Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żydowskie roszczenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żydowskie roszczenia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 maja 2019

Stanowczość popłaca

Nieoczekiwanie okazało się, że nawet w relacjach z naszym „hegemonem” opłaca się bardziej asertywna postawa - i oby był to trwały zwrot, a nie jedynie doraźna taktyka wyborcza.

Presja ma sens – tak można skomentować rozwój wypadków wokół żydowskich roszczeń majątkowych, o których ostatnio informowałem w felietonie „Gra o bilion złotych II”. Wówczas powodem do alarmu była upubliczniona przez Stanisława Michalkiewicza notatka z poufnego spotkania ambasadora Jacka Chodorowicza z wysłannikiem amerykańskiego Departamentu Stanu, Thomasem K. Yazdgerdim, podczas którego przedstawiciel USA domagał się, byśmy najpóźniej do jesieni 2019 r. porozumieli się „nieoficjalnie” z organizacjami żydowskimi w sprawie tzw. restytucji mienia – i, w domyśle, po najbliższych wyborach parlamentarnych przekuli zakulisowe ustalenia w odpowiednie rozwiązania prawne. W tle oczywiście przewijała się słynna „ustawa 447” (JUST Act) oparta o podpisaną w imieniu Polski przez Władysława Bartoszewskiego w 2009 r. „deklarację z Teresina”. Ustawa ta wprawdzie formalnie nie rodzi w Polsce bezpośrednich skutków, lecz stwarza Departamentowi Stanu możliwości wywierania politycznego nacisku na Polskę i inne kraje, by te „zalegalizowały” roszczenia we własnych systemach prawnych. Szczególne zaniepokojenie budziła, delikatnie mówiąc, chwiejna postawa strony polskiej: w żadnym momencie rozmowy nie padł jakikolwiek sprzeciw, więcej – dowiedzieliśmy się, że takich rozmów było więcej, padły nawet spekulacje odnośnie możliwości zaspokojenia roszczeń w 20 proc. - co wobec żądań opiewających na 300-330 mld. dolarów oznaczałoby kwotę 60-66 mld. USD.

Patrząc jednak na ostatnie tygodnie, można chyba zaryzykować ostrożne stwierdzenie, że coś powoli zmienia się na naszą korzyść – i jest to pozytywny efekt trwającej właśnie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego. W sprawie roszczeń bowiem, w jak mało której, kwestie prawno-finansowe przeplatają się z polityką. Zaczęło się od tego, że sprzeciw wobec JUST Act wzięli na swoje sztandary radykałowie z Konfederacji KORWIN-Braun-Liroy-Narodowcy, organizując protesty – najpierw w USA, a ostatnio (12 maja) w Warszawie, gdzie wg organizatorów demonstrowało 20 tys. uczestników. To z kolei najwyraźniej wymusiło na przedstawicielach PiS i rządu zajęcie zdecydowanego stanowiska. Usłyszeliśmy zatem stanowcze „nie” zarówno ze strony Jarosława Kaczyńskiego, jak i premiera Morawieckiego czy min. Brudzińskiego. Jest to wyraźny kontrast w porównaniu z dotychczasową „strusią” polityką rządu, który stawiał dotąd na usypiający przekaz, twierdząc, iż „ustawa 447” nie ma w Polsce mocy obowiązującej, a niekiedy posuwając się wręcz do stwierdzeń, że wspomniany akt prawny ma wymiar jedynie symboliczny. Jak ognia przy tym unikano jednoznacznych deklaracji co do ewentualnych dalszych kroków strony polskiej – a w międzyczasie, jak się dowiedzieliśmy, prowadzono rozmowy... Niedawny zwrot usztywniający polskie stanowisko stawia nas na zupełnie innych pozycjach.

