Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonny Daniels. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonny Daniels. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 czerwca 2019

Pod-Grzybki 166

Szanowni Państwo, wygląda na to, że należy zawiązać Ruch Poparcia Adama Bodnara i zorganizować akcję w rodzaju „Murem za Adamem!”. Powód jest prosty – jak wiadomo, czy to wskutek upałów, czy jakiejś nabytej wraz z lewacką ideologią umysłowej ułomności, nasz drogi niedorzecznik praw obywatelskich co i rusz wyskakuje z czymś niczym Filip z konopi. A to załamie ręce nad losem Elizy Michalik, która trzepnęła papierami w „Superstacji”, to uskuteczni szarżę w obronie zupełnie regulaminowo zatrzymanego mordercy 10-letniej dziewczynki, a to znów okaże się, że ma synka-rekietiera... Z kolei obłąkane lewactwo w swym kretyńskim zacietrzewieniu kibicuje mu jak oszalałe i nagłaśnia w swych mediach jego kolejne ekscesy. Ponieważ przeciętny wyborca identyfikuje Bodnara i całą resztę tej menażerii z „totalną opozycją”, to tylko patrzeć, jak jesienią ludzie wywiozą z Polski całe to towarzystwo na taczkach. A wtedy Bodnar zdejmie maskę i ujawni się jako agent Kaczyńskiego.


*

Kabaret. Nasza reprezentacja U-21 przegrała na ME mecz z Hiszpanią 0:5 i – uwaga - „Wyborcza” użyła słowa „pogrom”, za co została skarcona – znów, uwaga – przez American Jewish Committee (AJC). Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia – z jednej strony fajnie patrzeć, jak „Wyborcza”, która myślała, że podobne obostrzenia dotyczą jedynie głupich gojów, połyka własny język (przypominam, że po raz pierwszy afera się rozpętała, gdy słowa „pogrom” użyto na oficjalnym twitterowym profilu PZPN, po tym, jak dokopaliśmy 4:0 Izraelowi). Z drugiej – czy AJC ma nam dyktować dopuszczalne słownictwo? Chociaż, w sumie... dopóki sztorcują „Wyborczą”, to nic nam do tego – ot, takie przekomarzanki w rodzinie.


*

W sezonie ogórkowym media żyją protestem 13-letniej Ingi, która postanowiła walczyć z klimatem i ogłosiła „strajk klimatyczny” - nie wiedzieć czemu, akurat przed Sejmem. Na zdjęciach widać wyraźnie, jak mała Inga z pełną determinacją szantażuje klimat rozpaczliwie wstrzymując oddech. Rany boskie, niech ktoś jej powie, że od tego można się udusić!


*

Biedne dziecko... właśnie doczytałem, że tych wszystkich bzdur narobiła jej do głowy mamuśka – zaangażowana ekoaktywistka, której się uroiło, że córka zostanie polską Gretą Thunberg (szwedzka dziewczynka, która rok temu wstrzymywała oddech przed tamtejszym parlamentem i stała się eko-celebrytką, choć nie wpisano jej nawet do Księgi Rekordów Guinnessa – obecny rekord w tej konkurencji to ponad 24 minuty). Widać, taki teraz „trynd” – trzeba walczyć z klimatem już od dziecka, żeby przetrzeć sobie ścieżki kariery w różnych Greenpeace'ach. A że to całkiem niezła fucha, to wiadomo – im wcześniej się wkręcisz, tym lepiej.


*

Jak ogórki, to ogórki – uaktywnił się „nasz wielki przyjaciel” Jonny Daniels, który stwierdził, że Auschwitz należy „maksymalnie oderwać od współczesnej Polski”. Nic nowego – to się nazywa „suwerenność wyspowa” i jest starym, żydowskim patentem na zrobienie tutaj Judeopolonii.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 26 (28.06-04.07.2019)

niedziela, 28 kwietnia 2019

Pod-Grzybki 157

Uff, za nami gorąca Wielkanoc. Najpierw nasza słodka Żorżetka wystosowała do Polaków życzenia z okazji żydowskiego święta Pesach – co, delikatnie mówiąc, nie spotkało się ze zrozumieniem. Czyżby to była sugestia, czyją tradycję powinniśmy zacząć kultywować? Swoją drogą, Żorżetka nazwisko „Mosbacher” zawdzięcza właściwemu mężowi i sama nie jest Żydówką – ale najwyraźniej bardzo by chciała i dokłada wszelkich starań. Może liczy na to, że jeśli wykaże należytą gorliwość, to nagle wyrosną jej odpowiednie „korzenie”?


*

Ale to jeszcze nic – prawdziwy gewałt zrobił się dopiero później. Otóż w podkarpackim Pruchniku odbył się nawiązujący do dawnej tradycji wielkanocnej „sąd nad Judaszem”, podczas którego uczestnicy pastwią się na różne sposoby nad kukłą Judasza-zdrajcy, by na koniec ją podpalić i wrzucić do wody. Ot, takie „wielkanocne jasełka” połączone z topieniem Marzanny. Ale „Wyborcza” zawyła. A jak zawyła „Wyborcza”, to równie wilczym głosem odezwał się Światowy Kongres Żydów - a za nim zagraniczne media oraz oczywiście Jonny Daniels. Bo antysemityzm i holocaust. W tym miejscu rozemocjonowanym Żydom warto przypomnieć święto Purim, podczas którego w podobny sposób żydowskie dzieci i młodzież pastwią się nad kukłą okrutnika-Hamana – perskiego dostojnika dybiącego podczas niewoli babilońskiej na Żydów (w odwecie Żydzi wówczas wymordowali 75 tys. Persów). Nadmieńmy, że w polskich realiach kukła Hamana stylizowana była na postać katolickiego księdza, dziś natomiast w żydowskich szkołach rozdaje się dzieciom z tej okazji małe szubieniczki i karabiny-zabawki. Palestyńczycy widząc to z pewnością świetnie się bawią.


*

Odkryłem bezsprzeczny dowód na istnienie telepatii. Tydzień temu w „Pod-Grzybkach” zamieściłem żarcik o izraelskiej sondzie kosmicznej, która rozbiła się na Księżycu, nadmieniając, że w związku z tym Izrael miał w charakterze odszkodowania zażądać „uznania swej suwerenności” nad Srebrnym Globem, dodając następnie, iż roszczeń za „utracone mienie” może spodziewać się Polska, jako że w zniszczeniu sondy mógł maczać palce Pan Twardowski. Napisałem, wysłałem tekst do redakcji – a dzień czy dwa później wszedłem sobie na wideobloga pana Stanisława Michalkiewicza, włączyłem felieton... i w miarę słuchania szczęka opadała mi do podłogi, bo słynny publicysta mówił dokładnie to samo! Co więcej – i to już jest dowód niepodważalny – z adnotacji na You Tube wynika, że wideofelieton został zamieszczony we wtorek 16 kwietnia – czyli dokładnie wtedy, gdy pisałem swoje „Pod-Grzybki”. Otwartą kwestią pozostaje jedynie, czy to ja transmitowałem telepatyczne sygnały do pana Stanisława, czy też byłem jedynie nieświadomym odbiorcą sygnałów wysyłanych przez niego. Nie mniej jednak – jestem telepatą! Wprawdzie, jak to mawia pan Michalkiewicz, komentując wykręty różnych ubeckich kapusiów - „bez swej wiedzy i zgody” – ale zawsze. Czego to człowiek się nie dowiaduje o swych ukrytych talentach!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 17 (26-29.04.2019)

niedziela, 31 marca 2019

Pod-Grzybki 153

Bronisław Komorowski postanowił stracić okazję, żeby siedzieć cicho i zalecił wyborcom, aby brać 500+, trzynastą emeryturę, nie kwitować i nie głosować na PiS. Nie ma co, eksperta zawsze miło posłuchać – przypomnę, że Komorowski na odchodnym ogołocił Kancelarię Prezydenta oraz służbowe wille z różnych „fantów”, takich jak zastawa stołowa, sokowirówka, ekspres do kawy, telewizor, blender czy żelazko. Nie da się ukryć – w „braniu i niekwitowaniu” akurat Komorowski ma wyjątkowe doświadczenie.


*

Kultura. W Teatrze Powszechnym wystawiono „Mein Kampf” znanego dramaturga Adolfa Hitlera. Zastanawia tylko jedno – skoro mamy taką wolność słowa, to skąd oburzenie na happening ku czci tegoż literata w krzakach pod Wodzisławiem Śląskim? I czy ekipa Teatru Powszechnego sprawiła sobie na okoliczność premiery torcik z wunderwafelkami? A jak tam z gażą dla aktorów – było 20 tys. czy może więcej?


*

W ostatnich dniach obserwujemy groteskowy upadek szefa Żydowskiego Instytutu Historycznego, prof. Pawła Śpiewaka. Najpierw doznał objawienia za sprawą piłkarza Lionela Messiego, który ukazał mu się we śnie i powiedział, że „Polska to faszystowski kraj”. Następnie zaczął histeryzować, że „nie może słuchać” o Polakach ratujących Żydów (co jest o tyle kuriozalne, że bez tych Polaków najpewniej nie byłoby go na świecie, podobnie jak szeregu innych czołowych żydowskich opluwaczy Polski). W końcu zaś odpalił bombę, obwieszczając, iż jest „niezwykle prawdopodobne”, że Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców. Smutne to wszystko, gdyż akurat prof. Śpiewak wydawał się do pewnego momentu najbardziej przytomny spośród tych wszystkich „badaczy holocaustu” przyuczonych do zawodu historyka (Śpiewak, podobnie jak Gross czy Barbara Engelking jest z wykształcenia socjologiem). Ale cóż – najwyraźniej ktoś uświadomił mu, że piastując taką funkcję nie może odstawać od reszty, tylko śpiewać ze wskazanej partytury – więc śpiewa.


