Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deklaracja z Teresina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deklaracja z Teresina. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 maja 2019

Stanowczość popłaca

Nieoczekiwanie okazało się, że nawet w relacjach z naszym „hegemonem” opłaca się bardziej asertywna postawa - i oby był to trwały zwrot, a nie jedynie doraźna taktyka wyborcza.

Presja ma sens – tak można skomentować rozwój wypadków wokół żydowskich roszczeń majątkowych, o których ostatnio informowałem w felietonie „Gra o bilion złotych II”. Wówczas powodem do alarmu była upubliczniona przez Stanisława Michalkiewicza notatka z poufnego spotkania ambasadora Jacka Chodorowicza z wysłannikiem amerykańskiego Departamentu Stanu, Thomasem K. Yazdgerdim, podczas którego przedstawiciel USA domagał się, byśmy najpóźniej do jesieni 2019 r. porozumieli się „nieoficjalnie” z organizacjami żydowskimi w sprawie tzw. restytucji mienia – i, w domyśle, po najbliższych wyborach parlamentarnych przekuli zakulisowe ustalenia w odpowiednie rozwiązania prawne. W tle oczywiście przewijała się słynna „ustawa 447” (JUST Act) oparta o podpisaną w imieniu Polski przez Władysława Bartoszewskiego w 2009 r. „deklarację z Teresina”. Ustawa ta wprawdzie formalnie nie rodzi w Polsce bezpośrednich skutków, lecz stwarza Departamentowi Stanu możliwości wywierania politycznego nacisku na Polskę i inne kraje, by te „zalegalizowały” roszczenia we własnych systemach prawnych. Szczególne zaniepokojenie budziła, delikatnie mówiąc, chwiejna postawa strony polskiej: w żadnym momencie rozmowy nie padł jakikolwiek sprzeciw, więcej – dowiedzieliśmy się, że takich rozmów było więcej, padły nawet spekulacje odnośnie możliwości zaspokojenia roszczeń w 20 proc. - co wobec żądań opiewających na 300-330 mld. dolarów oznaczałoby kwotę 60-66 mld. USD.

Patrząc jednak na ostatnie tygodnie, można chyba zaryzykować ostrożne stwierdzenie, że coś powoli zmienia się na naszą korzyść – i jest to pozytywny efekt trwającej właśnie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego. W sprawie roszczeń bowiem, w jak mało której, kwestie prawno-finansowe przeplatają się z polityką. Zaczęło się od tego, że sprzeciw wobec JUST Act wzięli na swoje sztandary radykałowie z Konfederacji KORWIN-Braun-Liroy-Narodowcy, organizując protesty – najpierw w USA, a ostatnio (12 maja) w Warszawie, gdzie wg organizatorów demonstrowało 20 tys. uczestników. To z kolei najwyraźniej wymusiło na przedstawicielach PiS i rządu zajęcie zdecydowanego stanowiska. Usłyszeliśmy zatem stanowcze „nie” zarówno ze strony Jarosława Kaczyńskiego, jak i premiera Morawieckiego czy min. Brudzińskiego. Jest to wyraźny kontrast w porównaniu z dotychczasową „strusią” polityką rządu, który stawiał dotąd na usypiający przekaz, twierdząc, iż „ustawa 447” nie ma w Polsce mocy obowiązującej, a niekiedy posuwając się wręcz do stwierdzeń, że wspomniany akt prawny ma wymiar jedynie symboliczny. Jak ognia przy tym unikano jednoznacznych deklaracji co do ewentualnych dalszych kroków strony polskiej – a w międzyczasie, jak się dowiedzieliśmy, prowadzono rozmowy... Niedawny zwrot usztywniający polskie stanowisko stawia nas na zupełnie innych pozycjach.

