Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powstanie Warszawskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powstanie Warszawskie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 lipca 2017

Narodziny męża stanu

Dobrze, że gramy w drużynie Trumpa, a nie po stronie popełniającej zbiorowe samobójstwo „starej Europy”. Możliwe, że właśnie w Warszawie zaczął wyrastać na naszych oczach prawdziwy mąż stanu.


I. Między Warszawą a Hamburgiem

Jeżeli Donald Trump potrzebował unaocznienia różnicy pomiędzy „nową” a „starą” Europą, to nie mógł lepiej trafić. W Warszawie – tłumy świadome swojej tożsamości, historycznego dziedzictwa i cywilizacyjnych obowiązków. W Hamburgu, na szczycie G-20 – lewacka dzicz demolująca miasto pod hasłem „Welcome to Hell”. Ponad dwustu rannych policjantów, siły porządkowe niezdolne do opanowania sytuacji, żona prezydenta uwięziona w hotelu, splądrowane sklepy, porozbijane witryny, barykady rozjeżdżane transporterami opancerzonymi, płonące samochody, dwie dzielnice obrócone w perzynę – istne pandemonium. I dalej – w Warszawie rozmowy o dostawach gazu, zakupie zmodernizowanych „Patriotów”, wzmacnianiu potencjału militarnego NATO. W Hamburgu – ględzenie o ustaleniach paryskiego „szczytu klimatycznego” pod dyktando lobbystów sztucznie pompowanej „zielonej energii” i samobójczy pęd globalizacyjny w interesie ponadnarodowych koncernów. Wszystko w zamkniętej, odciętej od świata twierdzy, podczas gdy barbarzyńscy kilka przecznic dalej plądrują miasto. Tak wygląda agonia Europy. Swoją drogą, sam pomysł, by ową orgię na trupie Zachodu zorganizować w bodaj najbardziej lewackim mieście w Niemczech, pokazuje stopień odrealnienia globalnych elit, podobnie jak to, że nie zdecydowano się włączyć do porządku obrad kwestii rosnącego rozwarstwienia społecznego – wymowny znak, komu i czemu miał służyć hamburski sabat okadzany dymem płonących ulic. Jeden z mieszkańców Hamburga wywiesił na balkonie transparent dedykowany burmistrzowi, Olafowi Scholzowi, który zabiegał o organizację szczytu G-20: „Olaf, to był g...ny pomysł” - i niech to posłuży za motto tej imprezy.

To wszystko gra oczywiście na naszą korzyść, bo co się Trump napatrzył, to jego – i błyskawicznie dał do zrozumienia, co o tym sądzi. Szeroko komentowane w mediach i zakrawające na dyplomatyczną obrazę wydelegowanie córki Ivanki na oficjalne obrady podczas drugiego dnia szczytu trudno interpretować inaczej, niż jako odwet za „areszt hotelowy” pierwszej damy, Melanii. I Angela Merkel musiała to przełknąć, robiąc dobrą minę do złej gry. Słowem, hamburski szczyt zakończył się fiaskiem, o czym świadczy bezprecedensowa formuła dokumentu końcowego, zawierającego za sprawą twardej postawy amerykańskiego prezydenta protokół rozbieżności – rzecz dotąd niespotykana. Media oczywiście uderzyły w ton spod znaku „Ameryka została osamotniona”. Otóż nie – to pozostali uczestnicy szczytu zostali bez Ameryki, wciąż najpotężniejszego państwa na świecie. A to oznacza, że ustaleniami szczytu można sobie wypchać buty.


II. Salon frustratów

Wróćmy jednak do warszawskiej wizyty Donalda Trumpa i historycznego przemówienia na Placu Krasińskich pod pomnikiem Powstania Warszawskiego. Już samo to, z jaką zajadłością lewackie media usiłowały zagłuszyć i zdeprecjonować jego wymowę świadczy o wadze tego, czego byliśmy świadkami. Przyjrzyjmy się przez chwilę temu jazgotowi, by uzmysłowić sobie skalę bezsilnej furii. Najpierw groteska, czyli pretensje Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie, że Trump śmiał nie odwiedzić Pomnika Bohaterów Getta, delegując tam Ivankę – żydówkę-konwertytkę przecież. Forum Żydów Polskich skomentowało to trzeźwo, pisząc iż taka postawa prezentuje organizacje żydowskie jako „przewrażliwionych, egocentrycznych, zacietrzewionych narcyzów”. Ze strony „Wyborczej” z kolei padały standardowe zaklęcia o „dzieleniu Europy”, dalej zaś o „populistycznym bełkotaniu”, „braku konkretów”, przemilczeniu 1989 roku, wreszcie – że Trump nie obsobaczył rządu PiS za „łamanie demokracji”. Krótko mówiąc, komentatorzy mieli Trumpowi za złe to, że nie jest Obamą i – o zgrozo – miał źle dopasowany garnitur. O twitterowych wypocinach Lisa i Migalskiego przyrównujących Polaków do miłośników „paciorków” i „perkalików” w ogóle szkoda gadać.

Nie mogę tu sobie darować pewnej uwagi na marginesie. Wizyta Trumpa - a zwłaszcza jego przemowa - nie spodobała się również Bartłomiejowi Radziejewskiemu z prawicowej „Nowej Konfederacji” i Klubu Jagiellońskiego. Do niedawna bardzo ceniłem sobie jego analizy, jednak kiedy nie dostał od rządu PiS dotacji, coś się z nim stało i zaczął konsekwentnie przesuwać się do opozycji. Krytykuje PiS - niby z pozycji konserwatywnych, ale jakoś tak wychodzi, że owa krytyka stawia go w coraz bliższym sąsiedztwie „Wyborczej”, której zresztą zdążył już udzielić dużego wywiadu, pozując na „dobrego faszystę”, zatroskanego (jako „konserwatysta” ma się rozumieć) niszczeniem przez PiS „instytucji” państwa. Ile te instytucje są warte, jakoś nie pomyślał. Podobnie a propos wizyty Trumpa stwierdził, iż ten „nie przywiózł nam żadnych nowych konkretów”, czym wpisał się już otwarcie w narrację „Wyborczej”. Co to z ludźmi robią zawiedzione ambicje...


III. Mąż stanu

Tymczasem, było to przemówienie przełomowe. Trump na nowo zdefiniował w nim fundamenty Zachodu i jego cywilizacyjne powinności. W kontekście mowy amerykańskiego prezydenta padły w komentarzach analogie do wystąpienia J.F. Kennedy'ego w Berlinie ze słynnymi słowami „Ich bin ein Berliner” („Jestem Berlińczykiem”). Mnie równie mocno kojarzy się ono ze słowami Reagana o „imperium zła”, którymi określił cel swej prezydentury, czyli zniszczenie ZSRR. Dziś zagrożeniem dla Zachodu jest lewacki nihilizm i muzułmańska inwazja - i widzę u Trumpa podobną jak u Reagana determinację w przezwyciężeniu tego wielowymiarowego kryzysu.

