak się okazuje, niesłusznie, bowiem 10.02.2011 niemiecki Bundestag głosami koalicji CDU/CSU i FDP podjął uchwałę wzywającą rząd federalny do ustanowienia Dnia Pamięci o Ofiarach Wypędzeń, który miałby przypadać 5 sierpnia, czyli w rocznicę uchwalenia w 1950 roku „Karty niemieckich wypędzonych ze stron ojczystych". W uchwale nie ma ani słowa o tym, że decyzja o wysiedleniach została podjęta na konferencji w Poczdamie i była efektem wojny rozpętanej przez Niemcy, za to wyraźnie zawyża się liczbę „wypędzonych” (14 mln).


„I to by było na tyle” jeśli chodzi o naszych dyżurnych „uspokajaczy” twierdzących, że frakcja „ziomków” z frau Steinbach na czele jest w Niemczech folklorem, czy ledwie tolerowanym marginesem, pozbawionym wpływu na realną politykę.


Komentatorzy twierdzą, że uchwała ma na celu pozyskanie wyborców w Badenii-Wirtembergii, przed marcowymi wyborami do tamtejszego landtagu. Owszem, nie przeczę, ale to nie tłumaczy, dlaczego politycy rządzącej koalicji zdecydowali się sięgnąć właśnie po ten a nie inny środek zjednania „resentymentowego” elektoratu.


Najwyraźniej uznali, że mogą sobie na to pozwolić, bo Warszawa w żaden sposób na ten policzek nie zareaguje. Nie przeliczyli się.


II. Summa błędów.


Sterujący naszą polityką zagraniczną tandem Tusk – Sikorski popełnił w stosunku do Niemiec taki sam błąd, co wobec Rosji. Panowie uznali, że jeśli nie będziemy marnować okazji, żeby siedzieć cicho i abdykujemy z aktywnej polityki zagranicznej na rzecz „płynięcia z głównym nurtem”, to Niemcy darują sobie wobec nas afronty i wejdą w tę niepisaną konwencję uśmiechów i poklepywania się po pleckach. Ile takie podejście jest warte, właśnie się przekonaliśmy – i to zaraz po „szczycie” Trójkąta Weimarskiego, podczas którego prezydent Komorowski skompletował ponoć „koronę Himalajów”. Najwyraźniej właśnie wtedy kanclerz Merkel wysondowała Komorowskiego na tyle, by uzyskać pewność, że nie tylko polski rząd, ale również Belweder nie zareaguje na szykowaną w Bundestagu prowokację. Mała, słodka zemsta za lekceważące i trącące buractwem przetrzymanie pani kanclerz na stojąco przez sadowiącego się w fotelu gospodarza „szczytu” to jedynie wisienka na torcie.


W kontekście wzmiankowanej uchwały z pewnością swoją rolę odegrało też dopuszczenie przez PO do politycznego mainstreamu Ruchu Autonomii Śląska, którego część zdradza wyraźne sympatie proniemieckie. Było to ewidentne poświęcenie racji stanu, jaką jest spoistość terytorialna państwa na rzecz doraźnego partyjniactwa (koalicja z RAŚ w sejmiku górnośląskim). O żałosnym pomyśle reaktywowania hitlerowskiej koncepcji „goralenvolku” i promowaniu „narodowości” kaszubskiej w opozycji do Polski już nie wspomnę. Teraz zaczyna się to mścić.


No i wreszcie Smoleńsk. A może – przede wszystkim Smoleńsk. Dziesięć miesięcy obserwacji jak obecny rząd reaguje na coraz bezczelniejsze poczynania strony rosyjskiej i ustawia się wręcz w roli rzecznika Rosji, by nie ponieść szkód wizerunkowych, było dla niemieckich elit politycznych niewątpliwie cennym materiałem do przemyśleń. Kulminacją była strachliwa i niezborna reakcja na upokorzenie, jakim był raport Anodiny. Teraz nadszedł czas wyciągania wniosków. A wnioski mogą być tylko takie, że Polska jest słaba i że słabi są jej przywódcy, że łatwo nimi manipulować poprzez „wkręcanie” w post-polityczny miraż „ocieplenia” z którego nie będą w stanie się wywikłać bez przekreślenia całej swej dotychczasowej działalności. Tak oto obecna ekipa ustawiła Polskę w charakterze zakładnika własnych błędów, któremu można bezkarnie strzelić z „plaskacza”, mając błogą pewność, że nie odda.


W tym sensie, uchwała Buntestagu w sprawie Dnia Pamięci o Ofiarach Wypędzeń jest niemieckim odpowiednikiem raportu MAK. Policzek z prawa, policzek z lewa...


Nasi mężykowie stanu najwyraźniej nie przewidzieli, że „pozostawanie w głównym nurcie” to de facto rezygnacja z suwerennej, podmiotowej polityki zagranicznej. I że nie oznacza to, iż realna polityka nagle zniknie. Oznacza to tylko tyle, że prawdziwą politykę będzie robił za nas, obok nas i ponad nami ktoś inny, nie kłopocząc się pytaniem o zdanie, a nam pozostanie tylko się podporządkować.


III. Polityka historyczna w działaniu.


Póki co, z iście niemiecką systematycznością, krok po kroku, dokonuje się rewizja dziejów najnowszych, mająca docelowo skutkować m.in. przebudowaniem świadomości historycznej niemieckiego społeczeństwa. A to może przynieść całkiem wymierne skutki we wzajemnych relacjach. Co polecam pod rozwagę różnym rodzimym etatowym przeciwnikom polityki historycznej, której u nas ma nie być, a którą z takim powodzeniem uprawiają nasi najwięksi sąsiedzi.


Po przyjęciu uchwały Bundestagu jestem sobie w stanie spokojnie wyobrazić scenariusz przyszłych wizyt polskich oficjeli w Niemczech, których pierwszym, stałym i obowiązkowym punktem będzie przeczołgiwanie naszych delegacji w atmosferze wstydu i winy przez steinbachowskie Muzeum Wypędzonych, połączone ze składaniem wieńców i paleniem zniczy. Oczywiście, podczas wizyt niemieckich kanclerzy, czy prezydentów w stolicy kondominium, Warszawie, nie będzie mowy o zwiedzaniu kaczystowskiego, szowinistycznego i psującego dobrosąsiedzkie relacje Muzeum Powstania Warszawskiego. Składanie przez niemieckich przywódców wieńców pod Pomnikiem Ofiar Getta również nie będzie konieczne. Wszak coraz bardziej popularny w Niemczech Jan Tomasz Gross bezspornie dowiódł, że Żydów mordowali i rabowali Polacy.


Gadający Grzyb


P. S. O uchwale Bundestagu pisał też Jan Bogatko: http://www.niepoprawni.pl/blog/2386/niemcy-najwieksza-ofiara-wojny