Nie da się ukryć, że dotychczasowe stanowisko PiS podyktowane było uwarunkowaniami geopolitycznymi – rząd jak ognia obawiał się zadrażnień z Waszyngtonem, szczególnie w kontekście trwających rozmów o zwiększeniu amerykańskiej obecności militarnej w Polsce, oraz z wpływowymi środowiskami żydowskimi i patronującemu im Izraelowi. Nieoczekiwanie jednak okazało się, że nawet w relacjach z naszym „hegemonem” opłaca się bardziej asertywna postawa. Warto tu odnotować pojednawcze wypowiedzi ambasador Mosbacher, twierdzącej, iż ustawa nie nakłada na nikogo prawnych ani finansowych zobowiązań i ogranicza się jedynie do sporządzenia dla Kongresu raportu. W podobnym duchu wypowiadał się podczas wizyty w Warszawie przedstawiciel USA ds. walki z antysemityzmem, Elan Carr. Oczywiście, oboje mijają się z prawdą, bo w JUST Act wyraźnie jest mowa m.in. o odszkodowaniach za „mienie bezdziedziczne” które miałyby trafić do żydowskich organizacji – zresztą, w innym przypadku jakiekolwiek rozmowy byłyby bezprzedmiotowe – ale sam fakt, że oboje postanowili „dyplomatycznie” ignorować ten wątek „ustawy 447”, świadczy o tym, że również USA wolałyby nie pogarszać swego wizerunku nad Wisłą i zadrażniać bez potrzeby wzajemnych relacji. Jak by nie patrzeć, jest to postęp chociażby w porównaniu z wystąpieniem Mike'a Pompeo z lutego br., gdy na szczycie bliskowschodnim w Warszawie wzywał nas do „kompleksowego uregulowania” kwestii restytucji.

Zupełnie niedawno zaś polski rząd „odmówił” wizytę izraelskiej delegacji w Polsce, gdy okazało się, że w ostatniej chwili dokonano zmiany jej składu i agendy, przez co zachodziła obawa, że głównym tematem stałyby się żądania majątkowe - rzecz wcześniej nie do pomyślenia. Wprawdzie spotkało się to z rytualnym „rozczarowaniem” Gideona Taylora ze Światowej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego – lecz i tu wystarczy porównać wymowę komunikatu z wcześniejszymi, gniewnymi i aroganckimi pohukiwaniami WJRO (np. w sprawie projektu „dużej” ustawy reprywatyzacyjnej), by dała się zauważyć zmiana tonu. Krótko mówiąc – stanowczość popłaca i dobrze by się stało, aby był to trwały zwrot, a nie jedynie doraźna taktyka wyborcza.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 20 (17-23.05.2019)

niedziela, 28 kwietnia 2019

Gra o bilion złotych II

Stany Zjednoczone przyjmując JUST Act wzięły na siebie oficjalnie obowiązek reprezentowania żydowskich roszczeń spod znaku „holocaust industry”.

Wygląda na to, że sprawa żydowskich roszczeń majątkowych jest jak bumerang – im mocniej się ją odrzuca, z tym większym impetem wraca. Tym razem ów bumerang powrócił za sprawą poufnych rozmów polsko-amerykańskich w sprawie realizacji słynnej „ustawy 447” (JUST Act). Niedawno notatkę z jednego z takich spotkań ujawnił znany publicysta i felietonista Stanisław Michalkiewicz. Spotkanie odbyło się 25 października 2018 r. z udziałem ambasadora Jacka Chodorowicza (pełnomocnika MSZ ds. kontaktów z diasporą żydowską) oraz jego odpowiednika w Departamencie Stanu USA, Thomasa K. Yazdgerdiego. W telegraficznym skrócie, Thomas K. Yazdgerdi nalegał na stronę polską, by ta przyśpieszyła prace nad restytucją pożydowskiego mienia przejętego po II wojnie światowej przez Skarb Państwa, zakreślając „horyzont czasowy” na 2019 rok, przy czym domagał się, by pierwsze konkretne efekty były widoczne do sierpnia 2019 r. - wtedy to bowiem amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo w związku z kończącą się kadencją chce przekazać Kongresowi raport na temat postępów w zaspokajaniu roszczeń restytucyjnych, do czego zobowiązuje go JUST Act. Do tego czasu amerykański wysłannik wprawdzie nie oczekuje działań legislacyjnych, jednak uważa, iż przedstawiciele Polski powinni nawiązać negocjacje finansowe z organizacjami żydowskimi, mające na celu „ustalenie konkretnych kwot możliwych rekompensat, które, jego zdaniem, mogą mieć częściowy charakter” (cyt. za treścią notatki ze strony https://nczas.com/). Negocjacje te miałyby mieć charakter nieformalny – a więc utajniony przed opinią publiczną – ze względu na mające się odbyć w Polsce jesienią 2019 r. wybory parlamentarne. Wniosek z tego, że po wyborach przyszłaby pora na przekucie zakulisowych ustaleń w stosowne inicjatywy ustawodawcze.