*

Nawiasem mówiąc, objawienie jako metoda badawcza zostało usankcjonowane przez J.T. Grossa już w 2001 r. w wywiadzie dla „New Yorkera”, kiedy to właśnie doznanym „objawieniem” tłumaczył swoją wizję wydarzeń w Jedwabnem. Ciekawe tylko, jaki piłkarz ukazał się Grossowi, bo Messi był chyba jeszcze wtedy ciut za młody? Ale mniejsza, grunt, że prof. Śpiewak idzie wiernie w jego ślady. Mam nadzieję, że jak na naukowca przystało, prof. Śpiewak założy dzienniczek, w którym będzie skrupulatnie spisywał swoje maligny i dzielił się nimi z opinią publiczną. Prorokuję, że czeka nas jeszcze za jego sprawą wiele radości.


*

Nasz „wielki przyjaciel” Jonny Daniels pochwalił się interwencją w sieci marketów Carrefour - zażądał mianowicie, by nie sprzedawano tam „antysemickiej” i „wypełnionej nienawiścią” („hate-filled”) „Warszawskiej Gazety”. Niech zgadnę – następna ofiara Messiego? A swoją drogą – może my też wyślemy do Izraela jakiegoś sierżanta-spadochroniarza, który będzie rozstawiał tam wszystkich po kątach?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Pod-Grzybki opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (29.03-04.04.2019)

niedziela, 30 września 2018

Dziwne interesy Jonny'ego D.

Wyobraźmy sobie, że w miejsce Danielsa podobną pozycję w aparacie władzy osiąga jakiś lobbysta z Rosji.

Ostatnio znów zrobiło się głośno o Jonnym Danielsie – urodzonym w Wlk. Brytanii 32-letnim Izraelczyku, a przy tym dość tajemniczym aktywiście i PR-owcu brylującym na rządowych salonach. Trzeba przyznać, że jego kariera w Polsce jest doprawdy oszałamiająca – na przełomie 2013/2014 r. nikomu nieznany młodzieniec, były spadochroniarz Sił Obronnych Izraela w stopniu sierżanta sztabowego, zaliczył „wielkie wejście” jako prezes małej fundacji „From the Depths” organizującej wizytę przedstawicieli Knesetu w 69. rocznicę wyzwolenia obozu w Auschwitz. Po objęciu w Polsce władzy przez PiS, Daniels w krótkim czasie stał się postacią publiczną i stałym bywalcem w otoczeniu najważniejszych polityków obozu rządzącego, działającym głównie na rzecz umocnienia relacji polsko-izraelskich. Obecnie każdy zna Danielsa, a i Daniels zna każdego, kogo warto znać.

I właśnie ten błyskawiczny awans stał się przyczyną licznych kontrowersji. Rzecz w tym, że tak naprawdę o Danielsie niewiele wiadomo, a sam zainteresowany nie kwapi się, mówiąc delikatnie, z udzielaniem bliższych informacji na swój temat. Na oficjalnej stronie fundacji „From the Depths” brak jakiegokolwiek adresu siedziby (podany jest jedynie mail), choć prowadzi ona działalność w Wlk. Brytanii i USA. Oddział polski mieści się w Warszawie przy ul. Koszykowej 10/4 – w budynku w którym znajdują się biura poselskie Mariusza Błaszczaka, Mariusza Kamińskiego, Adama Kwiatkowskiego i zarząd okręgów 19-20 PiS. W maju 2018 r. warszawskie biuro otworzyła również filia firmy Jonny Daniels PR (JDPR). I tu znów podobna historia: strona internetowa JDPR wypełniona jest kompletnym pustosłowiem – zupełnie jakby firmie nie zależało na pozyskaniu klientów. W przypadku obu podmiotów reprezentowanych przez Jonny Danielsa brak danych odnośnie źródeł finansowania, sponsorów, sprawozdań finansowych. Co więcej, każdorazowo pytania dotyczące powyższych kwestii, jak też przeszłości PR-owca, zadawane np. za pośrednictwem mediów społecznościowych spotykają się z milczeniem, bądź... banowaniem ciekawskich.

Ostatnio trud pozbierania okruchów informacji zadał sobie Łukasz Bugajski, przedstawiający się jako ekspert od bezpieczeństwa prowadzący Kancelarię Bezpieczeństwa PRIVA i zajmujący się „szeroko pojętym sektorem służb specjalnych”. Hmm, o p. Bugajskim wiadomo chyba jeszcze mniej, niż o Danielsie lecz sam dwuczęściowy raport pt. „Kim jest Jonny Daniels?” stanowi całkiem ciekawe kompendium medialnych doniesień na temat naszego bohatera. I tu zaczyna się znamienna sekwencja wydarzeń: tuż po opublikowaniu raportu w krótkim odstępie czasu z jednej strony pocięto opony w samochodzie Danielsa, z drugiej zaś – cztery spółki skarbu państwa zerwały współpracę z kancelarią Bugajskiego, podobnie jak Danielsowi przebito mu opony, a na koniec spalono samochód.

Przyznają Państwo, że wszystko to jest cokolwiek dziwne. Mamy człowieka znikąd, który wszedł na szczyty państwowego aparatu nie piastując oficjalnie żadnej funkcji – i człowiek ten znajduje się pod niespotykaną ochroną, również medialną. Na dobrą sprawę nie wiadomo, ile jest prawdy w opowieściach o jego rozbudowanych, światowych kontaktach – i czy przypadkiem nie jest tak, że znaczna część owych kontaktów jest efektem jego uzyskanej niedawno pozycji w Polsce. Wiadomo, że wbrew temu, co twierdzi, bynajmniej nie został zaliczony do „100 najbardziej wpływowych Żydów na świecie” przez magazyn „Algemeiner”. Jak ustalił dziennikarz Wojciech Mucha, jest to tygodnik ukazujący się w nakładzie 23 tys. egzemplarzy i podaje on jedynie coroczny ranking „100 osób, które pozytywnie wpływają na żydowskie życie” - a to całkiem coś innego, niż postawienie się obok, dajmy na to, Sorosa.

Symboliczny dla aktywności Jonny Danielsa jest jego udział w wizycie wicepremiera Glińskiego i prezesa LOT-u w Singapurze (15.05.2018), inaugurującej otwarcie połączenia lotniczego z Warszawą. Nie wiadomo, czy był tam „prywatnie”, czy jako przedstawiciel JDPR – i generalnie, czy świadczy usługi LOT-owi jako osoba fizyczna, czy firma. Nie wiadomo w jakim charakterze udziela się w polskiej polityce zagranicznej, czy został sprawdzony pod kątem kontrwywiadowczym, na jakiej zasadzie ma wstęp do wszystkich najwyższych gabinetów w państwie. Słowem, nie wiadomo nic. Sam Daniels twierdzi, że za swą działalność nie pobiera wynagrodzenia od państwa polskiego, co nasuwa pytanie, czy ewentualne profity od LOT-u (i być może innych państwowych przedsiębiorstw) nie są ukrytą formą gratyfikacji. Ale skoro tak, to po co ta cała ciuciubabka? Czy nie byłoby bardziej transparentnie, gdyby MSZ oficjalnie wynajęło firmę Danielsa do świadczenia usług PR-owskich i lobbyingowych? Najwyraźniej jednak nie chce tego sam Daniels – i kto wie, czy właśnie to nie jest najbardziej niepokojące. Wystarczy zadać sobie pytanie: czy nad tego typu sytuacją przeszlibyśmy do porządku dziennego, gdyby w miejsce Danielsa podobną pozycję w aparacie władzy osiągnął np. jakiś lobbysta z Rosji?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Jonny Daniels – sztukmistrz z Izraela


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 38 (28.09-04.10.2018)

Jonny Daniels – sztukmistrz z Izraela

Kreując Danielsa na naszego przedstawiciela na arenie międzynarodowej sprawiliśmy, że cała nasza polityka wizerunkowa, wisi na jednym włosku – dobrej woli pana sierżanta.

I. Spadochroniarz z Tel-Avivu

Postacią Jonathana Danielsa zainteresowałem się po raz pierwszy w związku z wyjazdową sesją Knesetu, do której miało dojść w Auschwitz 27.01.2014 w 69. rocznicę wyzwolenia obozu. Ostatecznie skończyło się na kilkudziesięcioosobowej delegacji izraelskich deputowanych i ministrów, do oficjalnego spotkania międzyparlamentarnego doszło zaś nieco później tego samego dnia na Wawelu. Jednakże, przyglądając się sprawie nieco bliżej, ze zdumieniem odkryłem, że za tą bezprecedensową wizytą nie stoją rządy obu państw, lecz... bliżej nieznany osobnik nazwiskiem Jonny Daniels zawiadujący fundacją „From The Depths”. Wtedy można było jeszcze na oficjalnej stronie fundacji przeczytać skrócony biogram samego Danielsa (byłego spadochroniarza w stopniu sierżanta sztabowego, a później współpracownika wielu prominentnych osób publicznych w Izraelu, obracającego się na styku polityki, biznesu i wojska), jak i czołowych postaci firmujących „From the Depths”, takich jak Szewach Weiss, Dalia Itzik (była izraelska minister wielu resortów i przewodnicząca Knesetu) czy prominentni dyplomaci i prawnicy. Dziś na stronie organizacji Danielsa próżno tego typu informacji szukać.

