Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 października 2014

Groza '44

Komasa dokonał w kinie rzeczy porównywalnej z tym, co zrobiło Muzeum Powstania Warszawskiego w polskim muzealnictwie.

I. Bez znieczulenia

Rzadko zdarza się, by film zostawił mnie wbitego w kinowy fotel z pustką w głowie, niczym po ciosie obuchem. Ostatni raz przytrafiło mi się coś podobnego chyba przy okazji „Pasji” Mela Gibsona. „Miasto 44” Jana Komasy jest bowiem obrazem skondensowanej grozy - intensywnym, wręcz wyciskającym powietrze z płuc, co zresztą miałem możność zaobserwować na przykładzie widowni. Ludzie – jak to w kinie – przed seansem zachowujący się dość swobodnie, po jego zakończeniu wychodzili w głuchym milczeniu, jakby stłamszeni, przygnieceni dopiero co zobaczonym pandemonium.

Ten film nie tyle oglądamy, co współuczestniczymy w nim, niczym w koszmarnej wędrówce po piekle. Tym bardziej przytłaczającej, że skonfrontowanej z optymizmem sprzed Powstania i pierwszego okresu po jego wybuchu, gdy wydawało się, że walka potrwa kilka dni – w sam raz tyle, by na wyzwolonych obszarach miasta powitać w charakterze gospodarzy wkraczających Sowietów, traktując ich zarazem – wedle przytoczonego w filmie rozkazu – z dystansem, jako „sojuszników naszych sojuszników”. Komasa nie roztrząsa tu racji za i przeciw Powstaniu, nie proponuje nam ani dzieła podniośle patriotycznego, ani krytycznego w duchu obecnej „zychowszczyzny”. On nam Powstanie po prostu pokazuje z całą towarzyszącą mu paletą skrajnych emocji, ze strachem, okrucieństwem i poświęceniem, z najniższymi ale też i najwyższymi ludzkimi instynktami. Piorunująca mieszanka, podkreślona sposobem narracji w wyniku której otrzymujemy swoisty trans w którym pogrążają się zarówno bohaterowie, jak i podążający za nimi widz.

II. Podróż po piekle

Co ciekawe, dzięki losom głównych bohaterów możemy wejść w tamte dni niejako w dwóch różnych rolach – zarówno żołnierza jak i cywila. Główny bohater, Stefan, opiekujący się młodszym, kilkuletnim bratem i histeryczną matką, wdową po polskim oficerze, do konspiracji zostaje wciągnięty właściwie przypadkiem. Po wybuchu walk, gdy zostaje ranny, zwyczajnie dezerteruje i ucieka z powrotem do rodziny, której jednak w zdewastowanym mieszkaniu nie zastaje. Rankiem, z okna opustoszałej kamienicy widzi egzekucję jej mieszkańców – w tym matki i brata. To, połączone z odniesioną raną i szokiem pola walki powoduje, że pogrąża się w stuporze. W ślad za nim oddział opuszcza zakochana w Stefanie druga główna postać filmu - „Biedronka” i wyrusza na poszukiwanie chłopaka. Przez długi czas zatem oglądamy Powstanie oczyma nie tylko cywilów, ale wręcz dezerterów, którzy powstańcze opaski bądź to chowają, bądź wyciągają, w zależności od tego, co jest bardziej przydatne w przedzieraniu się przez kolejne dzielnice. To wtedy widzimy krwawy deszcz szczątków ludzkich po wybuchu czołgu-pułapki na ulicy Kilińskiego, wtedy również przechodzimy horror wędrówki kanałami ze Starówki do Śródmieścia (genialna scena z atakiem klaustrofobii), którymi „Biedronka” holuje pogrążonego w odrętwieniu Stefana. Mało tu wojennego heroizmu, za to dużo prawdy o ludzkiej kondycji i poświęceniu dla drugiego człowieka.

Na wojenny heroizm przyjdzie zresztą czas, gdy Stefan wraca do oddziału, by uczestniczyć już do końca w jego gehennie, aż do końcowych scen walk na Czerniakowie. Jedna uwaga – skoro pokazano desant berlingowców, zresztą zgodnie z historyczną prawdą przedstawiając ich jako ludzkie mięso rzucone na rzeź bez elementarnego przeszkolenia w walce miejskiej, to aż prosiło się, by z drugiej strony przypomnieć choćby fragmentarycznie alianckie zrzuty i widok płonącego miasta z punktu widzenia kołującego nad Warszawą „Liberatora”. Z relacji lotników – nie nowicjuszy przecież - wiadomo, że był to iście apokaliptyczny pejzaż, nieusuwalny do końca życia z pamięci. Ten ujęty całościowo ogrom zniszczeń widzimy dopiero w ostatniej scenie, gdy Stefan po wybiciu jego oddziału i ucieczce z Czerniakowa obserwuje z wiślanej łachy konającą w płomieniach Warszawę, następnie zaś widok przechodzi płynnie w perspektywę współczesnej stolicy, rozjarzonej blaskiem latarń, neonów, biurowców, samochodów – zgrabna klamra przypominająca nam o niezłomnym mieście, które nie pozwoliło się zabić.

W całym filmie reżyser nie szczędzi nam licznych obrazów okrucieństw i zniszczenia, tragedii powstańczych szpitali, piwnic ze zdesperowanymi mieszkańcami, nie pozostawiając zarazem wątpliwości co do bestialstwa Niemców. Godne zauważenia w dobie zamazywania win, odpowiedzialności, przetrącania proporcji i zrzucania zbrodni na anonimowych „nazistów”. Tu Niemcy są Niemcami, Polacy Polakami, Żydzi – Żydami (jeden z uwolnionych Żydów dołącza do oddziału „Kobry” w którym walczy Stefan i do końca zachowuje opaskę z gwiazdą Dawida) - bez relatywizowania i niedomówień. W sam raz do sprzedania Niemcom w rewanżu za „Nasze matki, naszych ojców”. No i może polskie ambasady będą miały co wyświetlać w miejsce „Pokłosia”. „Miasto 44” to produkt eksportowy w najlepszym gatunku.

