Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popkultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popkultura. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 października 2014

Groza '44

Komasa dokonał w kinie rzeczy porównywalnej z tym, co zrobiło Muzeum Powstania Warszawskiego w polskim muzealnictwie.

I. Bez znieczulenia

Rzadko zdarza się, by film zostawił mnie wbitego w kinowy fotel z pustką w głowie, niczym po ciosie obuchem. Ostatni raz przytrafiło mi się coś podobnego chyba przy okazji „Pasji” Mela Gibsona. „Miasto 44” Jana Komasy jest bowiem obrazem skondensowanej grozy - intensywnym, wręcz wyciskającym powietrze z płuc, co zresztą miałem możność zaobserwować na przykładzie widowni. Ludzie – jak to w kinie – przed seansem zachowujący się dość swobodnie, po jego zakończeniu wychodzili w głuchym milczeniu, jakby stłamszeni, przygnieceni dopiero co zobaczonym pandemonium.

Ten film nie tyle oglądamy, co współuczestniczymy w nim, niczym w koszmarnej wędrówce po piekle. Tym bardziej przytłaczającej, że skonfrontowanej z optymizmem sprzed Powstania i pierwszego okresu po jego wybuchu, gdy wydawało się, że walka potrwa kilka dni – w sam raz tyle, by na wyzwolonych obszarach miasta powitać w charakterze gospodarzy wkraczających Sowietów, traktując ich zarazem – wedle przytoczonego w filmie rozkazu – z dystansem, jako „sojuszników naszych sojuszników”. Komasa nie roztrząsa tu racji za i przeciw Powstaniu, nie proponuje nam ani dzieła podniośle patriotycznego, ani krytycznego w duchu obecnej „zychowszczyzny”. On nam Powstanie po prostu pokazuje z całą towarzyszącą mu paletą skrajnych emocji, ze strachem, okrucieństwem i poświęceniem, z najniższymi ale też i najwyższymi ludzkimi instynktami. Piorunująca mieszanka, podkreślona sposobem narracji w wyniku której otrzymujemy swoisty trans w którym pogrążają się zarówno bohaterowie, jak i podążający za nimi widz.

II. Podróż po piekle

Co ciekawe, dzięki losom głównych bohaterów możemy wejść w tamte dni niejako w dwóch różnych rolach – zarówno żołnierza jak i cywila. Główny bohater, Stefan, opiekujący się młodszym, kilkuletnim bratem i histeryczną matką, wdową po polskim oficerze, do konspiracji zostaje wciągnięty właściwie przypadkiem. Po wybuchu walk, gdy zostaje ranny, zwyczajnie dezerteruje i ucieka z powrotem do rodziny, której jednak w zdewastowanym mieszkaniu nie zastaje. Rankiem, z okna opustoszałej kamienicy widzi egzekucję jej mieszkańców – w tym matki i brata. To, połączone z odniesioną raną i szokiem pola walki powoduje, że pogrąża się w stuporze. W ślad za nim oddział opuszcza zakochana w Stefanie druga główna postać filmu - „Biedronka” i wyrusza na poszukiwanie chłopaka. Przez długi czas zatem oglądamy Powstanie oczyma nie tylko cywilów, ale wręcz dezerterów, którzy powstańcze opaski bądź to chowają, bądź wyciągają, w zależności od tego, co jest bardziej przydatne w przedzieraniu się przez kolejne dzielnice. To wtedy widzimy krwawy deszcz szczątków ludzkich po wybuchu czołgu-pułapki na ulicy Kilińskiego, wtedy również przechodzimy horror wędrówki kanałami ze Starówki do Śródmieścia (genialna scena z atakiem klaustrofobii), którymi „Biedronka” holuje pogrążonego w odrętwieniu Stefana. Mało tu wojennego heroizmu, za to dużo prawdy o ludzkiej kondycji i poświęceniu dla drugiego człowieka.

Na wojenny heroizm przyjdzie zresztą czas, gdy Stefan wraca do oddziału, by uczestniczyć już do końca w jego gehennie, aż do końcowych scen walk na Czerniakowie. Jedna uwaga – skoro pokazano desant berlingowców, zresztą zgodnie z historyczną prawdą przedstawiając ich jako ludzkie mięso rzucone na rzeź bez elementarnego przeszkolenia w walce miejskiej, to aż prosiło się, by z drugiej strony przypomnieć choćby fragmentarycznie alianckie zrzuty i widok płonącego miasta z punktu widzenia kołującego nad Warszawą „Liberatora”. Z relacji lotników – nie nowicjuszy przecież - wiadomo, że był to iście apokaliptyczny pejzaż, nieusuwalny do końca życia z pamięci. Ten ujęty całościowo ogrom zniszczeń widzimy dopiero w ostatniej scenie, gdy Stefan po wybiciu jego oddziału i ucieczce z Czerniakowa obserwuje z wiślanej łachy konającą w płomieniach Warszawę, następnie zaś widok przechodzi płynnie w perspektywę współczesnej stolicy, rozjarzonej blaskiem latarń, neonów, biurowców, samochodów – zgrabna klamra przypominająca nam o niezłomnym mieście, które nie pozwoliło się zabić.

W całym filmie reżyser nie szczędzi nam licznych obrazów okrucieństw i zniszczenia, tragedii powstańczych szpitali, piwnic ze zdesperowanymi mieszkańcami, nie pozostawiając zarazem wątpliwości co do bestialstwa Niemców. Godne zauważenia w dobie zamazywania win, odpowiedzialności, przetrącania proporcji i zrzucania zbrodni na anonimowych „nazistów”. Tu Niemcy są Niemcami, Polacy Polakami, Żydzi – Żydami (jeden z uwolnionych Żydów dołącza do oddziału „Kobry” w którym walczy Stefan i do końca zachowuje opaskę z gwiazdą Dawida) - bez relatywizowania i niedomówień. W sam raz do sprzedania Niemcom w rewanżu za „Nasze matki, naszych ojców”. No i może polskie ambasady będą miały co wyświetlać w miejsce „Pokłosia”. „Miasto 44” to produkt eksportowy w najlepszym gatunku.

III. Trans obrazu

Nie sposób nie odnotować oszałamiającej warstwy wizualnej dzieła Komasy. W końcu doczekaliśmy się reżysera sprawnie poruszającego się w nowoczesnych technikach narracji. Poetyka niektórych scen przypomina dokonania choćby Zacka Snydera („Watchmen”, „300”). Warto zwrócić uwagę zarówno na odrealnione, poetycko ujęte sceny miłosne, jak i na obronę kamienicy na Czerniakowie zrealizowaną w konwencji gry typu First-person shooter (mnie skojarzyła się np. z sekwencjami stalingradzkimi z pierwszej części „Call of Duty” – zwłaszcza z obroną Domu Pawłowa, kto grał, ten wie, kto nie grał... niech zagra :). A jeśli ktoś narzeka na zbyt „teledyskową” formułę filmu, niech sobie przypomni chociażby przeraźliwie drętwą, nudną „piłę”, jaką był „Katyń” Wajdy, który swym filmem najprawdopodobniej „zamordował” temat sowieckiej zbrodni na lata. Albo nawet – jak to mawiają zawodowi krytycy filmowi - „akademickiego” „Pianistę” Romana Polańskiego. Ja wybieram Komasę. Czy film będzie podobał się wszystkim? Z pewnością nie i to z różnych względów. Jednym będzie brakowało patriotycznego patosu, drugich porazi okrucieństwo, jeszcze innych odrzuci „matrixowa” estetyka. Niemniej Komasa dokonał istotnego przełomu w sposobie opowiadania o historii – moim zdaniem uczynił w kinie rzecz porównywalną z tym, co zrobiło Muzeum Powstania Warszawskiego w polskim muzealnictwie, gdzie do niedawna królowały wyfroterowane parkiety i kapcie. To popkultura kształtuje dziś masowe postawy – rozumieli to twórcy MPW, rozumie i Komasa.

No i – wreszcie mamy polski film, w którym efekty specjalne nie wywołują swą pokracznością śmiechu, bądź uczucia zażenowania. Niezależnie od dużego jak polskie warunki budżetu, Komasa po prostu wie jak nimi operować i do czego służą. Czuć tu różnicę pokoleniową i odpowiedni warsztat. Zaletą są również „nieopatrzone” twarze aktorów i brak wpadek obsadowych, czego nie ustrzegł się np. Jerzy Hoffman w swej „Bitwie Warszawskiej” - Natasza Urbańska za ckm-em i wszystko jasne...

Powrócę na koniec do wspomnianych wcześniej FPS-owych scen z Czerniakowa. Teraz czekam na porządną grę komputerową o Powstaniu. To aż niewiarygodne, że notująca niebagatelne osiągnięcia polska branża gier do tej pory nie wypuściła porządnego shootera w powstańczych realiach (pominę litościwym milczeniem projekt „Uprising 44”). Jeśli nawet „branża” ideologicznie jest skolonizowana przez narrację „Wyborczej”, to argumentem powinny być choćby pieniądze jakie na takiej grze można zarobić. Nie wierzę, że można zrobić grę o Dzikim Zachodzie („Call of Juarez”), a o Powstaniu Warszawskim się nie da. Tak więc powtórzę – czekam!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 39 (29.09-05.10.2014)

 

sobota, 3 sierpnia 2013

Czy odbiorą nam „Kotwicę”?

Szeroko i nieprecyzyjnie sformułowany zakres „ochrony” znaku Polski Walczącej ma służyć wyrugowaniu z przestrzeni publicznej patriotycznej symboliki.

I. Szkodliwy bubel prawny

Pani Ewa Kopacz – sejmowa marszalica i formalnie druga osoba w państwie – zapowiedziała podczas pierwszosierpniowych obchodów 69. rocznicy Powstania Warszawskiego, że Sejm zintensyfikuje prace ustawodawcze nad ochroną prawną symbolu Polski Walczącej – słynnej „Kotwicy”. Sprawa nie jest nowa – już w 2012 roku Związek Powstańców Warszawskich podjął starania o zabezpieczenie znaku, poparte również przez światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej. Projekt stosownej nowelizacji Ustawy o Radzie Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa wpłynął na początku lipca br. do sejmowej komisji kultury, gdzie utknął na skutek wycofania się z prac legislacyjnych posłów PiS. Gdyby jednak komuś włączył się odruch pomstowania na warcholstwo „pisiorów”, to odnotujmy, że opozycyjni posłowie podzielili jedynie negatywną opinię Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, która ustami swego sekretarza, Andrzeja Kunerta, uznała projekt ustawy za, delikatnie mówiąc, niedoprecyzowany.

Przypomnijmy, że projekt zakłada, iż „Kotwica Walcząca” uzyska status „dobra ogólnonarodowego, podlegającego ochronie prawnej na zasadach przewidzianych dla dóbr osobistych”. Nad prawidłowym wykonaniem ustawy czuwać miałaby ROPWiM oraz Ministerstwo Kultury. Tyle, że ROPWiM wcale do takiej „ochrony” się nie pali. Andrzej Kunert: „– Nie ma w tym projekcie ani jednego słowa na temat tego, na czym miałaby polegać ta ochrona i przed czym. Czy ma to być ochrona polegająca na przeciwdziałaniu wypadkom korzystania w sposób przynoszący ujmę znakowi narodowemu, czy też ochrona znaku w każdym przypadku, gdy pozostaje on w niezgodzie z jego charakterem i znaczeniem, czyli np. przy wykorzystaniu go w celach komercyjnych lub politycznych? W jaki sposób i kto będzie o tym decydował, jeżeli to nie jest zapisane wprost?”

II. Kotwica Walcząca „dobrem osobistym”?

Marszalica Kopacz twierdzi wprawdzie, że znak Polski Walczącej miałby być chroniony „tak jak chroni się polską flagę i polskie godło”, ale to tylko jej opinia, bowiem zapis odnoszący się do cywilnoprawnej kategorii „dóbr osobistych” daje znacznie szersze pole do popisu. Dobra osobiste to bardzo rozległy i nie zdefiniowany nawet w Kodeksie Cywilnym katalog. KC w art.23 wymienia jedynie przykładowe dobra: „Dobra osobiste człowieka, jak w szczególności zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnica korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza i racjonalizatorska, pozostają pod ochroną prawa cywilnego niezależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach.” A doktryna dodaje jeszcze drugie tyle.

No i bądź tu mądry. Na dobrą sprawę, dałoby się z tego wysnuć interpretację, że każde „nieautoryzowane” przez Radę czy Ministerstwo Kultury wykorzystanie „Kotwicy” mogłoby spotkać się z pozwem. Ewentualnie, pozwy sądowe mógłby składać „w imieniu Symbolu” każdy, urażony „niegodnym” jego wykorzystaniem – choćby w ramach ochrony czci, bowiem projekt ustawy zdaje się przenosić per analogiam „dobra osobiste” przynależne osobom fizycznym na znak graficzny PW.

Pewien trop podsuwa tu zresztą Związek Powstańców Warszawskich, którzy na swojej stronie piszą: „Z.P.W. uważa że, wykorzystywanie Znaku dla celów politycznych (w manifestacjach różnych ugrupowań politycznych), komercyjnych, oraz reklamowych (znakowania wyrobów handlowych tym Znakiem) a nawet występowanie takiego Znaku w imprezach sportowych (kibice) - nie może być stosowane”. Krótko mówiąc, wnioskodawcy pragną ograniczyć używanie „Kotwicy” jedynie do sfery oficjalnej, autoryzowanej przez państwowe instytucje oraz zrzeszenia weteranów Państwa Podziemnego.

III. „Kotwica” jak „Guevara”?

Ja oczywiście nie odmawiam szlachetnych intencji kombatantom, których może drażnić przekształcanie symbolu Polski Walczącej autorstwa harcerki i studentki historii sztuki Anny Smoleńskiej (ech, ta symbolika nazwisk...), stworzonego w najczarniejszej okupacyjnej nocy (1942 rok), w gadżet popkultury. Tyle, że łatwo tu o wylanie dziecka z kąpielą. Sfera popkultury bowiem jest dzisiaj bodaj najsilniejszym bodźcem oddziałującym na społeczną świadomość. Do tej pory domena ta była zawłaszczona przez lewacki nihilizm, czy wręcz zaprzęgnięta do propagowania zbrodniczej ideologii komunistycznej, czego przykładem jest wszechobecny wizerunek Che Guevary. Restrykcyjne podejście do używania „Kotwicy”, która właściwie dopiero od niedawna zaczęła „zadomawiać się” w popkulturowym obiegu, oddaje przestrzeń symboliczną na powrót we władanie lewactwu – a przecież chyba nie o to kombatantom chodzi? Jak najszersze rozpropagowanie znaku PW służy nasączeniu sfery publicznej patriotycznym przekazem. Lepiej chyba, że na kubkach i koszulkach mamy „Kotwicę” niż czerwonego mordercę, prawda?

Warto również zwrócić uwagę, że znak Polski Walczącej bardzo szybko wykroczył poza kontekst walki z Niemcami i stał się na przestrzeni dziesięcioleci uniwersalnym symbolem niepodległościowych aspiracji i środkiem wyrażania uczuć patriotycznych, w tym szacunku dla narodowowyzwoleńczej tradycji Polski. To Grottger XX wieku. Dawno już przestał być wyłącznym atrybutem środowisk kombatanckich, stając się własnością publiczną. A to oznacza, że nabiera szerszego kontekstu znaczeniowego i społecznego, niż pomniki, czy autoryzowane instytucjonalnie wydawnictwa lub uroczystości. Dlatego też zadałem tytułowe pytanie: „Czy odbiorą nam Kotwicę?”. Bo ten symbol stał się nasz – jest wspólnym „herbem” wszystkich polskich patriotów. Nie czekoladowy „morzeł”, tylko ta „Kotwica” właśnie – i osobiście pragnąłbym, by było jej wokół nas jak najwięcej – również na koszulkach, kubkach, czy na meczach piłkarskich.

IV. Czystka w przestrzeni symbolicznej

Nie mam za to najmniejszych złudzeń co do intencji Dyktatury Matołów, której owa „Kotwica” przeszkadza na analogicznej zasadzie, jak przeszkadza im każdy przekaz odwołujący się do patriotycznej samoświadomości Polaków. Na dodatek, ponieważ ta patriotyczna część narodu grupuje się wokół środowisk opozycyjnych – zarówno pisowskiej, jak i endeckiej proweniencji – władza wypowiedziała im otwartą wojnę, pod pozorem walki z „kibolami”, czy „faszyzmem”. Nie łudźmy się – tak szeroko i nieprecyzyjnie sformułowany zakres „ochrony” znaku PW jest zabiegiem celowym, mającym służyć wyrugowaniu z przestrzeni publicznej jednego z najbardziej wyrazistych elementów patriotycznej symboliki. Ten znak bowiem rozbudza uśpionych, umacnia ducha i wzywa do czynu – taka zresztą była jego pierwotna funkcja: podnieść morale udręczonej okupacją ludności. A to Obozowi Beneficjentów i Utrwalaczy IIIRP bardzo źle się kojarzy, podobnie jak generalnie wszelkie nawiązania do insurekcjonistycznej tradycji. Skoro wczoraj buntowali się przeciw Niemcom i Ruskim, to kto zagwarantuje, że jutro nie zbuntują się przeciw NAM?

Dlatego właśnie szeroko rozumiany obóz władzy wraz ze stadem dyżurnych autorytetów i reżimowych mediodajni od początku III RP starał się tę powstańczą tradycję odesłać do lamusa, wyśmiewając „kombatanctwo” i „bohaterszczyznę”. Dlatego dezawuuje się potrzebę prowadzenia polityki historycznej – bo ta zakłóca proces dydaktyczny „pedagogiki wstydu”. Pedagogiki, mającej za zadanie wpędzić Polaków w permanentny kompleks niższości i uczynić z nich w ten sposób łatwo sterowalne, wykorzenione i zatomizowane zbiorowisko klonów bez tożsamości, „zmodernizowanych przez kserokopiarkę”, że się tak posłużę określeniem prof. Legutki. Dlatego starano się zepchnąć w kąt lub zohydzić pamięć o Powstaniu Warszawskim.

Spójrzmy na to oczyma kasty „właścicieli” III RP. Skoro ta symbolika i powstańcza tradycja, idea czynnej walki z wrogiem, staje się dla wielu tak atrakcyjna, skoro coraz więcej Polaków odnajduje się w tym kodzie historyczno-kulturowym, to znaczy, że ONI naprawdę mają się czego obawiać. Toteż nie oszukujmy się – walka z „upolitycznieniem” i „komercjalizacją” narodowej symboliki to jedynie pretekst do walki z odradzającą się polskością. Tym większa szkoda, że tego pretekstu dostarczyli nieświadomie bohaterowie walk o niepodległość. A Dyktatura Matołów skwapliwie wykorzystuje okazję, szermując obłudnie argumentem świętości znaku Polski Walczącej. Polski, którą na co dzień ma w głębokim poważaniu.

Gadający Grzyb

P.S.

Za pożytecznego idiotę postanowił robić wielce patriotyczny bloger, znany m.in. z Salonu24 Jerzy Bukowski - „Bingo!” Sowiniec, a poza tym rzecznik Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych. Oto w wypowiedzi dla Informacyjnej Agencji Radiowej stwierdził:

„Symbol polskich działań wyzwoleńczych powinien być wolny od wykorzystywania niezgodnego z jego znaczeniem (…) Poza sferą wykorzystywania przez partie polityczne, różne ugrupowania społeczne czy kibiców. Może wykorzystują ten znak w szlachetnym celu i dla podkreślenia swojego patriotyzmu, ale jednak z jego umieszczaniem trzeba być ostrożnym. (…) Projekt nowej ustawy o Radzie Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zakłada, że znak będzie traktowany jako dobro ogólnonarodowe. Nad właściwym jego wykorzystaniem będą czuwać ministerstwo kultury oraz Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.”

Czy on wie, do czego przykłada rękę, czy nie wie? A może wystarczy mu patriotyzm w wersji oficjalno-pomnikowej? Mnie nie wystarczy.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 3 kwietnia 2010

Jan Paweł Guevara.


Na naszych oczach wizerunek Papieża jest poddawany identycznej handlowej obróbce, jak postać "Che" Guevary.

Stacja Discovery rozbiła mnie następującą reklamą:

„Papież – pielgrzym…” … ”nauczyciel i mediator…” … ”dążył do nawiązania dialogu ekumenicznego…” i tak dalej… Wszystko wygłaszane przez lektora niskim, kojącym głosem. „Premiera w piątek na Discovery Channel…”

I nagle, ni z tego ni z owego: „więcej programów o papieżu w stacji Discovery Historia! Jeśli nie masz Discovery Historia, skontaktuj się ze swoim operatorem kablowym!”

Cóż… Nie ma to jak zareklamować się przy okazji rocznicy śmierci wielkiej postaci.

Są tu dwa aspekty: pierwszy to gombrowiczowskie „upupienie” Papieża. Przedstawienie jego wygładzonego, pozbawionego kontrowersji oblicza. Ot, taki łagodny staruszek, niczym „święty Mikołaj” z reklam Coca Coli, sprzedający światu cukierkowatą, neohippisowską gadkę-szmatkę o pokoju i miłości. Drugi aspekt zaś, to wciskanie ludziom za pomocą Jana Pawła II kolejnych produktów.

Skąd ta erozja pamięci o postaci i dorobku papieża – Polaka?

Dobry Jan Paweł, zły Benedykt.

Po pierwsze, mamy do czynienia z celowym zabiegiem przeciwstawienia „dobrego” Jana Pawła II „złemu” Ratzingerowi, „buldogowi Pana Boga”. Do tego niezbędne jest uładzenie wizerunku, mimo że jeszcze nie tak dawno cały postępowy świat sarkał na „konserwatyzm” „starca z Watykanu” w kwestiach obyczajowych i spekulował na temat jego abdykacji.

Ale o tym pamiętać dziś już nie wypada. Martwy papież jest potrzebny w wersji „soft” - jako dobrotliwy dziadzio sprowadzony do aktualnych, polit – poprawnych standardów. Papież „dialogował”, „mediował” itd. Ot, był kimś w rodzaju Sekretarza Generalnego ONZ. Może nie tak postępowy, ale cóż… nikt nie jest bez wad. Absolutnie nie głosił jakiegoś tam Słowa Bożego i broń Boże, niczego od ludzi nie wymagał. Nie to co ten zły Benedykt XVI, który ciągle czegoś się czepia i nie pozawala ludziom konsumować w spokoju ducha owoców rewolucji seksualnej.

„JP II light”.

Po drugie, z komercyjnego punktu widzenia, wartość ma tylko „JP II light”. Taki duchowy odpowiednik dietetycznej Coli. Jedynie taki „papa” nadaje się na „postać kultową” w popkulturowym znaczeniu tego pojęcia. Gadżety, takie jak koszulki, kubki, znaczki i czapeczki bowiem źle znoszą przesłanie odbiegające od medialnej papki. Dlatego Wojtyłę trzeba przykroić i zinfantylizować jego przesłanie tak, by było strawne dla przeciętnego odbiorcy reklamowego kitu. Krótko mówiąc, wizerunek Papieża na naszych oczach jest poddawany identycznej handlowej obróbce, jak postać "Che" Guevary. I zaczyna mieć dokładnie tyle samo wspólnego z historyczną prawdą.

Zatem, nie zdziwmy się specjalnie, gdy niedługo okaże się, że małolaty jednego dnia zakładają t-shirt z JP II, następnego zaś z "Che" Guevarą, świecie wierząc, że za obiema postaciami stoją te same wartości. Zapytani o dorobek Jana Pawła II będą zapewne w stanie wydukać jedynie, że papież był „cool” i zrobią wielkie oczy na wieść, że ten łagodny staruszek zabraniał aborcji, zwalczał komunizm i sprzeciwiał się chociażby kapłaństwu kobiet.

Postępowo – popkulturowe zidiocenie jest bowiem procesem nieodwracalnym.

Gadający Grzyb


P.S. Wszystkim Niepoprawnym składam najserdeczniejsze życzenia zdrowych, spokojnych, wesołych Świąt Wielkanocnych!

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl