Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prof. Andrzej Nowak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prof. Andrzej Nowak. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 listopada 2019

Granda historyczna roku

Jeszcze tylko tego brakowało, by do lewackiej cenzury dołączyła ta „nasza”, prawicowa - tym razem pod patriotycznym, „bogoojczyźnianym” sztandarem, drapująca się obłudnie w płaszcz „racji stanu”.

I. Historyczna kompromitacja

Tegoroczna, 12. edycja Nagrody Książka Historyczna Roku im. Oskara Haleckiego zakończyła się skandalem i unieważnieniem konkursu. Poszło o dwie pozycje: „Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA” Piotra Zychowicza oraz startującą w kategorii „Wydawnictwo źródłowe” pracę Władysława Studnickiego z 1939 r. pt. „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”. Obie książki zostały wycofane albo przez organizatorów („Wołyń zdradzony...”), albo przez jury na wniosek organizatorów („Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”). Konkretnie, aktywnością wykazało się troje spośród czworga fundatorów nagrody – Telewizja Polska, Polskie Radio i Narodowe Centrum Kultury. Czwarty organizator, czyli IPN, w specjalnym oświadczeniu podkreślił, iż decyzja nie została z nim uzgodniona. Zrobił się niebywały raban. Prof. Sławomir Cenckiewicz, reprezentujący Polskie Radio, oprotestował cenzorskie zapędy i zrzekł się członkostwa w jury. O przywrócenie książki Zychowicza do konkursu zaapelował w liście inny członek jury - prof. Andrzej Nowak (nie brał udziału w obradach, przebywał wtedy za granicą). Również przewodniczący jury, prof. Antoni Dudek, stwierdził, iż dotychczasowa formuła konkursu „została skompromitowana” i zrezygnował ze swej funkcji. Wszystko przebiegało w atmosferze medialnej awantury i gorących polemik publicystów. Efekt znamy – w tym roku nagroda nie zostanie przyznana.


II. Uciszyć skandalistę

Od razu powiem: Zychowicz ani mi brat, ani swat. Reprezentuje on niezbyt lubiany przeze mnie typ „historyka – skandalisty”. Owa „szkoła historiograficzna” polega na tym, że najpierw stawia się mocną, kontrowersyjną tezę, a następnie dobiera do niej argumenty, jednocześnie pomijając okoliczności świadczące na niekorzyść przyjętego a priori założenia. Słowem, jest to czysto subiektywna publicystyka historyczna ubrana w „badawczy” kostium. Jesteśmy zatem w tym duchu raczeni a to „Paktem Ribbentrop-Beck”, to znów „Obłędem '44” lub rzekomo zbrodniczą aktywnością Żołnierzy Wyklętych... Zresztą, mniejsza o to, równali go z ziemią lepsi ode mnie (polecam chociażby dostępne w internecie spotkanie z udziałem Leszka Żebrowskiego, który zmiażdżył od strony warsztatowej książkę Zychowicza „Skazy na pancerzu”).