Jonny Daniels już w tamtym okresie dał się poznać jako postać dość śliska i racząca publiczność najróżniejszymi wersjami co do okoliczności swego nagłego zaangażowania w Polsce. Raz twierdził, że wpadł na pomysł wizyty Knesetu pół roku wcześniej, podczas krakowskiego Festiwalu Kultury Żydowskiej, by innym razem przekonywać, że organizacja wizyty zajęła mu... 10 lat (szczególne, bowiem Daniels miał wtedy 27 lat, więc wychodziłoby, że przygotowaniami zajmował się już jako 17-latek). Charakterystyczne było również zaprzeczanie post factum, jakoby w Auschwitz planował „sesję wyjazdową” Knesetu (podczas gdy jeszcze w październiku 2013 sam mówił w wywiadzie dla PAP: „Będzie to wydarzenie bez precedensu - największe zagraniczne posiedzenie izraelskiego parlamentu), jak i zbywanie pytań o źródła finansowania imprezy (Daniels twierdził, że wszystko jest efektem oddolnego crowdfundingu, podczas gdy izraelski portal ynetnews.com podał, iż sponsorem był „anonimowy milioner ocalały z Holocaustu”). Przypominam te sprzeczności, bo pokazują one modus operandi sierżanta Danielsa, na który składają się manipulacje, sprzeczne wypowiedzi, przemilczenia i robienie wokół siebie dużo szumu połączone z unikaniem jakichkolwiek konkretów na swój temat.


II. Dyzma na salonach władzy

Biorąc powyższe pod uwagę, tym większym zaskoczeniem jest oszałamiająca kariera Jonny Danielsa w obecnej Polsce. Jak widać, zdolny sierżant potrafił sobie wydreptać dojścia nie tylko w rządzie PO, lecz również w PiS. Coraz więcej osób zadaje sobie pytanie, jakim cudem ten człowiek znikąd, z nader niejasną przeszłością (a mówiąc wprost – od którego na kilometr czuć Mossadem) stał się nagle wszechobecną postacią polskiego życia publicznego. Ma fotografie ze wszystkimi liczącymi się politykami obozu rządzącego, otwierają się przed nim drzwi politycznych gabinetów i medialnych salonów, organizuje szabasowe kolacyjki z udziałem wicepremierów rządu, zapala chanukowe świeczki z marszałkiem Senatu i prezydentem, organizuje premierowi spotkanie z przedstawicielami banku JP Morgan w Nowym Jorku, świadczy poprzez swoją firmę „Jonny Daniels PR” usługi piarowskie na rzecz państwowego przewoźnika LOT i leci u boku min. Glińskiego do Singapuru otwierać nowe połączenie lotnicze... Ba, nawiązuje nawet współpracę z o. Tadeuszem Rydzykiem i jako współorganizator konferencji „Pamięć i Nadzieja” „autoryzuje” ze strony żydowskiej kaplicę poświęconą Polakom ratującym Żydów. W tym ostatnim przypadku deal jest zrozumiały – o. Rydzyk pozbywa się odium „antysemity”, zaś Daniels zyskuje jeszcze szerszy dostęp do środowisk prawicowych i partii rządzącej.

Jednocześnie ten sam Daniels bardzo szybko wchodzi w buty surowego recenzenta polskiego życia publicznego. Z jednej strony dopieszcza nas miłymi wypowiedziami o Polsce, tudzież nadzwyczajnych relacjach łączących nas z Izraelem i środowiskami żydowskimi, z drugiej zaś potrafi bezpardonowo uderzyć – składa zawiadomienie do prokuratury po Marszu Niepodległości 2017 (krytykując przy okazji polski rząd za opieszałą reakcję na rzekome rasistowskie ekscesy), bierze na celownik środowiska narodowców żądając delegalizacji ONR, bezceremonialnie „polemizuje” m.in. z Grzegorzem Braunem czy Rafałem Ziemkiewiczem. Do historii przeszła jego wypowiedź o inicjatywie dr Ewy Kurek dot. wznowienia ekshumacji w Jedwabnem: „Nawet jeśli pod tą inicjatywą podpisze się 40 milionów osób, ekshumacja w Jedwabnem nie odbędzie się” (sam natomiast stał za ekshumacją odnalezionych w Dobrzyniu grobów przedwojennych Żydów). Jest również zdecydowanym krytykiem nowelizacji ustawy o IPN penalizującej kłamliwe obarczanie Polski odpowiedzialnością za zbrodnie III Rzeszy. Co więcej, otwarcie głosi swoistą asymetrię w podejściu do pamięci historycznej. W wywiadzie dla tygodnika „Sieci” stwierdza wprost, że Żydzi mają prawo mówić o polskiej granatowej policji, natomiast Polacy na temat policji żydowskiej w gettach powinni milczeć z uwagi na „żydowską wrażliwość”.


III. Wizerunek Polski w rękach pana sierżanta

Jonny Daniels uchodzi za człowieka wykonującego dla Polski dobrą robotę, poprawiającego nasz międzynarodowy wizerunek i relacje polsko-żydowskie. Cóż, ostatnia awantura wokół ustawy o IPN tego nie potwierdza, chyba, żeby przyjąć, iż ową „poprawą” była polska kapitulacja osłodzona wspólnym oświadczeniem Morawieckiego i Netanjahu – a wszystko w atmosferze tajnych narad w wiedeńskim ośrodku Mossadu. Na dodatek sam zainteresowany ani myśli ujawnić przed opinią publiczną źródeł finansowania swej fundacji, zasad na jakich prowadzi w Polsce interesy (choćby tego, ile zarabia na współpracy z LOT), nie mówiąc już o wyjaśnieniu różnych niejasnych aspektów ze swej przeszłości. Innymi słowy, człowiek, który urasta niemalże do roli „szarej eminencji” współkształtującej naszą politykę zagraniczną na tak wrażliwych odcinkach jak relacje z USA i Izraelem jest chodzącym zaprzeczeniem transparentności. Daniels znany jest również z tego, że blokuje na swych profilach na portalach społecznościowych każdego, kto ośmiela się zadawać mu niewygodne pytania. Również „Warszawska Gazeta” zwróciła się do niego z pytaniami dotyczącymi jego przeszłości i działalności w Polsce, na które, rzecz jasna, nie odpowiedział. Zarazem ma wokół siebie grono oddanych obrońców skupionych w wiodących mediach prawicowego mainstreamu, którzy wszelkie wątpliwości i głosy krytyki uciszają zgodnym jazgotem o „ruskiej agenturze”. Ostatnio, po ukazaniu się w internecie raportu Łukasza Bugajskiego „Kim jest Daniels?” (i skandalu z przebiciem opon w samochodzie Danielsa) z pomocną dłonią pośpieszył tygodnik „Sieci”, kreując swojego bohatera na ofiarę brudnych, politycznych rozgrywek.

Oczywiście, taka kariera sierżanta Danielsa nie byłaby możliwa bez osobistego przyzwolenia Jarosława Kaczyńskiego – i można się domyślać stojących za tym motywacji. Mając przeciw sobie świetnie zorganizowaną krajową i międzynarodową żydowską diasporę, Kaczyński zapewne uznał za konieczne stworzenie jakiejś przeciwwagi. Nie bez znaczenia jest również dający się odczuć po prawej stronie pewien kompleks przejawiający się pragnieniem, by przyjechał do Polski jakiś „dobry Żyd z ludzką twarzą” który powie, że nie jesteśmy antysemitami, współsprawcami Holocaustu - i generalnie, odda nam sprawiedliwość. I właśnie tę emocjonalną potrzebę obsługuje Jonny Daniels – na zmianę z dyscyplinowaniem nas, gdy zaczynamy zanadto podskakiwać. Efekt jest taki, że kreując Danielsa na naszego przedstawiciela na arenie międzynarodowej de facto uzależniliśmy się od niego i teraz cała nasza, pożal się Boże, polityka wizerunkowa, wisi na jednym włosku – dobrej woli pana sierżanta. A ten będzie ją wykazywał, dopóki będzie mu się to opłacało.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Knesset From the Depths

...i po Knesecie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 39 (28.09-04.10.2018)

sobota, 17 lutego 2018

Pod-Grzybki 124

Premier Mateusz Morawiecki wygłosił płomienne przemówienie w obronie ustawy o IPN. Niestety, w angielskie tłumaczenie wkradł się błąd i widzowie mogli zobaczyć tekst: Obozy, w których wymordowano miliony Żydów były polskie”. Niech zgadnę – tłumaczenia dokonała słynna MaBeNa? Ale nie bądźmy małostkowi - to dopiero prototyp. Jeszcze nawet nie nauczyła się robić „ping”.


