Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolaboracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolaboracja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 lutego 2018

Hucpa - reaktywacja

Motto: „Z ogromną większością Żydów trudno o stosunkach między naszymi narodami dyskutować, bo najwyraźniej są przekonani, że Wielka Zagłada wyłączyła ich raz na zawsze spod wszelkiej krytyki” - prof. Bogusław Wolniewicz


I. Awantura o kwiaty

Już się wydawało, że „shitstorm” rozpętany na tle nowelizacji ustawy o IPN przygasa i będzie się można zająć spokojniejszą tematyką – a tu nic z tego. Wszystko za sprawą wizyty Mateusza Morawieckiego w Niemczech. Premier wziął wprawdzie udział w Konferencji Bezpieczeństwa z udziałem prominentnych przedstawicieli krajów UE i NATO, ale któż by się przejmował tak drugorzędnymi sprawami. Z pewnością nie portal „Agory” dla którego głównym newsem było złożenie kwiatów w Monachium na grobach żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Z miejsca przypomniano rzekomą kolaborację Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami i zwalczanie komunistycznej partyzantki.

Przypomnijmy więc dla porządku, że owa „komunistyczna partyzantka” to byli w przytłaczającej większości kolaboranci Moskwy, którzy nie walczyli bynajmniej o wolną Polskę, lecz o narzucenie jej komunizmu w jego najbardziej zbrodniczej, stalinowskiej postaci. Rekrutowała się w znacznej mierze z przestępczego marginesu – były to po prostu zbrojne bandy rabunkowe, które zwerbowała pod swe czerwone sztandary sowiecka agentura w zamian za obietnicę bezkarności. Prócz gwałtów na cywilnej ludności (np. mord w Drzewicy popełniony przez bandę Izraela Ajzenmana), komunistyczna partyzantka zajmowała się zwalczaniem niepodległościowego podziemia, nie cofając się przed donosami do Gestapo. W obliczu nadciągającej Armii Czerwonej i nieuchronnej sowietyzacji kraju, Brygada Świętokrzyska miała jedyne rozsądne wyjście – dogadać się z Niemcami, zawrzeć taktyczny rozejm i przedostać się na Zachód, co też z powodzeniem uczyniła, wyzwalając po drodze obóz koncentracyjny w Holiszowie i kilkaset żydowskich kobiet. Niemcy wprawdzie wiązali z BŚ swoje nadzieje – chcieli wykorzystać tę formację w charakterze dywersantów na froncie wschodnim, lecz z planów tych nic nie wyszło, bo dowódcy NSZ doskonale zdawali sobie sprawę, gdzie przebiega granica zdrady i nigdy jej nie przekroczyli. Ale cóż, zawsze powtarzałem, że dzisiejsi duchowi (a czasem i „genetyczni”) spadkobiercy KPP zwyczajnie nie mogą darować Brygadzie, że udało jej się umknąć z rąk różnych Stefanów Michników - i dziś tę opinię podtrzymuję.


II. Antypolska hucpa

Lecz ujadanie wokół kwiatów na grobach żołnierzy NSZ było tylko przystawką przed daniem głównym – mianowicie, premier Morawiecki w odpowiedzi na pytanie żydowskiego dziennikarza „New York Timesa” o nowelizację ustawy o IPN odpowiedział, że oczywiście nie będzie karane mówienie prawdy o polskich sprawcach, którzy wydawali bądź mordowali Żydów – podobnie jak o sprawcach żydowskich, rosyjskich i ukraińskich. No i rozpętała się kolejna odsłona aż za dobrze nam znanej hucpy. Premier „Bibi” Netanjahu zapowiedział, że sobie z Morawieckim „porozmawia”, media po raz kolejny dostały histerii na tle rzekomego „negowania holokaustu”, Światowy Kongres Żydów zażądał przeprosin, a izraelscy politycy na wyścigi zaczęli się domagać obniżenia rangi relacji dyplomatycznych z Polską, bądź wręcz zerwania stosunków. Przekornie powiem, że to ostatnie zresztą nie byłoby takie złe – przynajmniej Izrael i środowiska żydowskie straciłyby istotny instytucjonalny kanał do wywierania na Polskę presji co do kształtu naszego ustawodawstwa.

Stronie żydowskiej poszło oczywiście o wymienionych przez Morawieckiego „żydowskich sprawców”, których istnienie wszak nie jest tajemnicą co najmniej od czasów „Eichmanna w Jerozolimie” Hannah Arendt (ot, weźmy taki fragment: „Zarówno w Amsterdamie, jak w Warszawie, w Berlinie tak samo jak w Budapeszcie można było mieć pewność, że funkcjonariusze żydowscy sporządzą wykazy imienne wraz z informacjami o majątku, zagwarantują uzyskanie od deportowanych pieniędzy na pokrycie kosztów ich deportacji i eksterminacji, będą aktualizować rejestr opróżnionych mieszkań, zapewnią pomoc własnej policji w chwytaniu i ładowaniu Żydów do pociągów, na koniec zaś - w ostatnim geście dobrej woli - przekażą nietknięte aktywa gminy żydowskiej do ostatecznej konfiskaty”). Czyżby gardłujący dziś Żydzi nie słyszeli o Chaimie Rumkowskim, „dyktatorze” łódzkiego getta i jego zbrodniczych rządach? A może należy ocenzurować książkę Arendt, bo ośmieliła się napisać zbyt wiele? Najwyraźniej, jak to ujął w TVP Info rabin Szalom Ben Stambler dociskany o żydowskich kolaborantów, „to nie przechodzi do żadnej rubryki”.