Nie da się ukryć, że dotychczasowe stanowisko PiS podyktowane było uwarunkowaniami geopolitycznymi – rząd jak ognia obawiał się zadrażnień z Waszyngtonem, szczególnie w kontekście trwających rozmów o zwiększeniu amerykańskiej obecności militarnej w Polsce, oraz z wpływowymi środowiskami żydowskimi i patronującemu im Izraelowi. Nieoczekiwanie jednak okazało się, że nawet w relacjach z naszym „hegemonem” opłaca się bardziej asertywna postawa. Warto tu odnotować pojednawcze wypowiedzi ambasador Mosbacher, twierdzącej, iż ustawa nie nakłada na nikogo prawnych ani finansowych zobowiązań i ogranicza się jedynie do sporządzenia dla Kongresu raportu. W podobnym duchu wypowiadał się podczas wizyty w Warszawie przedstawiciel USA ds. walki z antysemityzmem, Elan Carr. Oczywiście, oboje mijają się z prawdą, bo w JUST Act wyraźnie jest mowa m.in. o odszkodowaniach za „mienie bezdziedziczne” które miałyby trafić do żydowskich organizacji – zresztą, w innym przypadku jakiekolwiek rozmowy byłyby bezprzedmiotowe – ale sam fakt, że oboje postanowili „dyplomatycznie” ignorować ten wątek „ustawy 447”, świadczy o tym, że również USA wolałyby nie pogarszać swego wizerunku nad Wisłą i zadrażniać bez potrzeby wzajemnych relacji. Jak by nie patrzeć, jest to postęp chociażby w porównaniu z wystąpieniem Mike'a Pompeo z lutego br., gdy na szczycie bliskowschodnim w Warszawie wzywał nas do „kompleksowego uregulowania” kwestii restytucji.

Zupełnie niedawno zaś polski rząd „odmówił” wizytę izraelskiej delegacji w Polsce, gdy okazało się, że w ostatniej chwili dokonano zmiany jej składu i agendy, przez co zachodziła obawa, że głównym tematem stałyby się żądania majątkowe - rzecz wcześniej nie do pomyślenia. Wprawdzie spotkało się to z rytualnym „rozczarowaniem” Gideona Taylora ze Światowej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego – lecz i tu wystarczy porównać wymowę komunikatu z wcześniejszymi, gniewnymi i aroganckimi pohukiwaniami WJRO (np. w sprawie projektu „dużej” ustawy reprywatyzacyjnej), by dała się zauważyć zmiana tonu. Krótko mówiąc – stanowczość popłaca i dobrze by się stało, aby był to trwały zwrot, a nie jedynie doraźna taktyka wyborcza.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 20 (17-23.05.2019)

niedziela, 28 kwietnia 2019

Gra o bilion złotych II

Stany Zjednoczone przyjmując JUST Act wzięły na siebie oficjalnie obowiązek reprezentowania żydowskich roszczeń spod znaku „holocaust industry”.

Wygląda na to, że sprawa żydowskich roszczeń majątkowych jest jak bumerang – im mocniej się ją odrzuca, z tym większym impetem wraca. Tym razem ów bumerang powrócił za sprawą poufnych rozmów polsko-amerykańskich w sprawie realizacji słynnej „ustawy 447” (JUST Act). Niedawno notatkę z jednego z takich spotkań ujawnił znany publicysta i felietonista Stanisław Michalkiewicz. Spotkanie odbyło się 25 października 2018 r. z udziałem ambasadora Jacka Chodorowicza (pełnomocnika MSZ ds. kontaktów z diasporą żydowską) oraz jego odpowiednika w Departamencie Stanu USA, Thomasa K. Yazdgerdiego. W telegraficznym skrócie, Thomas K. Yazdgerdi nalegał na stronę polską, by ta przyśpieszyła prace nad restytucją pożydowskiego mienia przejętego po II wojnie światowej przez Skarb Państwa, zakreślając „horyzont czasowy” na 2019 rok, przy czym domagał się, by pierwsze konkretne efekty były widoczne do sierpnia 2019 r. - wtedy to bowiem amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo w związku z kończącą się kadencją chce przekazać Kongresowi raport na temat postępów w zaspokajaniu roszczeń restytucyjnych, do czego zobowiązuje go JUST Act. Do tego czasu amerykański wysłannik wprawdzie nie oczekuje działań legislacyjnych, jednak uważa, iż przedstawiciele Polski powinni nawiązać negocjacje finansowe z organizacjami żydowskimi, mające na celu „ustalenie konkretnych kwot możliwych rekompensat, które, jego zdaniem, mogą mieć częściowy charakter” (cyt. za treścią notatki ze strony https://nczas.com/). Negocjacje te miałyby mieć charakter nieformalny – a więc utajniony przed opinią publiczną – ze względu na mające się odbyć w Polsce jesienią 2019 r. wybory parlamentarne. Wniosek z tego, że po wyborach przyszłaby pora na przekucie zakulisowych ustaleń w stosowne inicjatywy ustawodawcze.