Na temat żydowskich roszczeń skorelowanych z „ustawą 447” pisałem w tym miejscu w lutym 2018 r., w felietonie „Gra o bilion złotych” - i okazuje się, że przez ten czas sprawy konsekwentnie były posuwane do przodu, wypada więc po nieco ponad roku wrócić do tematu. Z treści notatki jednoznacznie wynika, iż Stany Zjednoczone przyjmując JUST Act wzięły na siebie oficjalnie obowiązek reprezentowania żydowskich roszczeń spod znaku „holocaust industry” - i zamierzają się ze swego ustawowego zobowiązania wywiązać, co polecam wszystkim „uspokajaczom” twierdzącym, iż „ustawa 447” ma wymiar jedynie „symboliczny”. Nie, gra toczy się o wielkie pieniądze i zainteresowane siły nie spoczną, dopóki ich z nas nie wyduszą. Druga rzecz – w rozgrywce nie chodzi bynajmniej o reprywatyzację w tradycyjnym rozumieniu tego pojęcia, a to z tego względu, że w holocauście ginęły całe rodziny polskich Żydów, więc prawnych spadkobierców znacjonalizowanego mienia jest stosunkowo niewielu. Większość pożydowskiego majątku po wojnie stanowiło tzw. mienie bezspadkowe (zwane w „ustawie 447” mieniem „bezdziedzicznym”) - i to na nim chcą położyć łapę żydowskie organizacje.

Jest to oczywiście prawne i cywilizacyjne horrendum, gdyż w naszym kręgu kulturowym nie funkcjonuje żadna „plemienna współwłasność”, na mocy której Żydzi z drugiego końca świata mogliby rościć sobie pretensje do majątku ich pobratymców z Polski, z którymi nie mają nic wspólnego poza przynależnością etniczną. Dlatego też w „ustawie 447” zastosowano sprytny wybieg – mianowicie „mienie bezdziedziczne” miałoby służyć „zapewnieniu majątku lub rekompensaty oraz pomocy potrzebującym ofiarom Holocaustu, w celu wspierania edukacji o Holokauście i do innych celów”, co z kolei stanowi realizację (formalnie niewiążących) zaleceń zawartych w podpisanej przez Polskę tzw. „deklaracji z Teresina” będącej efektem konferencji „Mienie Ery Holocaustu” z 2009 r. Innymi słowy – żydowskie organizacje restytucyjne dostaną pieniądze za „utracone mienie”, a potem będą decydowały co z nimi zrobią – czy wypłacą je żyjącym ofiarom zagłady, dofinansują działania edukacyjne, czy też przeznaczą je po uważaniu „na inne cele”. Dlatego też główny nacisk został położony na to, by Polska dostosowała swoje prawodawstwo do zapisów JUST Act, legalizując tym samym majątkowe uroszczenia.

Jak widać, od tamtej pory jesteśmy konsekwentnie rozmiękczani – wg ujawnionej notatki podobne spotkanie miało miejsce już w styczniu 2018 r., ponadto Thomas K. Yazdgerdi powołuje się na rozmowę z wicemarszałkiem Senatu Adamem Bielanem. Po stronie żydowskiej, z którą mielibyśmy negocjować szczegóły, głównym rozgrywającym jest natomiast Światowa Organizacja ds. Restytucji Mienia Żydowskiego (WJRO) – potężna hydra, zrzeszająca szereg innych organizacji tego typu. A jej roszczenia opiewają, bagatela, na 300-330 mld. dolarów, czyli ponad bilion złotych. Nawet biorąc pod uwagę, że żądania zostaną zaspokojone w 20 proc. (taka liczba pada w rozmowie jako „konstruktywna”), to i tak otrzymujemy 60-66 mld. USD. A to oznacza, że staniemy się wiecznym dłużnikiem, nie będąc w stanie do końca świata wypłacić się z haraczu – zgodnie z najlepszą, lichwiarską tradycją.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Na krótkiej smyczy

„Ustawa 447”, czyli ofensywa „holocaust industry”

Gra o bilion złotych

Hieny cmentarne z „holocaust industry”

Miliardy do Izraela

Miliardy do Izraela – ciąg dalszy

Miliardy do Izraela – eureka!