Do powyższej sytuacji jak rzadko pasuje opis święta Purim przytaczany przez dr Ewę Kurek – otóż podczas tego święta obchodzonego na pamiątkę zgładzenia perskiego dostojnika Hamana, rabin wpierw odczytuje głośno wszystkie wyrządzone Żydom przez Hamana krzywdy, by następnie szeptem opowiedzieć o żydowskim odwecie w wyniku którego wg przekazu biblijnego śmierć poniosło 75 tys. Persów. Przekaz jest jasny: o żydowskich krzywdach należy krzyczeć aż pod niebo, lecz o żydowskich zbrodniach – cicho sza. A już w ogóle nie do pomyślenia jest, by mówili o tym jacyś goje - natomiast Żydzi mogą wprawdzie poruszać „trudne” tematy, lecz jedynie we własnym gronie i najlepiej szeptem. Jak widać, ta zasada wciąż obowiązuje, szczególnie w kontekście holokaustu i roli jaką odegrali w nim żydowscy kolaboranci. Nie bez przyczyny tacy autorzy jak wspomniana Hannah Arendt, nie mówiąc już o Normanie Finkelsteinie, są w społeczności żydowskiej poczytywani za odszczepieńców.


III. Jak wojna, to wojna

Zupełnie inaczej jest u nas – tutaj do niedawna im ktoś głośniej krzyczał o polskiej „współodpowiedzialności” za holokaust, tym większego rozgłosu i splendorów mógł się spodziewać, czego ponurym świadectwem stała się kariera Jana Tomasza Grossa. Również i dziś na wieść o słowach premiera Morawieckiego wiodące media obozu III RP ukształtowane w duchu „pedagogiki wstydu” dostały galopującej biegunki. Biadoleniom o utracie przez Polskę międzynarodowej reputacji nie ma końca. Wychodzi na to, że polskiej reputacji wielce szkodzi odkłamywanie historii i mówienie prawdy, a z drugiej strony - nic tak nie umacnia naszego prestiżu, jak przyznawanie się do niepopełnionych zbrodni. I pomyśleć, że kolejne ekipy rządzące kierowały się tą chorą logiką przez niemal trzydzieści lat... Warto tu przypomnieć o takich „sukcesach” naszej dyplomacji, jak organizowanie w ambasadach pokazów „Idy” i „Pokłosia”. Przy jednej z tego typu okazji – prezentacji „Pokłosia” podczas waszyngtońskiego Festiwalu Filmów Żydowskich w 2014 r. – ówczesny ambasador w USA Ryszard Schnepf raczył się wyjęzyczyć: „Pokłosie to film, który pokazuje jak w uczciwy sposób powinniśmy się zmierzyć z trudnymi i nie zawsze chwalebnymi momentami przeszłości naszego kraju”. To dopiero było podniesienie naszej międzynarodowej renomy! Nic dziwnego, że świat przyzwyczajony do polskiego samobiczowania uznał, że można z nami zrobić wszystko – a teraz przeżywa szok poznawczy.

No, ale skoro ten szok już nastąpił, to można go pogłębić wyprowadzając kolejne ciosy obezwładniające przeciwnika na arenie propagandowej. Nie łudźmy się, nie pomoże nam żadne konsultowanie ustaw ze stroną żydowską i uwzględnianie jej postulatów – co ów pokaz naszej wrażliwości przyniósł, właśnie widzimy. Podobnie rzecz się ma z powołaniem operetkowego zespołu ds. „dialogu prawno-historycznego” - sami stwarzamy w ten sposób okazję do wywierania na nas nacisków. Trzeba pójść drogą bezwzględnego punktowania strony przeciwnej. O konieczności wznowienia ekshumacji w Jedwabnem i przyszpileniu urojeń Grossa, już tu niedawno pisałem. Kolejnym krokiem powinno być upublicznienie na forum międzynarodowym udziału Żydów (często kierowniczego) w komunistycznym aparacie represji wraz z informacją o bestialstwach, jakich dopuszczali się na polskich patriotach i ochronie, jaką część z nich znalazła w Izraelu. Jeśli Żydzi chcą z nami wojny, to powinni ją dostać.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 08 (23.02-01-03.2018)


środa, 21 sierpnia 2013

Realizm kolaborantów

Realizm proponowany przez zwolenników Zychowicza jest realizmem kolaborantów. W ten sposób całe tabuny zdrajców uwiarygadniały swe postępowanie.

I. Realiści na pasku

W dyskusji, która toczy się wokół książki Piotra Zychowicza „Obłęd 44” dostrzegam zarówno w wypowiedziach autora jaki i wśród jego zwolenników pewien niepokojący ton. Oto Powstanie Warszawskie miało być skazanym na klęskę, szaleńczym zrywem grupy nieodpowiedzialnych przywódców-żołdaków, którzy dla własnych, utopijnych mrzonek, tudzież rozdętego do absurdu poczucia honoru, doprowadzili do ruiny Warszawy i hekatomby ludności cywilnej. A przecież wystarczyło się nie mieszać i poczekać aż Hitler ze Stalinem rozstrzygną losy Polski między sobą, samemu koncentrując się na „ratowaniu substancji narodowej” (jak?!). Albo, jeszcze lepiej, dogadać się wcześniej z Niemcami i pójść na Sowietów.