Na temat żydowskich roszczeń skorelowanych z „ustawą 447” pisałem w tym miejscu w lutym 2018 r., w felietonie „Gra o bilion złotych” - i okazuje się, że przez ten czas sprawy konsekwentnie były posuwane do przodu, wypada więc po nieco ponad roku wrócić do tematu. Z treści notatki jednoznacznie wynika, iż Stany Zjednoczone przyjmując JUST Act wzięły na siebie oficjalnie obowiązek reprezentowania żydowskich roszczeń spod znaku „holocaust industry” - i zamierzają się ze swego ustawowego zobowiązania wywiązać, co polecam wszystkim „uspokajaczom” twierdzącym, iż „ustawa 447” ma wymiar jedynie „symboliczny”. Nie, gra toczy się o wielkie pieniądze i zainteresowane siły nie spoczną, dopóki ich z nas nie wyduszą. Druga rzecz – w rozgrywce nie chodzi bynajmniej o reprywatyzację w tradycyjnym rozumieniu tego pojęcia, a to z tego względu, że w holocauście ginęły całe rodziny polskich Żydów, więc prawnych spadkobierców znacjonalizowanego mienia jest stosunkowo niewielu. Większość pożydowskiego majątku po wojnie stanowiło tzw. mienie bezspadkowe (zwane w „ustawie 447” mieniem „bezdziedzicznym”) - i to na nim chcą położyć łapę żydowskie organizacje.

Jest to oczywiście prawne i cywilizacyjne horrendum, gdyż w naszym kręgu kulturowym nie funkcjonuje żadna „plemienna współwłasność”, na mocy której Żydzi z drugiego końca świata mogliby rościć sobie pretensje do majątku ich pobratymców z Polski, z którymi nie mają nic wspólnego poza przynależnością etniczną. Dlatego też w „ustawie 447” zastosowano sprytny wybieg – mianowicie „mienie bezdziedziczne” miałoby służyć „zapewnieniu majątku lub rekompensaty oraz pomocy potrzebującym ofiarom Holocaustu, w celu wspierania edukacji o Holokauście i do innych celów”, co z kolei stanowi realizację (formalnie niewiążących) zaleceń zawartych w podpisanej przez Polskę tzw. „deklaracji z Teresina” będącej efektem konferencji „Mienie Ery Holocaustu” z 2009 r. Innymi słowy – żydowskie organizacje restytucyjne dostaną pieniądze za „utracone mienie”, a potem będą decydowały co z nimi zrobią – czy wypłacą je żyjącym ofiarom zagłady, dofinansują działania edukacyjne, czy też przeznaczą je po uważaniu „na inne cele”. Dlatego też główny nacisk został położony na to, by Polska dostosowała swoje prawodawstwo do zapisów JUST Act, legalizując tym samym majątkowe uroszczenia.

Jak widać, od tamtej pory jesteśmy konsekwentnie rozmiękczani – wg ujawnionej notatki podobne spotkanie miało miejsce już w styczniu 2018 r., ponadto Thomas K. Yazdgerdi powołuje się na rozmowę z wicemarszałkiem Senatu Adamem Bielanem. Po stronie żydowskiej, z którą mielibyśmy negocjować szczegóły, głównym rozgrywającym jest natomiast Światowa Organizacja ds. Restytucji Mienia Żydowskiego (WJRO) – potężna hydra, zrzeszająca szereg innych organizacji tego typu. A jej roszczenia opiewają, bagatela, na 300-330 mld. dolarów, czyli ponad bilion złotych. Nawet biorąc pod uwagę, że żądania zostaną zaspokojone w 20 proc. (taka liczba pada w rozmowie jako „konstruktywna”), to i tak otrzymujemy 60-66 mld. USD. A to oznacza, że staniemy się wiecznym dłużnikiem, nie będąc w stanie do końca świata wypłacić się z haraczu – zgodnie z najlepszą, lichwiarską tradycją.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Na krótkiej smyczy

„Ustawa 447”, czyli ofensywa „holocaust industry”

Gra o bilion złotych

Hieny cmentarne z „holocaust industry”

Miliardy do Izraela

Miliardy do Izraela – ciąg dalszy

Miliardy do Izraela – eureka!

Finansowe HEART Izraela


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 17-18 (26.04-09.05.2019)

sobota, 5 maja 2018

Hieny cmentarne z „holocaust industry”

Warto mieć świadomość o jakie pieniądze toczy się gra – i że przy kwotach tego rzędu, ten kto ostrzy sobie na nie zęby nie cofnie się przed żadnym łajdactwem.