III. Trans obrazu

Nie sposób nie odnotować oszałamiającej warstwy wizualnej dzieła Komasy. W końcu doczekaliśmy się reżysera sprawnie poruszającego się w nowoczesnych technikach narracji. Poetyka niektórych scen przypomina dokonania choćby Zacka Snydera („Watchmen”, „300”). Warto zwrócić uwagę zarówno na odrealnione, poetycko ujęte sceny miłosne, jak i na obronę kamienicy na Czerniakowie zrealizowaną w konwencji gry typu First-person shooter (mnie skojarzyła się np. z sekwencjami stalingradzkimi z pierwszej części „Call of Duty” – zwłaszcza z obroną Domu Pawłowa, kto grał, ten wie, kto nie grał... niech zagra :). A jeśli ktoś narzeka na zbyt „teledyskową” formułę filmu, niech sobie przypomni chociażby przeraźliwie drętwą, nudną „piłę”, jaką był „Katyń” Wajdy, który swym filmem najprawdopodobniej „zamordował” temat sowieckiej zbrodni na lata. Albo nawet – jak to mawiają zawodowi krytycy filmowi - „akademickiego” „Pianistę” Romana Polańskiego. Ja wybieram Komasę. Czy film będzie podobał się wszystkim? Z pewnością nie i to z różnych względów. Jednym będzie brakowało patriotycznego patosu, drugich porazi okrucieństwo, jeszcze innych odrzuci „matrixowa” estetyka. Niemniej Komasa dokonał istotnego przełomu w sposobie opowiadania o historii – moim zdaniem uczynił w kinie rzecz porównywalną z tym, co zrobiło Muzeum Powstania Warszawskiego w polskim muzealnictwie, gdzie do niedawna królowały wyfroterowane parkiety i kapcie. To popkultura kształtuje dziś masowe postawy – rozumieli to twórcy MPW, rozumie i Komasa.

No i – wreszcie mamy polski film, w którym efekty specjalne nie wywołują swą pokracznością śmiechu, bądź uczucia zażenowania. Niezależnie od dużego jak polskie warunki budżetu, Komasa po prostu wie jak nimi operować i do czego służą. Czuć tu różnicę pokoleniową i odpowiedni warsztat. Zaletą są również „nieopatrzone” twarze aktorów i brak wpadek obsadowych, czego nie ustrzegł się np. Jerzy Hoffman w swej „Bitwie Warszawskiej” - Natasza Urbańska za ckm-em i wszystko jasne...

Powrócę na koniec do wspomnianych wcześniej FPS-owych scen z Czerniakowa. Teraz czekam na porządną grę komputerową o Powstaniu. To aż niewiarygodne, że notująca niebagatelne osiągnięcia polska branża gier do tej pory nie wypuściła porządnego shootera w powstańczych realiach (pominę litościwym milczeniem projekt „Uprising 44”). Jeśli nawet „branża” ideologicznie jest skolonizowana przez narrację „Wyborczej”, to argumentem powinny być choćby pieniądze jakie na takiej grze można zarobić. Nie wierzę, że można zrobić grę o Dzikim Zachodzie („Call of Juarez”), a o Powstaniu Warszawskim się nie da. Tak więc powtórzę – czekam!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 39 (29.09-05.10.2014)

 

wtorek, 11 lutego 2014

Reżyser obrotowy

Jack Strong” to kawał całkiem niezłego kina sensacyjnego, a nie żadna „msza narodowa”.

I. Reżyser na każdą okazję

Ha – ma ten Pasikowski wyczucie mądrości etapu. Jak trzeba, to dopieści esbeków przedstawiając ich może jako brutali, ale zarazem prawdziwych, twardych facetów z kościami. Innym razem pójdzie w czystą komercyjną sensację, zaspokajając gusta widzów stęsknionych za kinem „jak w Ameryce”, by następnie podlizać się Salonowi piętnując antysemicką ludożerę z polskiej prowincji wedle wytycznych J. T. Grossa. A na koniec zmienia front o sto osiemdziesiąt stopni i kręci obraz o płk. Kuklińskim, ewidentnie skomponowany pod gusta patriotycznej i antykomunistycznej części widowni. Jednym słowem, dla każdego coś miłego – brać, wybierać.

Zwłaszcza ostatnia wolta reżysera jest spektakularna – trudno wyobrazić sobie przepaść głębszą, niż ta ziejąca między „Pokłosiem” a „Jackiem Strongiem”. Osobiście przypuszczam, że Pasikowski po „Pokłosiu” zorientował się jak olbrzymi elektorat negatywny wyhodował sobie wśród publiczności i że na salonowym cmokaniu, pokazach w ambasadach, czy spędzanych do kin wycieczkach szkolnych daleko nie zajedzie. Zapewne dotarło do niego, że umownie nazywając, „prawicowa” widownia to niekoniecznie zabiedzeni aborygeni, że ci ludzie również zostawiają w kinach swoje pieniądze i w związku z tym warto by się tym „targetem” zainteresować. Sądzę również, że nie bez znaczenia była tu zmiana nastrojów społecznych, której efektem jest sondażowe prowadzenie Prawa i Sprawiedliwości. Być może niedługo to właśnie PiS będzie dzielił budżety na kulturę i trzeba się zawczasu zakręcić, by po zmianie warty na scenie politycznej nie obudzić się z ręką w nocniku - z etykietką pieszczocha polonofobicznych elit III RP przedstawiającego Polaków jako nację zdziczałych żydożerców.

II. Oferta Pasikowskiego

I w tym właśnie kontekście odbieram nakręcenie filmu o płk.Kuklińskim. Jest to oferta Pasikowskiego skierowana do środowisk patriotyczno-niepodległościowych i przyszłej władzy. Przypuszczam, że gdyby tematu nie zaklepał zawczasu Antoni Krauze, to Pasikowski bez większych oporów nakręciłby również film o Smoleńsku – choć zapewne poczekałby z ostateczną decyzją na wynik wyborów. Coś jak Wajda, który za PiS-u zrobił „Katyń”, a za Platformy hagiografię Wałęsy – oba zresztą gnioty nie do oglądania.