Jest to myślenie dość charakterystyczne i (oprócz ostatniego punktu, czyli sojuszu z Hitlerem) przewijało się ono dotąd w co najmniej trzech grupach krytyków Powstania Warszawskiego. Pierwszymi byli oczywiście komuniści, którzy potępiali warszawską krwawą „awanturę”, rozpętaną na zlecenie „jaśnie panów z Londynu”. Od zarania PRL-u na przywódców Polski Podziemnej wylewano tony propagandowego plugastwa – wiemy dlaczego, pamiętamy, zatem nie ma co teraz szczegółowo tego roztrząsać.

Grupą drugą, czynną do tej pory, choć na marginesie, są post-endeccy „realiści” z PAX-u, tudzież „narodowi komuniści” z ZP „Grunwald”, współtworzący tzw. „endokomunę” oraz ich współcześni pogrobowcy ze środowiska „Myśli Polskiej”, czy konserwatywnych monarchistów od Adama Wielomskiego. Ci z kolei uczynili sobie z „realizmu” rodzaj listka figowego i totemu, mającego przesłonić/usprawiedliwić ich kolaborację z komuną i Sowietami, kiedy to z łaski Iwana Sierowa otrzymali monopol na „koncesjonowany patriotyzm”. Obecnie zaś ów „realizm” służy im jako uzasadnienie bezkrytycznie promoskiewskiej, naznaczonej panslawizmem, linii politycznej. Pisałem o nich w tekście „Realiści z moskiewskiej łaski”.

Trzecia grupa wreszcie, to salonowszczyzna, dla której uderzanie w pamięć o Powstaniu Warszawskim stanowi element „anty-polityki historycznej” mającej na celu uczynienie z Polaków zbiorowiska podatnych na manipulację, zatomizowanych i wykorzenionych klonów bez tożsamości - przepełnionych poczuciem wstydu i kompleksem niższości wobec elit IIIRP oraz ich brukselskich mocodawców. Tymi z kolei zająłem się w notce „Powstanie Warszawskie kontra Bogowie Demokracji”.

II. W poszukiwaniu patrona

Tak mniej więcej przedstawiało się to do niedawna. Obecnie jednak obserwujemy, wraz z ofensywą niemieckiej polityki historycznej, formowanie się kolejnej, czwartej grupy, nominalnie odwołującej się do „realizmu”, a de facto pozostającej pod wpływem narracji powstającej w Berlinie. Zwiastunem tej nowej tendencji jest Piotr Zychowicz, autor „Paktu Ribbentrop-Beck” oraz właśnie wydanego „Obłędu 44”. Zwróćmy uwagę, że wszystkie wymienione tu środowiska w zasadzie używają tego samego zestawu „antypowstaniowych” argumentów, co najwyżej nieco inaczej rozkładając akcenty, choć robią to w interesie różnych patronów, w zależności od tego gdzie im politycznie i ideologicznie bliżej – do Moskwy, Brukseli lub Berlina. Jednak Zychowicz postępuje o krok dalej, czyniąc z AK stalinowskich kolaborantów – tego jeszcze nie grali...

Nie będę tu wnikał, czy Zychowicz jest niemieckim agentem wpływu, czy tylko pożytecznym idiotą, któremu się wydaje, że oto odkrył świętego Graala polskiej racji stanu. Jestem nawet gotów przyjąć, że działa szczerze i w poczuciu narodowej misji. Nie ma to znaczenia. Znaczenie natomiast ma co innego: otóż, dylemat, czy iść z Ruskimi na Szkopów, czy ze Szkopami przeciw Ruskim, jest dylematem fałszywym, bowiem interesy obu mocarstw w odniesieniu do Europy Środkowej, ze szczególnym uwzględnieniem Polski, są idealnie zbieżne. Chodzi o to, by w tej części kontynentu nie powstało nic mogącego choćby potencjalnie zagrozić ich dominującej pozycji. Teza o rosyjsko-niemieckim kondominium jest jak najbardziej zasadna i dotyczy całości naszego regionu. Oba państwa mogą od czasu do czasu wziąć się za łby przy podziale łupów, lecz generalnych pryncypiów to nie zmienia.

Dopóki sami nie staniemy mocno na własnych nogach, a nie na protezach pożyczanych od kolejnych geopolitycznych protektorów, sytuacja ta nie ulegnie zmianie. Tymczasem odnoszę wrażenie, że oto mamy do czynienia z próbą wyszukania sobie nowego patrona: po Moskwie, Stanach Zjednoczonych i Brukseli, ktoś doszedł do wniosku, że może tym razem warto by postawić na Niemcy, skoro i tak są obecnie hegemonem Europy. To ślepy zaułek i strata cnoty bez zarobienia choćby rubla (czy euro). Niemcy miałyby pozwolić, by pod ich patronatem wyrosła silna, niezawisła Polska? Wolne żarty.

III. Realizm kolaborantów

Literacką działalność Zychowicza na niwie historycznej publicystyki odczytuję właśnie w tych kategoriach – szukania sponsora, zaś przesłanie jest oczywiste. Mamy do czynienia z nastręczaniem się w charakterze sojusznika-satelity, w tym przypadku w zakresie propagandy historyczno-symbolicznej. Jak wspomniałem wyżej, jestem nawet gotów przyjąć, że motywacją Zychowicza i jego zwolenników (np. Ziemkiewicz, Cenckiewicz) są – jakkolwiek kuriozalnie by to zabrzmiało - pobudki patriotyczne. Oni naprawdę mogą sądzić, iż strategiczny sojusz z Niemcami leży w polskim interesie. Odnajduję tu echa działalności i poglądów Władysława Studnickiego (tak, była również i pro-niemiecka endecja ;) ) I tu wracamy, do tak chętnie podnoszonego przez przeciwników Powstania – i generalnie, wrogów tradycji insurekcyjnej – realizmu.