I. „JUST Act” uchwalony

Wiadomo już, że amerykański Kongres przyjął tzw. „Ustawę 447”, czyli „JUST Act” - Justice for Uncompensated Survivors Today” („Sprawiedliwość dla ocalałych, którzy nie otrzymali rekompensaty”). Ustawę tę opisywałem obszernie w artykule ze stycznia br. („»Ustawa 447«, czyli ofensywa »holocaust industry«”) wraz z tłumaczeniem kluczowych zapisów, tak więc tutaj jedynie pokrótce przypomnę, iż uchwalony właśnie akt zobowiązuje Departament Stanu USA do monitorowania sytuacji w kwestii rozwiązań prawnych dotyczących zwrotu pożydowskiego mienia w poszczególnych krajach – w tym również w Polsce. Ponadto na Departament Stanu nałożono obowiązek sporządzenia w terminie 18 miesięcy stosownego raportu, a następnie przedstawiania Kongresowi cyklicznych sprawozdań odnośnie stanu prawnego i konkretnych działań w zakresie restytucji „niesłusznie przejętego” majątku. Oznacza to w praktyce wsparcie dyplomatyczne amerykańskiego rządu dla roszczeń rewindykacyjnych organizacji żydowskich. Ustawa jest pokłosiem konferencji „Mienie Ery Holokaustu”, jaka odbyła się w 2009 r. w Pradze i Teresinie, zakończonej przyjęciem „Deklaracji z Teresina” wraz ze stosownymi „zaleceniami ekspertów”. We wspomnianej konferencji wzięło udział 49 państw i 30 organizacji pozarządowych, a z ramienia Polski podpis pod „Deklaracją” złożył Władysław Bartoszewski – wówczas sekretarz stanu w kancelarii premiera Donalda Tuska.

Z naszego punktu widzenia najbardziej bulwersujący i niebezpieczny jest postulat „odzyskiwania” tzw. mienia bezdziedzicznego, które przeszło zgodnie z powszechnie przyjętą w cywilizowanych krajach praktyką na własność Skarbu Państwa. Ponieważ takie uroszczenie, sprowadzające się do uznania swoistej „plemiennej współwłasności” jest jawnym bezprawiem i próbą wymuszenia rozbójniczego, zadbano o stworzenie pseudohumanitarnych pozorów. Mienie bezdziedziczne mianowicie miałoby posłużyć sfinansowaniu „pomocy potrzebującym ofiarom Holocaustu”, „wspieraniu edukacji o Holocauście” oraz - uwaga - „do innych celów”. Jakież to są, te „inne cele”? A, to już wiedzą żydowskie hieny cmentarne z „przemysłu holokaust”, pragnące się pożywić na trupach swych zagazowanych współbraci, dla ratowania których podczas II wojny światowej nie kiwnęły nawet palcem. Warto przy okazji zapytać, ilu w USA żyje jeszcze pochodzących z Polski Żydów urodzonych do 1945 roku? Bo chyba tylko takie osoby podpadają pod kategorię „ofiar”? Czy ktoś przedstawił wiarygodne statystyki?

Kolejnym niepokojącym elementem jest zalecenie „ekspertów” z Teresina, by w procedurze rewindykacyjnej honorować „alternatywne formy dowodów własności” - bez sprecyzowania, jak owe „alternatywne dowody” miałyby wyglądać. Można sobie tylko wyobrazić czekające nas wykwity twórczej inwencji.


II. „Polacy, nic się nie stało”

W każdym razie, powyższy humbug prawny został jednomyślnie przyjęty przez Izbę Reprezentantów i wszystko wskazuje, że podpis prezydenta Trumpa jest jedynie formalnością. Stało się tak mimo desperackiej inicjatywy amerykańskiej Polonii, której przedstawiciele zorganizowali akcję odwiedzania biur kongresmanów i wskazywania na szkodliwość oraz prawny absurd ustawy. Jak widać jednak, amerykańscy politycy nie pozwalają się nikomu wyprzedzić w robieniu dobrze żydowskiemu lobby – zwłaszcza, jeśli miałoby się to odbyć cudzym kosztem. Dodajmy, że wspomniana akcja Polonii była całkowicie oddolna i przeprowadzono ją bez żadnego dyplomatycznego wsparcia ze strony polskich władz, które zresztą przez cały czas procedowania „JUST Act” - najpierw w Senacie, potem w Izbie Reprezentantów – konsekwentnie milczały.