Finansowe HEART Izraela


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 17-18 (26.04-09.05.2019)

sobota, 5 maja 2018

Hieny cmentarne z „holocaust industry”

Warto mieć świadomość o jakie pieniądze toczy się gra – i że przy kwotach tego rzędu, ten kto ostrzy sobie na nie zęby nie cofnie się przed żadnym łajdactwem.

I. „JUST Act” uchwalony

Wiadomo już, że amerykański Kongres przyjął tzw. „Ustawę 447”, czyli „JUST Act” - Justice for Uncompensated Survivors Today” („Sprawiedliwość dla ocalałych, którzy nie otrzymali rekompensaty”). Ustawę tę opisywałem obszernie w artykule ze stycznia br. („»Ustawa 447«, czyli ofensywa »holocaust industry«”) wraz z tłumaczeniem kluczowych zapisów, tak więc tutaj jedynie pokrótce przypomnę, iż uchwalony właśnie akt zobowiązuje Departament Stanu USA do monitorowania sytuacji w kwestii rozwiązań prawnych dotyczących zwrotu pożydowskiego mienia w poszczególnych krajach – w tym również w Polsce. Ponadto na Departament Stanu nałożono obowiązek sporządzenia w terminie 18 miesięcy stosownego raportu, a następnie przedstawiania Kongresowi cyklicznych sprawozdań odnośnie stanu prawnego i konkretnych działań w zakresie restytucji „niesłusznie przejętego” majątku. Oznacza to w praktyce wsparcie dyplomatyczne amerykańskiego rządu dla roszczeń rewindykacyjnych organizacji żydowskich. Ustawa jest pokłosiem konferencji „Mienie Ery Holokaustu”, jaka odbyła się w 2009 r. w Pradze i Teresinie, zakończonej przyjęciem „Deklaracji z Teresina” wraz ze stosownymi „zaleceniami ekspertów”. We wspomnianej konferencji wzięło udział 49 państw i 30 organizacji pozarządowych, a z ramienia Polski podpis pod „Deklaracją” złożył Władysław Bartoszewski – wówczas sekretarz stanu w kancelarii premiera Donalda Tuska.

Z naszego punktu widzenia najbardziej bulwersujący i niebezpieczny jest postulat „odzyskiwania” tzw. mienia bezdziedzicznego, które przeszło zgodnie z powszechnie przyjętą w cywilizowanych krajach praktyką na własność Skarbu Państwa. Ponieważ takie uroszczenie, sprowadzające się do uznania swoistej „plemiennej współwłasności” jest jawnym bezprawiem i próbą wymuszenia rozbójniczego, zadbano o stworzenie pseudohumanitarnych pozorów. Mienie bezdziedziczne mianowicie miałoby posłużyć sfinansowaniu „pomocy potrzebującym ofiarom Holocaustu”, „wspieraniu edukacji o Holocauście” oraz - uwaga - „do innych celów”. Jakież to są, te „inne cele”? A, to już wiedzą żydowskie hieny cmentarne z „przemysłu holokaust”, pragnące się pożywić na trupach swych zagazowanych współbraci, dla ratowania których podczas II wojny światowej nie kiwnęły nawet palcem. Warto przy okazji zapytać, ilu w USA żyje jeszcze pochodzących z Polski Żydów urodzonych do 1945 roku? Bo chyba tylko takie osoby podpadają pod kategorię „ofiar”? Czy ktoś przedstawił wiarygodne statystyki?