Ta oferta, jak się zdaje, została przez jakąś (i to chyba nawet sporą) część „targetu” zaakceptowana. Czytając różne komentarze można odnieść wrażenie, że ten Pasikowski już jest prawie-prawie „nasz”. Jeszcze trochę się medialnie „wypucuje”, pomruga do nas oczkiem, pokokietuje antykomunistyczny, wygłodniały elektorat i nagle okaże się, że z tego Pasikowskiego to szczery patriota - dostarczyciel narodowego katharsis w wersji instant. Jeśli Zalewskiemu nie wyjdzie z „Historią Roja”, to może nawet Władysław Pasikowski weźmie na tapetę temat „Żołnierzy Wyklętych” i nakręci film o Kurasiu albo „Łupaszce”, a wtedy ani chybi stanie się filmowym wieszczem polskiej prawicy...

Atmosferę tę dało się odczuć w sobotni wieczór 8 lutego, kiedy w gronie pięciorga znajomych weszliśmy sobie do kinowej sali radośnie obdzielając się chipsami i popcornem. Trzeba było widzieć te ciężkie spojrzenia ludzi, którzy przyszli, jak się domyślam, celebrować narodowe świętości, a nie po prostu na kolejny film Pasikowskiego. Na widowni zasiadło sporo znanych mi z widzenia lokalnych prawicowców dla których widok paczki chipsów i butelki coli NA FILMIE O PUŁKOWNIKU KUKLIŃSKIM był zapewne przejawem skrajnego barbarzyństwa i galopującej lemingozy. W każdym razie, zgorszenie można było kroić nożem.

Tymczasem, trudno o większe nieporozumienie i pomieszanie porządków. „Jack Strong” to kawał całkiem niezłego kina sensacyjnego, a nie żadna „msza narodowa”. Owszem – jest to kino z miłym memu sercu antysowieckim przesłaniem, ale robienie z tego dzieła, które należy oglądać w nabożnym skupieniu, jest przejawem jakiejś aberracji.

III. Bez bólu

Czy „Jack Strong” to dobry film? Powiem tak – mnie i koledze się spodobał, natomiast dla kogoś, kto o PRL-u, ówczesnych uwarunkowaniach międzynarodowych i o samym pułkowniku Kuklińskim ma mgliste, albo wręcz zerowe pojęcie (jak towarzyszące nam niewiasty) może być cokolwiek nieczytelny. Widz nie chwytający różnych kontekstów pokazanej na ekranie historii (a takich wśród masowej publiki jest jednak zdecydowana większość) i w związku z tym nie potrafiący sobie różnych rzeczy dośpiewać, może poczuć się cokolwiek znużony. Dość powiedzieć, iż po filmie musiałem tłumaczyć, że ten z tymi brwiami to Breżniew, a po Breżniewie nie było od razu Jelcyna, tylko Andropow, Czernienko i Gorbaczow... Stąd między innymi mój wniosek, iż mamy do czynienia z ofertą sprofilowaną „pod prawicę”, która jest bardziej zorientowana w prezentowanej tematyce. Lemingrad może średnio trybić o co w tym wszystkim tak naprawdę „kaman”.

Tu muszę zdradzić, iż mamy z moją lubą swój prywatny kinowy miernik jakości. Otóż, jeśli podczas seansu zeżremy wszystkie chipsy lub popcorn i wypijemy całą colę, to znaczy, że film był do bani – po przekąski ręka sięga nam bowiem z nudów, lub by „zajeść” poczucie żenady. Przykładowo, na takiej „Bitwie po Wiedniem” nie dość, że zjadłem wszystkie chipsy, to jeszcze skrupulatnie wyczyściłem oślinionym paluchem okruszki z zakamarków torebki. Czyli, dno i metr mułu. Na „Jacku Strongu” ubyła może jedna trzecia mojej paczki, a dzieliłem się jeszcze z kolegą, tak więc nie najgorzej. Z drugiej strony jednak, moja luba zjadła niemal cały popcorn z opakowania o porównywalnej objętości, po filmie zaś wyznała mi, że napięcie było może przez ostatnie pół godziny (czyli sekwencja ucieczki Kuklińskiego z rodziną), a reszta to takie „gadające głowy” - i tu również mamy potwierdzenie tezy jaki „target” ma ten film obsłużyć.

Podsumowując – na film można spokojnie pójść, ogląda się bez bólu, rzeczywistość PRL-u przedstawiona jest wiarygodnie, włącznie z detalami scenografii. Ruscy nieco komiksowi, lecz w tej komiksowości jakoś tam autentyczni (dobra rola aktora grającego „marszała” Kulikowa). Dorociński cokolwiek mdławy, ale w sumie daje radę. Pod mniej wyrobionego (a może pod zagranicznego?) widza zrobiono łopatologiczny wstęp i zakończenie umożliwiające odczytanie filmu przynajmniej na podstawowym poziomie, zaś Pasikowski potwierdza, że jest sprawnym reżyserem. Jeśli natomiast ktoś oczekuje dzieła pomnikowego i perły narodowej kinematografii, to oczywiście i zdecydowanie nie ten adres. Swoją drogą, abstrahując od dość oślizgłej „obrotowości” Pasikowskiego – ciekawe, jakie szanse w lewackim Hollywood mógłby mieć „Jack Strong” w wyścigu o nominację do nieanglojęzycznego Oscara? Może ktoś z Was zna jakiegoś Amerykańca, któremu można by puścić ten film, zakładając, że pojawi się wersja z angielskimi napisami?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl

piątek, 19 października 2012

Bitwa pod Wiedniem i czipsy

Zamiast rodzimej „Victorii” otrzymaliśmy po latach gniota z importu.