Jego wystąpienie w tak symbolicznym miejscu, pełne nawiązań do naszej historii, nie było jedynie czczą kurtuazją – to precyzyjnie wybrany odnośnik ilustrujący jego wizję polityczną w czasach wojny cywilizacji. Przesłanie jest jasne – cywilizacja jest tam, gdzie jest Bóg i chrześcijaństwo. Cywilizacja jest tam, gdzie są prawdziwe wartości i ludzie zdeterminowani, by ich bronić nawet za cenę życia. Cywilizacja jest tam, gdzie drzemie wewnętrzna siła, a nie tam, gdzie dokonuje się rozkład. Innymi słowy – cywilizacja jest w Warszawie, a nie w Hamburgu.

Oczywiście nie oznacza to, że nagle staliśmy się dla Waszyngtonu pępkiem świata - ale po raz kolejny rysuje się szansa, że nasz region stanie się dość istotnym elementem geopolitycznej układanki. Nie należy również popadać w bezkrytyczny klientelizm, do czego niepokojącą predylekcję zdradza część obozu patriotycznego i prawicowych mediów. Na szczęście Trump jest również biznesmenem, a to oznacza, że nie będzie się obrażał, więcej - będzie szanował sojuszników przemawiających językiem interesu. Patrząc na całokształt jego wizyty, wymowny jest kontekst Trójmorza, które tak niepokoi berliński establishment w perspektywie wyemancypowania się spod niemieckiej dominacji – tu „parasol ochronny” ze strony Waszyngtonu będzie nieodzowny, bo sami zwyczajnie nie damy rady. Trump wprawdzie nie zadeklarował się wprost jako protektor obszaru między Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym, lecz czas i miejsce wizyty są czytelnym sygnałem. Jest jeszcze jeden wart podkreślenia aspekt – nie potwierdzają się zarzuty o prorosyjskość Trumpa, choć paradoksalnie dobrze, że one padły, bo dzięki temu by oddalić podejrzenia, prowadzi wobec Rosji bardziej asertywną politykę, niż być może robiłby to w innych okolicznościach. Z pewnością nie da się Putinowi ograć jak Obama ze swym błazeńskim „resetem”.

Podsumowując, mamy to, o co nam chodziło - dostawy gazu i zmodernizowane „Patrioty”, do tego podkreślenie roli Polski w regionie, nie mówiąc już o tym, że świat dowiedział się o Powstaniu Warszawskim – Trump zafundował nam międzynarodowy „piar”. Trump też ma to czego chciał - sprzedał gaz i broń, oraz umocnił sojusznicze więzi. Słowem, mamy relację typu „win-win”. Widać to dobrze zza Odry - wystarczy przyjrzeć się kwaśnym minom i komentarzom niemieckiej prasy. Dobrze, że gramy w drużynie Trumpa, a nie po stronie popełniającej zbiorowe samobójstwo „starej Europy”. Możliwe, że właśnie w Warszawie zaczął wyrastać na naszych oczach prawdziwy mąż stanu.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (14-20.07.2017)

wtorek, 11 sierpnia 2015

Cywilizacyjny wymiar Powstania Warszawskiego

Przynależność do cywilizacji łacińskiej to nie tylko zaszczyt i powód do dumy, ale również obowiązek.

I. Pomijany aspekt Powstania

Na samym wstępie napiszę o czym ten tekst NIE BĘDZIE. Nie będę mianowicie roztrząsał racji „za” i „przeciw” decyzji o wybuchu Powstania. Nie będę dywagował, czy miało ono jakiekolwiek szanse powodzenia. Nie będę również zajmował się tym, czy był to „obłęd”, czy nieuchronna konsekwencja całokształtu dotychczasowej działalności Państwa Podziemnego i społecznych nastrojów Stolicy, ani tym, czy było warto - i co by było gdyby. Nie uczynię tego z prostego powodu. Uważam, że obie strony – zwolennicy i przeciwnicy Powstania – dawno już wystrzelali się ze swoich argumentów; powiedziano w tym sporze już chyba wszystko i teraz pozostaje jedynie międlenie wciąż tych samych fraz w różnych konfiguracjach. Jak dla mnie, jest to zajęcie cokolwiek jałowe, ale jeżeli ktoś lubi ten sport, to proszę bardzo.

Zajmę się natomiast aspektem, który w publicznej debacie o Powstaniu Warszawskim wciąż jest zbyt mało obecny i niedoceniony – wymiarem cywilizacyjnym owego bezprzykładnego zrywu. Co kazało Powstańcom rzucić się z butelkami benzyny na czołgi, skoro – jakby powiedzieli Czesi – było to surowo zabronione? Jakiej sile zawdzięczamy powstanie największego ruchu oporu w okupowanej Europie? I czemu walka trwała aż 63 dni, mimo że od pewnego momentu stało się jasne, że Powstanie czeka klęska? Nie ukrywam, że będę się inspirował rozmową przeprowadzoną niedawno (z moim skromnym uczestnictwem jako współprowadzącego) w Niepoprawnym Radiu PL z udziałem profesorów: Grzegorza Kucharczyka, Tomasza Panfila i Jana Żaryna, która poświęcona była właśnie temu zagadnieniu.

II. Sojusz bizantyjsko-turański przeciw cywilizacji łacińskiej

Otóż, jeżeli wyjdziemy od podziału cywilizacji autorstwa Feliksa Konecznego, to zobaczymy, że Polska znajduje się w kleszczach dwóch obcych jej kulturowo wspólnot: cywilizacji turańskiej uosabianej przez Rosję i Związek Sowiecki, oraz cywilizacji bizantyjskiej do której należą Niemcy. Polska, jako przedstawiciel cywilizacji łacińskiej próbuje ocalić swą tożsamość i odrębność między tymi dwoma młyńskimi kamieniami. Czyni to ze zmiennym szczęściem, choć nie zapominajmy, że były w naszej historii okresy, kiedy to my dominowaliśmy nad żywiołem zarówno niemieckim, jak i rosyjskim.

W każdym razie, specyfiką odróżniającą zarówno rosyjsko-sowiecki turanizm, jak i niemiecko-narodowosocjalistyczny bizantynizm od cywilizacji łacińskiej jest m.in. stosunek do jednostki i władzy. O ile w „wojennym obozie” turańskim władca i władza jest wszystkim, zaś poddani niewolnikami, z którymi chan, car, gensek, może zrobić wszystko w imię swoich celów; natomiast w bizantynizmie, mimo jego chrześcijańskich korzeni, władca ma prawo odejść od pewnych wartości dla realizacji własnych zamierzeń (i poddani takowe prawo akceptują) - o tyle w kręgu cywilizacji łacińskiej i katolickiej władca musi respektować określone zasady i wartości: Dekalog, daną od Boga podmiotowość jednostki, prawo. W momencie gdy władza pragnie zamachnąć się na przyrodzone każdej istocie ludzkiej prawa naturalne, poddani mogą się zbuntować. Jest to element wyjątkowo drażniący przedstawicieli zarówno turanizmu, jak i bizantynizmu, stąd pomstowania Niemców i Rosjan na „polskich buntowników”. W ich systemie wartości wystąpienie przeciw władzy jest grzechem samym w sobie. Niemcy nazywając polskich partyzantów „bandytami” nie czynili tego bynajmniej jedynie w celu propagandowego zdeprecjonowania Podziemia. Z ich perspektywy, bunt niewolników faktycznie równał się bandytyzmowi zagrażającemu ustalonej hierarchii – bo władza, jaka by nie była, zapewnia ład i porządek, zaś prawo – choćby nieludzkie i okrutne – to jest prawo i koniec dyskusji. W systemie bizantyjsko-turańskim wolność człowieka jest jedynie szkodliwym miazmatem. Podmiotowość jest wyłącznym atrybutem władzy i może być realizowana również na szkodę poddanych, którym z kolei przynależy się tyle praw i swobód, ile uzna za stosowne wydzielić im władca. Dlatego właśnie Niemcy nie protestowali przeciw barbarzyńskim prawom dotyczącym ludności żydowskiej, czy totalitaryzmowi dotykającemu ich samych. Dla nich był to zwyczajny porządek rzeczy - ordnung muss sein!