Otóż, ten realizm – czy to w wydaniu komunistów, „endokomuny”, salonowszczyzny, czy też Zychowicza i spółki – jest realizmem kolaborantów. W ten sposób na przestrzeni naszej historii całe tabuny zdrajców uwiarygadniały swe postępowanie, co trafnie odczytał Sienkiewicz wkładając w usta Janusza Radziwiłła „państwowotwórczą” perorę, którą magnat uwiódł Kmicica. Świeższym przykładem jest „realistyczna” argumentacja Jaruzelskiego mająca usprawiedliwić wybór „mniejszego zła”. Inni z kolei zapętlali się w nierozwiązywalne dylematy, jak margrabia Wielopolski. Zaś wynikiem mogło być tylko postępujące uzależnienie i „żadnych mrzonek, panowie” w odpowiedzi na uniżone postulaty. Boleśnie przekonał się o tym choćby Roman Dmowski podczas swej działalności w rosyjskiej Dumie.

Na zakończenie dodam jeszcze, że wbrew pozorom, Powstanie Warszawskie jest w przesłaniu „realistów” najmniej istotne. Nie byłoby Powstania, to znaleziono by coś innego w charakterze kija mającego wbić nam do głów „realizm” ubrany w szaty kolaboranckiej logiki dziejów. Może pisano by, że nieodpowiedzialni awanturnicy z „Solidarności” sprowadzili na Polskę widmo sowieckiej interwencji i noc stanu wojennego. Albo rozwodzono się nad bezsensem „bohaterszczyzny” Żołnierzy Niezłomnych. Bowiem w proponowanej nam optyce każde wystąpienie przeciw opresji i przemocy silniejszego jest obarczonym ryzykiem „obłędem”, zaś najlepsze co można zrobić to skorzystać z okazji, żeby siedzieć cicho.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/realisci-z-moskiewskiej-laski

http://niepoprawni.pl/blog/287/powstanie-warszawskie-kontra-bogowie-demokracji

środa, 17 kwietnia 2013

Postkolonialny kulturkampf

Medialny mainstream Polski i Niemiec funkcjonuje w idealnej symbiozie – media obu krajów realizują niemiecki interes narodowy.

I. Drugie życie „Pokłosia”

Już wydawało się, że po kinowej klapie „Pokłosia” Pasikowskiego, na które to dzieło by uchronić je przed frekwencyjnym blamażem postanowiono jesienią zeszłego roku naganiać warszawską dziatwę szkolną, będziemy mogli od tego gniota odetchnąć. Jednak nie. Jakoś tak przed Wielkanocą bowiem mignęła mi w którejś z mediodajni reklama zachwalająca premierę na DVD – w formie dodatku do dwóch czasopism: plotkarskiego dwutygodnika „Gala” i miesięcznika „Focus”. Jest to o tyle niezwykłe, że do kolportażu pod postacią gazetowych dodatków przeznacza się na ogół filmy trzeciej świeżości – takie, które zarobiły już swoje w kinach i jako samodzielne wydawnictwa DVD. Najwyraźniej jednak sytuacja producenta jest na tyle rozpaczliwa, że zdecydował się sięgnąć po koło ratunkowe.

Osobną ciekawostką jest, kto te koło ratunkowe rzucił. Otóż zarówno „Gala”, jak i „Focus” należą do niemieckiego wydawnictwa Gruner+Jahr Polska, które z kolei jest częścią medialnego koncernu Bertelsmanna. Ponieważ Niemcy potrafią liczyć pieniądze, więc jakoś nie przypuszczam, by za tym gestem stała czysto biznesowa kalkulacja – no bo w końcu ilu lemingów wyceluje prawie 30 zł, na „Galę” z filmem, którego nie chcieli wcześniej oglądać w kinach? Osobiście sądzę, że w ten sposób symbolicznie wynagrodzono twórcę, który w odpowiednim momencie spełnił zapotrzebowanie niemieckiej polityki historycznej. I niech nikt mi nie mówi, że Bertelsmann to firma prywatna, tak się bowiem składa, że nawet najprywatniejsze z prywatnych niemieckich mediów by mieć prosto na dzielnicy starają się odczytywać mądrość etapu, a obecną mądrością etapu w Niemczech jest rozmywanie odpowiedzialności za holocaust i II Wojnę Światową oraz stopniowe przerzucanie w zbiorowej świadomości winy na Polskę. Pasikowski jako stary wyjadacz jest z pewnością tego świadom, nie od rzeczy byłoby również nadmienić o łatwo zauważalnej fascynacji reżysera teutońską tężyzną (zwróćmy uwagę, ilu „macho” w jego filmach nosi niemiecko brzmiące nazwiska).

II. Dzieci Szczypiorskiego

I tu docieramy do szerszego problemu, jakim jest kolaboracja naszych elit z różnymi zagranicznymi ośrodkami dyspozycyjnymi, sugerującymi w mniej lub bardziej zawoalowany sposób polskim twórcom, politykom, dziennikarzom swoją agendę i sposoby ujęcia poszczególnych tematów. Czynią to z reguły pod płaszczykiem „europejskości”, która to „europejskość”, tak się składa, każdorazowo zgodna jest z optyką niemiecką. Ludzie, którzy na to idą, stają się po prostu wyrobnikami obcego przemysłu propagandowego. Cel jest jeden: utrzymanie Polaków w poczuciu niższości i postkolonialnego zakompleksienia kulturowo-cywilizacyjnego wobec „metropolii”. O Pasikowskim była mowa wyżej, podam jeszcze dwa dość charakterystyczne przykłady.

Przykładem z branży prasowej może być postać dyżurnego dziennikarza „Wyborczej” od spraw niemieckich – Bartosza T. Wielińskiego. Niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę, ale chyba nigdy nie zetknąłem się z tekstem tego człowieka, w którym w jakiejkolwiek spornej sprawie między Polską a Niemcami wziąłby stronę Polski. Z reguły pan ten konstruuje swoje artykuły na zasadzie, że jesteśmy jak zwykle przewrażliwieni – że, dajmy na to, Jugendamty i wynaradawianie dzieci z mieszanych małżeństw to sprawa marginalna i nie ma co dramatyzować, a „polskie obozy koncentracyjne” to zaledwie edytorskie wpadki, bo przecież „każdy wie”, że chodziło jedynie o określenie geograficznej lokalizacji... – i tak dalej.

Nie inaczej było po emisji przez niemiecką telewizję publiczną ZDF serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Przypomnijmy, że mamy w nim do czynienia z korelacją sentymentalnie przedstawionego „uwikłania” tzw. „zwykłych Niemców” w hitleryzm z paszkwilem na „polskich antysemitów” z AK. Wieliński staje na uszach, by zbagatelizować sprawę - że serial miałki, banalny, kiczowaty, a fragmenty o AK są jedynie skutkiem ignorancji i z pewnością nikt nie chciał zrobić nam krzywdy. A może jednak jest tak, że twórcy naczytali się promowanego przez „Wyborczą” Grossa, dowiedzieli się o filmie Pasikowskiego i uznali, że już mogą sobie na podobne wyczyny pozwolić? Warto też zapoznać się z wywiadem którego prof. Bogdan Musiał udzielił tygodnikowi „Sieci”, w którym opisał jak został przez ZDF poproszony – jeszcze przed ostatecznym montażem serialu – o historyczną konsultację. Prof Musiał usiłował sprostować co większe brednie, lecz oczywiście jego uwag nie uwzględniono, co raczej rozwiewa wszelkie wątpliwości co do intencjonalności poczynań niemieckiej telewizji. Ale tego od pana Wielińskiego już się nie dowiemy.

Czasami tego typu podejście rodzi istne kurioza. W zeszłym roku znajomy z redakcji Niepoprawnego Radia PL przesłał mi przedrukowany w „Forum” swoisty donos, jaki publicysta „Polityki” Adam Krzemiński opublikował w „Suddeutsche Zeitung”. Był to tekst zatytułowany „Gdyby Hitler nie miał wąsów” i sprowadzał się w zasadzie do steku kretyńskich oszczerstw wygłoszonych pod adresem współczesnej polskiej literatury political fiction. Autor używając określeń typu „narodowi konserwatyści z Warszawy” jedzie równo po megalomańskich, mocarstwowych, ksenofobicznych i na dodatek warsztatowo wtórnych projekcjach polskich autorów (Marcin Wolski, Marcin Ciszewski, Dariusz Spychalski), przedstawiających – o zgrozo - alternatywne historie w których Polska jest liczącym się państwem i nie dostaje od wszystkich po tyłku. Zacytuję dwie próbki stylistyki w jakiej utrzymany jest tekst Krzemińskiego: „po 1989 roku trywialna political fiction nastawiła się na bezpośrednie obsługiwanie historycznych traum czytelników, kompleksów niższości, chęci odwetu i lęków przed przyszłością"; „Fabuła tej niesmacznej bredni jest straszliwie poplątana, ale przekaz prosty: i ty możesz sobie pomarzyć, że jesteś zwycięskim mocarstwem" (to o powieści „Wallenrod” Wolskiego).

I tu zagwozdka – Krzemiński miał zamówienie na akurat taki tekst do niemieckiej prasy, czy sam z siebie chciał się popisać donosicielską gorliwością, by ostrzec Niemców jakież to demony czają się w czeluściach polskiego ideowego interioru? Jak by nie patrzeć, nie jest pierwszy – szlaki przetarł jeszcze za komuny Andrzej Szczypiorski fetowany w Niemczech za obsmarowywanie kołtuńskich i antysemickich Polaków. Zapewne – gdziekolwiek teraz jest – musi być dumny widząc swych obecnych naśladowców.

III. Postkolonialny kulturkampf

Można rzec, że medialny mainstream Polski i Niemiec funkcjonuje w idealnej symbiozie – media obu krajów realizują niemiecki interes narodowy. Trzeba tu dodać, że brzęczący jurgielt, tłumaczenia, fuchy w niemieckiej prasie, czy posady i granty z niemieckich fundacji zapewne nie są jedyną motywacją dla zaangażowania się w ten postkolonialny kulturkampf. Przypuszczam, że równorzędną rolę gra tu poczucie niższości, wobec cywilizacyjnej metropolii i przemożna chęć uchodzenia za „europejczyków” - połączone ze strachem i pogardą żywioną wobec polskiego „zaścianka”, który należy ucywilizować – nawet za cenę wyzbycia się narodowej tożsamości.

Ta podszyta służalczością wobec możnych patronów ojkofobiczna gotowość do utrzymywania ludności tubylczej w stanie mentalnego niewolnictwa jest równie groźna, co hegemonia polityczna czy gospodarcza. Sprawia bowiem, że psychicznie obezwładniony naród nie ma sił i woli by walczyć o swe interesy. W ten sposób buduje się społeczny grunt pod rekolonizację. Tworzy się atmosferę przyzwolenia na zdradę i obcą dominację na zasadzie – „skoro jesteśmy do niczego, nic nie potrafimy, to może faktycznie lepiej, gdy będą rządzić tu Niemcy – przynajmniej będzie porządek”. I nie wierzę, by robiący za liderów opinii jurgieltnicy ze świata mediów i kultury nie zdawali sobie sprawy z tych oczywistych współzależności.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

środa, 1 sierpnia 2012

„Realiści” z moskiewskiej łaski

„Endokomunie”, oraz jej dzisiejszym następcom, odmawiam prawa do debaty nad polską tradycją powstańczą, a nad Powstaniem Warszawskim w szczególności.

