Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rusofilia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rusofilia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 kwietnia 2014

Embargo na rozum

W Rosji wszystko jest wprzęgnięte w wielkomocarstwową politykę – od eksportu strategicznych surowców po import chabaniny.

I. Miraż wschodniego rynku zbytu

Embargo na polską i litewską wieprzowinę wprowadzone przez Rosję pod pretekstem wykrycia jakiegoś egzotycznego syfilisu, który nawiasem mówiąc, przywędrował do nas z Rosji właśnie (co oni tam hodują? guźce afrykańskie?), powinno podziałać trzeźwiąco na orędowników rozwijania polsko-rosyjskich stosunków handlowych. „Rosyjska partia w Polsce” od lat kładzie nam do głów jakim to świetnym interesem jest handel z Rosją, jakie nieograniczone perspektywy związane są z tamtejszym „chłonnym rynkiem” i w związku z tym powinniśmy siedzieć cicho, nie potrząsać szabelką przed ślepiami kremlowskiego czekisty i generalnie być grzeczni - a wtedy Rosja łaskawie kupi od nas tę całą wałówę, jaką mamy do opchnięcia.

Niestety, nie ma tak dobrze. Najnowsze embargo – nie pierwsze i z pewnością nie ostatnie – pokazuje, że Rosja jest partnerem skrajnie niewiarygodnym. Trudno zresztą, żeby było inaczej, skoro wszystko jest tam wprzęgnięte w wielkomocarstwową politykę – od eksportu strategicznych surowców po import chabaniny. W efekcie, każdy kto chce z Rosją handlować, narażony jest na ciągłe paranoidalne paroksyzmy wschodniego „partnera”, gdy tylko ten poczuje się urażony w swej imperialnej dumie. Ta groteska pozycjonuje zatem Rosję jako kontrahenta nieobliczalnego i w konsekwencji – niepoważnego. Nie wyobrażam sobie, jak można stworzyć jakikolwiek sensowny biznesplan w oparciu o eksport artykułów spożywczych na Rosję, skoro nie wiadomo, czy odbiorca nagle nie poczęstuje dostawcy blokadą na jego towary. No chyba, że przedsiębiorcy wliczają ewentualność nagłego embarga w ryzyko prowadzonej działalności i jakoś uwzględniają potencjalne straty z tym związane. W końcu, był czas przywyknąć – kolejne embarga wszak są w zasadzie punktem stałym we wzajemnych relacjach.

II. Gospodarczy terroryzm

Cóż, takimi manewrami Rosja robi wprawdzie kuku producentom zorientowanym na wschodni rynek, ale robi kuku również sobie – a konkretnie, zwykłym Rosjanom. W lutym, po wprowadzeniu pod koniec stycznia zakazu importu z krajów UE, ceny wieprzowiny wzrosły na tamtejszym rynku o 15-20%. Przypuszczam, że jest to stały schemat - Rosja tupie nogą i wprowadza embargo licząc, ze zagrożeni producenci wymogą na rządach bardziej ustępliwą politykę, następnie wzrost cen uderza po kieszeni tamtejszych konsumentów i po jakimś czasie embargo zostaje chyłkiem cofnięte. Ot, taka polityczno-handlowa ciuciubabka. To może być, doprawdy, nużące, warto więc przyjąć postawę: chcecie od nas kupować – dobrze, nie chcecie – poczekamy, aż ceny mięsa, czy warzyw wzrosną u was do nieakceptowalnego społecznie poziomu, wtedy sami wycofacie się z restrykcji. A wy odmrażajcie sobie uszy na złość babci. Inaczej się nie da, bowiem - powtórzę tu myśl z innej notki - władze rosyjskie nie kalkulują zysków i strat w kategoriach, które my uznalibyśmy za racjonalne.