Jak łatwo w związku z powyższym zauważyć, cywilizacjom bizantyjskiej i turańskiej jest do siebie znacznie bliżej, niż każdej z nich do cywilizacji łacińskiej. Ich sojusz wobec wspólnego wroga, jakim jest łacińska Polska jawi się zatem jako wręcz coś narzucającego się. Warto z tego punktu widzenia spojrzeć zarówno na rozbiory, jak i na późniejszy pakt Ribbentrop-Mołotow dający sygnał do rozpętania II Wojny Światowej. Patrząc na sprawy w ten sposób, widzimy również, że i nasze powstania narodowe były czymś nieuchronnym – naturalnym skutkiem nieuniknionych napięć generowanych przez nieprzekraczalne, cywilizacyjne różnice. Jak stwierdził Koneczny – nie można być cywilizowanym na dwa sposoby. Nie można pozostawać wskutek jakiejś kulturowej obróbki i sztukowania trochę łacinnikiem, trochę bizantyjczykiem, a trochę Mongołem.

III. Powstanie jako zryw cywilizacyjny

W tym ujęciu, Powstanie Warszawskie jawi się jako zryw cywilizacyjny. Warszawa przez dwa miesiące była redutą świata łacińskiego w sercu części Europy opanowanej przez dwa wrogie jej obozy. Zwróćmy uwagę – z jednej strony Niemcy krwawo tłumią Powstanie z całym towarzyszącym temu wściekłym zezwierzęceniem, jakie cywilizacja nie uznająca prawa do sprzeciwu rezerwuje dla buntowników; z drugiej natomiast – Sowieci zatrzymują się na linii Wisły i czekają. Niezależnie od kalkulacji politycznych Stalina, można powiedzieć, że obie strony – niemiecką i rosyjską – znów na chwilę, na tym odcinku frontu, połączył doraźny, taktyczny sojusz skierowany przeciw cywilizacji, którą należało zgnieść, by którakolwiek z nich mogła zapanować nad tym fragmentem świata. Zresztą, jeśli wspomnimy, że wraz z przesuwaniem się frontów NKWD i Gestapo zostawiały sobie nawzajem we wzorowym porządku katownie, to ujrzymy, iż mimo wojny bizantyjsko-turańskiej, cały czas obowiązywała równoległa zasada – zniszczyć obcych kulturowo Polaków wraz z ich cywilizacyjnym potencjałem. Poza wszystkim, element turański był obecny także jako siła bezpośrednio wspierająca niemieckich pacyfikatorów – rosyjskie oddziały RONA wykazywały się wyjątkowym bestialstwem w tłumieniu Powstania i gwałtach na cywilnej ludności Warszawy.

To dlatego Powstanie trwało tak długo. To dlatego w ogóle wybuchło i dlatego powstańcy dokonywali cudów heroizmu mimo beznadziejnej sytuacji ogólnej. Rachuby polityczne i porównywanie stosunku sił, uzbrojenia itp., to jedno. Na drugiej szali mamy zaś przeświadczenie, może nawet nie w pełni dające się zwerbalizować, ale jakoś tkwiące z tyłu głowy, że tu nie ma miejsca na kompromisy i półśrodki, że jeśli zostaniemy z bronią u nogi, to oni i tak nas unicestwią w taki czy inny sposób. Poprzez walkę Polska dała świadectwo swej przynależności do innego świata, niż jej obaj okupanci. Zapłaciliśmy za to, jako naród, potworną cenę. Tyle że po prostu inaczej się nie dało – gdybyśmy mieli za sobą, jak Czesi, tradycję przynależności do niemieckiej Rzeszy, w której nawet wojny husyckie nie wykraczały w sumie poza ogólnoeuropejski standard konfliktów religijnych, i którzy to Czesi po poskromieniu ich aspiracji na powrót stali się w gruncie rzeczy lojalnymi poddanymi niemieckiego Bizancjum – to pewnie nie byłoby ani krwi, ani walki, ani ofiar. Lecz wtedy zaparlibyśmy się sami siebie, zatracając tożsamość. Nie bylibyśmy łacinnikami, lecz albo bizantyjczykami, albo turańczykami – w zależności od tego, kto akurat ostatecznie sprawowałby nad nami władzę.

Na marginesie, nie sposób nie wspomnieć tu o haniebniej wizycie Bronisława Komorowskiego w Berlinie i jego udziale w niemieckiej fecie na cześć Stauffenberga, podczas której zrównał – zgodnie z niemiecką narracją – Powstanie Warszawskie z zamachem na Hitlera. To są rzeczy nieporównywalne. Trzymając się cywilizacyjnego wątku – Komorowski wraz z Niemcami zestawili wielką, tożsamościową w swej istocie batalię świata łacińskiego ze zbarbaryzowanym Bizancjum, z nieudanym przewrotem pałacowym na dworze Basileusa. Zresztą i sam Stauffenberg był nieodrodnym dzieckiem swej cywilizacji o czym wymownie świadczą jego listy, w których mówi o Polakach jako o motłochu, któremu trzeba bata.

Na zakończenie trzeba powiedzieć jeszcze, iż zarówno bizantynizm, jak i turanizm mają się dziś świetnie. Turanizm nosi obecnie szaty doktryny eurazjatyckiej realizowanej przez Putina, a jej wymiar ideologiczny najdobitniej formułuje Aleksander Dugin. Z kolei bizantynizm na naszych oczach przejął Unię Europejską pod niemieckim patronatem, która pierwotnie – któż to jeszcze pamięta – miała być tworem osadzonym mocno w katolickich korzeniach. Ani jednemu, ani drugiemu nie możemy się poddać, bo to będzie oznaczało nasz koniec. Przynależność do cywilizacji łacińskiej to bowiem nie tylko zaszczyt i powód do dumy, ale również obowiązek.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2212-pod-grzybki-15

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (05.08-11.08.2015)

środa, 1 października 2014

Groza '44

Komasa dokonał w kinie rzeczy porównywalnej z tym, co zrobiło Muzeum Powstania Warszawskiego w polskim muzealnictwie.