I. „Realiści” ze stajni Sierowa

Zawsze w okolicach kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego uaktywnia się pewien szczególny typ jego krytyków. Nie twierdzę, rzecz jasna, że o zasadności Powstania nie należy dyskutować – spór o polską tradycję insurekcyjną jest wszak jedną z „odwiecznych” polskich debat, toczoną już od XIX stulecia – aczkolwiek zajęcie to uważam za dość jałowe. Obie strony poruszają się w obszarze wciąż tych samych argumentów, co najwyżej badania historyczne dostarczyć mogą nowych szczegółów na poparcie jednego, czy drugiego stanowiska. Osobiście uważam, że są to dylematy nierozwiązywalne – zwolennicy wskazywać będą na sytuację, która spowodowała wybuch kolejnych powstań i kalkulacje, które temu towarzyszyły, przeciwnicy – na tragiczne koszta przegranych zrywów. I tak się to kręci od przeszło stulecia. Nie będę rozstrzygał tu racji, gdyż na poparcie obu stanowisk można znaleźć równie poważne argumenty.

Jednakże, jak wspomniałem przed chwilą, jest wśród strony „krytycznej” pewien szczególny typ, który napawa mnie wyjątkowym obrzydzeniem. To tzw. „realiści” uważający się za spadkobierców tradycji endeckiej i Romana Dmowskiego, a którzy ten krytyczny wobec insurekcjonizmu nurt polskiej myśli politycznej doprowadzili do skrajnej karykatury, czyniąc zeń pozór moralnego uzasadnienia dla swej kolaboracji z sowietami z łaski Sierowa w latach komuny, co dziś znajduje przełożenie na bezkrytyczne rusofilstwo. Co ciekawe, ten „realizm” aktywizuje się u nich tylko gdy przychodzi do plucia jadem na powstańcze tradycje przy okazji kolejnych rocznic i gdy trzeba jakoś uzasadniać służalczą postawę wobec Rosji, czy wcześniej – Sowietów. W pozostałych przypadkach „realizm” ów nie przeszkadza im bredzić o „słowiańskim braterstwie krwi”, czy oplatających świat rozlicznych, z reguły żydomasońskich, spiskach.

II. Spadkobiercy endokomuny

Mówię tu rzecz jasna o pogrobowcach Bolesława Piaseckiego i jego PAX-owskiej, kolaboranckiej formacji, tudzież „narodowych komunistów” z niegdysiejszej stajni Albina Siwaka i Gontarza, ZP „Grunwald” Bohdana Poręby, wcześniej zaś – Mieczysława Moczara (vel Mykoły Demko, lub Diomko). Formacja ta określana ogólnym mianem „endokomuny” wciąż funkcjonuje w życiu publicznym, robiąc za moskiewską agenturę wpływu na prawicy. I doprawdy, nie ma tu znaczenia, czy są zadaniowani i opłacani, czy też robią to, co robią, z przekonania, tudzież własnej i nieprzymuszonej woli. Ich skrajnie jadowity stosunek do Powstania Warszawskiego, czy do powstań narodowych jako takich, ma bowiem jedną podstawową funkcję: jest to gra w interesie Moskwy – bandyckiego mocarstwa, które było wrogiem polskiej suwerenności co najmniej od czasów Iwana Groźnego i doktryny zbierania ziem ruskich aż do „Białej Wody” (czyli – Wisły), co znalazło urzeczywistnienie przy okazji rozbiorów, potem komunizmu, obecnie zaś - po krótkim okresie względnej „pieredyszki” - przybiera postać przekształcania „Priwislańskiego Kraju” we współdzieloną z Niemcami strefę wpływów – kondominium.

Tu uwaga na marginesie – nie można być jednocześnie wrogiem Niemiec i przyjacielem Rosji, jak usiłuje się przedstawiać „endokomuna”, a to z tego prostego powodu, iż w sprawie Polski interesy obu krajów są idealnie zbieżne i nam wrogie. Niemcy i Rosja mogą się co najwyżej na chwilę pokłócić o zakres wpływów w „strefie buforowej”, ale co do generaliów są w kwestii polskiej zgodne: nie może tu powstać żaden liczący się organizm państwowy. Lekcją poglądową takiego podejścia był stosunek obu naszych Wielkich Braci do rządów PiS i prezydentury Lecha Kaczyńskiego, kiedy to Polska usiłowała prowadzić suwerenną politykę w regionie.

Tych moskiewskich „gawnojedów” z endokomuny spotkać można w różnych miejscach internetu – na „narodowych” portalach, lub też w kręgach „konserwatystów” umoczonych w PAX-owskie zaszłości. Klinicznym przykładem jest tu portal „konserwatyzm.prl” i takie postaci jak Jan Engelgard, czy Adam Wielomski – wielbiciele junty Jaruzelskiego i autorzy płomiennych „adresów” do Władymira „katechona” Putina, ale jest tego tałatajstwa znacznie, znacznie więcej. Ostatnio np. na Niepoprawnych przyplątał się (STĄD) jeden z przedstawicieli tej „szkoły” w postaci użytkownika „p.e. 1984” (czyli „Palmer Eldritch 1984”, bo i pod takim nickiem występuje w necie – też sobie, cholera, Dickowsko-Orwellowski przydomek wybrał), który uraczył nas całą propagandową serią (np. TU i TU), rok wcześniej był niejaki xiazeluka – syntezę jednego i drugiego znajdziemy TUTAJ.