I. Skazany na czipsy

Wybrałem się do kina na „Bitwę pod Wiedniem”. Na nieszczęście, nie dało się uciąć drzemki, bo było za głośno, poza tym fotel miał zbyt niskie oparcie, by wygodnie złożyć głowę, a odległości między rzędami były takie, że ledwie mieściłem się z nogami. Słowem, spać się nie dało, czego bardzo żałuję, gdyż wszystko co poprzedza w tym tak zwanym „filmie” tak zwaną „kulminację” - czyli samą bitwę, to jakaś plątanina rwanych wątków, urozmaicona tak zwanymi „efektami specjalnymi”, które wbiły mnie w fotel do tego stopnia, że po powrocie, będąc wciąż pod wrażeniem owych „efektów”, odpaliłem na kompie nabytą jakiś rok temu w serii „klasyka gier” „Rome Total War II”, żeby zobaczyć czy są jakieś różnice. No cóż...

Nawiasem, powyżej w jednym zdaniu trzykrotnie użyłem zbitki „tak zwany” - to nie błąd, tylko celowy zabieg stylistyczny. Z tego co kojarzę, twórcy filmu tłumaczyli się jakoś podobnie ze swego dzieła.

W każdym razie, nie mogąc spać, byłem skazany na czipsy. Niestety, w moim miasteczku przed godziną 20:00 w okolicach kina czynny był jedynie kiosk Ruchu, gdzie mieli tylko najmniejsze paczki cebulowych Laysów – i już w połowie seansu żałowałem, że kupiłem zaledwie jedną, bo mimo oszczędzania zabrakło mi tych czipsów i musiałem poprzestać na popijaniu jabłkowo-brzoskwiniowego Tymbarku bez zakąski. Na szczęście, napoju starczyło mi do końca, a nawet trochę zostało.

Po co w ogóle lazłem do kina, skoro tysięczne relacje w internecie przestrzegały mnie przed tą kichą? Żeby mieć temat do notki, to raz. Dwa – z ciekawości, czy uda się przyciąć komara zarówno mnie, jak i mojej Osobie Towarzyszącej, która onegdaj pobiła rekord zasypiając na „Matrixie” (mój rekord znudzenia – na „Gladiatorze” podczas jakiejś pałacowej dłużyzny wyszedłem na papierosa). Trzy - żeby sprawdzić w jakiej kondycji znajduje się obecnie włoskie kino sandałowe. Cztery – aby porównać tak zwaną „fabułę” omawianego utworu z powieścią „Victoria” Cezarego Harasimowicza.

II. Efekty komiczne

No to po kolei. Notka się właśnie pisze, dobra nasza. Zasnąć, jak wspomniałem powyżej, mi się nie udało, mojej Osobie Towarzyszącej również – za to udało się jej skończyć zarówno butelkę Tymbarka, jak i czipsy przed końcem filmu. I też, jak mi wyznała, brakowało jej drugiej paczki.

Natomiast włoskie kino sandałowe (tak, wiem, że to inna epoka, ale będę się trzymał tego terminu) zrobiło się bardzo... tanie. 50 baniek złociszy to zaledwie jakieś 12 mln euro - porządne gry komputerowe mają obecnie większy budżet i to baaardzo widać. Wystarczy porównać to co dało się zobaczyć na kinowym ekranie z tzw. „gamepleyami”, jakich pełno na youtubie. Ale nawet przy tak skąpym budżecie zwyczajnie niedopuszczalna jest aż taka partanina, bowiem, owszem, wywołuje ona „efekt” - tyle że nie „specjalny”, a komiczny.

Przykładowo, landszaft z palemkami ze scen stambulskich nie może przypominać westernowej dekoracji z lat 50-tych, kiedy to „komboje” naparzali się z Indianami na tle namalowanego pejzażu Gór Skalistych. To samo tyczy się „panoramy” w sekwencjach wiedeńskich. Kule armatnie nie mogą przywodzić na myśl „Przygód Barona Munchausena” Terry Gilliama z 1988 roku. Szarżę husarii lepiej zrobił Hoffman w „Ogniem i Mieczem” (1999) – zresztą, tych kilku tłoczących się rycerzyków mających wywołać wrażenie „masy” trudno w ogóle nazwać „szarżą”. Zamiana wilka w człowieka przywodzi na myśl odwrócone „bestiality” z gry „Mortal Kombat”. Dalej nie będę już się wyzwierzęcał, wspomnę tylko o nadludzkiej kondycji ojca Marka z Aviano, który dyrdał na piechtę w tę i we wtę przez zasypane śniegiem Alpy, kursując wahadłowo na linii Italia – Wiedeń. Przestałem nawet liczyć ile razy został z różnych ujęć kamery pokazany ten sam fragment zasypanej śniegiem alpejskiej ścieżki.

Jeśli miałbym określić półkę „Bitwy pod Wiedniem”, to znalazłoby się dla niej miejsce obok niesławnego „Quo Vadis” Kawalerowicza z „rypniętym” amfiteatrem. Jak na razie, brak danych co do skali przewałów – czy jest porównywalna z produkcją „Quo Vadis”, czy może większa i ile kto zajumał z kasiory KGHM. No, może aktorzy w „Bitwie pod Wiedniem” spisali się cokolwiek lepiej (nie było Magdaleny Mielcarz i tego wielkiego dyzia co grał Krotona, no i tego od Ursusa), nawet Alicję-Synuś dało się jakoś oglądać. Natomiast Skolimowski jako Jan III Sobieski odrabiał chyba pańszczyznę za to, że na jakimś lewackim spędzie w Wenecji udelektowano go nagrodami za film o talibie uciekającym z Klewek przed tubylczymi wiochmenami.

Ogólnie, przychodziła mi na myśl włoska ekranizacja „Ogniem i Mieczem” z lat 60-tych. Kto nie widział husarii ze skrzydełkami na hełmach i wyfiokowanej Kurcewiczówny ze sztucznymi rzęsami, niech żałuje.