*

Przy okazji ostatniej awantury niewątpliwie jednym z największych przegranych okazał się Jonny Daniels, który kreował się na animatora stosunków polsko-izraelskich. Wraz z nim przegrali również ci, którzy mu uwierzyli i promowali na tutejszym rynku. Okazało się, że „najbardziej wpływowy Żyd” to tak naprawdę pusta, piarowa wydmuszka. Stąd nauka, by nie rzucać się na szyję pierwszemu lepszemu miglancowi, bo można zostać wykorzystanym i zostawionym z dzieckiem.


*

Od wyborów w Niemczech minęło już trzy i pół miesiąca, a nowego rządu jak nie było, tak nie ma. W związku z tym sądzę, że odkryłem tajny plan Angeli Merkel – ona po prostu ma zamiar rządzić w obecnej konfiguracji do końca kadencji, pozorując i przeciągając w nieskończoność pod różnymi pretekstami „rozmowy koalicyjne”. A potem nastąpią kolejne wybory – i da capo al fine. Oto teutoński model demokracji w pełnym rozkwicie!


*

Jak oznajmił nam „Super Express”, Ministerstwo Sprawiedliwości pracujące nad tzw. „dużą” ustawą reprywatyzacyjną jest systematycznie bombardowane przez Izrael i organizacje żydowskie monitami domagającymi się maksymalnego poszerzenia zakresu zwracanego mienia i podmiotów uprawnionych do reparacji. Generalnie chodzi o to, by zwracać wszystko, nawet różnym wujecznym pociotkom w trzecim pokoleniu, lub zapewnić stuprocentowe zadośćuczynienie, co wg urzędników ministerstwa kosztowałoby Polskę okrągły bilion złotych. To mi przypomina pewną teorię spiskową, którą kiedyś podzieliłem się z Państwem w tej rubryce. Otóż zachodziłem w głowę, co się stało, że w kwestii warszawskiej reprywatyzacji do gardła Hannie Gronkiewicz-Waltz rzuciła się w pewnym momencie nawet „Wyborcza”. Wyszło mi, że zapewne hieny z „holocaust industry” doszły do wniosku, że jak reprywatyzacja będzie postępowała dalej w takim tempie, to nic dla nich nie zostanie – więc uruchomiły swój organ prasowy. I, choroba, coraz więcej wskazuje na to, że miałem rację...


*

W poprzednim numerze pisałem tu o skali materialnej przewagi mniejszości żydowskiej nad resztą społeczeństwa II RP – w kontekście osławionych 65 mld. dolarów, które mamy wypłacić „ocalałym” z holocaustu. Teraz, zważywszy na ów bilion złotych, sprawa wygląda jeszcze bardziej poważnie. Bilion złotych, to bowiem ok. 300 mld. dolarów. W 1939 r. żyło w Polsce 3 mln. 474 tys. Żydów. Wychodzi więc, że średnio na głowę jednego Żyda – od niemowlaka po starca - przypadał majątek wart 86.355 obecnych dolarów. A dziś różni mądralińscy twierdzą, że akcje w rodzaju „swój do swojego po swoje” to był przejaw dzikiego antysemityzmu...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 04 (14-27.02.2018)

sobota, 20 stycznia 2018

Ręce precz od narodowców!

Jeśli już musicie, to zapalajcie sobie razem z Danielsem te chanukowe świeczki, róbcie sobie obchody Święta Niepodległości bez następców Dmowskiego – ale od narodowców wara.

I. Nagonka na narodowców

Wszystko zaczęło się od ostatniego Marszu Niepodległości, który jak co roku przeszedł ulicami Warszawy. Jak pamiętamy, wśród ponad 60 tys. uczestników znalazło się kilka bliżej niezidentyfikowanych grupek, które przyniosły ze sobą prowokacyjne transparenty typu „Europa będzie biała, albo bezludna” czy „Wszyscy różni, wszyscy biali”. Oliwy do ognia dolał rzecznik Młodzieży Wszechpolskiej, który wdał się w idiotyczne dywagacje na temat „separatyzmu rasowego”. Przesłanie tego typu jest oczywiście sprzeczne z polską tradycją narodową - dla przedwojennych przedstawicieli obozu narodowego liczył się bowiem głównie aspekt tożsamościowy i cywilizacyjno-kulturowy: czujesz się Polakiem, częścią naszej wspólnoty, tradycji, chcesz pracować dla dobra Polski – jesteś „nasz”, a pochodzenie etniczne ma znaczenie drugorzędne. Dlatego właśnie wśród narodowców można było znaleźć zasymilowanych Niemców, Żydów, Tatarów... O jawnie fałszywej alternatywie Europy „białej” albo „bezludnej” w ogóle szkoda gadać, ciekawe jaki mędrzec/prowokator ukuł ten wiekopomny slogan.

Powyższe potwierdzili również w specjalnym oświadczeniu przedstawiciele organizacji narodowych – Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, Młodzieży Wszechpolskiej oraz Obozu Narodowo-Radykalnego, odcinając się od ideologii rasistowskich i postaw szowinistycznych, podkreślając natomiast wagę wspomnianego czynnika tożsamościowego. Nic to nie dało – wokół Marszu rozpętano medialno-polityczną histerię, która swym zasięgiem wylała się poza granice Polski. Zbitkę o „60 tys. faszystów” na ulicach Warszawy powtarzano we wszelkich możliwych konfiguracjach, przechodząc do porządku dziennego zarówno nad stanowiskiem organizatorów, jak i nad tym, że rzecznik MW po swoim niefortunnym wystąpieniu został ekspresowo odsunięty od pełnienia funkcji.

Pół biedy, jeśli wrzask wydobywał się z gardzieli „totalnej opozycji” i lewackich mediów – tu po pierwsze, nie można się było spodziewać niczego innego, po drugie – pojawiły się wręcz elementy humorystyczne („kulson-gate”). Marsz Niepodległości od swego zarania, gdy był jeszcze niszową imprezą narodowców, wywoływał wściekłość kosmopolitycznej lewicy, która nota bene nagłośnionymi medialnie „gwizdkami Blumsztajna”, próbami blokad i zapraszaniem bandziorów z Antify walnie przyczyniła się do sukcesu inicjatywy i zmiany jej statusu z wydarzenia środowiskowego na największą demonstrację patriotyczną w Polsce. Gorzej, że odciąć się, potępić i napiętnować rzekomy „faszyzm” uznali za stosowne także prominentni przedstawiciele obozu „dobrej zmiany” - i to, jak wiele wskazuje, pod naciskiem środowisk żydowskich, o czym szerzej za chwilę.


II. Małostkowa „dobra zmiana”

Taka postawa to tchórzliwa głupota i skrajna nielojalność wobec setek tysięcy uczestników Marszu biorących w nim udział na przestrzeni ostatnich lat. Marsz Niepodległości nie jest bowiem wyłącznie imprezą narodowców. Idą w nim także m.in. zwolennicy PiS i szerzej – wszyscy ci, którzy w Święto Niepodległości chcą zamanifestować swój patriotyzm. To oni w znacznej mierze sprawili, że podczas rządów PO obóz niepodległościowy nie „wymarł jak dinozaury”, a postawy patriotyczne upowszechniły się w młodym pokoleniu Polaków. To oni dawali świadectwo – przychodząc bez względu na liczne prowokacje, często ryzykując spałowanie, areszt i procesy sądowe. To oni wreszcie, nadstawiając karku, w ostatecznym rozrachunku utorowali PiS-owi drogę do władzy. W podzięce usłyszeli, że są „faszystami”, bo PiS przestraszyło się przyklejanej mu przez media łatki „nacjonalistów”.

Ów strach przed „obciążeniem wizerunkowym” przebija również z wypowiedzi prezydenta Andrzeja Dudy, który jeszcze niedawno wysyłał do uczestników Marszu wzniosłe listy, a dziś na wyprzódki odżegnuje się od „chorobliwego nacjonalizmu” - z pełną świadomością, że rasistowskie poglądy są na Marszu (i szerzej – w Polsce) absolutnym marginesem marginesu. Nawiasem, wygląda na to, że prezydent w ten sposób skorzystał z okazji, by usprawiedliwić ex post brak zaproszenia dla przedstawicieli środowisk narodowych do honorowego komitetu upamiętniającego 100-lecie odzyskania niepodległości.

Sprawy jednak zaszły dalej, niż małostkowy koniunkturalizm jednego czy drugiego polityka. Do gry wkroczyła bowiem prokuratura, która wszczęła postępowanie dotyczące wykreślenia z rejestru stowarzyszeń Obozu Narodowo-Radykalnego, Młodzieży Wszechpolskiej oraz Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, o czym poinformował sam zastępca Prokuratora Generalnego Robert Hernand. Jeżeli rzecz się oparła o taki szczebel, to raczej wykluczone, by odbyło się to bez błogosławieństwa z samej góry.

I tu warto się na chwilę zatrzymać nad pewną koincydencją. Oto wkrótce po Marszu Niepodległości (17 listopada) doszło do spotkania przedstawicieli środowisk żydowskich (w tym naczelnego rabina Polski Michaela Schudricha i przewodniczącego Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP Lesława Piszewskiego) z Jarosławem Kaczyńskim, podczas którego jednym z głównym tematów był Marsz oraz rzekomo narastający antysemityzm. Jarosław Kaczyński był ponoć „zszokowany”, a wkrótce potem prokuratura wszczęła z urzędu postępowanie...