To milczenie było wręcz szokujące, ale na nim nie koniec. Oto zaraz po uchwaleniu „ustawy 447” politycy obozu rządzącego wraz z częścią publicystów na wyprzódki rzucili się do przekonywania nas, że... właściwie nic się nie stało. Dowiedzieliśmy się, że dokument ma znaczenie „czysto symboliczne”, „niewiążące” i że amerykańskie prawo „nie obowiązuje w Polsce”. Tego typu zapewnienia usłyszeliśmy z ust bawiącego akurat w Stanach ministra Gowina, zaś towarzyszący mu minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz oświadczył korespondentowi PAP, iż nie przywiązywałby do tej ustawy „zbytniej wagi”, ponieważ... „Polska nie jest w niej wymieniona ani w nazwie, ani w treści”. Z kolei posłanka-publicystka Joanna Lichocka twardo podkreśliła w wypowiedzi dla telewizji wPolsce.pl, że „ta ustawa w żaden sposób nie ma wpływu na nasze ustawodawstwo i decyzje podejmowane przez polskie państwo, które jest państwem suwerennym”.

Innymi słowy, usłyszeliśmy starą śpiewkę spod znaku „nikt nie będzie dyktował nam ustaw”. Cóż, zważywszy jak się to skończyło ostatnim razem, przy okazji nowelizacji ustawy o IPN, tudzież wyrzucenia do kosza tzw. „dużej ustawy reprywatyzacyjnej”, to tak bardzo bym się z tą naszą „suwerennością” nie napinał. Rychło bowiem może się okazać, że nasz „strategiczny sojusznik” zmarszczy brwi i znów będziemy musieli nasze ustawodawstwo „konsultować” z państwami trzecimi – w imię zachowania „dobrych stosunków” rzecz jasna. Póki co bowiem, art. 55a Ustawy o IPN pozostaje de facto martwy, a sprawa reprywatyzacji została odłożona ad calendas graecas – i nikt nawet specjalnie nie ukrywa, że stało się tak za sprawą nacisków „żelaznego trójkąta” USA – Izrael – żydowska diaspora.

I tu właśnie leży główne niebezpieczeństwo związane z „JUST Act” - otwiera on bowiem dla amerykańskiej dyplomacji (koordynującej swe poczynania z organizacjami żydowskimi) drogę do zintensyfikowania nacisków na Polskę. A niedawne wydarzenia pokazały, że niewiele trzeba, by nas wystraszyć. W efekcie, już niedługo możemy być świadkami, jak polski parlament, jak najbardziej „suwerennie” przyjmuje „właściwe” rozwiązania odnośnie „restytucji mienia”, zgodnie z oczekiwaniami „holocaust industry”. I w ten oto sposób założenia „ustawy 447” znajdą swoje odzwierciedlenie w polskim porządku prawnym.


III. Czas szakali

Zresztą, np. Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego (WJRO - World Jewish Restitution Organization) nawet nie ukrywa, że właśnie taki jest jej cel – z jednej strony bowiem skutecznie wymusiła rezygnację z reprywatyzacji na naszych zasadach, z drugiej zaś, to właśnie ona stała za „ustawą 447”. Z jej inicjatywy również 59 amerykańskich senatorów wystosowało niedawno list do premiera Morawieckiego w sprawie zwrotu żydowskiego mienia. Dziś natomiast szef WJRO, Gideon Taylor, nie kryje swego zadowolenia, stwierdzając, iż ustawa „jest silnym dowodem niewzruszonego poparcia Ameryki dla tych, którzy przeżyli Holokaust w ich poszukiwaniu sprawiedliwości”.

Trzeba zaznaczyć, że WJRO kreująca się na samozwańczego spadkobiercę „mienia bezdziedzicznego”, to prawdziwa stugłowa hydra – jest to bowiem tzw. „organizacja-parasol” zrzeszająca pod swymi skrzydłami inne organizacje żydowskie, takie jak m.in. Światowy Kongres Żydów czy Agencja Żydowska, a z działających w Polsce – B'nai B'rith i American Jewish Committee (AJC). WJRO zasłynęła już swymi żądaniami wobec Polski, których spełnienie wg urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości kosztowałoby nasze państwo nawet 300 miliardów dolarów, czyli ok. biliona złotych. Warto mieć świadomość o jakie pieniądze toczy się gra – i że przy kwotach tego rzędu, ten kto ostrzy sobie na nie zęby nie cofnie się przed żadnym łajdactwem. A tu mamy do czynienia z istną hordą szakali, działającą niezmiennie wg pamiętnej zapowiedzi byłego sekretarza generalnego Światowego Kongresu Żydów, Israela Singera, że „jeżeli Polska nie spełni roszczeń Żydów, będzie publicznie atakowana i upokarzana na forum międzynarodowym”. Zatem już dziś powinniśmy się przygotować na kolejną światową operację dyfamacyjną, przy której poczynania osobników pokroju Grossa czy Grabowskiego będą się jawiły niczym wstępne utarczki harcowników. Aż boję się pytać, czy polski rząd w ogóle zdaje sobie z tego sprawę – o przygotowaniu do walki nie wspominając.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ustawa 447, czyli ofensywa „holocaust industry”