III. „Victoria” Harasimowicza

Teraz pora na powód czwarty, który zmotywował mnie by jednak zobaczyć w kinie owo dziwowisko, które nawet we Włoszech wejdzie tylko do telewizji. Otóż, stoi u mnie na półce wydana w 2007 roku powieść „Victoria” utalentowanego scenarzysty Cezarego Harasimowicza. Może nie arcydzieło, ale rzecz napisana sensownie, rzekłbym nawet, że z pewnym „sienkiewiczowskim” powiewem. Wątki poprowadzone są jak trzeba, z pewnością nie ma tej miotaniny z jaką mamy do czynienia w przypadku „Bitwy pod Wiedniem” - też zresztą nakręconej na bazie jakiegoś literackiego pierwowzoru.

Wiedeńska batalia wybrzmiewa na kartach Harasimowicza jak należy – np. szczegółowo rozpisane są manewry husarii, która wbrew utartemu schematowi wcale nie rzucała się „na rympał”, tylko elastycznie reagowała np. na ostrzał artylerii. W rękach odpowiedniego reżysera – nawet mającego do dyspozycji zaledwie 50 mln złotych (pod warunkiem, że budżetu by nie rozkradziono) scena szarży mogłaby spokojnie dorównać choćby mojej ulubionej – Rohirrimów z tolkienowskiego „Powrotu Króla” (a tak – jak tworzyć mity, to na całego!).

Obowiązkowy motyw miłosny również jest bardziej dorzeczny, sensacyjno-szpiegowskie gry barwnie opowiedziane. Krótko mówiąc, w „Victorii” wszystko trzyma się kupy, no i przedstawione jest z polskiej perspektywy – nie zatracając przy tym uniwersalnego wymiaru, który czyniłby oparty na niej film „sprzedawalnym” na rynku międzynarodowym. Na pewno bardziej niż „Katyń” Wajdy, czy ta ściema udająca „Quo Vadis”.

Może ktoś jeszcze kojarzy, że książka ta miała stanowić podstawę do polskiej ekranizacji Odsieczy Wiedeńskiej. Owo przedsięwzięcie nazywało się „projekt Victoria” i było na jego temat w mediach trochę szumu – książkę Harasimowicza czytano nawet w odcinkach na antenie radiowej „Trójki” za czasów Krzysztofa Skowrońskiego. Tyle, że się jakoś nie udało... Jak sądzę, po blamażu „Quo Vadis” Kawalerowicza (2001) wygasł entuzjazm sponsorów do kręcenia „rodzimych superprodukcji”, no i nie zapominajmy o „ogólnym klimacie”, w ramach którego tzw. Salon siał terror opiniotwórczy, by tylko ktoś nie podbił autochtonom „patriotycznego bębenka”. Pamiętajmy również, iż od 2005 roku trwała nieubłagana wojna z „kaczyzmem” - „nie czas żałować róż, gdy płoną lasy” i te de.

Zatem, zamiast rodzimej „Victorii” otrzymaliśmy po latach gniota z importu. I to pomimo tego, że Cezarego Harasimowicza jako żywo nie da się obsadzić na pozycjach „antysalonowych”.

***

A poza tym sądzę, że podczas projekcji „Victorii” nie byłbym zmuszony w połowie seansu grzebać oślinionym paluchem po dnie torebki z czipsami w poszukiwaniu ostatnich okruchów. Magia kina zatrzymałaby dłoń w pół drogi.

V. Film wbrew bożkom tolerancjonizmu

Tak na zakończenie, należy oczywiście olać pretensje a la „Wyborcza”, że „Bitwa pod Wiedniem” to film o niesłusznej ideologicznie wymowie. Tu akurat jest jak trzeba, zaś postać Marka z Aviano przez pryzmat której odczytana jest cała okołowiedeńska historia, to bodaj najjaśniejszy punkt całej produkcji – mimo groteskowego, amuletyczno-new-ageowego, „powinowactwa duchowego” z Kara Mustafą. Ojcowie kapucyni powinni być zadowoleni – i chyba są, zważywszy, iż z okazji filmu nagrali kilka audycji radiowych przybliżających różne aspekty życia swego błogosławionego współbrata – do odsłuchania tutaj: https://www.kapucyni.pl/index.php/info/5584-audycje-radiowe. Zresztą, reżyser i tak wykonał kilka kurtuazyjnych ukłonów w stronę świata islamu – choćby w postaci tego „dobrego Turka”, co to ochajtał się z katolicką niemotą, potem zaś cierpiał męki rozdarcia między miłością, a powinnościami płynącymi z wiary Proroka.

Włoskie lewactwo wielce się burzyło przeciw „islamofobicznemu” przesłaniu filmu, i to na długo przed premierą, co samo w sobie jest gwarancją, że przynajmniej pod tym względem nie dano ciała i nie złożono reżyserskiej wizji na ołtarzu współczesnych bożków tolerancjonizmu.

***

Tylko co z tego, skoro film, jako dzieło, jest kichą? Taka kicha ma to do siebie, że „morduje temat” na długie lata i nikogo nie przekonuje do swego – jakże aktualnego przecież – przesłania. Na produkcję w rodzaju choćby przywołanej wyżej „Victorii” przyjdzie nam zatem poczekać – o ile będzie istniała jakaś Polska, w której podobny film mógłby powstać.

Gadający Grzyb

P.S. Dowiedziałem się, że w moim mieście szkoły nie zdecydowały się organizować „wyjść” na „Bitwę pod Wiedniem”. Pytanie, czy ze względu na kichowatość filmu, czy na „niesłuszną” wymowę.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

piątek, 20 lipca 2012

Duchowe skretynienie

Kilka słów o wyjątkowej szmirze z Julią Roberts – tą, co to nie goli się pod pachami.