Kolejnym niepokojącym elementem jest zalecenie „ekspertów” z Teresina, by w procedurze rewindykacyjnej honorować „alternatywne formy dowodów własności” - bez sprecyzowania, jak owe „alternatywne dowody” miałyby wyglądać. Można sobie tylko wyobrazić czekające nas wykwity twórczej inwencji.


II. „Polacy, nic się nie stało”

W każdym razie, powyższy humbug prawny został jednomyślnie przyjęty przez Izbę Reprezentantów i wszystko wskazuje, że podpis prezydenta Trumpa jest jedynie formalnością. Stało się tak mimo desperackiej inicjatywy amerykańskiej Polonii, której przedstawiciele zorganizowali akcję odwiedzania biur kongresmanów i wskazywania na szkodliwość oraz prawny absurd ustawy. Jak widać jednak, amerykańscy politycy nie pozwalają się nikomu wyprzedzić w robieniu dobrze żydowskiemu lobby – zwłaszcza, jeśli miałoby się to odbyć cudzym kosztem. Dodajmy, że wspomniana akcja Polonii była całkowicie oddolna i przeprowadzono ją bez żadnego dyplomatycznego wsparcia ze strony polskich władz, które zresztą przez cały czas procedowania „JUST Act” - najpierw w Senacie, potem w Izbie Reprezentantów – konsekwentnie milczały.

To milczenie było wręcz szokujące, ale na nim nie koniec. Oto zaraz po uchwaleniu „ustawy 447” politycy obozu rządzącego wraz z częścią publicystów na wyprzódki rzucili się do przekonywania nas, że... właściwie nic się nie stało. Dowiedzieliśmy się, że dokument ma znaczenie „czysto symboliczne”, „niewiążące” i że amerykańskie prawo „nie obowiązuje w Polsce”. Tego typu zapewnienia usłyszeliśmy z ust bawiącego akurat w Stanach ministra Gowina, zaś towarzyszący mu minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz oświadczył korespondentowi PAP, iż nie przywiązywałby do tej ustawy „zbytniej wagi”, ponieważ... „Polska nie jest w niej wymieniona ani w nazwie, ani w treści”. Z kolei posłanka-publicystka Joanna Lichocka twardo podkreśliła w wypowiedzi dla telewizji wPolsce.pl, że „ta ustawa w żaden sposób nie ma wpływu na nasze ustawodawstwo i decyzje podejmowane przez polskie państwo, które jest państwem suwerennym”.

Innymi słowy, usłyszeliśmy starą śpiewkę spod znaku „nikt nie będzie dyktował nam ustaw”. Cóż, zważywszy jak się to skończyło ostatnim razem, przy okazji nowelizacji ustawy o IPN, tudzież wyrzucenia do kosza tzw. „dużej ustawy reprywatyzacyjnej”, to tak bardzo bym się z tą naszą „suwerennością” nie napinał. Rychło bowiem może się okazać, że nasz „strategiczny sojusznik” zmarszczy brwi i znów będziemy musieli nasze ustawodawstwo „konsultować” z państwami trzecimi – w imię zachowania „dobrych stosunków” rzecz jasna. Póki co bowiem, art. 55a Ustawy o IPN pozostaje de facto martwy, a sprawa reprywatyzacji została odłożona ad calendas graecas – i nikt nawet specjalnie nie ukrywa, że stało się tak za sprawą nacisków „żelaznego trójkąta” USA – Izrael – żydowska diaspora.

I tu właśnie leży główne niebezpieczeństwo związane z „JUST Act” - otwiera on bowiem dla amerykańskiej dyplomacji (koordynującej swe poczynania z organizacjami żydowskimi) drogę do zintensyfikowania nacisków na Polskę. A niedawne wydarzenia pokazały, że niewiele trzeba, by nas wystraszyć. W efekcie, już niedługo możemy być świadkami, jak polski parlament, jak najbardziej „suwerennie” przyjmuje „właściwe” rozwiązania odnośnie „restytucji mienia”, zgodnie z oczekiwaniami „holocaust industry”. I w ten oto sposób założenia „ustawy 447” znajdą swoje odzwierciedlenie w polskim porządku prawnym.