III. Żydowski kompleks prawicy

Swoje dołożyła również wiceminister kultury dr Magdalena Gawin, zgłaszając postulat delegalizacji ONR. Znamienna jest przy tym okazja, przy jakiej doszło do tej deklaracji. Otóż stało się to podczas konferencji „Zjawisko antysemityzmu w Polsce” (5 grudnia 2017) zorganizowanej przez Centrum Badań nad Uprzedzeniami i polski oddział Komitetu Żydów Amerykańskich (AJC). Otwarcie środkowoeuropejskiego biura AJC w Warszawie (w obecności ambasadora USA Paula W. Jonesa) było w marcu 2017 uroczyście fetowane przez przedstawicieli polskiego rządu, zaś prezydent Duda przygotował na tę okazję wylewny list powitalny. Ze swojej strony przedstawiciele AJC zapowiedzieli „walkę z ekstremizmem” oraz ma się rozumieć „antysemityzmem”. Z kolei Centrum Badań nad Uprzedzeniami to jawnie lewacka, ideologiczna jaczejka funkcjonująca na Uniwersytecie Warszawskim, zajmująca się diagnozowaniem ludności tubylczej pod kątem „nietolerancji” i „ksenofobii”. I w takich oto uroczych okolicznościach przyrody pani wiceminister, przez nikogo nie wywoływana do tablicy, poczuła się w obowiązku oznajmić, iż ONR powinien zostać zdelegalizowany, jako że jego działalność ma być „sprzeczna z konstytucją”. Zastanawiająca gorliwość, sprawiająca wręcz wrażenie dość żałosnego „pucowania się” z domniemanego zarzutu „faszyzmu”.

Osobnym wątkiem w tej historii jest aktywność „przyjaciela Polski” - niejakiego Jonny Danielsa, który po Marszu Niepodległości złożył do prokuratury zawiadomienie o „propagowaniu nienawiści i dyskryminacji” (zasłynął też wezwaniem do wyeliminowania z życia publicznego Grzegorz Brauna). Człowiek ten, robiący od pewnego czasu furorę na prawicowych salonach władzy i okolic, dał się poznać jako szef fundacji „From the Depths” będącej głównym organizatorem bezprecedensowej wyjazdowej sesji Knesetu w Auschwitz 27 stycznia 2014 r. Obecnie zaś ów piarowiec-lobbysta i były sierżant sztabowy izraelskich sił specjalnych robi za głównego łącznika między Izraelem i środowiskami żydowskimi, a Polską. Coś niebywałego – przybywa tu, ot tak sobie, ktoś kreujący się na swoistego następcę Szewacha Weissa (Weiss jest zresztą w radzie honorowej „From the Depths”) i z miejsca otwierają się przed nim wszystkie drzwi zarówno poprzedniej, jak i obecnej władzy. Powiedzmy więc wprost: jest to najpewniej agent wpływu od którego na kilometr czuć Mossadem, jego prawdziwe cele mogą być zgoła odmienne od deklarowanych - a polskie władze odprawiają wokół niego jakieś żenujące tańce, zaś prawicowa publika robi mu klakę tylko dlatego, że nie lubi go żydowska lewica od Hartmana i B'nai B'rith. Co więcej, ten „ktoś” bez cienia żenady zabiera się za orzekanie komu wolno działać w polskiej przestrzeni publicznej – i polskie elity patriotyczne przyjmują to z pełnym zrozumieniem.

Ów specyficzny „żydowski kompleks” polskiej inteligencji – również tej prawicowej i patriotycznej – jak ognia wystrzegającej się choćby cienia podejrzeń o antysemityzm, jest zaiste fenomenem godnym osobnych rozbiorów. W każdym razie, widoczny efekt jest taki, że prawicowe elity stają się zakładnikami różnych żydowskich uroszczeń, choćby w polityce historycznej, czy – jak w omawianym przypadku - dołączają do nagonki na legalnie działających narodowców. Nie dziwi więc, że posłowie Tomasz Rzymkowski, Bartosz Jóźwiak i Robert Winnicki zgłosili do ministra Glińskiego oficjalne zapytanie, czy polski rząd nadal podejmuje za pośrednictwem swoich służb działania operacyjne przeciw organizacjom narodowym i czy faktycznie zamierza je zdelegalizować. Ja ze swej strony dodam: łapy precz! Jeśli już musicie, to zapalajcie sobie razem z Danielsem te chanukowe świeczki, róbcie sobie swoje obchody Święta Niepodległości bez następców Dmowskiego – ale od narodowców wara.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Knesset From the Depths

… i po Knesecie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 02 (17-30.01.2018)

Pod-Grzybki 122

Ziemia się zatrzęsła, Macierewicz zdymisjonowany! „Zona Wolnego Słowa” w histerii! Nie dziwota, zważywszy, że Antoni Macierewicz jest ojcem chrzestnym dziecka Sakiewicza. W zemście za dymisję swojego kuma, ewidentnie przepchniętą przez prezydenta, Sakiewka zapowiedział, że już nigdy-przenigdy na Dudę nie zagłosuje. Już widzę te szpagaty w 2020 roku, gdy Kaczyński jednak wystawi Dudę w wyborach – od takiego rozkroku łatwo mogą pęknąć portki i nawet nie będzie czym ich załatać, bo zapewne wraz z Macierewiczem skończy się kasa z MON. Jeśli na dodatek Kaczyński straci cierpliwość do wodzowskich uroszczeń Sakiewicza, to wkrótce może się okazać, że wyschną również inne źródełka i szef „Zony” znów będzie musiał polegać na topniejącym gronie czytelników, świecąc przy tym golizną. I tak oto, wraz z portkami, pęknie balonik pychy samozwańczego „Michnika polskiej prawicy”.


*

Żeby była jasność – nie, żebym był zachwycony dymisją Macierewicza, bo nie jestem. Podobnie jak prezydenturą i różnymi zagrywkami Dudy. Ale, bezinteresownie cieszy mnie, że Pan Sakiewka przy okazji nieco schudnie – facet jest w wieku zawałowym, więc ostatecznie wyjdzie mu to tylko na zdrowie. Dudzie pewnie jednak za to nie podziękuje, niewdzięcznik jeden.


*

Generalnie jednak, serial pt. „Rekonstrukcja” okazał się jeszcze słabszy niż „Korona Królów” - i wątpię, czy możemy mieć po nim nadzieję choćby na „Wspaniałe Stulecie”.


*

Ale co tam rekonstrukcja – Petru ma plan! Dokładnie, „Plan Petru”, który jest Petru-planem, a nikt inny, tylko Petru ów Plan stworzył i Planem Petru jest ów Plan. Przynajmniej taki nieskomplikowany przekaz płynie z medialnych doniesień. A biznes-plan owego Planu Petru jest następujący: zmieniamy pracę i bierzemy kredyt. Pytanie tylko, czy jakikolwiek bank „umoczy” miliony w inicjatywie Petru po raz drugi, czy też Petru-planowi zostaną jedynie „chwilówki”? A swoją drogą - „Plan Petru”, „Ruch Palikota”... widać rękę tego samego kreatora. Jacy oni są przewidywalni...


*

Lewackie media czule i z sentymentem pożegnały „Bravo”. Młodszym wyjaśniam, że to taki niemiecki szmatławiec, który ukształtował sporą część młodzieży lat '90, redagowany wedle wzorów prasy gadzinowej, mającej na celu demoralizację miejscowej ludności. Lansował najgorszy muzyczny (i nie tylko) chłam, a jego ozdobą były wymyślane „listy czytelników” w których rzekomi 13-latkowie opisywali „swój pierwszy raz”. Teraz zdechł, a nam pozostaje mieć nadzieję, że jest to tzw. dobry początek.


*

W osobnym tekście piszę o sekowaniu narodowców pod dyktando m.in. środowisk żydowskich i pana Jonny Danielsa, który uznał się za powołanego do meblowania polskiej rzeczywistości. W związku z tym uważam, że kolejny Marsz Niepodległości powinien przejść pod hasłem: „Jonny Daniels – f***k off”. Jest to przekaz stosowny do okazji, czyli 100-lecia niepodległości: podmiotowy, treściwy i co najważniejsze – anglojęzyczny adresat choćby nie chciał, to zrozumie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 02 (17-30.01.2018)

niedziela, 2 lutego 2014

...i po Knesecie

Zastanawiam się, czy okoliczności towarzyszące wizycie izraelskiej delegacji w Auschwitz nauczą czegoś naszych „dialogistów”.