I. Julia Roberts na tropie samospełnienia

Niedawno zawitałem do znajomych na grilla, a następnego dnia na ciężkim kacu wzięliśmy się za oglądanie wyjątkowo goooownianego filmu z Julią Roberts. Nie pamiętam tytułu i nawet nie będę guglał, żeby go odnaleźć. Było w nim chyba coś o jedzeniu i modleniu się. W każdym razie, z tego co zarejestrowałem podrzemując na wersalce, bohaterka – dobrze sytuowana mieszkanka Nowego Jorku, pozostająca w spokojnym, stabilnym małżeństwie - ni z tego ni z owego stwierdza, iż jest totalnie nieszczęśliwa. Jak na nowojorkę wyhodowaną w kulcie psychoterapii przystało, postanawia zatem poszukać samospełnienia. Owo samospełnienie przybiera postać rozwodu, co, jak się zdaje, twórcy filmu potraktowali z pełną aprobatą i zrozumieniem, a mimo to – dziw nad dziwy – ów rozwód z Bogu ducha winnym facetem wpędza ją w depresję. Coś podobnego. Przecież rozwód to powinien być pełen spontan, czad i odlot, a tu coś babę uwiera i drąży – i to chyba jeszcze bardziej, niż przed tym całym rozwodem, kiedy to była, przypomnijmy, totalnie nieszczęśliwa. Dziwna jakaś.

No, ale w każdym razie, stan w jaki się wpędziła absolutnie nie podpowiada jej, że może niezłym pomysłem byłoby wrócić do męża (nawet, jeśli ciut nudnawy) i spróbować odbudować związek. Gdzieżby. To by się nie sprzedało. Baba postanawia dalej brnąć w samorealizację, wdaje się chyba w jakiś romans, a potem urządza sobie podróż po świecie. Jedzie, mianowicie, szukać szczęścia, które jak wiadomo, można znaleźć tylko wioząc tyłek gdzieś daleko. Podobno wybrała się najpierw do Włoch, ale co tam robiła nie wiem, bo przysnąłem. Chyba coś żarła.

II. Pranie mózgu

Ocknąłem się, gdy rzeczoną babę zaniosło do Indii, gdzie wstąpiła do jakiejś sekty i o czwartej trzydzieści rano wstawała, żeby szorować podłogę w świątyni, a potem medytować, albo klepać mantry i toczyć psychologizujące gadki z podobnymi jej popaprańcami. Lub też kiwać pustym łebkiem, słuchając głodnych kawałków wciskanych jej przez guru.

I tu już coś mnie trafiło. Głupia babo, pomyślałem (a chyba nawet powiedziałem na głos, bo Pani Domu zaczęła mi w tym momencie wyjaśniać szeroki kontekst omawianego arcydzieła). Jak szukasz ukojenia, duchowej przemiany, odnowy i takich tam, to wystarczyło znaleźć jakiegoś spowiednika lub klasztor, gdzie człowiek również może zaszyć się i odizolować od świata. Albo odbyć rekolekcje, pójść na pielgrzymkę... Cokolwiek.

Przypuszczam, że byłoby to możliwe nawet w Stanach, a jeśli już ją tak nosi, mogła udać się do któregoś z krajów latynoskich, czy – w ostateczności – do Europy, zanim ta jeszcze ze szczętem nie stoczyła się w neopogaństwo. W takim klasztorze też zapewne nikt by jej nie bronił szorować podłóg o wpół do piątej rano, nie wspominając już o modlitewnej medytacji. Wyłaby godzinki, kiwała się nad różańcem, prowadziła usystematyzowany tryb życia, duchowej strawy miałaby po uszy - i może wreszcie coś by do niej dotarło. Z tego co zaobserwowałem, byłaby to dla niej nie mniejsza egzotyka, niż ta syfiasta sekta w Indiach.

Ale jest jeden szkopuł. W takim miejscu nikt by jej nie powiedział, że zrobiła dobrze zostawiając męża, że wszystko czego potrzebuje to samoakceptacja, a spokój ducha osiągnie piorąc sobie mózg mantrami. Nie. Tam by jej powiedziano jasno i bez ogródek, że jest durną, rozkapryszoną, egoistyczną pindą, wpatrzoną w czubek własnego nosa; że pod kopułą ma sieczkę złożoną z jakichś postmodernistycznych zabobonów i że najlepsze co może zrobić, to solidny rachunek sumienia, spowiedź oraz zadośćuczynienie Bogu i bliźnim. Nawet dano by jej czas na posprzątanie tego całego bajzlu pod sufitem i nieuchronne wnioski.

III. Dobre Mzimu

Ale, oczywiście, nic z tego. Bohaterka, niczym hart z imbirem w zadku wyjeżdża z tych całych Indii na jakąś wyspę, chyba na Bali (nie jestem pewien, po chwilowej irytacji znowu przysnąłem) i tam poznaje dobrotliwego szamana – takiego żywcem z egzotycznej Cepelii. Ten wciska jej rzewne pierdoły o harmonii, równowadze i że trzeba być dobrym. Zauważcie – ta baba musiała pojechać do jakiejś cholernej Indonezji, żeby dowiedzieć się, że trzeba być dobrym – czujecie ten poziom skretynienia? I to musiał jej powiedzieć jakiś szczerbaty szaman w śmierdzącej chacie, wśród chmar moskitów, bo gdyby powiedział jej to ksiądz, to by nie uwierzyła.

No więc, ta pańcia z Njujorku robi się dobra. Robi się tak dobra, że zbiera przez internet jakąś kasę na zapomogę dla miejscowej zielarki (swoją już pewnie przeputała na ekskursje) i staje się białym Mzimu, z czym - jak można się domyślać po nie schodzącym z budynia otępiałym uśmiechu – jest jej bardzo dobrze i komfortowo. Masuje się tą swoją dobrocią we dnie i w nocy i jest w związku z tym coraz bardziej rozanielona. Każdy, kto choć raz widział rybie wary Julii Roberts rozciągające się w uśmiechu najaranego ćpuna, może sobie wyobrazić ten widok i budzić się z krzykiem przez resztę życia.

A potem poznaje jakiegoś fagasa, idzie z nim do łóżka i na tym z grubsza się to wszystko kończy. Kurtyna.

IV. Lajfstajlowa gehenna

Oświecono mnie, że cała ta historia oparta jest na tzw. „faktach autentycznych”. Bardzo być może – nie wątpię, że znalazło się jakieś babsko z gatunku „lajfstajlowych feministek”, której od dobrobytu tak popaliły się styki, że normalne życie wydało się jej doświadczeniem zbyt traumatycznym i przygnębiającym. Postanowiła więc sobie poprawić zgodnie ze wskazaniami kolorowych pism dla idiotek, które jako pozór moralnego uzasadnienia dla egoistycznych zachcianek podsuwają psychologiczno-newage'owy szajs w charakterze erzatzu duchowości.

To jest dopiero pomysł na udane życie – wpędzić się w depresję wziętym z nudów rozwodem, a potem to opisać (bo ponoć jest nawet książka, na bazie której powstała ta cała szmira), sprzedać prawa do filmu i zrobić wodę z mózgów tabunom kolejnych kretynek. Z tą różnicą, że tamtych nie będzie stać na podróż dookoła świata i przez najbliższe miesiące (zakładając optymistycznie, że po jakimś czasie im przejdzie) będą urządzały swoim mężom piekło na ziemi – z czystej, babskiej zawiści, że one nie mogą sobie pozwolić na rozwód z nudów, malowniczą depresję i pluszową gehennę podróży w ciepłe kraje w poszukiwaniu samorealizacji i spełnienia. No i że nie wyglądają jak rozanielona Julia Roberts, mimo że też ekologicznie nie golą się pod pachami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

P.S. Notka o zbliżonej tematyce: http://www.niepoprawni.pl/blog/287/lajfstajlowy-feminizm%E2%80%A6

wtorek, 29 września 2009

Bękarty Hollywoodu.


Tarantino swoim filmem złożył reżyserski trybut na rzecz władców Hollywoodu.

No to se obejrzałem „Bękarty wojny” („Inglourious Basterds”), Quentina Tarantino. Trochę ciężko pisać w poważnym tonie o jego filmie, łatwo bowiem narazić się na zarzut „drewniactwa” – że nie kuma się konwencji, nie łapie pastiszowego dystansu, nie docenia góry cytatów na pograniczu hołdu i kpiny, którymi przepełnione są jego filmy.

Jakby co, odpowiadam – lubię i jak najbardziej „chwytam” zarówno filmy jak i ogólną konwencję w której porusza się reżyser. Chętnie wracam do „Wściekłych psów”, „Pulp Fiction”, czy „Kill Billa”.

I gdyby jego najnowsza produkcja ograniczała się, jak do tej pory, do pomysłowej żonglerki kinowymi motywami, podlanymi skondensowaną dawką przemocy i okrutnego humoru, podsycającą perwersyjny urok kolejnej krwawej opowieści, nie miałbym powodów do narzekań, tudzież doszukiwania się drugiego dna.

Tak, niestety, nie jest.

Fałsz ekranu.

Co zatem mam za złe panu Tarantino?

Przede wszystkim to, że najwyraźniej dał ciała. Nad jego dziełem unosi się smrodek politycznej poprawności. Cały film, od początku do końca, trąci mi podskórnym fałszem.

Twórca wpisał się w dominujący ostatnimi czasy nurt relatywizacji wojny – „Upadek”, „Walkiria” i wreszcie, chyba najbardziej – „Defiance”. Do tego ostatniego tytułu film odwołuje się bodaj najmocniej. Oczywiście, nie tyle w sferze wizualnej, cytatów itp., ile w sferze tzw. wymowy ogólnej. Najwyraźniej w tej chwili jest zapotrzebowanie na zerwanie ze schematem biernego Żyda - bezwolnego barana pędzonego na rzeź. Zapotrzebowanie bieżące domaga się obstalowania wizerunku Żyda – bohatera, mściciela, który z bronią w ręku bierze odwet na prześladowcach – bohatersko, sam przeciw całemu światu. Współczesna „prawda ekranu” ma przedstawiać wyrzynające Niemców semickie komando i francusko – żydowską mścicielkę, która do spółki z czarnym kamerzystą pali żywcem nazistowską wierchuszkę. Tak ma być i już. Wszystko co temu służy, co pozwala powyższy obraz wdrukować w podświadomość widza, nawet jeżeli jest to tarantinowski, przegięty, krwawy absurdalizm – jest dobre.

Przypomnę dla porządku, że amerykańscy Żydzi nie kiwnęli palcem, by ratować swych europejskich pobratymców. Hollywoodzcy Żydzi tym bardziej. Do 22.06.1941 Hollywood przeżarty sowiecką agenturą spod znaku Komunistycznej Partii Ameryki głosił kult sprzymierzonego z III Rzeszą ZSRR i wspierał propagandowo izolacjonistów. Do wojny zaczął nawoływać, wciąż pod dyktando Kremla, dopiero po uprzedzającym o kilkanaście dni sowiecką inwazję ataku Hitlera. Te błędy należy zatuszować.

Kiedyś Marlon Brando stwierdził, że Hollywoodem rządzą Żydzi. Posypały się gromy, jak to bywa często, gdy ktoś powie coś o czym wszyscy wiedzą, ale czego głośno mówić z jakichś względów nie wypada. Mam brzydkie podejrzenie, że Tarantino swoim filmem złożył swoisty hołd lenny, opowiadając się po „właściwej” stronie propagandowej batalii o historię. Taki reżyserski trybut na rzecz władców Hollywoodu.

Dobrzy Francuzi i anonimowi naziści.

Niejako przy okazji, film spełnia zapotrzebowanie innych możnych tego świata – Francuzów i Niemców na wybielenie własnej historii. Francuzi, którzy zasłynęli z czołgów posiadających tylko wsteczny bieg, zaś pod okupacją systemowo wyłapywali „swoich” Żydów i odstawiali do transportów (i to nie tylko pod reżimem Vichy), są sprowadzeni do postaci szlachetnego farmera, który łamie się pod wpływem psychologicznej rozgrywki oficera SS. Doprawdy straszne, zwłaszcza gdy skonfrontować to z realiami okupowanej Polski, gdzie, mimo kary śmierci za ukrywanie Żydów grożącej wszystkim domownikom, Żydów uratowano najwięcej. Ale o tym ani Tarantino, ani zachodni widz wiedzieć nie musi.

Niemcy również mogą filmem poczuć się usatysfakcjonowani. Hitler i spółka zostali przedstawieni w sposób tak karykaturalny, przerysowany i groteskowy, że nie sposób się ich bać. Są to postaci rodem z „Upadku”. Na widok tych komiksowych pajaców można jedynie wzruszyć ramionami – już więcej psychopatycznej grozy ma plejada szwarccharakterów z cyklu o „Batmanie”.

No i wreszcie naziści. Ci p*** naziści. W całym filmie w odniesieniu do nich bodaj ani razu nie pada słowo „Niemcy”. Zawsze są to „naziści”. Ci „naziści” wprawdzie szwargocą w jakby znanym dialekcie, pochodzą a to z Bawarii, a to z innych okolic między Renem a Królewcem, ale o ich narodowości – ani słowa. Bardzo subtelny zabieg, wpisujący się w lansowaną tezę, iż dobrzy Niemcy zostali podbici przez złych „nazistów” (którzy też nie wszyscy i nie ze szczętem byli źli) z czego jakoś tak wynikło całe to wojenne zamieszanie i związane z nim nieprzyjemności…

Nie wiem, czy przeciętny połykacz medialnej papki skojarzy, iż skoro filmowi „naziści” mówią po niemiecku, to pewnie byli Niemcami. Masowe zidiocenie sięgnęło takiego pułapu, że mam poważne wątpliwości.

Doprawdy, gdyby do galerii filmowych typów Tarantino dopchnął jeszcze kolanem szlachetnego Rosjanina w stylu niezapomnianego Stirlitza, byłby komplet. Zresztą, gdyby obejrzał „17 mgnień wiosny”, pewnie by to zrobił.

***

Tarantino pograł koniunkturalnie. Doszlusował (oby na chwilę) do grona fałszujących historię hollywoodzkich bękartów. Zrobił to w swoim stylu, z przymrużeniem oka, charakterystycznym dla niego sadystycznym humorem i wdziękiem, ale niesmak pozostaje.

Cóż, wypada tylko mieć nadzieję, że reżyser odrobił polit – poprawną pańszczyznę i w kolejnych filmach powróci do tego, co lubię u niego najbardziej – bezpretensjonalnej orgii przemocy, pieszczącej zmysły widza perfekcyjnym montażem, idealnie dobraną muzyką, zapadającymi w pamięć, „cytowalnymi” dialogami i koncertową grą aktorów. Najlepiej, żeby to był zapowiadany w „Grindhouse” jako fikcyjny trailer „Machete”. I żeby zrobili to we dwóch z Rodriguezem. Takiego Tarantino – mistrza krwawej groteski chcę oglądać.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 11 stycznia 2009

Prowokator za miliony.

Michael Moore

Jakiś czas temu natrafiłem w dodatku telewizyjnym pewnej (he, he) gazety na omówienie kolejnego wykwitu twórczości Michaela Moore’a. W tekście tym pan recenzent (pominę litościwym milczeniem jego personalia, zresztą nie o osobę mi chodzi, tylko o zjawisko) raczył określić amerykańskiego reżysera mianem „prowokatora”.

Niby nic nowego – „prowokator”, „nonkonformista”, „kontestator” – takich nobilitujących słówek używa się wobec Moore’a nagminnie, powinienem więc się przyzwyczaić. No właśnie – powinienem, ale jakoś za cholerę nie mogę.

Rzecz w tym, że M.M. to nie żaden prowokator czy nonkonformista. Jego twórczość doskonale wpisuje się w dominujący w mediach nurt politycznej poprawności, z obsesyjnym antyamerykanizmem jako obowiązkowym składnikiem tej świeckiej religii naszych czasów. Moore nie jest również dokumentalistą (jak z uporem godnym lepszej sprawy go się prezentuje) – równie dobrze dokumentalistami można by nazwać Goebbelsa, czy Żdanowa. Bohater tego tekstu jest po prostu cynicznym manipulatorem i propagandystą, którego od innych różni jedynie wyższy poziom warsztatowej biegłości, połączonej z wyjątkową, nawet wśród lewaków, bezczelnością i tupeciarstwem. Światowe salony potrafią docenić takie indywidua, toteż nasz „prowokator” żyje sobie jak pączek w maśle, opływając w rozliczne nagrody, wyróżnienia, tudzież zaszczyty, zarówno artystyczne, jak i finansowe („wart robotnik zapłaty swojej”). Ale cóż, medialnym pożytecznym idiotom nie przeszkadza to klepać bezmyślnie andronów o rzekomym nonkonformizmie, czy kontrowersyjności jego filmów. Zwróćmy uwagę – jakież to „kontrowersje” towarzyszą kolejnym premierom kinowym? Gigantyczna klaka urządzana przez przekaziory i zagłuszanie nielicznych głosów sprzeciwu? Owszem, czasami, dla zachowania pozorów, zaprosi się do dyskusji jakiegoś ostrożnego sceptyka, który nieśmiało zasugeruje, że z przekazem wiekopomnego dzieła pana Michaela może nie wszystko do końca jest w porządku, może nieco przejaskrawia, ale w gruncie rzeczy przesłanie jest słuszne i na czasie… poza tym, zresztą, ta warsztatowa biegłość… och, ach, cmok, cmok…

Rzygać się chce.

Chciałbym na zakończenie napisać, że z niecierpliwością czekam na kolejne „dokumenty” Moore’a, tym razem „demaskujące” ohydę USA pod rządami jaśnie oświeconego Barracka Obamy, ale jestem jakoś dziwnie spokojny, że się nie doczekam – a jeżeli już, to co najwyżej obnażające jakiś kolejny aspekt wstecznictwa Amerykanów, który należy w imię postępu wypalić rozżarzonym żelazem. Do czego, jak tuszę, nowemu prezydentowi nie zbraknie ni sił, ni ochoty…

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 11.11.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/prowokator-za-miliony