III. Czas szakali

Zresztą, np. Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego (WJRO - World Jewish Restitution Organization) nawet nie ukrywa, że właśnie taki jest jej cel – z jednej strony bowiem skutecznie wymusiła rezygnację z reprywatyzacji na naszych zasadach, z drugiej zaś, to właśnie ona stała za „ustawą 447”. Z jej inicjatywy również 59 amerykańskich senatorów wystosowało niedawno list do premiera Morawieckiego w sprawie zwrotu żydowskiego mienia. Dziś natomiast szef WJRO, Gideon Taylor, nie kryje swego zadowolenia, stwierdzając, iż ustawa „jest silnym dowodem niewzruszonego poparcia Ameryki dla tych, którzy przeżyli Holokaust w ich poszukiwaniu sprawiedliwości”.

Trzeba zaznaczyć, że WJRO kreująca się na samozwańczego spadkobiercę „mienia bezdziedzicznego”, to prawdziwa stugłowa hydra – jest to bowiem tzw. „organizacja-parasol” zrzeszająca pod swymi skrzydłami inne organizacje żydowskie, takie jak m.in. Światowy Kongres Żydów czy Agencja Żydowska, a z działających w Polsce – B'nai B'rith i American Jewish Committee (AJC). WJRO zasłynęła już swymi żądaniami wobec Polski, których spełnienie wg urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości kosztowałoby nasze państwo nawet 300 miliardów dolarów, czyli ok. biliona złotych. Warto mieć świadomość o jakie pieniądze toczy się gra – i że przy kwotach tego rzędu, ten kto ostrzy sobie na nie zęby nie cofnie się przed żadnym łajdactwem. A tu mamy do czynienia z istną hordą szakali, działającą niezmiennie wg pamiętnej zapowiedzi byłego sekretarza generalnego Światowego Kongresu Żydów, Israela Singera, że „jeżeli Polska nie spełni roszczeń Żydów, będzie publicznie atakowana i upokarzana na forum międzynarodowym”. Zatem już dziś powinniśmy się przygotować na kolejną światową operację dyfamacyjną, przy której poczynania osobników pokroju Grossa czy Grabowskiego będą się jawiły niczym wstępne utarczki harcowników. Aż boję się pytać, czy polski rząd w ogóle zdaje sobie z tego sprawę – o przygotowaniu do walki nie wspominając.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ustawa 447, czyli ofensywa „holocaust industry”

Gra o bilion złotych


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 18 (04-10.05.2018)

niedziela, 21 stycznia 2018

„Ustawa 447”, czyli ofensywa „holocaust industry”

Za podszyte strachem kunktatorstwo w kwestii żydowskich roszczeń majątkowych przyjdzie nam wkrótce słono zapłacić.

I. „Ustawa 447” na biurku Trumpa

W chwili gdy piszę te słowa, na biurku prezydenta Trumpa leży tzw. „ustawa 447” („Act S. 447”) uchwalona w grudniu ub.r. przez amerykański Kongres. Wszystko wskazuje na to, że prezydent tę ustawę podpisze, ponieważ elity polityczne USA nie pozwalają się nikomu wyprzedzić w gorliwości, jeśli chodzi o roszczenia żydowskie – a czynią to tym chętniej, że zaspokojenie owych pretensji odbędzie się cudzym (a konkretnie – naszym) kosztem. Warto zauważyć, że w mediach – i to zarówno „lewych”, jak i „prawych” - panuje na ten temat niemal idealna zmowa milczenia. Trochę szumu jest w internecie, w swoich felietonach alarm podnosił Stanisław Michalkiewcz, na łamach „Polski Niepodległej” wspominał o ustawie Grzegorz Braun, zaś w „Warszawskiej Gazecie” całkiem niedawno pisał o niej red. Jan Piński – ale poza tym cisza, potwierdzająca zasadę, że wielkie pieniądze lubią milczenie. A gdy w grę może wchodzić jeszcze podejrzenie o „antysemityzm”, co wiąże się z ryzykiem „śmierci cywilnej”, to już w ogóle komukolwiek odchodzi ochota do drążenia tematu.

W każdym razie, ustawa o nazwie „Justice for Uncompensated Survivors Today (JUST) Act of 2017” (w wolnym tłumaczeniu: „Sprawiedliwość dla dzisiejszych ocalałych, którzy nie doczekali się rekompensaty”) zobowiązuje amerykańskiego Sekretarza Stanu, by w przeciągu 18 miesięcy od wejścia w życie aktu przedstawił Kongresowi raport dotyczący stanu prawnego i polityk prowadzonych przez poszczególne kraje w zakresie identyfikacji i restytucji „niesłusznie przejętego lub przekazanego” pożydowskiego mienia. Owe „niesłuszne przejęcie” dotyczy „konfiskaty, wywłaszczenia, nacjonalizacji, wymuszonych sprzedaży lub transferów” do jakich doszło „w okresie ery Holocaustu lub w okresie rządów komunistycznych”. Powyższe obejmuje takie kwestie, jak:

  • zwrot prawowitemu właścicielowi każdej nieruchomości, w tym mienia religijnego lub komunalnego, która została bezprawnie zatrzymana lub przekazana”;

  • w przypadku braku możliwości zwrotu „zapewnienie porównywalnej własności zastępczej lub wypłatę godziwej rekompensaty prawowitemu właścicielowi zgodnie z zasadami sprawiedliwości i szybkim procesem administracyjnym opartym na roszczeniach”;

  • w przypadku mienia bezdziedzicznego (bezspadkowego) „zapewnienie majątku lub rekompensaty oraz pomocy potrzebującym ofiarom Holocaustu, w celu wspierania edukacji o Holokauście i do innych celów”;

  • Departament Stanu ma określić „zakres, w jakim w/w przepisy i zasady (dotyczące restytucji – PL) są wdrażane i egzekwowane w praktyce, w tym poprzez wszelkie mające zastosowanie procesy administracyjne lub sądowe”;

  • ponadto Departament Stanu ma „w miarę możliwości” zbadać „mechanizm i przegląd postępów w rozwiązywaniu roszczeń” wysuwanych przez „obywateli Stanów Zjednoczonych, którzy przeżyli Holocaust i członków rodzin ofiar Holocaustu będących obywatelami Stanów Zjednoczonych”.

Do tego, już po przedstawieniu powyższego raportu, „Sekretarz Stanu powinien nadal przekazywać Kongresowi sprawozdania o zasobach z czasów Holokaustu i kwestiach pokrewnych” odnośnie spraw zgłoszonych przed wejściem w życie ustawy.


II. Długi cień Teresina

A zatem, w najbliższym czasie zostaniemy przez naszego „strategicznego partnera” prześwietleni aż do kości - i jak łatwo się domyślić poczynione przez Departament Stanu ustalenia mogą stać się podstawą do wysuwania wobec Polski i innych krajów roszczeń majątkowych na gigantyczną skalę (w tzw. „przestrzeni medialnej” od lat przewija się kwota 65 mld. USD).

Koniecznie trzeba dodać, że „Act S.447” ma swoją długą historię – mianowicie, w sferze zainteresowania amerykańskiego Kongresu (co sformułowano w omawianej ustawie expressis verbis) znalazły się państwa uczestniczące w konferencji „Mienie Ery Holocaustu”, jaka odbyła się w czerwcu 2009 r. w Pradze i czeskim Teresinie z udziałem czterdziestu dziewięciu państw oraz trzydziestu organizacji pozarządowych. Podobnie jak dziś w kwestii „ustawy 447”, również i wtedy polskie media od lewa do prawa konsekwentnie milczały - z chlubnym wyjątkiem „Naszego Dziennika” i – o dziwo - „Wirtualnej Polski”, które starały się trzymać rękę na pulsie. Tak się składa, że opisywałem wówczas tę sprawę na swoim blogu i pamiętam doskonale jakie trudności miałem ze znalezieniem choćby podstawowych informacji.