Gra o bilion złotych


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 18 (04-10.05.2018)

sobota, 17 lutego 2018

Pod-Grzybki 124

Premier Mateusz Morawiecki wygłosił płomienne przemówienie w obronie ustawy o IPN. Niestety, w angielskie tłumaczenie wkradł się błąd i widzowie mogli zobaczyć tekst: Obozy, w których wymordowano miliony Żydów były polskie”. Niech zgadnę – tłumaczenia dokonała słynna MaBeNa? Ale nie bądźmy małostkowi - to dopiero prototyp. Jeszcze nawet nie nauczyła się robić „ping”.


*

Przy okazji ostatniej awantury niewątpliwie jednym z największych przegranych okazał się Jonny Daniels, który kreował się na animatora stosunków polsko-izraelskich. Wraz z nim przegrali również ci, którzy mu uwierzyli i promowali na tutejszym rynku. Okazało się, że „najbardziej wpływowy Żyd” to tak naprawdę pusta, piarowa wydmuszka. Stąd nauka, by nie rzucać się na szyję pierwszemu lepszemu miglancowi, bo można zostać wykorzystanym i zostawionym z dzieckiem.


*

Od wyborów w Niemczech minęło już trzy i pół miesiąca, a nowego rządu jak nie było, tak nie ma. W związku z tym sądzę, że odkryłem tajny plan Angeli Merkel – ona po prostu ma zamiar rządzić w obecnej konfiguracji do końca kadencji, pozorując i przeciągając w nieskończoność pod różnymi pretekstami „rozmowy koalicyjne”. A potem nastąpią kolejne wybory – i da capo al fine. Oto teutoński model demokracji w pełnym rozkwicie!


*

Jak oznajmił nam „Super Express”, Ministerstwo Sprawiedliwości pracujące nad tzw. „dużą” ustawą reprywatyzacyjną jest systematycznie bombardowane przez Izrael i organizacje żydowskie monitami domagającymi się maksymalnego poszerzenia zakresu zwracanego mienia i podmiotów uprawnionych do reparacji. Generalnie chodzi o to, by zwracać wszystko, nawet różnym wujecznym pociotkom w trzecim pokoleniu, lub zapewnić stuprocentowe zadośćuczynienie, co wg urzędników ministerstwa kosztowałoby Polskę okrągły bilion złotych. To mi przypomina pewną teorię spiskową, którą kiedyś podzieliłem się z Państwem w tej rubryce. Otóż zachodziłem w głowę, co się stało, że w kwestii warszawskiej reprywatyzacji do gardła Hannie Gronkiewicz-Waltz rzuciła się w pewnym momencie nawet „Wyborcza”. Wyszło mi, że zapewne hieny z „holocaust industry” doszły do wniosku, że jak reprywatyzacja będzie postępowała dalej w takim tempie, to nic dla nich nie zostanie – więc uruchomiły swój organ prasowy. I, choroba, coraz więcej wskazuje na to, że miałem rację...


*

W poprzednim numerze pisałem tu o skali materialnej przewagi mniejszości żydowskiej nad resztą społeczeństwa II RP – w kontekście osławionych 65 mld. dolarów, które mamy wypłacić „ocalałym” z holocaustu. Teraz, zważywszy na ów bilion złotych, sprawa wygląda jeszcze bardziej poważnie. Bilion złotych, to bowiem ok. 300 mld. dolarów. W 1939 r. żyło w Polsce 3 mln. 474 tys. Żydów. Wychodzi więc, że średnio na głowę jednego Żyda – od niemowlaka po starca - przypadał majątek wart 86.355 obecnych dolarów. A dziś różni mądralińscy twierdzą, że akcje w rodzaju „swój do swojego po swoje” to był przejaw dzikiego antysemityzmu...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 04 (14-27.02.2018)

poniedziałek, 5 lutego 2018

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Wmanewrowanie nas we współodpowiedzialność za Holokaust jest elementem konsekwentnie realizowanej żydowskiej agendy historycznej.