III. Odmawiam prawa

Endokomuniści po dziś dzień powtarzają antypolskie manipulacje ukute w sowieckich i PRL-owskich kuźniach propagandowych, dorzucając od siebie „realistyczną” retorykę, często–gęsto wzbogacaną „rozporkowym patriotyzmem” i z tego co widać – wychowują kolejne pokolenie następców zaczadzonych panslawistyczno-rusofilskimi miazmatami. To, co przez PAX-owców zostało wymyślone dla usprawiedliwienia własnej kolaboracji i zaprzaństwa, dziś – w nowym pokoleniu „endokomuny”, zyskuje status poniekąd autonomiczny – choć wciąż mogłoby ukazać się w, dajmy na to, „Słowie Powszechnym”.

Nawiasem mówiąc, panslawizm to wynalazek carskiej propagandy oparty na micie wielkiej słowiańskiej wspólnoty, której naturalną siłą scalającą i przywódczą ma być „święta Ruś”. Jak widać, ten z gruntu fałszywy przekaz, bazujący na „plemienności”, „krwi” i „pobratymstwie”, a skrzętnie przemilczający fundamentalne różnice cywilizacyjne i polityczne (polska niepodległość kontra rosyjska dominacja), wciąż ma swych wyznawców. Taki to „realizm”.

No dobrze, ale skoro, jak zaznaczyłem na wstępie, dopuszczam możliwość debaty nad sensownością Powstania Warszawskiego i powstań narodowych w ogóle, to czemu uwziąłem się akurat na „endokomunę”? Z prostego powodu: nad takimi kwestiami wolno debatować jedynie z polskich pozycji. Co innego Dmowski, jeden z ojców odzyskania przez Polskę niepodległości, co innego zdrajcy, którzy z endeckiej tradycji uczynili listek figowy dla kolaboracji z sowieckim okupantem. Im, oraz ich dzisiejszym następcom, odmawiam prawa do debaty nad polską tradycją powstańczą, a nad Powstaniem Warszawskim w szczególności. Prawo to bowiem utracili wysługując się Moskwie, oraz jej krajowym namiestnikom, natomiast ich współcześni następcy – podpisując się pod tą zaprzańczą spuścizną. Z takimi ludźmi nie ma dyskusji, dla takich jak oni rezerwuję sobie jedną emocję – odrazę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Na zbliżony temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/gnoje

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-sluzbie-wladimira-katechona

środa, 7 marca 2012

W służbie Władimira-Katechona


...czyli nowo-stara polityczna miłość konserwatystów od Wielomskiego.


I. Wysyp „katechonów”

Jakiś czas temu panowie z Konserwatyzm.PRL poznali za sprawą swego naczelnego ideologa, prof. Adama Wielomskiego, nowe słówko - katechon" (z gr. „ten, który powstrzymuje"), a ponieważ brzmi ono strasznie konserwatywnie, godnie i uczenie, to jak łatwo się domyślić, zaczęła się jazda na zadawanie szyku za pomocą owego „katechona”. Przypuszczalnie uznano, iż użycie tego pojęcia gwarantuje wywołanie u czytelników wrażenia przepastnej głębi myśli autora. Posmakujmy zatem i my. Uwaga - rozprowadzamy dyskretnie sylaby na językach i szepczemy w cichym upojeniu: „ka-te-chon”. Prawda, że czujemy się od razu lepsi, bardziej dystyngowani, zaś mniemanie o naszej erudycji i ogólna samoocena podniosła się na nowe, niedostępne do tej pory poziomy?

I o to właśnie chodzi. O ten intelektualny sznyt i polor, który tnie blaskomiotnym ostrzem po oczach czytelniczej gawiedzi, która tym samym czuje się wyróżniona i dowartościowana, że też już wie i rozumie, co to takiego ów „katechon” - i to zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Ba, co bardziej wnikliwy ma szansę nawet poznać tajniki gramatyczne, bo to, panie kochany, raz się pisze „tego katechonu”, innym zaś razem „tego katechona” w zależności, czy termin donosimy do czegoś, czy do kogoś.

W każdym razie, na Konserwatyzm.PRL zaroiło się od „katechonów” - istny wysyp, opędzić się nie sposób. Kto tam już nie był obwoływany katechonem! I Tusk, i Leszek Miller, i Benedykt XVI, i Jaruzelski, i Kaddafi... Ostatnio zaś „katechonem” mianowano Władimira Władimirowicza Putina - a to za sprawą wygranych przezeń wyborów prezydenckich. Redakcja Konserwatyzm.PRL nie omieszkała wystosować przy tej okazji listu-adresu gratulacyjnego do ambasady sowiec... to jest, rosyjskiej, utrzymanego raczej w duchu pamiętnego „przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy”, niż oświadczenia obywateli suwerennego państwa.

II. „Przy Tobie, Najjaśniejszy Katechonie...”

Chciałbym widzieć jak podwładni ober-czekisty w ambasadzie duszą się ze śmiechu nad tą epistołą, przekazując sobie to kuriozum między wódką a kawiorem, zwłaszcza że rzecz napisana jest oczywiście z tym nieznośnym, groteskowym zadęciem, charakterystycznym dla pióra Adama Wielomskiego, kiedy to ów mąż uczony pragnie dodać sobie dostojeństwa, a swym kolaboranckim ciągotom - godnościowego splendoru.