I. Pożyteczni „dialogiści”

Kneset, Kneset... i po Knesecie – chciałoby się powiedzieć komentując wizytę izraelskich parlamentarzystów w Auschwitz 27 stycznia 2014 roku. Wbrew nadziejom pożytecznych „dialogistów” nie podpisano wspólnej deklaracji w której znalazłoby się wezwanie do zaprzestania używania przez media oszczerczej zbitki „polskie obozy zagłady”, co przedstawiano nam jako cukierek w zamian za który mielibyśmy przymknąć oko na obrady izraelskiego parlamentu w de facto eksterytorialnych warunkach, z obstawą własnych formacji zbrojnych. Do sesji Knesetu wprawdzie nie doszło, choć wszystko wskazuje na to, że takie właśnie były pierwotne plany – o czym donosiły media w październiku 2013. Portal jewish.org.pl pisał: „Kneset chce zorganizować największą zagraniczną sesję w historii”, natomiast „Dziennik” jeszcze w przeddzień wizyty uraczył nas nagłówkiem „Izraelski parlament przyjeżdża do Polski na uroczyste obrady”. Widać, że do ostatniej chwili nie było jasności co do charakteru obchodów.

Mniejsza jednak o zamieszanie protokolarno-semantyczne, bowiem to co wprawia w autentyczne zażenowanie, to gotowość naszych „dialogistów” do zaakceptowania sesji obcego parlamentu na polskim terytorium, oznaczające w swej istocie czasowe wyłączenie fragmentu kraju spod polskiej jurysdykcji na warunkach analogicznych do statusu jakim cieszą się np. ambasady. Na portalu „Frondy” mieliśmy do czynienia z prawdziwym festiwalem tego typu deklaracji, poczynając od samego naczelnego portalu Tomasza Terlikowskiego, poprzez ks. Roberta Skrzypczaka, po redaktora naczelnego „Nowej Konfederacji” Bartłomieja Radziejewskiego, oświadczającego iż „posiedzenie Knesetu w Krakowie to dla Polski dobre wydarzenie” i rojącego o nawiązaniu do przedrozbiorowego „Sejmu Czterech Ziem”. Warto sobie zapamiętać te głosy, albowiem mówią one wiele o mentalności osób, którym „dialog” pomylił się z usłużną gorliwością wobec „starszych i mądrzejszych”. Ta lekceważąca niefrasobliwość z jaką potraktowali rację stanu, lub też (w wariancie przychylnym) błędne tejże racji odczytanie pokazuje, że postkolonialna mentalność nie jest obca również tym, którzy jej przejawy widzą przy wielu innych okazjach – zmienia się jedynie patron, któremu gotowi są służyć.

II. Nici z cukierka

Zresztą, z ponoć przyobiecanego nam cukierka nic nie wyszło, gdyż do podpisania wspólnej deklaracji potępiającej określenie „polskie obozy zagłady” nie doszło – pretekstem było odwołanie (z powodu śmierci żony) przyjazdu przewodniczącego Knesetu Yuli Edelsteina. I tu pojawia się pytanie, czy aby nie mieliśmy do czynienia z daleko posuniętym „chciejstwem” strony polskiej - zważmy, iż ze strony żydowskiej próżno było dopatrywać się tego rodzaju wypowiedzi. Edelstein mówił jedynie o działaniach, „które należy podjąć, by nic podobnego nie wydarzyło się w przyszłości w żadnym miejscu na świecie, szczególnie w odniesieniu do Żydów”, oraz o antysemityzmie, który „zwłaszcza w Europie, osiągnął poziom niespotykany od czasów Holokaustu” - czyli standard. Przypuszczam, że tragedia losowa będąca przyczyną odwołania wizyty wybawiła izraelską delegację z kłopotu jakim były dla niej oczekiwania strony polskiej, nic bowiem nie stało na przeszkodzie by ową deklarację podpisano w innym składzie sygnatariuszy – choćby przez obecnych w Auschwitz naczelnych (aszkenazyjskiego i sefardyjskiego) rabinów Izraela.

Oświadczenie byłoby dla delegacji żydowskiej nielichym problemem, kładłoby się bowiem w poprzek zarówno polityce historycznej Niemiec (obecnie głównego partnera Izraela w Europie), jak i interesom środowisk żydowskich, które na „polskim antysemityzmie” i „współudziale w holocauście” opierają propagandowo swe roszczenia majątkowe – od pewnego czasu z oficjalnym już zaangażowaniem się izraelskiego rządu w ramach projektu HEART. Tezę o polskim „chciejstwie” może potwierdzać informacja, iż treść stosownego fragmentu oświadczenia została uzgodniona jedynie pomiędzy... kancelarią Sejmu a sejmową komisją spraw zagranicznych (projektodawcą było PiS). Ani słowa o uzgodnieniach ze stroną izraelską. Fragment ów miał brzmieć: „Parlamentarzyści polscy i izraelscy sprzeciwiają się używaniu w domenie publicznej fałszywych sformułowań o polskich obozach śmierci i polskich obozach koncentracyjnych".

III. Monopolizacja Auschwitz

Sama uroczystość przebiegła w duchu typowej izraelskiej propagandy historycznej, mającej na celu swoistą „monopolizację holocaustu”. Mimo międzynarodowego składu sesji międzyparlamentarnej (delegaci z 20 krajów), nie padło bodaj ani jedno słowo o nie-żydowskich ofiarach Auschwitz, w tym o pomordowanych tam Polakach – i tu już nie ma wytłumaczenia, że na przeszkodzie stanęła nieobecność Yuli Edelsteina. Świat ma zapomnieć, lub wręcz nigdy się nie dowiedzieć, że w Auschwitz ginął ktokolwiek poza Żydami – taki „mesydż” płynie z obchodów. Inaczej może międzynarodowa opinia publiczna doszła by do niewygodnego wniosku, że „sakralizacja” holocaustu nie ma aż tak mocnego uzasadnienia, co mogłoby ją uodpornić na moralny szantaż będący podstawą wymuszeń rozbójniczych „holocaust industry”.

Co ciekawe, wyjątkowo przytomny głos opublikował na swym blogu Jan Hartman w tekście „Do przyjaciół Żydów”. Warto przytoczyć kilka fragmentów: „Czym my dziś jesteśmy dla Was? Otoczeniem obozów? Nudną niwą, zamieszkałą przez niegodnych uwagi kmieciów? Mało interesującym krajem we wschodniej Europie?”; „Zdobądźcie się na przemyślenie swojego stosunku do Polaków i Polski, własnych uprzedzeń i własnej urazem i urazą podszytej obojętności. Powiedzcie, że trzeba sprzeciwić się zarówno antysemityzmowi, który wciąż jeszcze, w różnych, często podstępnych i przewrotnych formach truje polskie dusze, jak i antylechityzmowi Żydów, wyrażającym się w nader stronniczym oglądzie historii naszych relacji, w przesądach i niemądrych kliszach, a przede wszystkim w tej zakłamanej obojętności, wyrażającej się w mówieniu, bez żadnego zażenowania, że „u nas nie ma problemu z niechęcią do Polaków”.”

Zwrócę jeszcze uwagę na reakcję Władysława Bartoszewskiego, który pytany przez portal wPolityce.pl w groteskowym stylu skomentował obchody Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu: „Tę wizytę organizował Sejm, a nie ja. Premier jej nie organizował, ani MSZ. Czyli do rozmowy jest wyłącznie biuro prasowe Sejmu oraz kierownictwo Sejmu, ci, którzy organizują i prowadzą. Ja nie byłem ani o to pytany, ani nie organizowałem”, po czym odłożył słuchawkę. No cóż, moim skromnym zdaniem wypada tylko się cieszyć, iż tzw. „profesor” nie maczał palców w wizycie, bo pamiętam, że gdy przewodził w 2009 roku polskiej delegacji na praskiej konferencji „Mienie ery Holocaustu”, to efektem była deklaracja z Teresina, która wraz z „dodatkowymi zaleceniami” (np. by przy tzw. „restytucji mienia” stosować „alternatywne formy dowodów własności”) stanowiła programową podwalinę dla powołania w 2011 roku organizacji HEART.

IV. Jonny From the Depths

Na zakończenie słów parę o panu Jonnym Danielsie, szefie fundacji „From the Depths”, będącej organizatorem izraelskiej wizyty (szerzej pisałem o tym w notce „Knesset From the Depths”), który przy tej okazji zaliczył mini-tournee po mediodajniach. Mimo, iż Daniels jest profesjonalnym piarowcem funkcjonującym na styku izraelskich sił zbrojnych, rządu i biznesu, to w wywiadach zaskakująco plącze się w zeznaniach.

Przykładowo, w Radiu Kraków mówił, że przekonanie Knesetu do wizyty zajęło mu... 10 lat. Zastanawiające, bowiem Daniels ma lat 27, wynikałoby zatem, że zaczął „przekonywać Kneset” już jako 17-latek. Z kolei w wywiadzie dla Onetu twierdził, że na pomysł wpadł sześć miesięcy temu w Krakowie na Festiwalu Kultury Żydowskiej. W tymże wywiadzie nazywa doniesienia o wyjazdowej sesji Knesetu „nieporozumieniem” i dodaje: „Knesset nigdy nie planował odbyć sesji parlamentu w Polsce”. To ostatnie jest ciekawe, jeśli skonfrontować z doniesieniem izraelskiego serwisu ynetnews.com z 29.09.2013, gdzie stoi jak byk, że pierwotnie sesja miała jak najbardziej się odbyć („Knesset to hold session in Auschwitz”), a sam Jonny Daniels jeszcze 17 października 2013 w rozmowie z PAP mówił: Po przyszłorocznych obchodach Międzynarodowego Dnia Pamięci o ofiarach Holokaustu w Auschwitz, w Krakowie odbędzie się specjalna sesja Knesetu (...) Będzie to wydarzenie bez precedensu - największe zagraniczne posiedzenie izraelskiego parlamentu.”. Czyli sesja miała się odbyć, tyle, że nie w samym obozie, a nieco później, w Krakowie. Wersję o sesji wyjazdowej potwierdza również serwis USA Today pisząc 27.09.2013: „Israeli Knesset plans session in Auschwitz”. No proszę – cały świat wiedział, a tu nagle pan Daniels mówi nam o „nieporozumieniu”... Jak na piarowca, czyli specjalistę od kontrolowanej ściemy, marnie mu poszło.