I. „Wadliwe kody pamięci”

26 stycznia Sejm przyjął i skierował do dalszych prac w Senacie projekt nowelizacji ustawy o IPN zakładający wreszcie realną walkę z tzw. „błędnymi kodami pamięci”. Pod tym eufemistycznym terminem kryją się historyczne fałszerstwa przypisujące Polsce i Polakom współodpowiedzialność za niemieckie zbrodnie z czasów II Wojny Światowej, w tym przede wszystkim za holokaust – czego symbolem jest wszechobecne w światowych mediach określenie „polish death camps” („polskie obozy śmierci/zagłady”). Kluczowy fragment nowelizacji zawarty w art. 55a brzmi następująco: „Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie (…) podlega karze grzywny lub karze pozbawienia wolności do lat 3 (...)”.

Jak czytamy w uzasadnieniu projektu, konieczność wprowadzenia powyższego przepisu związana jest z „niesatysfakcjonującymi” rezultatami dotychczasowych inicjatyw mających przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się „wadliwych kodów pamięci”. Osoby prywatne, bądź organizacje pozarządowe interweniujące w tej sprawie napotykały przeszkody natury finansowej (jak można się domyślać – brak funduszy na proces, prawników itp.), a także prawnej. Z kolei reakcje kanałami dyplomatycznymi – głównie w postaci składania not protestacyjnych – kończyły się jedynie częściowym powodzeniem. Wprawdzie niektóre tytuły i agencje informacyjne zobowiązały się do nieużywania fraz typu „polskie obozy”, lecz nie wpłynęło to na ogólny ton dyskursu w zagranicznych mediach – jak wiadomo, zbitka o „polskich obozach” pojawia się wciąż od nowa w kolejnych publikacjach. Ujmując rzecz lapidarnie, polski ustawodawca uznał, że najwyższa pora skończyć z tą ciuciubabką i dać stosownym organom do ręki skuteczne rozwiązanie prawne, penalizujące szkalowanie państwa i narodu polskiego.

Co istotne, w opisywanej nowelizacji zawarto również art. 55b w brzmieniu: „Niezależnie od przepisów obowiązujących w miejscu popełnienia czynu zabronionego niniejszą ustawę stosuje się do obywatela polskiego oraz cudzoziemca w razie popełnienia przestępstw, o których mowa w art. 55 i art. 55a.” - co umożliwi nam ściganie podobnych stwierdzeń również za granicą i w odniesieniu do obywateli innych państw. W ustawie mamy tylko jeden wyjątek, określony w art. 55a p.3: „Nie popełnia przestępstwa sprawca czynu zabronionego określonego w ust. 1 i 2, jeżeli dopuścił się tego czynu w ramach działalności artystycznej lub naukowej”. Od siebie dodam od razu, że jest to zbytek łaski – przynajmniej co do „działalności artystycznej” - bo przepis w tym brzmieniu wytrąca polskiemu państwu z ręki broń w przypadku chociażby zniesławiających Polskę filmów.


II. Furia

Jednak, nawet na tak stosunkowo łagodne ujęciu problemu, władze Izraela i środowiska żydowskie zareagowały bezprzykładną furią. Premier Benjamin Netanjahu oznajmił: „Izrael nie będzie tolerował wypaczania przez Polskę prawdy, ani ponownego pisania historii”, prezydent Reuven Rivlin stwierdził, iż Polacy „pomagali” w zbrodniach „nazistowskich”. Deputowany do Knesetu Yair Lapid (typowany na przyszłego premiera Izraela) zamieścił na Twitterze dwa wpisy, jeden bardziej skandaliczny od drugiego: „Wymyślono to w Niemczech, ale setki tysięcy Żydów zostały zamordowane, nie spotykając niemieckiego żołnierza. Były polskie obozy śmierci i żadne prawo tego nie zmieni”, dodając: „Jestem synem osób, które przetrwały Holokaust. Moja babcia została zamordowana w Polsce przez Niemców i Polaków. Nie potrzebuje od was lekcji. Konsekwencje odczuwamy po dziś dzień. Ambasada powinna natychmiast wystosować przeprosiny”. Z kolei ambasador Izraela w Polsce, Anna Azari, demonstracyjnie zrezygnowała z przemówienia w rocznicę wyzwolenia obozu w Auschwitz, zaś nowe przepisy skomentowała m.in. słowami: „Rząd Izraela odrzuca tę nowelizację” dodając, iż „traktuje się to jako niemożliwość powiedzenia prawdy o Zagładzie”. Oświadczenie wydał również instytut Yad Vashem alarmując o „ograniczeniu wypowiedzi naukowców i innych osób na temat bezpośredniego lub pośredniego współudziału Polaków w zbrodniach”. Charakterystyczne, że zarówno Azari, jak i Yad Vashem przyznają, że obozów nie zakładali Polacy (Azari), lecz „były organizowane w okupowanej przez nazistów Polsce” (Yad Vashem), ale nie przeszkodziło im to w atakach.

Dodajmy, że na dywanik do izraelskiego MSZ wezwano polskiego wiceambasadora, po czym wydano komunikat w którym stwierdzono: „Oczekujemy, że polski rząd zmieni treść ustawy przed jej ostatecznym przyjęciem i że będzie prowadził dialog z Izraelem na ten temat”. W Polsce natomiast na wniosek strony izraelskiej z Anną Azari rozmawiał z ramienia Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski (czyżby strona izraelska sondowała możliwość prezydenckiego weta?). Swoje dołożył też Światowy Kongres Żydów grzmiąc o „zaciemnianiu historii”. Słowem, awantura na całego.


III. Fiasko „dialogu”

Zatrzymajmy się na chwilę i spójrzmy na rozłożenie akcentów. Mamy tu całą paletę antypolonizmu połączonego z hucpą i uzurpacją. Jest jawne kłamstwo o „polskich obozach” Yair Lapida (co ciekawe, Konrad Kołodziejski z wPolityce.pl ustalił, że żadna z jego „babć” nie zginęła w holokauście – rodzina ze strony ojca to węgierscy Żydzi uratowani przez słynnego Raoula Wallenberga, zaś babcia ze strony matki już przed wojną żyła w brytyjskiej wówczas Palestynie), oraz stwierdzenie, że „naziści” jedynie holokaust „wymyślili”, ale „setki tysięcy Żydów” zostało zamordowanych bez ich udziału (z kontekstu wynika, że przez Polaków). Pada oskarżenie o ograniczanie wolności badań naukowych, co jest kolejnym fałszem, bo ustawa dokładnie to precyzuje w cytowanym powyżej art. 55a p.3. Uderza tu specyficzna logika – z jednej strony np. Yad Vashem przyznaje, że to nie Polacy stworzyli obozy koncentracyjne, ale na jednym oddechu stwierdza, że karanie za sformułowanie „polskie obozy” ogranicza mówienie „prawdy o Zagładzie”. Są wreszcie bezczelne uroszczenia izraelskiego rządu do nadzorowania polskiego procesu legislacyjnego i treści uchwalanego u nas prawa – i to utrzymane w tonie dyktatu. No i nade wszystko – w żadnej wypowiedzi przedstawicieli strony żydowskiej nie pada słowo „Niemcy”. Pojawiają się co najwyżej anonimowi „naziści”.

Cóż to wszystko oznacza? Ano to, że stronie żydowskiej najwyraźniej zależy na tym, by szkalująca zbitka o „polskich obozach” wciąż hulała w najlepsze. Co innego wydać okazjonalne wspólne oświadczenie, jak w 2016 r. (co przypomniał premier Morawiecki), „sprzeciwiające się” terminowi „polskie obozy śmierci” - a co innego, gdy przychodzi do konkretów. Wymowa jest jasna – wmanewrowanie nas we współodpowiedzialność za Holokaust jest elementem konsekwentnie realizowanej (choć nieoficjalnymi kanałami) żydowskiej agendy historycznej. Przytoczone tu reakcje mówią same za siebie, a intencja jest ewidentna: mamy w oczach świata pozostać winnymi, tłumaczyć się, przepraszać, a finalnie – płacić. Uprawiana bez przeszkód antypolska propaganda ma nas rozmiękczyć, byśmy bez szemrania podporządkowali się bezprawnym „roszczeniom” majątkowym organizacji spod znaku „holocaust industry”, takim jak HEART (w której, nawiasem, partycypuje rząd Izraela), oblekającym się w postać przepychanej w USA „ustawy 447”.

A poza wszystkim – tak kończy się „dialogowanie” oparte na fałszu i jednostronnych ustępstwach. Właśnie widzimy efekty wieloletniego chowania głowy w piasek, udawania „znakomitych stosunków” w zamian za zdawkowe pochwały i pozwalania, by to inni pisali za nas historię. Może przynajmniej z tej ponurej hecy wyjdzie tyle dobrego, że skończy się festiwal obłudy. Pozostaje mieć nadzieję, że polskie władze nie wystraszą się własnej odwagi i nie ugną się przed bezczelnym dyktatem – choć, mając w pamięci rejteradę min. Błaszczaka w sprawie Cmentarza Orląt i Ostrej Bramy w nowych paszportach, nachodzą mnie ponure myśli.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ustawa 447, czyli ofensywa „holocaust industry”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 05 (02-08.02.2018)