Alternatywa, czyli ciągłe oglądanie się na samopoczucie Rosji jest drogą donikąd. Nie sposób prowadzić jakiejkolwiek suwerennej i podmiotowej polityki w cieniu ekonomicznego terroryzmu, bo do tego w gruncie rzeczy sprowadza się polityka gospodarcza Rosji wobec innych krajów – od ropy i gazu począwszy, na świńskich półtuszach i ziemniakach kończąc. Gdybyśmy ulegli wpływom rusofilskich lobbies - czy to branżowych, czy politycznych - roztaczających miraże współpracy jeśli tylko nie będziemy drażnić niedźwiedzia, nasza polityka zagraniczna szybko stałaby się funkcją polityki rosyjskiej. Jest to oczywistym celem Rosji, nie ma jednak powodu byśmy poddawali się temu szantażowi.

III. Obrotowa strefa wpływów

Zresztą, próbowaliśmy tej polityki uległości w ramach „ocieplenia” zaordynowanego jako pomyślny finał Tragedii Smoleńskiej i na dłuższą metę niczego nam to nie dało, poza utratą resztek prestiżu na arenie międzynarodowej, a w końcu za sprawą Ukrainy geopolityka i tak upomniała się o swoje. Należy tu wziąć pod uwagę jeden podstawowy czynnik, notorycznie ignorowany przez orędowników „otwierania się na wschód”. Otóż, wszelkie ustępstwa są przez Rosję odczytywane jako przejaw słabości i tylko prowokują Kreml do eskalacji roszczeń, wysuwania kolejnych żądań, słowem – dokręcania śruby, co mogliśmy zaobserwować chociażby przy okazji umowy gazowej z końca 2010 roku, czy prób przejęcia Azotów. A ze słabszymi się nie negocjuje, słabszym się dyktuje warunki. Tyczy się to szczególnie tzw. krajów „bliskiej zagranicy”, które w optyce Moskwy nigdy nie będą traktowane jako równorzędny partner, tylko jako chwilowo utracone części składowe imperium.

Rosja może prowadzić rozmowy jak równy z równym z dużymi krajami Zachodu – Niemcami, Francją, Wielką Brytanią, są one zresztą w tej komfortowej sytuacji, że od Rosji odgradza je środkowoeuropejski bufor, mogą więc pozwolić sobie na komfort rusofilii i robienie dobrze biznesowym grupom interesów. Z ich perspektywy rosyjski rynek faktycznie może jawić się niczym Eldorado i dlatego z pełną świadomością pozwalają się rozgrywać Rosji rozbijającej legendarną „europejską solidarność” metodą partykularnych, bilateralnych kontaktów. Nas na taki luksus zwyczajnie nie stać – oczywiście, jeżeli aspirujemy do jakiejkolwiek samodzielności i nie zadowala nas pozostawanie „obrotową strefą wpływów” do jakiej sprowadziła Polskę polityka rządu Tuska.

Co zatem robić z wieprzowym embargiem? Przeczekać, starając się w międzyczasie wymóc na zachodnich stolicach i Brukseli jakieś elementarne posunięcia mogące przywołać Rosję do porządku. Nie mam wprawdzie większych nadziei, że nasze kołatanie przyniesie wymierne efekty, ale próbować trzeba, bo inaczej nasi „sojusznicy” utwierdzą się ostatecznie w przekonaniu, że jesteśmy biernymi sierotami pogodzonymi ze statusem wiecznych chłopców do bicia. A Rosja tak czy inaczej embargo w końcu cofnie i znowu będziemy im sprzedawać tę słoninę na zagrychę. Aż do następnego razu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

środa, 1 sierpnia 2012

„Realiści” z moskiewskiej łaski

„Endokomunie”, oraz jej dzisiejszym następcom, odmawiam prawa do debaty nad polską tradycją powstańczą, a nad Powstaniem Warszawskim w szczególności.

I. „Realiści” ze stajni Sierowa

Zawsze w okolicach kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego uaktywnia się pewien szczególny typ jego krytyków. Nie twierdzę, rzecz jasna, że o zasadności Powstania nie należy dyskutować – spór o polską tradycję insurekcyjną jest wszak jedną z „odwiecznych” polskich debat, toczoną już od XIX stulecia – aczkolwiek zajęcie to uważam za dość jałowe. Obie strony poruszają się w obszarze wciąż tych samych argumentów, co najwyżej badania historyczne dostarczyć mogą nowych szczegółów na poparcie jednego, czy drugiego stanowiska. Osobiście uważam, że są to dylematy nierozwiązywalne – zwolennicy wskazywać będą na sytuację, która spowodowała wybuch kolejnych powstań i kalkulacje, które temu towarzyszyły, przeciwnicy – na tragiczne koszta przegranych zrywów. I tak się to kręci od przeszło stulecia. Nie będę rozstrzygał tu racji, gdyż na poparcie obu stanowisk można znaleźć równie poważne argumenty.

Jednakże, jak wspomniałem przed chwilą, jest wśród strony „krytycznej” pewien szczególny typ, który napawa mnie wyjątkowym obrzydzeniem. To tzw. „realiści” uważający się za spadkobierców tradycji endeckiej i Romana Dmowskiego, a którzy ten krytyczny wobec insurekcjonizmu nurt polskiej myśli politycznej doprowadzili do skrajnej karykatury, czyniąc zeń pozór moralnego uzasadnienia dla swej kolaboracji z sowietami z łaski Sierowa w latach komuny, co dziś znajduje przełożenie na bezkrytyczne rusofilstwo. Co ciekawe, ten „realizm” aktywizuje się u nich tylko gdy przychodzi do plucia jadem na powstańcze tradycje przy okazji kolejnych rocznic i gdy trzeba jakoś uzasadniać służalczą postawę wobec Rosji, czy wcześniej – Sowietów. W pozostałych przypadkach „realizm” ów nie przeszkadza im bredzić o „słowiańskim braterstwie krwi”, czy oplatających świat rozlicznych, z reguły żydomasońskich, spiskach.

II. Spadkobiercy endokomuny

Mówię tu rzecz jasna o pogrobowcach Bolesława Piaseckiego i jego PAX-owskiej, kolaboranckiej formacji, tudzież „narodowych komunistów” z niegdysiejszej stajni Albina Siwaka i Gontarza, ZP „Grunwald” Bohdana Poręby, wcześniej zaś – Mieczysława Moczara (vel Mykoły Demko, lub Diomko). Formacja ta określana ogólnym mianem „endokomuny” wciąż funkcjonuje w życiu publicznym, robiąc za moskiewską agenturę wpływu na prawicy. I doprawdy, nie ma tu znaczenia, czy są zadaniowani i opłacani, czy też robią to, co robią, z przekonania, tudzież własnej i nieprzymuszonej woli. Ich skrajnie jadowity stosunek do Powstania Warszawskiego, czy do powstań narodowych jako takich, ma bowiem jedną podstawową funkcję: jest to gra w interesie Moskwy – bandyckiego mocarstwa, które było wrogiem polskiej suwerenności co najmniej od czasów Iwana Groźnego i doktryny zbierania ziem ruskich aż do „Białej Wody” (czyli – Wisły), co znalazło urzeczywistnienie przy okazji rozbiorów, potem komunizmu, obecnie zaś - po krótkim okresie względnej „pieredyszki” - przybiera postać przekształcania „Priwislańskiego Kraju” we współdzieloną z Niemcami strefę wpływów – kondominium.

Tu uwaga na marginesie – nie można być jednocześnie wrogiem Niemiec i przyjacielem Rosji, jak usiłuje się przedstawiać „endokomuna”, a to z tego prostego powodu, iż w sprawie Polski interesy obu krajów są idealnie zbieżne i nam wrogie. Niemcy i Rosja mogą się co najwyżej na chwilę pokłócić o zakres wpływów w „strefie buforowej”, ale co do generaliów są w kwestii polskiej zgodne: nie może tu powstać żaden liczący się organizm państwowy. Lekcją poglądową takiego podejścia był stosunek obu naszych Wielkich Braci do rządów PiS i prezydentury Lecha Kaczyńskiego, kiedy to Polska usiłowała prowadzić suwerenną politykę w regionie.

Tych moskiewskich „gawnojedów” z endokomuny spotkać można w różnych miejscach internetu – na „narodowych” portalach, lub też w kręgach „konserwatystów” umoczonych w PAX-owskie zaszłości. Klinicznym przykładem jest tu portal „konserwatyzm.prl” i takie postaci jak Jan Engelgard, czy Adam Wielomski – wielbiciele junty Jaruzelskiego i autorzy płomiennych „adresów” do Władymira „katechona” Putina, ale jest tego tałatajstwa znacznie, znacznie więcej. Ostatnio np. na Niepoprawnych przyplątał się (STĄD) jeden z przedstawicieli tej „szkoły” w postaci użytkownika „p.e. 1984” (czyli „Palmer Eldritch 1984”, bo i pod takim nickiem występuje w necie – też sobie, cholera, Dickowsko-Orwellowski przydomek wybrał), który uraczył nas całą propagandową serią (np. TU i TU), rok wcześniej był niejaki xiazeluka – syntezę jednego i drugiego znajdziemy TUTAJ.

III. Odmawiam prawa

Endokomuniści po dziś dzień powtarzają antypolskie manipulacje ukute w sowieckich i PRL-owskich kuźniach propagandowych, dorzucając od siebie „realistyczną” retorykę, często–gęsto wzbogacaną „rozporkowym patriotyzmem” i z tego co widać – wychowują kolejne pokolenie następców zaczadzonych panslawistyczno-rusofilskimi miazmatami. To, co przez PAX-owców zostało wymyślone dla usprawiedliwienia własnej kolaboracji i zaprzaństwa, dziś – w nowym pokoleniu „endokomuny”, zyskuje status poniekąd autonomiczny – choć wciąż mogłoby ukazać się w, dajmy na to, „Słowie Powszechnym”.

Nawiasem mówiąc, panslawizm to wynalazek carskiej propagandy oparty na micie wielkiej słowiańskiej wspólnoty, której naturalną siłą scalającą i przywódczą ma być „święta Ruś”. Jak widać, ten z gruntu fałszywy przekaz, bazujący na „plemienności”, „krwi” i „pobratymstwie”, a skrzętnie przemilczający fundamentalne różnice cywilizacyjne i polityczne (polska niepodległość kontra rosyjska dominacja), wciąż ma swych wyznawców. Taki to „realizm”.

No dobrze, ale skoro, jak zaznaczyłem na wstępie, dopuszczam możliwość debaty nad sensownością Powstania Warszawskiego i powstań narodowych w ogóle, to czemu uwziąłem się akurat na „endokomunę”? Z prostego powodu: nad takimi kwestiami wolno debatować jedynie z polskich pozycji. Co innego Dmowski, jeden z ojców odzyskania przez Polskę niepodległości, co innego zdrajcy, którzy z endeckiej tradycji uczynili listek figowy dla kolaboracji z sowieckim okupantem. Im, oraz ich dzisiejszym następcom, odmawiam prawa do debaty nad polską tradycją powstańczą, a nad Powstaniem Warszawskim w szczególności. Prawo to bowiem utracili wysługując się Moskwie, oraz jej krajowym namiestnikom, natomiast ich współcześni następcy – podpisując się pod tą zaprzańczą spuścizną. Z takimi ludźmi nie ma dyskusji, dla takich jak oni rezerwuję sobie jedną emocję – odrazę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Na zbliżony temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/gnoje

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-sluzbie-wladimira-katechona