Dalej w rozmowie z Onetem Daniels przekonuje, że nigdy nie twierdził iż zabiegając o sesję Knesetu „zwrócił się do przyjaciół z polskiego rządu” (wypowiedź ta miała paść w rozmowie z TVN24), zaś „rozmowy z przedstawicielami rządu odbywały się poprzez dyrektora Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, Piotra Cywińskiego. To państwowe muzeum, kontrolowane przez Ministerstwo Kultury”. Czyli co – przychodzi pan Daniels do prof. Cywińskiego, mówi, że ma taki a taki pomysł, a pan Cywiński leci w podskokach załatwiać sprawy „na górze”? Mamy wierzyć, że tak to właśnie wyglądało? Bez osobistych kontaktów z polskim rządem i parlamentarzystami przedstawicieli fundacji From the Depths?

Ale to jeszcze nie koniec. Pytany o finansowanie wizyty ucieka się do ogólników: „- Pieniądze pochodzą z tego samego źródła, co nasza inicjatywa. Mówię o oddolnych działaniach. To nie jest tanie przedsięwzięcie. Ludzie, którzy widzą, co organizujemy, przychodzą do nas i mówią: chciałbym wam pomóc, dać coś od siebie. (...) Mógłbym zgromadzić fundusze na tę uroczystość w pięć minut. Pójść do jednego z bogatych darczyńców, który dałby mi wszystkie potrzebne pieniądze. Dla mnie jednak najważniejsze było to, aby zaangażować w ten proces jak najwięcej osób. To również jest elementem zmiany.”. No, no – wspaniały przykład oddolnego „crowdfundingu”, tyle że z informacji cytowanego już ynetnews.com wynika, że sponsorem był anonimowy milioner ocalały z holocaustu (cyt. „The event will not be funded by the Knesset, but by a Holocaust surviving Jewish millionaire who made an anonymous donation for the cause.”). To finansowanie przez bogatego darczyńcę to oczywiście nic złego, ale po co głupio kręcić?

No i wreszcie sprawa nieszczęsnego oświadczenia o „polskich obozach zagłady”. Tu już Jonny Daniels pojechał w swej bezczelności i wykręcaniu kota ogonem po bandzie. Oto co ma do powiedzenia: „Najważniejszą deklaracją będzie to, że będziemy tam razem z polskim rządem. Żadna deklaracja nie zostanie wygłoszona, bo żadnej deklaracji nie ma potrzeby wygłaszać.” No cóż – skrajny niesmak, to najłagodniejsze określenie, jakie przychodzi mi do głowy podczas lektury enuncjacji pana Danielsa.

***

Nie wiem, czy powyższe nauczy czegoś na przyszłość naszych „dialogistów”. Bardzo bym chciał, obawiam się jednak, iż raczej przejdą nad opisanymi tu okolicznościami do porządku dziennego i przy najbliższej okazji słysząc (albo wmawiając sobie, że słyszą) kolejną obietnicę złożoną przez „partnerów w dialogu” i „starszych braci w wierze” znów napalą się jak szczerbaci na suchary.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/knesset-depths#.Uu027_t9BOg

 

sobota, 25 stycznia 2014

Knesset From the Depths

Dlaczego organizatorem wizyty przedstawicieli władz izraelskich w Auschwitz jest jakaś zewnętrzna fundacja?

I. Wątpliwości i mgła tajemnicy

Domniemana sesja Knesetu w obozie w Auschwitz, przypadająca 27.01.2014, w 69 rocznicę zajęcia obozu przez sowietów, wywołała małą burzę – głównie za sprawą tajemniczej mgiełki, która towarzyszy temu wydarzeniu. Według jednych (Michalkiewicz) miało to być regularne posiedzenie izraelskiego parlamentu przy udziale połowy jego członków, wedle drugich (Terlikowski) – posiedzenie międzyparlamentarne. Jeszcze inni (Biuro Prasowe Sejmu, Jarosław Sellin) twierdzili z kolei, iż będzie to zwykła delegacja, tyle że bardziej rozbudowana, z okazji Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holocaustu podczas którego odbędzie się sesja międzyparlamentarna delegatów z kilkunastu krajów. Do zamętu przyczynił się niewątpliwie fakt podniesiony m.in. przez poseł Krystynę Pawłowicz, że nie podano do publicznej wiadomości jaki jest status prawnomiędzynarodowy wizyty izraelskich parlamentarzystów, kto jest organizatorem zebrania, ani z czyjej inicjatywy ma ono nastąpić – czy zaproszenie wystosował polski rząd lub parlament, czy też może to Kneset oznajmił, iż zamierza zebrać się Oświęcimiu, a nasze władze po prostu przyjęły to oświadczenie do wiadomości.

Kolejnym punktem zapalnym jest obecność izraelskich sił specjalnych - jak można domniemywać, w dość znacznej liczbie – które mają zabezpieczać wizytę, co zbiegło się z uchwaleniem przez Sejm ustawy legalizującej działania na terytorium Polski obcych formacji mundurowych. Według „GW” i TVN24.pl, zabezpieczenie wizyty ma być porównywalne z wizytą Putina w Polsce w 2009 roku – z czasowym zamykaniem przestrzeni powietrznej nad Oświęcimiem i Krakowem, blokadą ulic i snajperami na dachach włącznie. I znowu wątpliwości – kto tu będzie komu podlegał? Czy polska policja formalnie zawiadująca akcją będzie w rzeczywistości tylko wykonawcą zaleceń Mossadu?

II. Quasi-konspiracja

Czytając różne doniesienia nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy tu do czynienia z jakąś groteskową quasi-konspiracją. Nawet polsko-izraelska grupa parlamentarna, która jak wynika z wypowiedzi jednego z jej wiceprzewodniczących, Jarosława Sellina, dla Fronda.pl, była jakoś tam poinformowana, plącze się w zeznaniach. Wspomniany wiceprzewodniczący Sellin mówi o 50 członkach Knesetu (ze 120) i 10 ministrach izraelskiego rządu. Z kolei przewodnicząca grupy parlamentarnej, poseł Beata Małecka-Libera, twierdzi na swojej stronie, iż parlamentarzystów z Izraela będzie 70, do tego 10 ministrów i 40 ocalonych. No to, ilu ich w końcu będzie? Bo Sellin uspokajał, że nawet jakby co, to nie będzie quorum...

Ze strony polskiej w uroczystościach weźmie udział m.in. polsko-izraelska grupa parlamentarna oraz marszałek (Ewa Kopacz) i wicemarszałek (Cezary Grabarczyk) Sejmu RP. Do tego delegaci z wielu innych krajów. Wynikałoby z tego, że nie będzie to formalnie sesja Knesetu, tylko spotkanie międzynarodowe parlamentarzystów przypadające w 70 rocznicę rozpoczęcia wywózki do Auschwitz węgierskich Żydów. Uroczystość z udziałem delegacji różnych krajów odbędzie się na terenie obozu, zaś spotkanie międzyparlamentarne o 17:30 w Krakowie. Patronat honorowy sprawuje prezydent RP Bronisław Komorowski.

Powyższe nie brzmi zbyt alarmująco – jednak, by ustalić te podstawowe dane, trzeba się przekopać przez „milion pincet” artykułów i mozolnie sobie to wszystko zrekonstruować – znów ta „konspiracja”... Zwróćmy uwagę – informacji o planach uroczystości nie mieli ani parlamentarzyści (na co zwróciła uwagę prof. Pawłowicz), ani dziennikarze, bo taki Terlikowski musiał zasłaniać się formułą z wszystkich informacji, jakie do mnie docierają(...)”, podkreślając zresztą skwapliwie, że nawet gdyby były to obrady Knesetu, to on oczywiście cały jest za i w ogóle – podobnie jak cały chór innych pożytecznych dialogistów.

Nie dziwi więc, że na wieść o tak licznej wizycie przedstawicieli Knesetu można było wysnuć wniosek, że oto parlament obcego kraju będzie sobie u nas, na uzurpatorskiej, eksterytorialnej zasadzie, obradował w asyście własnych sił zbrojnych, podejmując jakieś uchwały. Zresztą, o czym za chwilę, te podejrzenia mimo wszystko nie muszą być wcale tak dalekie od prawdy.

Co ciekawe, oliwy do ognia dolał tu portal gazeta.pl tytułując swój tekst „Obrady Knesetu w Auschwitz. Mobilizacja policji i Mosadu”. Tu mała uwaga – tekst „gazety” pochodzi z października 2013 – czyżby pierwotnie faktycznie miała odbyć się owa „sesja”, a dopiero później ktoś ochłonął z zachwytu i zdał sobie sprawę z potencjalnych reperkusji?

III. From the Depths

No dobrze, ale kto jest pomysłodawcą tego całego zamieszania? Oto okazuje się, że nie były to władze ani Polski, ani Izraela. Jak podaje portal oświęcimskiego muzeum, inicjatorem przyjazdu przedstawicieli Knesetu do Polski jest fundacja „From the Depths” („Z głębin”), którą kieruje niejaki Jonny Daniels.

Spójrzmy – do umówienia spotkania nie wystarczyła polska bilateralna grupa parlamentarna i jej odpowiednik w Knesecie (zakładając, że takowy istnieje), potrzebna do tego była jakaś zewnętrzna fundacja... No więc wszedłem sobie na stronę tej instytucji – stronę zresztą ubożuchną w konfrontacji z wpływami, które jak się okazuje, fundacja posiada. Zakładka „O nas” raczy na ogólnikami – ot, że organizacja została założona przez spadkobierców (charakterystyczne - właśnie „spadkobierców”, nie „potomków”) ocalonych z Holocaustu, że pielęgnuje pamięć, że współpracuje z żydowskimi społecznościami ze szczególnym uwzględnieniem Europy Wschodniej, a także, że organizuje „przełomowe wydarzenia i inicjatywy na całym świecie”.

Ciekawiej zaczyna się robić, gdy zerkniemy do działu „Nasz zespół” i przeczytamy zamieszczone tam biogramy głównych postaci fundacji „Z głębin”. Interesujące to figury.

Urodzony w 1986 r w Londynie założyciel i dyrektor wykonawczy Johny Daniels jest wziętym piarowcem („działa w obszarze Public Relations i doradztwa strategicznego”) z bogatą przeszłością. Najpierw studia w Londynie przerwane wyjazdem do Izraela, gdzie najpierw uczy się w szkole talmudycznej, by następnie wstąpić do izraelskiej armii. W wojsku jest komandosem („elitarny oddział spadochroniarzy”), służbę kończy jako sierżant sztabowy, po czym zostaje „strategicznym doradcą sztabu rzecznika armii izraelskiej, specjalizując się w kwestiach związanych z nowymi mediami”. Następnie pracuje „na stanowisku Starszego Doradcy Zastępcy Rzecznika rządu izraelskiego Danny’ego Dannona” , później współpracuje „z wieloma politykami z Izraela, Wielkiej Brytanii, Szwecji i Stanów Zjednoczonych” oraz doradza firmom zagranicznym i izraelskim w interesach.

Dalia Itzik – honorowa przewodnicząca – to była izraelska minister wielu resortów i przewodnicząca Knesetu, dwukrotnie pełniła tymczasowo obowiązki prezydenta Izraela. Dalej - Rada Honorowa – Szewach Weiss, przedstawiać nie trzeba, chyba „daje tu twarz” na lokalny rynek. Joe Tankel – dyrektor – makler i pracownik jednej z głównych agencji zajmujących się licencjonowaniem marek. Jennifer Sutton – była Dyrektor ds. Stosunków Zewnętrznych i Sekretarza ds. Społecznych przy Ambasadorze Izraela w Waszyngtonie, doradczyni izraelskich dyplomatów, wcześniej odpowiadała za kontakty z diasporą żydowską w sztabie wyborczym Johna McCain'a. Sam Nunberg – dyrektor na Amerykę Północną – prawnik, zajmuje się m.in. kwestiami terroryzmu, współpracownik różnych agend („pracował na stanowisku Zastępcy Dyrektora ds. Rządowych w Amerykańskim Centrum Prawa i Sprawiedliwości. Był także delegatem ONZ z ramienia Europejskiego Centrum Prawa i Sprawiedliwości na Manhattanie w Nowym Jorku. Pełniąc tę funkcję zajmował się działaniami prawnymi i politycznymi w odniesieniu do Izraela i Międzynarodowego Trybunału Karnego, opowiadając się za sankcjami przeciwko Iranowi (...) ”).

Dla ozdoby mają jeszcze jakiegoś rabina z odpowiednimi tytułami, żeby nie było, że to jacyś-tacy fajansiarze, tylko prawdziwie zaangażowani Żydzi organizują „Jan 27 Event”. Właśnie tak - „Event” - tak to jest nazwane w anglojęzycznej wersji portalu fundacji From the Depths. Korporacyjny slang jak się masz.

IV. Cukierek dla Polaków

Zadziwiające, ci byli komandosi-piarowcy, politycy, prawnicy, dyplomaci, specjaliści od finansów - wszyscy buszujący na styku armii, polityki i wielkiego biznesu - zapragnęli nagle „upamiętniać ofiary” i bez ich udziału nie była możliwa organizacja izraelskiej wizyty w Polsce. Nasi parlamentarzyści dyskretnie milczą na temat rozmów z przedstawicielami fundacji „Z głębin”, a przecież jakieś rozmowy musiały być, prawda? Jak dla mnie, to mamy do czynienia z organizacją lobbystyczną, możliwe że agenturalną, działającą pod płaszczykiem fundacji non-profit, którą władze Izraela wynajęły sobie do kontaktów z Polakami. Przypominam ten nagłówek portalu gazeta.pl z października 2013 o „obradach Knesetu w Auschwitz” - możliwe, że to nie był wcale dziennikarski lapsus, tylko realizowano wtedy „plan maksimum” i do takich obrad faktycznie miało dojść. Prawdopodobnie postanowiono jednak unikać zbędnej ostentacji - lepiej będzie wyglądało, jeśli treść wizyty ubierze się w niekontrowersyjną formułę „spotkania międzyparlamentarnego”.

Na marginesie - znów pojawiają się nieścisłości. Na stronie „From the Depths” podana jest liczba 60 parlamentarzystów z Izraela, każdemu ma towarzyszyć jeden ocalały, a prócz tego... „wysocy rangą przedstawiciele Sił Obronnych Izraela”. Przypomnę, że poseł Jarosław Sellin mówił o 50 knesetczykach i 10 ministrach, zaś posłanka Beata Małecka-Libera o 70 knesetczykach plus 10 ministrów. O przedstawicielach „Sił Obronnych Izraela” oboje nie raczyli się zająknąć... albo nie zostali poinformowani.

Wracając do tematu - zastanówmy się - jakaż może być treść spotkania połowy (plus-minus) Knesetu, dziesięciu ministrów, prócz tego jakichś prominentnych wojskowych - z przedstawicielami polskich władz? Szczególnie, tego popołudniowego spotkania w Krakowie, po oficjalnym „upamiętnieniu” pomordowanych? Nasze media nasładzają się informacją, że w okolicznościowej uchwale znajdzie się wezwanie, by nie używać terminu „polskie obozy śmierci”. Cóż, na stronie fundacji nie ma o tym ani słowa, jest za to cytat z przewodniczącego Knesetu Yuli Edelsteina gromiącego antysemityzm, który „zwłaszcza w Europie, osiągnął poziom niespotykany od czasów Holokaustu” i podkreślającego potrzebę „walki”, by „nic podobnego nie wydarzyło się w przyszłości w żadnym miejscu na świecie, szczególnie w odniesieniu do Żydów” (wobec innych nacji – mniej szczególnie?). Czyli standard, może tylko w bardziej wyrazistej formie.

Jeśli jednak delegacja będzie na tyle uprzejma, by ów passus ganiący termin „polskie obozy śmierci” jednak włączyć do uchwały, to powstaje pytanie – czy światowe media to odnotują, czy też potraktują tak, jak media niemieckie niedawny apel tamtejszego Związku Historyków? Przypomnę, że ów apel, postulujący by nie używać określenia „polskie obozy” (połączony „dla równowagi” z wezwaniem, by Polska zrezygnowała z penalizacji oszczerstw) został przez niemieckie media kompletnie zignorowany. Z rezonansem spotkał się jedynie w Polsce.

No i wreszcie – ile przyjdzie nam za ten cukierek zapłacić? Bo o odstąpieniu od roszczeń majątkowych oczywiście nie ma mowy, organizacja HEART stworzona przez izraelski rząd i Agencję Żydowską działa w najlepsze. I tu widzę faktyczną treść izraelskiej wizyty w Polsce, oraz główną przyczynę wynajęcia lobbystów z „From the Depths” oraz konspirację w jakiej toczyły się przygotowania – wraz z preselekcją kandydatów strony polskiej, którym dane będzie dostąpić spotkania z żydowskimi delegatami (zważmy, iż wyselekcjonowani parlamentarzyści „puścili parę” dopiero, gdy o sprawie zrobiło się głośno). Owa „treść”, to nacisk na przyśpieszenie „restytucji mienia”, najprawdopodobniej połączony z dogadaniem zakupów izraelskiego sprzętu bojowego (ci „wysocy rangą” wojskowi w delegacji!).

A poza tym, wychodzi na to, że mimo pozorów bilateralnej wzajemności, to jakaś fundacja działająca na zlecenie izraelskiego rządu miała głos decydujący w kwestii przebiegu wizyty. Innymi słowy - jeśli odrzucimy ładne formułki - to de facto władze Izraela będą gospodarzem wydarzenia na czas którego przestrzeń obozu w Auschwitz stanie się obszarem eksterytorialnym, niczym izraelska ambasada, zaś przedstawiciele innych państw, z Polską włącznie, będą gośćmi.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/