Konferencja, na której polskiej delegacji przewodniczył Władysław Bartoszewski, zakończyła się sformułowaniem „zaleceń” przez afiliowanych przy niej „ekspertów” oraz tzw. „deklaracją z Teresina” m.in. powołującą z inicjatywy czeskiego rządu Europejski Instytut Spuścizny Zagłady (European Shoah Legacy Institute). „Zalecenia” były wprawdzie formalnie „niewiążące”, ale jeśli porównamy je z przytoczoną powyżej „ustawą 447”, to okazuje się, że właśnie zostały przełożone na język twardego i jak najbardziej obowiązującego prawa. Znajdziemy wśród nich zarówno konstatację o znacjonalizowanym majątku, jak i postulaty, by w miarę możności zwrócić go w naturze, bądź zapewnić mienie o równorzędnej wartości lub odszkodowanie – wszystko to znalazło odzwierciedlenie w „Act S. 447”.

Szczególnie bulwersująca z prawnego punktu widzenia jest rekomendacja „teresińskich ekspertów”, by w procesie restytucji mienia honorować bliżej nieokreślone „alternatywne formy dowodów własności”. Spróbujmy sobie wyobrazić, jak by to mogło wyglądać. Przychodzisz, Czytelniku, dajmy na to, do magistratu i mówisz – ta kamienica należała przed wojną do mojego dziadka. Urzędnik na to – a może Pan to udowodnić? Ty zaś z niezmąconym spokojem odpowiadasz – dysponuję „alternatywnym dowodem własności” w postaci mojego słowa honoru. A jeśli trzeba, to przedstawię jeszcze dwóch świadków – w końcu, jak powiadał Rejent Milczek, „nie brak świadków na tym świecie”.

Osobnym kryminałem są roszczenia wysuwane wobec mienia bezspadkowego – a wszak jest to przytłaczająca większość pożydowskiego majątku w Polsce. W kulturze prawnej łacińskiego kręgu cywilizacyjnego, opartego na prawie rzymskim, takie mienie przypada zawsze Skarbowi Państwa, tymczasem organizacje żydowskie proponują formułę opartą na plemiennej „współwłasności”, pozwalającej im rościć sobie pretensje do majątku zmarłych bezpotomnie Żydów. Na takiej samej zasadzie np. Kongres Polonii Amerykańskiej mógłby wysuwać roszczenia do mienia zmarłych bezpotomnie Polaków. Hucpa w czystej postaci, która teraz za sprawą „ustawy 447” zostanie przekuta w obowiązujące prawo.


III. Cena „strategicznego sojuszu”?

Oczywiście, tak dziś, jak i w 2009 r. temat „restytucji mienia” cieszył się poparciem amerykańskich czynników politycznych – stosowny apel skierowany do władz Polski i Litwy wysmażyło wówczas 25 kongresmenów, zaś na czele delegacji na prasko-teresińską konferencję stanął z ramienia Departamentu Stanu ówczesny członek Komisji Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów Robert Wexler. Co ciekawe, szerokim łukiem omija się sprawę mienia pożydowskiego z terenów należących dziś do Rosji – milczą o nim zarówno Żydzi, jak i amerykańscy politycy.

Nasuwa się tu retoryczne pytanie, czy podobne kroki – naciski, jawnie wroga ustawa wspierająca bezprawne uroszczenia - podejmuje się wobec zaprzyjaźnionego państwa? Czy ubrany w pozory legalności rabunek ma być ceną za „strategiczny sojusz” z USA i „ekskluzywne stosunki” z Izraelem animowane na naszym gruncie przez „przyjaciela Polski” Jonny Danielsa? No i przede wszystkim – co na to nasze władze? W grudniu 2017 ze stosowną interpelacją zwrócił się do MSZ poseł Robert Winnicki – i póki co, odpowiedzią jest głucha cisza.

Generalnie, mści się tutaj wieloletnie chowanie głowy w piasek i udawanie, że nie ma problemu. Władysław Bartoszewski podpisał się pod ustaleniami konferencji, być może licząc, że sprawa „rozejdzie się po kościach”. Jak widać, nie rozeszła się – zbyt wielkie pieniądze leżą na stole. I wiele wskazuje, że za to podszyte strachem kunktatorstwo przyjdzie nam wkrótce słono zapłacić.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Miliardy do Izraela

Miliardy do Izraela – ciąg dalszy

Miliardy do Izraela – eureka!

Finansowe HEART Izraela


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 03 (19-25.01.2018)