Zaczyna się mocno:

W imieniu Polskiej prawicy (wytł. moje - GG) pragniemy złożyć panu Prezydentowi Władimirowi Putinowi szczere gratulacje z okazji ponownego wyboru na stanowisko Prezydenta Rosji.”

I dalej:

„Jakkolwiek na hałaśliwej i zrewoltowanej duchowo polskiej tzw. prawicy nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale prezydent Rosji jest obecnie jedynym znaczącym politykiem, który może powstrzymać ofensywę społeczno-politycznego demoliberalizmu, homopropagandy i sodomii.”

Zatem wiemy już, że „polska prawica”, to pan ober-monarchista Wielomski z kolegami (w tym, jak się domyślam, z PAX-owskim weteranem Engelgardem), zaś godnego siebie partnera upatrują w nad-czekiście Władimirze Władimirowiczu, który jak się zdaje, zaskarbił sobie ich względy pałowaniem pedziów na ulicach.

Wobec takich zasług w obronie chrześcijańskiego światopoglądu naturalnym jest, że należy taktownie usunąć w zapomnienie „wysadzenie Rosji” i ofiary z Bujnakska, Moskwy, Wołgodońska, które utorowały drogę do rozpętania na nowo ludobójstwa w Czeczenii, zaś samemu „katechonowi” otworzyły wrota Kremla. Furda mordowani opozycjoniści, dziennikarze, urzędnicy państwowi, furda czekistowska „krysza” rozpostarta nad skorumpowanym systemem polityczno-gospodarczym, furda odbudowywanie sowieckiej strefy wpływów spychające konsekwentnie Polskę do roli rynku zbytu dla Gazpromu, furda Smoleńsk... Długo by wymieniać, czego to uczony profesor Wielomski z kolegami nie mogą dostrzegać, by móc z czystym sumieniem wyrażać podziw dla rozmachu działań rosyjskiego „katechona” o mentalności czekistowskiego bandziora z naganem. Mało łby im nie poodpadają od odwracania wzroku w coraz to inną stronę.

III. Lojalizm po „wielomsku”

Doprawdy nie pojmuję, jakież to emocjonalne potrzeby drzemiące na dnie duszy pan Wielomski zaspokaja obskakując a to różnych kacyków, a to krwawych pogrobowców Dzierżyńskiego, w rodzaju „katechona” Putina, bo że z realizmem politycznym nie ma to nic wspólnego, widać gołym okiem. Rosja, jako mocarstwo bandyckie, z bandycką władzą, nie uznaje partnerskich stosunków, dopóki nie zostanie do nich zmuszona siłą i żadne rojenia tego nie zmienią. „Realizm” Wielomskiego polega na tym, że Polska ma spolegliwością zaskarbiać sobie rosyjską wdzięczność. Ile to jest warte, pokazały ostatnie negocjacje gazowe, za które będziemy jeszcze długo płacić - więcej, niż kraje zachodniej Europy, czy ustępliwość Polski w kwestii katastrofy smoleńskiej. Ale tu akurat Wielomski mógłby się ścigać z TVN i „GW” w odsądzaniu od czci i wiary „maniaków od Smoleńska”.

Spójrzmy jeszcze na ten fragment kremlowskiego adresu redakcji Konserwatyzm. PRL:

„Mamy nadzieje, że nowa kadencja przyczyni się do wspólnej pracy na rzecz poprawy i umocnienia stosunków rosyjsko-polskich i rozwoju konstruktywnej, rzeczowej współpracy w najróżniejszych sprawach w tym również pozytywnego rozwiązania kwestii historycznych.”

Co za żałosne pitu-pitu. „Katechon” Jaruzel w tym duchu pewnie zwracał się do Breżniewa. Nie ma to jak głęboka internalizacja sprawdzonych wzorców...

Może to patologiczna potrzeba służalstwa, takie charakterologiczne lizusostwo, któremu imponuje naga siła władzy w miejsce demoliberalnego rozmamłania? Nie wiem, ale mam graniczące z pewnością przekonanie, że jeśli tylko objawiłby się u nas jakikolwiek silnoręki co to potrafi dobrze przyp...ć, szczególnie taki z „prawicową” nawijką, to pan Wielomski nie pozwoliłby nikomu wyprzedzić się w intelektualnych łamańcach usprawiedliwiających „realizmem”, „konserwatyzmem” i czym tam jeszcze swych karesów wobec nowego „katechona”. A gdy ten „katechon” jemu też spuści manto, to profesor Wielomski obetrze krwawe smarki i poprosi o jeszcze. To jak z PAX-owcami: Jaruzel posłał ich do diabła, gdy tylko przestali być potrzebni, a ci wciąż tęsknie wzdychają do tego sowieckiego manekina w polskim mundurze, bo tak pięknie dokopał znienawidzonym przez nich „solidaruchom”. Ot, taka masochistyczna potrzeba „lojalizmu”.

Swojego czasu prof. Jacek Bartyzel scharakteryzował Wielomskiego jako „politycznego ateistę”, dla którego „jedyną 'prawdą polityczną', w jaką naprawdę wierzy jest lojalne stanie przy każdym bydlaku u władzy, dzierżącym grubą pałę w ręku. Oczywiście tylko do czasu, gdy „zbuntowana tłuszcza” wytrąci mu tę pałę i poderżnie gardło, po czym wyłoni z siebie nowego bydlaka, którego „realistycznie” znów trzeba będzie poprzeć.”

Trudno się nie zgodzić.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL