Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Zychowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Zychowicz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 listopada 2019

Granda historyczna roku

Jeszcze tylko tego brakowało, by do lewackiej cenzury dołączyła ta „nasza”, prawicowa - tym razem pod patriotycznym, „bogoojczyźnianym” sztandarem, drapująca się obłudnie w płaszcz „racji stanu”.

I. Historyczna kompromitacja

Tegoroczna, 12. edycja Nagrody Książka Historyczna Roku im. Oskara Haleckiego zakończyła się skandalem i unieważnieniem konkursu. Poszło o dwie pozycje: „Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA” Piotra Zychowicza oraz startującą w kategorii „Wydawnictwo źródłowe” pracę Władysława Studnickiego z 1939 r. pt. „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”. Obie książki zostały wycofane albo przez organizatorów („Wołyń zdradzony...”), albo przez jury na wniosek organizatorów („Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”). Konkretnie, aktywnością wykazało się troje spośród czworga fundatorów nagrody – Telewizja Polska, Polskie Radio i Narodowe Centrum Kultury. Czwarty organizator, czyli IPN, w specjalnym oświadczeniu podkreślił, iż decyzja nie została z nim uzgodniona. Zrobił się niebywały raban. Prof. Sławomir Cenckiewicz, reprezentujący Polskie Radio, oprotestował cenzorskie zapędy i zrzekł się członkostwa w jury. O przywrócenie książki Zychowicza do konkursu zaapelował w liście inny członek jury - prof. Andrzej Nowak (nie brał udziału w obradach, przebywał wtedy za granicą). Również przewodniczący jury, prof. Antoni Dudek, stwierdził, iż dotychczasowa formuła konkursu „została skompromitowana” i zrezygnował ze swej funkcji. Wszystko przebiegało w atmosferze medialnej awantury i gorących polemik publicystów. Efekt znamy – w tym roku nagroda nie zostanie przyznana.


II. Uciszyć skandalistę

Od razu powiem: Zychowicz ani mi brat, ani swat. Reprezentuje on niezbyt lubiany przeze mnie typ „historyka – skandalisty”. Owa „szkoła historiograficzna” polega na tym, że najpierw stawia się mocną, kontrowersyjną tezę, a następnie dobiera do niej argumenty, jednocześnie pomijając okoliczności świadczące na niekorzyść przyjętego a priori założenia. Słowem, jest to czysto subiektywna publicystyka historyczna ubrana w „badawczy” kostium. Jesteśmy zatem w tym duchu raczeni a to „Paktem Ribbentrop-Beck”, to znów „Obłędem '44” lub rzekomo zbrodniczą aktywnością Żołnierzy Wyklętych... Zresztą, mniejsza o to, równali go z ziemią lepsi ode mnie (polecam chociażby dostępne w internecie spotkanie z udziałem Leszka Żebrowskiego, który zmiażdżył od strony warsztatowej książkę Zychowicza „Skazy na pancerzu”).

Jednak w przypadku konkursu rzecz jest w czym innym – ktoś przecież tę książkę zaopiniował pozytywnie, ktoś się zgodził na jej dopuszczenie i umieszczenie w wąskim gronie nominowanych pozycji. W składzie jury zasiadają renomowani historycy, zakładam więc uprzejmie, że nie urodzili się wczoraj i są świadomi charakteru twórczości Piotra Zychowicza – a mimo to, jego najnowsza produkcja przeszła przez wewnętrzne sito. Cóż więc się stało, że nagle trzeba było ją usunąć? Podzielę się swym podejrzeniem. Otóż swoistym „promotorem” Zychowicza jest Sławomir Cenckiewicz, niejednokrotnie w przeszłości komplementujący jego dokonania – zatem, by nie robić przykrości koledze reszta jury dopuściła do konkursu książkę jego protegowanego, licząc że na tym się skończy, a „Wołyń zdradzony” przepadnie w ostatecznym głosowaniu. Stała się jednak rzecz, której nie przewidzieli – „Wołyń...” zyskał uznanie w plebiscycie czytelników i prowadził z taką przewagą, że stał się praktycznie pewniakiem do nagrody publiczności. No, do takiego „skandalu” nie wolno było dopuścić, stąd rozpaczliwa akcja TVP reprezentowanej w jury przez dr. Piotra Gontarczyka. Zarzuty były kuriozalne – książka ma „godzić w polską rację stanu”, jej wyróżnieniu miałby być przeciwny śp. Lech Kaczyński (inicjator konkursu „Książka Historyczna Roku”), wreszcie – autor miał się dopuścić szkalowania Armii Krajowej i gloryfikować Niemców. Zwróćmy uwagę – nie było mowy o tym, że Zychowicz coś fałszuje, przeinacza, kłamie. Poszło o to, że uderza w zadekretowaną legendę polskiego podziemia. To niebezpieczny precedens, oznacza bowiem de facto szlaban na historyczną debatę wokół Państwa Podziemnego, a w szczególności jego postawy w obliczu wołyńskiej hekatomby. I niezależnie od wartości książki Zychowicza – na to zgody być nie może, nie można godzić się na odgórnie ustalaną, jedynie słuszną wersję historii.


III. „Zapis” na Studnickiego

Jeszcze większym łajdactwem jest wycofanie książki Władysława Studnickiego – a warto wiedzieć, iż „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” to pozycja ze wszech miar wyjątkowa. Po raz pierwszy ukazała się w 1939 r. - i natychmiast cały nakład został skonfiskowany przez sanacyjne władze. Dlaczego? Otóż autor profetycznie rozpisał przebieg przyszłej wojny, jednoznacznie stwierdzając, że Polska skazana jest w niej na klęskę. Tak się składa, że jestem akurat w trakcie lektury, zatem przyjdzie pewnie pora na osobny tekst poświęcony zarówno książce, jak i samemu Studnickiemu – postaci wielce barwnej i niejednoznacznej. Tu jedynie powiem, że analiza Władysława Studnickiego bezlitośnie obnażyła pustkę propagandy ekipy Rydza-Śmigłego z hasłami typu „Silni – zwarci – gotowi”, czy „Nie oddamy nawet guzika od munduru”. Nadęci mocarstwowymi urojeniami sanatorzy na pracę Studnickiego zareagowali na tyle alergicznie, że premier Składkowski podczas posiedzenia rządu domagał się wręcz wsadzenia Studnickiego do Berezy Kartuskiej. Jak wiemy, już wkrótce po konfiskacie książki przebieg niemiecko-sowieckiej agresji na Polskę potwierdził w całej rozciągłości przewidywania „polskiej Kasandry”, jak nazwał Autora w przedmowie Jan Sadkiewicz.

Teraz wychodzi na to, że na Władysława Studnickiego wciąż jest „zapis”. Wolno go co prawda wznawiać i wydawać, ale broń Boże toczyć nad jego dorobkiem szerszą dyskusję na forum publicznym, a już szczególnie nominować go do prestiżowej nagrody historycznej.

Co kazało dzisiejszym „sanatorom” wycofać „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”? Na cenzurowanym znalazł się drugi rozdział zatytułowany „Żydzi a wojna”, w którym Studnicki dywaguje na temat roli „światowego żydostwa” (był to stosowany wtedy dość powszechnie zwrot publicystyczny) w rozpętaniu przyszłej wojny. Autor zwraca uwagę, że skrajnie antysemicka polityka III Rzeszy powoduje, iż ulokowani w różnych państwach Żydzi używają swych wszelkich wpływów w polityce, finansjerze, prasie, by popchnąć państwa Zachodu, w szczególności USA i Wielką Brytanię, do wojny z Niemcami. Zarysowuje przy tym zarówno siłę żydowskiego lobby, jak i spodziewane korzyści, jakie Żydzi pragną osiągnąć dzięki kolejnej wojnie światowej: „Nowa wojna światowa rozstrzygnie los Żydów. Gdy inne narody mają dużo do stracenia, to Żydzi dużo do wygrania, lecz ich wygranie to klęska tych narodów, w których porach siedzą. (…) niech przez Polskę przejdzie zniszczenie wojenne lub okupacja ogołacająca ze wszystkich zasobów, niepotrzebna będzie Palestyna. Polska stanie się tą Palestyną, a Polacy nie tymi Arabami, którzy napadają na Żydów i ich niszczą, ale tymi, którzy pracować będą pod ich kierownictwem”. Cóż, Studnicki nie przewidział tylko jednego – że Hitler zdecyduje się na „ostateczne rozwiązanie”, ale wtedy, w przededniu wojny, nikt tego nie przewidywał.

Najwyraźniej jakiś decydent w TVP (lub jeszcze wyżej) zadał sobie trud, by doczytać ów rozdział – i, za przeproszeniem - porobił się ze strachu. Studnickiemu zarzucono „antysemityzm”, zaś wydawnictwu jako takiemu – że w przedmowie nie odniesiono się krytycznie do tego rozdziału. Rozumieją Państwo – redaktor opracowujący tekst powinien rytualnie odciąć się i potępić, bo jak nie... Ano właśnie – podczas obrad jury podniesiono, iż nominowanie pracy Studnickiego wywoła „międzynarodową awanturę”. Czyli po staremu – ze strachu przed „światowym żydostwem” dostojni fundatorzy nagrody pochowali się we własne buty. I to jest dopiero skandal.

Szanowni Państwo, nie wygląda to dobrze. Jeszcze tylko tego brakowało, by do lewackiej cenzury dołączyła ta „nasza”, prawicowa - tym razem pod patriotycznym, „bogoojczyźnianym” sztandarem, drapująca się obłudnie w płaszcz „racji stanu”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 44 (31.10-07.11.2019)

Pod-Grzybki 184

Z konkursu „Książka Historyczna Roku” wyrzucono książkę Piotra Zychowicza „Wołyń zdradzony” i – uwaga – wznowioną po raz pierwszy od 1939 r. książkę Władysława Studnickiego „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” w której autor przewidział bieg wypadków na tyle trafnie, że sanacja skonfiskowała cały nakład, a Studnickiego chciano zamknąć w Berezie. Teraz współcześni „sanatorzy” przestraszyli się z kolei tego, że w swojej książce Studnicki pojechał po Żydach, co wedle nich groziło „międzynarodową awanturą”. Pytanie nr 1: kto miałby tę „awanturę” rozpętać? Jak to pisywał „Kisiel” - zgadnij, koteczku... Ważniejsze jest jednak pytanie nr 2: jak taka trwożliwość wróży w kontekście „ustawy 447”?


*

O sprawie piszę szerzej w „dużym” tekście, tu tylko smakowity fragmencik ze Studnickiego: „Nowa wojna światowa rozstrzygnie los Żydów. Gdy inne narody mają dużo do stracenia, to Żydzi dużo do wygrania, lecz ich wygranie to klęska tych narodów, w których porach siedzą. Niech Francja wyludni się przez nową wojnę, będzie tam więcej miejsca dla Żydów, niech ochotnicza służba przetrzebi inteligencję Anglii, tym łatwiej Żydzi zajmą wpływowe stanowiska, niech przez Polskę przejdzie zniszczenie wojenne lub okupacja ogołacająca ze wszystkich zasobów, niepotrzebna będzie Palestyna. Polska stanie się tą Palestyną, a Polacy nie tymi Arabami, którzy napadają na Żydów i ich niszczą, ale tymi, którzy pracować będą pod ich kierownictwem. Niech Stany Zjednoczone zapanują nad światem, będzie to panowanie Żydów, gdyż oni stają się czynnikiem decydującym w Stanach Zjednoczonych”.

*

Dopiero co litwaczka Anna Azari zakończyła swą „misję dyplomatyczną” w Warszawie, a już dał się poznać jej następca, ambasador Izraela Alexander Ben-Zavi. Skrytykował on obecność w Sejmie Konfederacji, nazywając ją „otwarcie antysemicką” i ostrzegając: „będziemy ją śledzić”. Kurczę, teraz Konfederaci powinni oglądać się czujnie za siebie. Rada – podczas udawania się na sejmowe posiedzenia warto co jakiś czas dyskretnie sprawdzać, czy nie wlecze się za nami jakiś „ogon”. Można w tym celu przystanąć przed sklepową witryną i przyjrzeć się odbiciu w szybie. Zalecane jest również chodzenie różnymi trasami i kluczenie po drodze. Przydadzą się również gadżety: ciemne okulary, kapelusze i sztuczne brody. Opcjonalnie – przyczaić się za rogiem i kiedy śledzący nas ambasador Ben-Zavi będzie nas mijał, wyskoczyć znienacka z gromkim „a kuku!”. Zawsze jest nadzieja, że za którymś razem padnie na zawał.


*

Znowu o Żydach, ale ostatnio nagromadziło się trochę tego typu newsów. Otóż jakiś czas temu doszło w Niemczech do zamachu na synagogę z użyciem broni maszynowej – byli zabici i ranni, ponadto sprawcy wrzucili na żydowski cmentarz granat. Jak zareagowała wpływowa Agencja Żydowska? Otóż wystosowała pismo... do premiera Morawieckiego, by polski rząd nadał „najwyższy priorytet” ochronie żydowskiej społeczności. Czyli, zamach w Niemczech, apel – do polskiego rządu. Co tu jest do rozumienia? To jak z holokaustem – zrobili go Niemcy, płacić mają Polacy. Ot, „talmudyczne myślenie” w działaniu.


*

Portal „OKO Press” pomstuje, bo Andrzej Duda trzyma w prezydenckiej zamrażarce nominację na „belwederskiego profesora” dla dr. Michała Bilewicza – niestrudzonego tropiciela tzw. wtórnego antysemityzmu. Ki diabeł? Otóż „wtórny antysemityzm” polega na tym, że im bardziej wzięty na spytki delikwent się go wypiera, tym większym jest antysemitą. Ten genialny patent wymyślili niemieccy uczeni, by zapewnić sobie do końca życia utrzymanie – bo przy takim podejściu z góry wiadomo, że „antysemityzm” można odnaleźć w dowolnym przechodniu, diagnozując go chociażby po nienawistnym wzroku, nieświeżym oddechu czy podejrzanie cichym chodzie po ulicy. No więc dr Bilewicz też by tak chciał i przekopiował ów wynalazek na polski grunt, za co już w wieku 33 lat (niezależnie od „słusznych” korzeni) otrzymał habilitację, a teraz ma nadzieję na pełną profesurę. Już widzę temat kolejnej rozprawy naszego doktora: „Wtórny antysemityzm na przykładzie profesorskiej obstrukcji prezydenta Andrzeja Dudy”.


*

Ale Bilewicz ma również inne dokonania. Zerknąłem sobie, proszę ja Was, do Wikipedii - a tam odkrycie! Bilewicz jest również specjalistą od „gatunkowizmu” - czyli „dyskryminacji gatunkowej” oznaczającej „stawianie wyżej interesów własnego gatunku ponad interesy innych gatunków”... hrrr, grrr... blurp... Przepraszam, właśnie zasłabłem i spadłem z krzesła, ale już mi lepiej. A więc, czytamy dalej: „jego prace dotyczące psychologicznych uwarunkowań gatunkowizmu zainspirowały nurt badań nad psychologią jedzenia mięsa w psychologii społecznej”. No i wyjaśniła się zagadka, skąd biorą się takie egzemplarze, jak Olga Tokarczuk i Sylwia Spurek – albo, nie przymierzając, Krzysztof Czabański. Zwłaszcza ten ostatni wygląda, jakby do tej pory leczył się na kozetce z traumy po ostatnim schabowym.


*

Sylwia i chomiki – nie, to nie jest tytuł filmu dla dzieci. Sprawa jest poważna, bowiem Sylwia Spurek pochwaliła się próbą zablokowania w Brukseli budowy odcinka trasy S7 pod Miechowem, ze względu na siedliska chomika europejskiego: „Inwestor ignoruje głos ekologów i lokalnej społeczności”. Nie ma co, ostro popłynęła – już widzę, jak „lokalna społeczność” woła wielkim głosem: „nie chcemy trasy szybkiego ruchu, wolimy mieć chomiki!”. Pani Sylwio, może by tak mała konfrontacja z lokalsami?


*

A przy okazji – chomik europejski to bydlę stepowe (naprawdę bydlę – ponad 30 cm. i prawie pół kilo wagi) i stanowi na naszych ziemiach relikt epoki, kiedy to stepy nie zatrzymywały się na dzisiejszej Ukrainie, lecz rozciągały się aż po obecną Polskę. Ponieważ klimat znów się ociepla, to stepy wkrótce powrócą, a wraz z nimi te cholerne chomiki i to w ilości znacznie większej, niż byśmy sobie tego życzyli – bo to, tak przy okazji, bardzo „wydajne” szkodniki wszelkich upraw rolnych. Jeszcze będziemy je piekli na rożnach i dusili w potrawce, jak króliki. Smacznego!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 44 (31.10-07.11.2019)

środa, 21 sierpnia 2013

Realizm kolaborantów

Realizm proponowany przez zwolenników Zychowicza jest realizmem kolaborantów. W ten sposób całe tabuny zdrajców uwiarygadniały swe postępowanie.

I. Realiści na pasku

W dyskusji, która toczy się wokół książki Piotra Zychowicza „Obłęd 44” dostrzegam zarówno w wypowiedziach autora jaki i wśród jego zwolenników pewien niepokojący ton. Oto Powstanie Warszawskie miało być skazanym na klęskę, szaleńczym zrywem grupy nieodpowiedzialnych przywódców-żołdaków, którzy dla własnych, utopijnych mrzonek, tudzież rozdętego do absurdu poczucia honoru, doprowadzili do ruiny Warszawy i hekatomby ludności cywilnej. A przecież wystarczyło się nie mieszać i poczekać aż Hitler ze Stalinem rozstrzygną losy Polski między sobą, samemu koncentrując się na „ratowaniu substancji narodowej” (jak?!). Albo, jeszcze lepiej, dogadać się wcześniej z Niemcami i pójść na Sowietów.

Jest to myślenie dość charakterystyczne i (oprócz ostatniego punktu, czyli sojuszu z Hitlerem) przewijało się ono dotąd w co najmniej trzech grupach krytyków Powstania Warszawskiego. Pierwszymi byli oczywiście komuniści, którzy potępiali warszawską krwawą „awanturę”, rozpętaną na zlecenie „jaśnie panów z Londynu”. Od zarania PRL-u na przywódców Polski Podziemnej wylewano tony propagandowego plugastwa – wiemy dlaczego, pamiętamy, zatem nie ma co teraz szczegółowo tego roztrząsać.

Grupą drugą, czynną do tej pory, choć na marginesie, są post-endeccy „realiści” z PAX-u, tudzież „narodowi komuniści” z ZP „Grunwald”, współtworzący tzw. „endokomunę” oraz ich współcześni pogrobowcy ze środowiska „Myśli Polskiej”, czy konserwatywnych monarchistów od Adama Wielomskiego. Ci z kolei uczynili sobie z „realizmu” rodzaj listka figowego i totemu, mającego przesłonić/usprawiedliwić ich kolaborację z komuną i Sowietami, kiedy to z łaski Iwana Sierowa otrzymali monopol na „koncesjonowany patriotyzm”. Obecnie zaś ów „realizm” służy im jako uzasadnienie bezkrytycznie promoskiewskiej, naznaczonej panslawizmem, linii politycznej. Pisałem o nich w tekście „Realiści z moskiewskiej łaski”.

Trzecia grupa wreszcie, to salonowszczyzna, dla której uderzanie w pamięć o Powstaniu Warszawskim stanowi element „anty-polityki historycznej” mającej na celu uczynienie z Polaków zbiorowiska podatnych na manipulację, zatomizowanych i wykorzenionych klonów bez tożsamości - przepełnionych poczuciem wstydu i kompleksem niższości wobec elit IIIRP oraz ich brukselskich mocodawców. Tymi z kolei zająłem się w notce „Powstanie Warszawskie kontra Bogowie Demokracji”.

II. W poszukiwaniu patrona

Tak mniej więcej przedstawiało się to do niedawna. Obecnie jednak obserwujemy, wraz z ofensywą niemieckiej polityki historycznej, formowanie się kolejnej, czwartej grupy, nominalnie odwołującej się do „realizmu”, a de facto pozostającej pod wpływem narracji powstającej w Berlinie. Zwiastunem tej nowej tendencji jest Piotr Zychowicz, autor „Paktu Ribbentrop-Beck” oraz właśnie wydanego „Obłędu 44”. Zwróćmy uwagę, że wszystkie wymienione tu środowiska w zasadzie używają tego samego zestawu „antypowstaniowych” argumentów, co najwyżej nieco inaczej rozkładając akcenty, choć robią to w interesie różnych patronów, w zależności od tego gdzie im politycznie i ideologicznie bliżej – do Moskwy, Brukseli lub Berlina. Jednak Zychowicz postępuje o krok dalej, czyniąc z AK stalinowskich kolaborantów – tego jeszcze nie grali...

Nie będę tu wnikał, czy Zychowicz jest niemieckim agentem wpływu, czy tylko pożytecznym idiotą, któremu się wydaje, że oto odkrył świętego Graala polskiej racji stanu. Jestem nawet gotów przyjąć, że działa szczerze i w poczuciu narodowej misji. Nie ma to znaczenia. Znaczenie natomiast ma co innego: otóż, dylemat, czy iść z Ruskimi na Szkopów, czy ze Szkopami przeciw Ruskim, jest dylematem fałszywym, bowiem interesy obu mocarstw w odniesieniu do Europy Środkowej, ze szczególnym uwzględnieniem Polski, są idealnie zbieżne. Chodzi o to, by w tej części kontynentu nie powstało nic mogącego choćby potencjalnie zagrozić ich dominującej pozycji. Teza o rosyjsko-niemieckim kondominium jest jak najbardziej zasadna i dotyczy całości naszego regionu. Oba państwa mogą od czasu do czasu wziąć się za łby przy podziale łupów, lecz generalnych pryncypiów to nie zmienia.

Dopóki sami nie staniemy mocno na własnych nogach, a nie na protezach pożyczanych od kolejnych geopolitycznych protektorów, sytuacja ta nie ulegnie zmianie. Tymczasem odnoszę wrażenie, że oto mamy do czynienia z próbą wyszukania sobie nowego patrona: po Moskwie, Stanach Zjednoczonych i Brukseli, ktoś doszedł do wniosku, że może tym razem warto by postawić na Niemcy, skoro i tak są obecnie hegemonem Europy. To ślepy zaułek i strata cnoty bez zarobienia choćby rubla (czy euro). Niemcy miałyby pozwolić, by pod ich patronatem wyrosła silna, niezawisła Polska? Wolne żarty.

III. Realizm kolaborantów

Literacką działalność Zychowicza na niwie historycznej publicystyki odczytuję właśnie w tych kategoriach – szukania sponsora, zaś przesłanie jest oczywiste. Mamy do czynienia z nastręczaniem się w charakterze sojusznika-satelity, w tym przypadku w zakresie propagandy historyczno-symbolicznej. Jak wspomniałem wyżej, jestem nawet gotów przyjąć, że motywacją Zychowicza i jego zwolenników (np. Ziemkiewicz, Cenckiewicz) są – jakkolwiek kuriozalnie by to zabrzmiało - pobudki patriotyczne. Oni naprawdę mogą sądzić, iż strategiczny sojusz z Niemcami leży w polskim interesie. Odnajduję tu echa działalności i poglądów Władysława Studnickiego (tak, była również i pro-niemiecka endecja ;) ) I tu wracamy, do tak chętnie podnoszonego przez przeciwników Powstania – i generalnie, wrogów tradycji insurekcyjnej – realizmu.

Otóż, ten realizm – czy to w wydaniu komunistów, „endokomuny”, salonowszczyzny, czy też Zychowicza i spółki – jest realizmem kolaborantów. W ten sposób na przestrzeni naszej historii całe tabuny zdrajców uwiarygadniały swe postępowanie, co trafnie odczytał Sienkiewicz wkładając w usta Janusza Radziwiłła „państwowotwórczą” perorę, którą magnat uwiódł Kmicica. Świeższym przykładem jest „realistyczna” argumentacja Jaruzelskiego mająca usprawiedliwić wybór „mniejszego zła”. Inni z kolei zapętlali się w nierozwiązywalne dylematy, jak margrabia Wielopolski. Zaś wynikiem mogło być tylko postępujące uzależnienie i „żadnych mrzonek, panowie” w odpowiedzi na uniżone postulaty. Boleśnie przekonał się o tym choćby Roman Dmowski podczas swej działalności w rosyjskiej Dumie.

Na zakończenie dodam jeszcze, że wbrew pozorom, Powstanie Warszawskie jest w przesłaniu „realistów” najmniej istotne. Nie byłoby Powstania, to znaleziono by coś innego w charakterze kija mającego wbić nam do głów „realizm” ubrany w szaty kolaboranckiej logiki dziejów. Może pisano by, że nieodpowiedzialni awanturnicy z „Solidarności” sprowadzili na Polskę widmo sowieckiej interwencji i noc stanu wojennego. Albo rozwodzono się nad bezsensem „bohaterszczyzny” Żołnierzy Niezłomnych. Bowiem w proponowanej nam optyce każde wystąpienie przeciw opresji i przemocy silniejszego jest obarczonym ryzykiem „obłędem”, zaś najlepsze co można zrobić to skorzystać z okazji, żeby siedzieć cicho.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/realisci-z-moskiewskiej-laski

http://niepoprawni.pl/blog/287/powstanie-warszawskie-kontra-bogowie-demokracji