I. Bez znieczulenia

Rzadko zdarza się, by film zostawił mnie wbitego w kinowy fotel z pustką w głowie, niczym po ciosie obuchem. Ostatni raz przytrafiło mi się coś podobnego chyba przy okazji „Pasji” Mela Gibsona. „Miasto 44” Jana Komasy jest bowiem obrazem skondensowanej grozy - intensywnym, wręcz wyciskającym powietrze z płuc, co zresztą miałem możność zaobserwować na przykładzie widowni. Ludzie – jak to w kinie – przed seansem zachowujący się dość swobodnie, po jego zakończeniu wychodzili w głuchym milczeniu, jakby stłamszeni, przygnieceni dopiero co zobaczonym pandemonium.

Ten film nie tyle oglądamy, co współuczestniczymy w nim, niczym w koszmarnej wędrówce po piekle. Tym bardziej przytłaczającej, że skonfrontowanej z optymizmem sprzed Powstania i pierwszego okresu po jego wybuchu, gdy wydawało się, że walka potrwa kilka dni – w sam raz tyle, by na wyzwolonych obszarach miasta powitać w charakterze gospodarzy wkraczających Sowietów, traktując ich zarazem – wedle przytoczonego w filmie rozkazu – z dystansem, jako „sojuszników naszych sojuszników”. Komasa nie roztrząsa tu racji za i przeciw Powstaniu, nie proponuje nam ani dzieła podniośle patriotycznego, ani krytycznego w duchu obecnej „zychowszczyzny”. On nam Powstanie po prostu pokazuje z całą towarzyszącą mu paletą skrajnych emocji, ze strachem, okrucieństwem i poświęceniem, z najniższymi ale też i najwyższymi ludzkimi instynktami. Piorunująca mieszanka, podkreślona sposobem narracji w wyniku której otrzymujemy swoisty trans w którym pogrążają się zarówno bohaterowie, jak i podążający za nimi widz.

II. Podróż po piekle

Co ciekawe, dzięki losom głównych bohaterów możemy wejść w tamte dni niejako w dwóch różnych rolach – zarówno żołnierza jak i cywila. Główny bohater, Stefan, opiekujący się młodszym, kilkuletnim bratem i histeryczną matką, wdową po polskim oficerze, do konspiracji zostaje wciągnięty właściwie przypadkiem. Po wybuchu walk, gdy zostaje ranny, zwyczajnie dezerteruje i ucieka z powrotem do rodziny, której jednak w zdewastowanym mieszkaniu nie zastaje. Rankiem, z okna opustoszałej kamienicy widzi egzekucję jej mieszkańców – w tym matki i brata. To, połączone z odniesioną raną i szokiem pola walki powoduje, że pogrąża się w stuporze. W ślad za nim oddział opuszcza zakochana w Stefanie druga główna postać filmu - „Biedronka” i wyrusza na poszukiwanie chłopaka. Przez długi czas zatem oglądamy Powstanie oczyma nie tylko cywilów, ale wręcz dezerterów, którzy powstańcze opaski bądź to chowają, bądź wyciągają, w zależności od tego, co jest bardziej przydatne w przedzieraniu się przez kolejne dzielnice. To wtedy widzimy krwawy deszcz szczątków ludzkich po wybuchu czołgu-pułapki na ulicy Kilińskiego, wtedy również przechodzimy horror wędrówki kanałami ze Starówki do Śródmieścia (genialna scena z atakiem klaustrofobii), którymi „Biedronka” holuje pogrążonego w odrętwieniu Stefana. Mało tu wojennego heroizmu, za to dużo prawdy o ludzkiej kondycji i poświęceniu dla drugiego człowieka.

Na wojenny heroizm przyjdzie zresztą czas, gdy Stefan wraca do oddziału, by uczestniczyć już do końca w jego gehennie, aż do końcowych scen walk na Czerniakowie. Jedna uwaga – skoro pokazano desant berlingowców, zresztą zgodnie z historyczną prawdą przedstawiając ich jako ludzkie mięso rzucone na rzeź bez elementarnego przeszkolenia w walce miejskiej, to aż prosiło się, by z drugiej strony przypomnieć choćby fragmentarycznie alianckie zrzuty i widok płonącego miasta z punktu widzenia kołującego nad Warszawą „Liberatora”. Z relacji lotników – nie nowicjuszy przecież - wiadomo, że był to iście apokaliptyczny pejzaż, nieusuwalny do końca życia z pamięci. Ten ujęty całościowo ogrom zniszczeń widzimy dopiero w ostatniej scenie, gdy Stefan po wybiciu jego oddziału i ucieczce z Czerniakowa obserwuje z wiślanej łachy konającą w płomieniach Warszawę, następnie zaś widok przechodzi płynnie w perspektywę współczesnej stolicy, rozjarzonej blaskiem latarń, neonów, biurowców, samochodów – zgrabna klamra przypominająca nam o niezłomnym mieście, które nie pozwoliło się zabić.

W całym filmie reżyser nie szczędzi nam licznych obrazów okrucieństw i zniszczenia, tragedii powstańczych szpitali, piwnic ze zdesperowanymi mieszkańcami, nie pozostawiając zarazem wątpliwości co do bestialstwa Niemców. Godne zauważenia w dobie zamazywania win, odpowiedzialności, przetrącania proporcji i zrzucania zbrodni na anonimowych „nazistów”. Tu Niemcy są Niemcami, Polacy Polakami, Żydzi – Żydami (jeden z uwolnionych Żydów dołącza do oddziału „Kobry” w którym walczy Stefan i do końca zachowuje opaskę z gwiazdą Dawida) - bez relatywizowania i niedomówień. W sam raz do sprzedania Niemcom w rewanżu za „Nasze matki, naszych ojców”. No i może polskie ambasady będą miały co wyświetlać w miejsce „Pokłosia”. „Miasto 44” to produkt eksportowy w najlepszym gatunku.

III. Trans obrazu

Nie sposób nie odnotować oszałamiającej warstwy wizualnej dzieła Komasy. W końcu doczekaliśmy się reżysera sprawnie poruszającego się w nowoczesnych technikach narracji. Poetyka niektórych scen przypomina dokonania choćby Zacka Snydera („Watchmen”, „300”). Warto zwrócić uwagę zarówno na odrealnione, poetycko ujęte sceny miłosne, jak i na obronę kamienicy na Czerniakowie zrealizowaną w konwencji gry typu First-person shooter (mnie skojarzyła się np. z sekwencjami stalingradzkimi z pierwszej części „Call of Duty” – zwłaszcza z obroną Domu Pawłowa, kto grał, ten wie, kto nie grał... niech zagra :). A jeśli ktoś narzeka na zbyt „teledyskową” formułę filmu, niech sobie przypomni chociażby przeraźliwie drętwą, nudną „piłę”, jaką był „Katyń” Wajdy, który swym filmem najprawdopodobniej „zamordował” temat sowieckiej zbrodni na lata. Albo nawet – jak to mawiają zawodowi krytycy filmowi - „akademickiego” „Pianistę” Romana Polańskiego. Ja wybieram Komasę. Czy film będzie podobał się wszystkim? Z pewnością nie i to z różnych względów. Jednym będzie brakowało patriotycznego patosu, drugich porazi okrucieństwo, jeszcze innych odrzuci „matrixowa” estetyka. Niemniej Komasa dokonał istotnego przełomu w sposobie opowiadania o historii – moim zdaniem uczynił w kinie rzecz porównywalną z tym, co zrobiło Muzeum Powstania Warszawskiego w polskim muzealnictwie, gdzie do niedawna królowały wyfroterowane parkiety i kapcie. To popkultura kształtuje dziś masowe postawy – rozumieli to twórcy MPW, rozumie i Komasa.

No i – wreszcie mamy polski film, w którym efekty specjalne nie wywołują swą pokracznością śmiechu, bądź uczucia zażenowania. Niezależnie od dużego jak polskie warunki budżetu, Komasa po prostu wie jak nimi operować i do czego służą. Czuć tu różnicę pokoleniową i odpowiedni warsztat. Zaletą są również „nieopatrzone” twarze aktorów i brak wpadek obsadowych, czego nie ustrzegł się np. Jerzy Hoffman w swej „Bitwie Warszawskiej” - Natasza Urbańska za ckm-em i wszystko jasne...

Powrócę na koniec do wspomnianych wcześniej FPS-owych scen z Czerniakowa. Teraz czekam na porządną grę komputerową o Powstaniu. To aż niewiarygodne, że notująca niebagatelne osiągnięcia polska branża gier do tej pory nie wypuściła porządnego shootera w powstańczych realiach (pominę litościwym milczeniem projekt „Uprising 44”). Jeśli nawet „branża” ideologicznie jest skolonizowana przez narrację „Wyborczej”, to argumentem powinny być choćby pieniądze jakie na takiej grze można zarobić. Nie wierzę, że można zrobić grę o Dzikim Zachodzie („Call of Juarez”), a o Powstaniu Warszawskim się nie da. Tak więc powtórzę – czekam!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 39 (29.09-05.10.2014)

 

środa, 21 sierpnia 2013

Realizm kolaborantów

Realizm proponowany przez zwolenników Zychowicza jest realizmem kolaborantów. W ten sposób całe tabuny zdrajców uwiarygadniały swe postępowanie.

I. Realiści na pasku

W dyskusji, która toczy się wokół książki Piotra Zychowicza „Obłęd 44” dostrzegam zarówno w wypowiedziach autora jaki i wśród jego zwolenników pewien niepokojący ton. Oto Powstanie Warszawskie miało być skazanym na klęskę, szaleńczym zrywem grupy nieodpowiedzialnych przywódców-żołdaków, którzy dla własnych, utopijnych mrzonek, tudzież rozdętego do absurdu poczucia honoru, doprowadzili do ruiny Warszawy i hekatomby ludności cywilnej. A przecież wystarczyło się nie mieszać i poczekać aż Hitler ze Stalinem rozstrzygną losy Polski między sobą, samemu koncentrując się na „ratowaniu substancji narodowej” (jak?!). Albo, jeszcze lepiej, dogadać się wcześniej z Niemcami i pójść na Sowietów.

Jest to myślenie dość charakterystyczne i (oprócz ostatniego punktu, czyli sojuszu z Hitlerem) przewijało się ono dotąd w co najmniej trzech grupach krytyków Powstania Warszawskiego. Pierwszymi byli oczywiście komuniści, którzy potępiali warszawską krwawą „awanturę”, rozpętaną na zlecenie „jaśnie panów z Londynu”. Od zarania PRL-u na przywódców Polski Podziemnej wylewano tony propagandowego plugastwa – wiemy dlaczego, pamiętamy, zatem nie ma co teraz szczegółowo tego roztrząsać.

Grupą drugą, czynną do tej pory, choć na marginesie, są post-endeccy „realiści” z PAX-u, tudzież „narodowi komuniści” z ZP „Grunwald”, współtworzący tzw. „endokomunę” oraz ich współcześni pogrobowcy ze środowiska „Myśli Polskiej”, czy konserwatywnych monarchistów od Adama Wielomskiego. Ci z kolei uczynili sobie z „realizmu” rodzaj listka figowego i totemu, mającego przesłonić/usprawiedliwić ich kolaborację z komuną i Sowietami, kiedy to z łaski Iwana Sierowa otrzymali monopol na „koncesjonowany patriotyzm”. Obecnie zaś ów „realizm” służy im jako uzasadnienie bezkrytycznie promoskiewskiej, naznaczonej panslawizmem, linii politycznej. Pisałem o nich w tekście „Realiści z moskiewskiej łaski”.

Trzecia grupa wreszcie, to salonowszczyzna, dla której uderzanie w pamięć o Powstaniu Warszawskim stanowi element „anty-polityki historycznej” mającej na celu uczynienie z Polaków zbiorowiska podatnych na manipulację, zatomizowanych i wykorzenionych klonów bez tożsamości - przepełnionych poczuciem wstydu i kompleksem niższości wobec elit IIIRP oraz ich brukselskich mocodawców. Tymi z kolei zająłem się w notce „Powstanie Warszawskie kontra Bogowie Demokracji”.

II. W poszukiwaniu patrona

Tak mniej więcej przedstawiało się to do niedawna. Obecnie jednak obserwujemy, wraz z ofensywą niemieckiej polityki historycznej, formowanie się kolejnej, czwartej grupy, nominalnie odwołującej się do „realizmu”, a de facto pozostającej pod wpływem narracji powstającej w Berlinie. Zwiastunem tej nowej tendencji jest Piotr Zychowicz, autor „Paktu Ribbentrop-Beck” oraz właśnie wydanego „Obłędu 44”. Zwróćmy uwagę, że wszystkie wymienione tu środowiska w zasadzie używają tego samego zestawu „antypowstaniowych” argumentów, co najwyżej nieco inaczej rozkładając akcenty, choć robią to w interesie różnych patronów, w zależności od tego gdzie im politycznie i ideologicznie bliżej – do Moskwy, Brukseli lub Berlina. Jednak Zychowicz postępuje o krok dalej, czyniąc z AK stalinowskich kolaborantów – tego jeszcze nie grali...

Nie będę tu wnikał, czy Zychowicz jest niemieckim agentem wpływu, czy tylko pożytecznym idiotą, któremu się wydaje, że oto odkrył świętego Graala polskiej racji stanu. Jestem nawet gotów przyjąć, że działa szczerze i w poczuciu narodowej misji. Nie ma to znaczenia. Znaczenie natomiast ma co innego: otóż, dylemat, czy iść z Ruskimi na Szkopów, czy ze Szkopami przeciw Ruskim, jest dylematem fałszywym, bowiem interesy obu mocarstw w odniesieniu do Europy Środkowej, ze szczególnym uwzględnieniem Polski, są idealnie zbieżne. Chodzi o to, by w tej części kontynentu nie powstało nic mogącego choćby potencjalnie zagrozić ich dominującej pozycji. Teza o rosyjsko-niemieckim kondominium jest jak najbardziej zasadna i dotyczy całości naszego regionu. Oba państwa mogą od czasu do czasu wziąć się za łby przy podziale łupów, lecz generalnych pryncypiów to nie zmienia.

Dopóki sami nie staniemy mocno na własnych nogach, a nie na protezach pożyczanych od kolejnych geopolitycznych protektorów, sytuacja ta nie ulegnie zmianie. Tymczasem odnoszę wrażenie, że oto mamy do czynienia z próbą wyszukania sobie nowego patrona: po Moskwie, Stanach Zjednoczonych i Brukseli, ktoś doszedł do wniosku, że może tym razem warto by postawić na Niemcy, skoro i tak są obecnie hegemonem Europy. To ślepy zaułek i strata cnoty bez zarobienia choćby rubla (czy euro). Niemcy miałyby pozwolić, by pod ich patronatem wyrosła silna, niezawisła Polska? Wolne żarty.

III. Realizm kolaborantów

Literacką działalność Zychowicza na niwie historycznej publicystyki odczytuję właśnie w tych kategoriach – szukania sponsora, zaś przesłanie jest oczywiste. Mamy do czynienia z nastręczaniem się w charakterze sojusznika-satelity, w tym przypadku w zakresie propagandy historyczno-symbolicznej. Jak wspomniałem wyżej, jestem nawet gotów przyjąć, że motywacją Zychowicza i jego zwolenników (np. Ziemkiewicz, Cenckiewicz) są – jakkolwiek kuriozalnie by to zabrzmiało - pobudki patriotyczne. Oni naprawdę mogą sądzić, iż strategiczny sojusz z Niemcami leży w polskim interesie. Odnajduję tu echa działalności i poglądów Władysława Studnickiego (tak, była również i pro-niemiecka endecja ;) ) I tu wracamy, do tak chętnie podnoszonego przez przeciwników Powstania – i generalnie, wrogów tradycji insurekcyjnej – realizmu.

Otóż, ten realizm – czy to w wydaniu komunistów, „endokomuny”, salonowszczyzny, czy też Zychowicza i spółki – jest realizmem kolaborantów. W ten sposób na przestrzeni naszej historii całe tabuny zdrajców uwiarygadniały swe postępowanie, co trafnie odczytał Sienkiewicz wkładając w usta Janusza Radziwiłła „państwowotwórczą” perorę, którą magnat uwiódł Kmicica. Świeższym przykładem jest „realistyczna” argumentacja Jaruzelskiego mająca usprawiedliwić wybór „mniejszego zła”. Inni z kolei zapętlali się w nierozwiązywalne dylematy, jak margrabia Wielopolski. Zaś wynikiem mogło być tylko postępujące uzależnienie i „żadnych mrzonek, panowie” w odpowiedzi na uniżone postulaty. Boleśnie przekonał się o tym choćby Roman Dmowski podczas swej działalności w rosyjskiej Dumie.

Na zakończenie dodam jeszcze, że wbrew pozorom, Powstanie Warszawskie jest w przesłaniu „realistów” najmniej istotne. Nie byłoby Powstania, to znaleziono by coś innego w charakterze kija mającego wbić nam do głów „realizm” ubrany w szaty kolaboranckiej logiki dziejów. Może pisano by, że nieodpowiedzialni awanturnicy z „Solidarności” sprowadzili na Polskę widmo sowieckiej interwencji i noc stanu wojennego. Albo rozwodzono się nad bezsensem „bohaterszczyzny” Żołnierzy Niezłomnych. Bowiem w proponowanej nam optyce każde wystąpienie przeciw opresji i przemocy silniejszego jest obarczonym ryzykiem „obłędem”, zaś najlepsze co można zrobić to skorzystać z okazji, żeby siedzieć cicho.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/realisci-z-moskiewskiej-laski

http://niepoprawni.pl/blog/287/powstanie-warszawskie-kontra-bogowie-demokracji

czwartek, 1 sierpnia 2013

Powstanie Warszawskie kontra Bogowie Demokracji

Oni zdają sobie sprawę z narastającego społecznego odrzucenia. Mają świadomość, że już trwa kolejne, pełzające powstanie – przeciwko nim.

I. Powstanie vs. antypedagogika upodlenia

Że podniesienie rangi kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego datujące się od czasów warszawskiej prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego jest solą w oku naszych samozwańczych Bogów Demokracji, wywindowanych na opiniotwórcze parnasy mocą okrągłostołowego dealu, to nie nowina. Dzieje się tak dlatego, iż godnościowa polityka historyczna w wydaniu szeroko rozumianego „obozu niepodległościowego” stoi na drodze inżynierii społecznej konsekwentnie wdrażanej przez Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Obóz, którego ekspozyturą polityczną jest obecna Dyktatura Matołów, emanacją propagandową zaś – formacja medialno-intelektualna określana zbiorczym mianem „michnikowszczyzny” (Ziemkiewicz). Podstawową funkcją owej formacji pozostaje krzewienie podszytej ojkofobią „pedagogiki wstydu” (Wildstein), mającej wpędzić Polaków w stan permanentnego kompleksu niższości i troskliwie ów kompleks pielęgnować.

Zakompleksionym stadem wykorzenionych klonów bez tożsamości łatwiej rządzić, łatwiej podsuwać mu model „modernizacji przez kserokopiarkę” (R. Legutko), polegający na rozbiciu elementarnych więzi społecznych i atomizacji. Człowiek utrzymywany w ciągłym poczuciu, że jest gorszy, zacofany, zaściankowy, nieeuropejski, że zostaje w tyle za nowoczesnym światem, gładko przełknie podsuwane mu rozwiązania, które sprowadzają się do jednego: by, mówiąc Palikotem, „Polacy wyrzekli się swej polskości”. Po co to wszystko? Bo społeczeństwo nieświadomych swego dziedzictwa autochtonów jest najlepszym gwarantem zachowania uprzywilejowanej pozycji uzurpatorskich pseudo-elit. Elit, dodajmy, które nafaszerowane różnymi historycznymi urazami, środowiskowymi fobiami i uwikłaniami - z komunizmem na czele – widzieć chcą w Polakach jedynie ciemną, sfanatyzowaną, nacjonalistyczną i antysemicką tłuszczę, gdyż jedynie taka skrajnie negatywna recepcja polskości ratuje ich własne biografie.

„Wszystko lepsze od tego endeckiego ciemnogrodu!” - pisała w swych „Dziennikach” Maria Dąbrowska i ta diagnoza mająca tłumaczyć poparcie dla stalinizmu jest dla naszych parnasiarzy wciąż obowiązująca. Dlatego należy narzucić tę optykę samym Polakom, poniżyć ich we własnych oczach, tak by już bez szemrania dali sobą powodować gronu uzupełniających się przez kooptację Autorytetów w nadziei, że kiedyś zasłużą sobie na pochwałę i symboliczne przyjęcie do grona „europejczyków”. Innymi słowy, prywislańscy Aborygeni mają patrzeć na siebie oczyma nienawidzących ich elit, które tak długo eksploatowały wszelkie możliwe antypolskie stereotypy, aż w końcu uwierzyły we własną propagandę.

II. Anty-polityka historyczna

Celowo obszernie zarysowałem powyżej tło światopoglądowe, bo dzięki temu możemy lepiej zrozumieć, dlaczego wszelkie przejawy polityki historycznej mającej zwrócić Polakom choć odrobinę godności i dumy narodowej wzbudzają wśród naszych Bogów Demokracji taką nieopisaną furię. Podobne zabiegi, jak utworzenie Muzeum Powstania Warszawskiego, umożliwiające przebicie się do masowego odbiorcy z innym komunikatem, niż ten o powstańcach mordujących Żydów, czy „bezsensownej awanturze”, mają potencjał niweczący narrację przedstawiającą Polaków jako zbrodniczych nieudaczników.

Nie jest bowiem tak, że tamta strona, gardłując przeciw „polityce historycznej” czy „martyrologii”, sama tejże „polityki historycznej” i „martyrologii” nie praktykuje. Przeciwnie – czyni to wszelkimi siłami dostępnego aparatu propagandy, tyle że jest to anty-polityka historyczna i anty-martyrologia, których celem jest zaszczepienie powszechnego przekonania o nieusuwalnych, historycznych winach Polaków względem innych nacji – z Żydami na czele. Zaś wszelkie narodowe aspiracje, widziane przez pryzmat tego narzuconego nam odgórnie „historycznego obciążenia”, mają jawić się jako coś z definicji podejrzanego, budzącego demony nacjonalizmu, szowinizmu i grożącego nawrotem „faszyzmu” (zupełnie tak, jakby w Polsce kiedykolwiek panował ustrój faszystowski). Na marginesie – patrząc z tej perspektywy łatwiej sobie uświadomić, skąd wzięła się obecna „antyfaszystowska” krucjata zapoczątkowana pamiętnym sabatem w siedzibie „Wyborczej”.

Tyle, że już teraz widać, iż ten społeczny eksperyment z antypedagogiką upodlenia się nie powiódł. Albo powiódł się jedynie częściowo i jest możliwy do odwojowania. Stało się tak dlatego, że warunkiem jego powodzenia jest absolutna szczelność systemu środków społecznej komunikacji. Ta monopolizacja przekazu była możliwa jedynie do pewnego momentu. Dziś, na skutek załamania się prestiżu i rynkowej potęgi „Gazety Wyborczej” oraz rozwoju niezależnego przekazu z internetem na czele, cały system dystrybucji opisywanego tu społecznego kompleksu niższości się sypie. Widzimy to nie tylko przy okazji Powstania Warszawskiego, ale również innych rocznic, czy np. odzyskiwania dla narodowej pamięci bohaterów antykomunistycznej partyzantki.

III. Delegitymizacja „elit zastępczych”

To wywołuje wściekłość pomieszaną ze strachem, bowiem naród z rozbudzoną samoświadomością staje się dla hochsztaplerów nieosiągalny, pozostaje poza ich władzą i oddziaływaniem. A stąd już prosta droga do zanegowania przywódczej roli tych, których nam obsadzono w charakterze duchowych, intelektualnych i politycznych przewodników stada u zarania IIIRP. Takie fałszywe „elity zastępcze” prędzej czy później zostaną zdelegitymizowane - unieważnione i strącone z piedestału.

Dlatego też nie dziwmy się, że Michnik wygaduje w „Spieglu” wszystkie te dyrdymały. Nie dziwmy się, że tamci organizują nagonki przeciw „faszystom” i otrzepują z naftaliny majora Baumana. Nie dziwmy się „profesorowi” Bartoszewskiemu, gdy w starczym amoku wrzeszczy o „bydle” i „motłochu” na Powązkach, czy gdy „odkrywa” po latach, że za okupacji bardziej niż Niemców bał się polskich donosicieli z sąsiedztwa. Przejdźmy do porządku dziennego nad deklaracjami o zbojkotowaniu Godziny „W” pod pomnikiem „Gloria Victis”. Oni bronią w ten sposób stanu posiadania i rządu dusz, bez którego są niczym. A gwizdy i buczenie na oficjeli cieszących się wsparciem salonowszczyzny – niezależnie od aspektu estetycznego – są właśnie wyrazem owej postępującej delegitymizacji zastępczych „elit”.

Ludzie wiedzą, że obecna władza wraz z tabunem „autorytetów” odbębnia te kolejne rocznice Powstania Warszawskiego (podobnie jak inne narodowe uroczystości) jedynie z musu, z urzędu i bez śladu głębszej patriotycznej emocji. Że to tylko puste, wymuszone gesty w przerwie między kolejnymi geszeftami, lub odbieraniem niemieckich odznaczeń, na które to gesty nabierają się jedynie nieliczni, większość ze względu na powagę chwili zmilczy, a zdeterminowana mniejszość – wygwiżdże. A jak niby inaczej ma okazać co sądzi o kabotynach maszerujących z wieńcami dla których „polskość to nienormalność”? Jak ma dać do zrozumienia, co myśli o pajacach od „morzeła” dla których patriotyzm jest szczytem obciachu i którzy chcieli by rozpuścić Polaków wraz z ich ojczyzną w ponadnarodowej, nieokreślonej magmie? Co ma zaprezentować, prócz pogardy, tym, którzy po największej narodowej tragedii po II wojnie światowej rzucili się do „pojednania” w smoleńskim błocie ze zbrodniarzem i którzy w tysięcznych przypadkach nie są w stanie, albo wręcz nie chcą zabezpieczyć elementarnych interesów własnego kraju?

Tamci to widzą, słyszą i czują. Zdają sobie sprawę z narastającego społecznego odrzucenia. Dlatego tak się zapluwają w nienawistnych paroksyzmach i rozpaczliwie zwierają szeregi. Bo mają świadomość, że już trwa kolejne, pełzające powstanie – przeciwko nim.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

środa, 1 sierpnia 2012

„Realiści” z moskiewskiej łaski

„Endokomunie”, oraz jej dzisiejszym następcom, odmawiam prawa do debaty nad polską tradycją powstańczą, a nad Powstaniem Warszawskim w szczególności.

I. „Realiści” ze stajni Sierowa

Zawsze w okolicach kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego uaktywnia się pewien szczególny typ jego krytyków. Nie twierdzę, rzecz jasna, że o zasadności Powstania nie należy dyskutować – spór o polską tradycję insurekcyjną jest wszak jedną z „odwiecznych” polskich debat, toczoną już od XIX stulecia – aczkolwiek zajęcie to uważam za dość jałowe. Obie strony poruszają się w obszarze wciąż tych samych argumentów, co najwyżej badania historyczne dostarczyć mogą nowych szczegółów na poparcie jednego, czy drugiego stanowiska. Osobiście uważam, że są to dylematy nierozwiązywalne – zwolennicy wskazywać będą na sytuację, która spowodowała wybuch kolejnych powstań i kalkulacje, które temu towarzyszyły, przeciwnicy – na tragiczne koszta przegranych zrywów. I tak się to kręci od przeszło stulecia. Nie będę rozstrzygał tu racji, gdyż na poparcie obu stanowisk można znaleźć równie poważne argumenty.

Jednakże, jak wspomniałem przed chwilą, jest wśród strony „krytycznej” pewien szczególny typ, który napawa mnie wyjątkowym obrzydzeniem. To tzw. „realiści” uważający się za spadkobierców tradycji endeckiej i Romana Dmowskiego, a którzy ten krytyczny wobec insurekcjonizmu nurt polskiej myśli politycznej doprowadzili do skrajnej karykatury, czyniąc zeń pozór moralnego uzasadnienia dla swej kolaboracji z sowietami z łaski Sierowa w latach komuny, co dziś znajduje przełożenie na bezkrytyczne rusofilstwo. Co ciekawe, ten „realizm” aktywizuje się u nich tylko gdy przychodzi do plucia jadem na powstańcze tradycje przy okazji kolejnych rocznic i gdy trzeba jakoś uzasadniać służalczą postawę wobec Rosji, czy wcześniej – Sowietów. W pozostałych przypadkach „realizm” ów nie przeszkadza im bredzić o „słowiańskim braterstwie krwi”, czy oplatających świat rozlicznych, z reguły żydomasońskich, spiskach.

II. Spadkobiercy endokomuny

Mówię tu rzecz jasna o pogrobowcach Bolesława Piaseckiego i jego PAX-owskiej, kolaboranckiej formacji, tudzież „narodowych komunistów” z niegdysiejszej stajni Albina Siwaka i Gontarza, ZP „Grunwald” Bohdana Poręby, wcześniej zaś – Mieczysława Moczara (vel Mykoły Demko, lub Diomko). Formacja ta określana ogólnym mianem „endokomuny” wciąż funkcjonuje w życiu publicznym, robiąc za moskiewską agenturę wpływu na prawicy. I doprawdy, nie ma tu znaczenia, czy są zadaniowani i opłacani, czy też robią to, co robią, z przekonania, tudzież własnej i nieprzymuszonej woli. Ich skrajnie jadowity stosunek do Powstania Warszawskiego, czy do powstań narodowych jako takich, ma bowiem jedną podstawową funkcję: jest to gra w interesie Moskwy – bandyckiego mocarstwa, które było wrogiem polskiej suwerenności co najmniej od czasów Iwana Groźnego i doktryny zbierania ziem ruskich aż do „Białej Wody” (czyli – Wisły), co znalazło urzeczywistnienie przy okazji rozbiorów, potem komunizmu, obecnie zaś - po krótkim okresie względnej „pieredyszki” - przybiera postać przekształcania „Priwislańskiego Kraju” we współdzieloną z Niemcami strefę wpływów – kondominium.

Tu uwaga na marginesie – nie można być jednocześnie wrogiem Niemiec i przyjacielem Rosji, jak usiłuje się przedstawiać „endokomuna”, a to z tego prostego powodu, iż w sprawie Polski interesy obu krajów są idealnie zbieżne i nam wrogie. Niemcy i Rosja mogą się co najwyżej na chwilę pokłócić o zakres wpływów w „strefie buforowej”, ale co do generaliów są w kwestii polskiej zgodne: nie może tu powstać żaden liczący się organizm państwowy. Lekcją poglądową takiego podejścia był stosunek obu naszych Wielkich Braci do rządów PiS i prezydentury Lecha Kaczyńskiego, kiedy to Polska usiłowała prowadzić suwerenną politykę w regionie.

Tych moskiewskich „gawnojedów” z endokomuny spotkać można w różnych miejscach internetu – na „narodowych” portalach, lub też w kręgach „konserwatystów” umoczonych w PAX-owskie zaszłości. Klinicznym przykładem jest tu portal „konserwatyzm.prl” i takie postaci jak Jan Engelgard, czy Adam Wielomski – wielbiciele junty Jaruzelskiego i autorzy płomiennych „adresów” do Władymira „katechona” Putina, ale jest tego tałatajstwa znacznie, znacznie więcej. Ostatnio np. na Niepoprawnych przyplątał się (STĄD) jeden z przedstawicieli tej „szkoły” w postaci użytkownika „p.e. 1984” (czyli „Palmer Eldritch 1984”, bo i pod takim nickiem występuje w necie – też sobie, cholera, Dickowsko-Orwellowski przydomek wybrał), który uraczył nas całą propagandową serią (np. TU i TU), rok wcześniej był niejaki xiazeluka – syntezę jednego i drugiego znajdziemy TUTAJ.

III. Odmawiam prawa

Endokomuniści po dziś dzień powtarzają antypolskie manipulacje ukute w sowieckich i PRL-owskich kuźniach propagandowych, dorzucając od siebie „realistyczną” retorykę, często–gęsto wzbogacaną „rozporkowym patriotyzmem” i z tego co widać – wychowują kolejne pokolenie następców zaczadzonych panslawistyczno-rusofilskimi miazmatami. To, co przez PAX-owców zostało wymyślone dla usprawiedliwienia własnej kolaboracji i zaprzaństwa, dziś – w nowym pokoleniu „endokomuny”, zyskuje status poniekąd autonomiczny – choć wciąż mogłoby ukazać się w, dajmy na to, „Słowie Powszechnym”.

Nawiasem mówiąc, panslawizm to wynalazek carskiej propagandy oparty na micie wielkiej słowiańskiej wspólnoty, której naturalną siłą scalającą i przywódczą ma być „święta Ruś”. Jak widać, ten z gruntu fałszywy przekaz, bazujący na „plemienności”, „krwi” i „pobratymstwie”, a skrzętnie przemilczający fundamentalne różnice cywilizacyjne i polityczne (polska niepodległość kontra rosyjska dominacja), wciąż ma swych wyznawców. Taki to „realizm”.

No dobrze, ale skoro, jak zaznaczyłem na wstępie, dopuszczam możliwość debaty nad sensownością Powstania Warszawskiego i powstań narodowych w ogóle, to czemu uwziąłem się akurat na „endokomunę”? Z prostego powodu: nad takimi kwestiami wolno debatować jedynie z polskich pozycji. Co innego Dmowski, jeden z ojców odzyskania przez Polskę niepodległości, co innego zdrajcy, którzy z endeckiej tradycji uczynili listek figowy dla kolaboracji z sowieckim okupantem. Im, oraz ich dzisiejszym następcom, odmawiam prawa do debaty nad polską tradycją powstańczą, a nad Powstaniem Warszawskim w szczególności. Prawo to bowiem utracili wysługując się Moskwie, oraz jej krajowym namiestnikom, natomiast ich współcześni następcy – podpisując się pod tą zaprzańczą spuścizną. Z takimi ludźmi nie ma dyskusji, dla takich jak oni rezerwuję sobie jedną emocję – odrazę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Na zbliżony temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/gnoje

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-sluzbie-wladimira-katechona