Jednak w przypadku konkursu rzecz jest w czym innym – ktoś przecież tę książkę zaopiniował pozytywnie, ktoś się zgodził na jej dopuszczenie i umieszczenie w wąskim gronie nominowanych pozycji. W składzie jury zasiadają renomowani historycy, zakładam więc uprzejmie, że nie urodzili się wczoraj i są świadomi charakteru twórczości Piotra Zychowicza – a mimo to, jego najnowsza produkcja przeszła przez wewnętrzne sito. Cóż więc się stało, że nagle trzeba było ją usunąć? Podzielę się swym podejrzeniem. Otóż swoistym „promotorem” Zychowicza jest Sławomir Cenckiewicz, niejednokrotnie w przeszłości komplementujący jego dokonania – zatem, by nie robić przykrości koledze reszta jury dopuściła do konkursu książkę jego protegowanego, licząc że na tym się skończy, a „Wołyń zdradzony” przepadnie w ostatecznym głosowaniu. Stała się jednak rzecz, której nie przewidzieli – „Wołyń...” zyskał uznanie w plebiscycie czytelników i prowadził z taką przewagą, że stał się praktycznie pewniakiem do nagrody publiczności. No, do takiego „skandalu” nie wolno było dopuścić, stąd rozpaczliwa akcja TVP reprezentowanej w jury przez dr. Piotra Gontarczyka. Zarzuty były kuriozalne – książka ma „godzić w polską rację stanu”, jej wyróżnieniu miałby być przeciwny śp. Lech Kaczyński (inicjator konkursu „Książka Historyczna Roku”), wreszcie – autor miał się dopuścić szkalowania Armii Krajowej i gloryfikować Niemców. Zwróćmy uwagę – nie było mowy o tym, że Zychowicz coś fałszuje, przeinacza, kłamie. Poszło o to, że uderza w zadekretowaną legendę polskiego podziemia. To niebezpieczny precedens, oznacza bowiem de facto szlaban na historyczną debatę wokół Państwa Podziemnego, a w szczególności jego postawy w obliczu wołyńskiej hekatomby. I niezależnie od wartości książki Zychowicza – na to zgody być nie może, nie można godzić się na odgórnie ustalaną, jedynie słuszną wersję historii.


III. „Zapis” na Studnickiego

Jeszcze większym łajdactwem jest wycofanie książki Władysława Studnickiego – a warto wiedzieć, iż „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” to pozycja ze wszech miar wyjątkowa. Po raz pierwszy ukazała się w 1939 r. - i natychmiast cały nakład został skonfiskowany przez sanacyjne władze. Dlaczego? Otóż autor profetycznie rozpisał przebieg przyszłej wojny, jednoznacznie stwierdzając, że Polska skazana jest w niej na klęskę. Tak się składa, że jestem akurat w trakcie lektury, zatem przyjdzie pewnie pora na osobny tekst poświęcony zarówno książce, jak i samemu Studnickiemu – postaci wielce barwnej i niejednoznacznej. Tu jedynie powiem, że analiza Władysława Studnickiego bezlitośnie obnażyła pustkę propagandy ekipy Rydza-Śmigłego z hasłami typu „Silni – zwarci – gotowi”, czy „Nie oddamy nawet guzika od munduru”. Nadęci mocarstwowymi urojeniami sanatorzy na pracę Studnickiego zareagowali na tyle alergicznie, że premier Składkowski podczas posiedzenia rządu domagał się wręcz wsadzenia Studnickiego do Berezy Kartuskiej. Jak wiemy, już wkrótce po konfiskacie książki przebieg niemiecko-sowieckiej agresji na Polskę potwierdził w całej rozciągłości przewidywania „polskiej Kasandry”, jak nazwał Autora w przedmowie Jan Sadkiewicz.

Teraz wychodzi na to, że na Władysława Studnickiego wciąż jest „zapis”. Wolno go co prawda wznawiać i wydawać, ale broń Boże toczyć nad jego dorobkiem szerszą dyskusję na forum publicznym, a już szczególnie nominować go do prestiżowej nagrody historycznej.

Co kazało dzisiejszym „sanatorom” wycofać „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”? Na cenzurowanym znalazł się drugi rozdział zatytułowany „Żydzi a wojna”, w którym Studnicki dywaguje na temat roli „światowego żydostwa” (był to stosowany wtedy dość powszechnie zwrot publicystyczny) w rozpętaniu przyszłej wojny. Autor zwraca uwagę, że skrajnie antysemicka polityka III Rzeszy powoduje, iż ulokowani w różnych państwach Żydzi używają swych wszelkich wpływów w polityce, finansjerze, prasie, by popchnąć państwa Zachodu, w szczególności USA i Wielką Brytanię, do wojny z Niemcami. Zarysowuje przy tym zarówno siłę żydowskiego lobby, jak i spodziewane korzyści, jakie Żydzi pragną osiągnąć dzięki kolejnej wojnie światowej: „Nowa wojna światowa rozstrzygnie los Żydów. Gdy inne narody mają dużo do stracenia, to Żydzi dużo do wygrania, lecz ich wygranie to klęska tych narodów, w których porach siedzą. (…) niech przez Polskę przejdzie zniszczenie wojenne lub okupacja ogołacająca ze wszystkich zasobów, niepotrzebna będzie Palestyna. Polska stanie się tą Palestyną, a Polacy nie tymi Arabami, którzy napadają na Żydów i ich niszczą, ale tymi, którzy pracować będą pod ich kierownictwem”. Cóż, Studnicki nie przewidział tylko jednego – że Hitler zdecyduje się na „ostateczne rozwiązanie”, ale wtedy, w przededniu wojny, nikt tego nie przewidywał.

Najwyraźniej jakiś decydent w TVP (lub jeszcze wyżej) zadał sobie trud, by doczytać ów rozdział – i, za przeproszeniem - porobił się ze strachu. Studnickiemu zarzucono „antysemityzm”, zaś wydawnictwu jako takiemu – że w przedmowie nie odniesiono się krytycznie do tego rozdziału. Rozumieją Państwo – redaktor opracowujący tekst powinien rytualnie odciąć się i potępić, bo jak nie... Ano właśnie – podczas obrad jury podniesiono, iż nominowanie pracy Studnickiego wywoła „międzynarodową awanturę”. Czyli po staremu – ze strachu przed „światowym żydostwem” dostojni fundatorzy nagrody pochowali się we własne buty. I to jest dopiero skandal.

Szanowni Państwo, nie wygląda to dobrze. Jeszcze tylko tego brakowało, by do lewackiej cenzury dołączyła ta „nasza”, prawicowa - tym razem pod patriotycznym, „bogoojczyźnianym” sztandarem, drapująca się obłudnie w płaszcz „racji stanu”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 44 (31.10-07.11.2019)

wtorek, 10 listopada 2015

„Przetrwać bez zwycięstwa nie można”

Warto mieć świadomość, że wyniki wyborów prezydenckich i parlamentarnych to jeszcze nie jest zwycięstwo.

I. Przegląd pola walki – PiS i PO

Z mojego punktu widzenia wyniki wyborów ułożyły się niemal idealnie. PiS uzyskało samodzielną większość, co oddala zmorę z lat 2005-2007, czyli szarpaninę rządów mniejszościowych, bądź niepewnej koalicji. O ile gowinowcy i ziobryści się nie zbieszą i nie zerwą porozumienia dzięki któremu wrócili z politycznego niebytu do grona żywych, Zjednoczona Prawica może liczyć na pełną kadencję stabilnych rządów. PiS i Jarosław Kaczyński pokazali, że wbrew utartej opinii potrafią być elastyczni oraz korzystać z dobrych rad. Warto w tym miejscu wrócić do głośnego listu prof. Andrzeja Nowaka wystosowanego na konwencję wyborczą inaugurującą kampanię prezydencką Andrzeja Dudy. Wtedy wywołał on prawdziwą burzę – zarówno w samej partii, jak i wśród jej zagorzałych sympatyków. Oskarżano profesora co najmniej o niewczesny wyskok, zaś w wersji bardziej radykalnej – o szkodnictwo, ambicjonerstwo i złą wolę. Imputowano mu kierowanie się niskimi pobudkami (miał być przymierzany do kandydatury na prezydenta), sianie defetyzmu a nawet chęć „detronizacji” Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem, jeśli prześledzimy owo pismo na spokojnie, to okaże się, że znakomitą większość zawartych w nim postulatów wykorzystano w kampanii i m.in. dzięki temu właśnie możliwe było podwójne zwycięstwo po ośmiu latach porażek – i to w wymiarze okazalszym niż w 2005 roku. Oczywiście, PiS miał też nieco szczęścia – gdyby nie „Razem” i „efekt Zandberga” połączony z ustawieniem sobie przez ZLEW poprzeczki na poziomie 8%, najprawdopodobniej nie byłoby samodzielnej większości. Jednak szczęściu trzeba dopomóc – dobra kampania Dudy i Szydło potraktowana (zgodnie z postulatem prof. Nowaka) jako nierozerwalna całość oraz korpus mężów zaufania z Ruchu Kontroli Wyborów ograniczających fałszerstwa – bez tego nie byłoby zwycięstwa.

PO została zepchnięta do głębokiej defensywy i tylko kwestią czasu pozostaje dekompozycja tego ugrupowania. Jej siłą scalającą było konsumowanie owoców władzy, zaś odspawanie od stołków i apanaży będzie skutkowało wykruszeniem się owego spoiwa, bo w przeciwieństwie do PiS, ludzi tych nie łączy żadna idea, ani tym bardziej charyzmatyczny, trzymający partię w garści przywódca. Kopacz jest jedynie „Tuskiem zastępczym”, blednącą stopniowo emanacją spijającego brukselskie rosoły przywódcy, który z oddalenia nie jest w stanie sterować partią, kontrolować zachodzących w niej procesów, no i wreszcie – wygrać wyborów. Na dodatek Platforma, w odróżnieniu od PiS, zatraciła elastyczność i zdolność do uczenia się na błędach. Nie wyciągnięto żadnych wniosków z przegranej Komorowskiego, a może raczej – wyciągnięto wnioski z gruntu błędne i poprowadzono kampanię na zasadzie „więcej tego samego”. Mieliśmy więc kontynuację „gospodarskich wizyt” – równie jak tamte nieautentycznych, nagłe dostrzeżenie problemów „zwykłych ludzi” na rozwiązanie których PO nie znalazła jakoś czasu przez osiem lat rządów, no i obowiązkowe straszenie IVRP oraz Kaczyńskim, co sprawiało wręcz wrażenie, jakby kampania była prywatną autoterapią „Miśka” Kamińskiego w ramach porachunków z dawnym ugrupowaniem.

W tej sytuacji warto kibicować Schetynie w rozgrywce o przejęcie PO – choćby dlatego, że jego wygrana oznacza marginalizację Tuska, który nie będzie miał do czego wracać. Poza tym, wstrząsana vendettą Platforma nie będzie w stanie wykazywać szerszej aktywności na zewnątrz, co tylko przyśpieszy jej rozpad. Schetynę cechuje cierpliwość krokodyla, który potrafi tygodniami tkwić w bezruchu w bajorze czekając, aż zdobycz podejdzie mu pod pysk – i właśnie się doczekał. A gdy już zaatakuje, nie będzie litości – odwet za lata politycznych upokorzeń ma swoje prawa. Przypuszczam, że wielu platformersów już teraz widok gadziego uśmiechu „żelaznego Grzegorza” przyprawia o ciarki.

II. Kukiz i inni

Nadspodziewanie dobry wynik uzyskał komitet Kukiz'15. Piszę „nadspodziewanie” ponieważ żenujące awantury przy układaniu list wyborczych w połączeniu z emocjonalną niestabilnością lidera rodziły wręcz obawy o przekroczenie progu wyborczego. W tych okolicznościach 42 mandaty w Sejmie i pozycja trzeciej siły jest bardzo dobrym wynikiem. Paweł Kukiz zasłużył się też podebraniem głosów PO. Jeśli wziąć za dobrą monetę sondażowe wyniki exit poll, to jego formacja przejęła 6,4% głosów PO z 2011 – czyli o ponad 2% więcej, niż odebrała PiS-owi (4,3%). Tym samym, z jednej strony przyblokowała Platformę, z drugiej zaś nie odebrała PiS samodzielnej większości, za to ma szansę stać się istotnym recenzentem gabinetu Beaty Szydło. I to jest podstawowa wartość obecności „kukizowców” w Sejmie, co zresztą podkreślałem we wcześniejszych tekstach – dyscyplinowanie z radykalnych pozycji PiS, tak by ten nie ostygł w reformatorskim zapale zwiedziony urokami władzy. Można tu wiązać nadzieje z przedstawicielami narodowców, o ile zdobędą się na określony poziom merytoryczny zamiast dotychczasowego, bądźmy szczerzy – gówniarskiego pokrzykiwania, iż „PiS-PO to jedno zło”. Rolę opozycji totalnej zarezerwowała dla siebie już Platforma wraz z przyległymi mediami w ramach leczenia traumy po wyborczej klęsce – i bardzo dobrze, to bowiem jedynie przyśpieszy jej samo-anihilację. Niebezpieczeństwo to dostrzegł jeden z niewielu przytomnych liderów salonowszczyzny, czyli Aleksander Smolar, który przestrzegł swą formację, by nie straszyć „orbanizmem” i „putinizmem”, bo to jedynie denerwuje ludzi – ale na szczęście już widać, że obóz IIIRP nie dojrzał do wysłuchania tej porady.

Zagrożeniem dla obozu Pawła Kukiza jest jego niejednolitość (co łączy narodowców i kieleckiego Snoop Dogg'a dla ubogich – Liroya?), co może skutkować rozpadem i podbieraniem posłów przez inne ugrupowania. Z drugiej strony, PiS na tle „kukizowców” może prezentować się niczym Orban na tle Jobbiku: umiarkowana, pragmatyczna partia reform – i to jest kolejny plus obecnej sejmowej układanki.

O „Nowoczesnej” Petru – czyli wielkiej nadziei kasty właścicieli III RP na zachowanie przynajmniej części stanu posiadania nie ma co się rozwodzić. Wiadomo – kolejna mutacja tego samego, napompowana medialnie i finansowo przez Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. No i jeszcze związek zawodowy dzierżycieli synekur, czyli PSL. W tym przypadku zagrożeniem może być pokusa wchodzenia w lokalne układy – jeżeli PiS tej pokusie ulegnie (a pojawiają się już pewne sygnały), to możemy się pożegnać z kompleksową naprawą Polski. Zostanie odnowiona jedynie elewacja kamienicy, a od podwórka wciąż będzie straszył stary syf.

III. Batalia o Polskę

Czego oczekuję od nowego rządu Prawa i Sprawiedliwości? Przede wszystkim zdecydowania w czyszczeniu stajni Augiasza. Kunktatorstwo i taktyczne „dogadywanki” pogrzebią nadzieję na zmiany, a wraz z nią – pogrzebią politycznie PiS. Spętany zależnościami rząd ugrzęźnie w gęstym kisielu, co w połączeniu z ostrzałem propagandowym doprowadzi do porażki za cztery lata. Dlatego w tej kadencji nie warto szukać na siłę konstytucyjnej większości – zbyt drogo trzeba by za nią zapłacić. Mając rząd i prezydenta można wystarczająco wiele osiągnąć w obecnym konstytucyjnym porządku, by realnie myśleć o decydującej wygranej w następnych wyborach. Warto mieć świadomość, że wyniki wyborów prezydenckich i parlamentarnych to jeszcze nie jest zwycięstwo. To dopiero wygrana we wstępnej utarczce o zajęcie pozycji wyjściowych przed decydującą batalią o Polskę. Opór materii będzie potężny i to na wszystkich polach. Dlatego istotne będzie społeczne zaangażowanie w rodzaju powstałego Ruchu Kontroli Wyborów/Ruchu Kontroli Władzy – w skrócie, chodzi o to, by wystawione przez nas polityczne wojsko nie rozlazło się po krzakach, a wyposzczony partyjny aparat nie skoncentrował się na konsumowaniu konfitur. Poza wszystkim – odłączenie dotychczasowej władzy wraz z rozlicznymi przybudówkami od kraników z publicznymi pieniędzmi przyśpieszy destrukcję dotychczasowego układu, zatem radykalizm wynika tu z czystej, politycznej kalkulacji.

Na szybko” można chociażby odciąć prywatne media od quasi-dotacji w postaci reklam i ogłoszeń podmiotów publicznych. Koniecznie należy zbadać możliwość powtórzenia wyborów samorządowych (o ile, rzecz jasna, zachowała się papierowa dokumentacja). Nie zapominajmy, że obecnie to „teren” jest olbrzymim żerowiskiem, dysponentem ogromnej części unijnych funduszy i źródłem rozlicznych patologii – bez odwojowania samorządów nie będzie „dobrej zmiany”. Należy wziąć za pysk służby specjalne – zweryfikować, ograniczyć możliwości inwigilacji obywateli, opublikować Aneks do raportu o rozwiązaniu WSI, odtajnić zbiór zastrzeżony IPN. Już samo ujawnienie agentury w różnych obszarach życia publicznego – mediach, organach państwa, biznesie – ograniczy możliwości szkodzenia. To tylko pierwsze z brzegu postulaty. Pamiętajmy, iż wciąż znajdujemy się w sytuacji opisanej we wspomnianym tu liście prof. Andrzeja Nowaka - „Cofać się nie ma dokąd. Przetrwać bez zwycięstwa nie można”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Sąd nad prof. Nowakiem”

„Profesor Andrzej Nowak miał rację”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 43-44 (04-17.11.2015)

środa, 10 czerwca 2015

Profesor Andrzej Nowak miał rację!

Decydenci Prawa i Sprawiedliwości wczytali się w list profesora Nowaka o wiele uważniej, niż jego polemiści.

Wszyscy pamiętamy jak sądzę głośny list prof. Andrzeja Nowaka na inauguracyjną konwencję wyborczą Andrzeja Dudy, podobnie jak i medialny tumult, który nastąpił po jego publikacji. Profesorowi oberwało się wówczas z rozmaitych stron i z różnych powodów – a to że nie w porę, że publicznie, że szkodnictwo, rozbijactwo itd. Znamy doskonale ten repertuar publicystyczny partyjnych doboszów – zarówno z łamów „oficjalnych” prawicowych mediów, jak i z blogosfery. Dla gorącokrwistych zwolenników PiS każda, choćby najbardziej wyważona, merytoryczna i życzliwa krytyka równa się sabotażowi i wrażej dywersji. Najdalej zapędziła się pani Agnieszka Romaszewska imputując prof. Nowakowi kierowanie się małostkowym resentymentem, bo to nie on został wskazany jako kandydat na prezydenta, które to oskarżenie zostało następnie skwapliwie podchwycone przez rozmnożonych nagle adwersarzy pana profesora – nie mówiąc już o złośliwym przekłamywaniu treści listu, jakoby Nowak chciał wysłać Jarosława Kaczyńskiego do Sulejówka.

Tymczasem, patrząc z perspektywy kilku miesięcy, można co najwyżej podtrzymać zarzut o kiepskim „timingu” - faktycznie, głos tego typu nie pasował do formuły konwencji wyborczej, co zresztą przyznał sam prof. Nowak w późniejszych publicznych wystąpieniach. Cała reszta postulatów i diagnoz natomiast jak najbardziej pozostaje w mocy, co więcej – część już się potwierdziła. Spójrzmy. Po pierwsze, obie tegoroczne elekcje należy traktować jako całość, połowiczny „sukces” w rodzaju II tury, czy kilku mandatów więcej, oznacza porażkę. Po drugie – konieczność dopilnowania uczciwości wyborów. Po trzecie - zgodnie z przewidywaniami, reżimowa propaganda usiłowała straszyć Dudą, jako marionetką Kaczyńskiego i wciąż to robi. Po czwarte – potrzeba przedstawienia Andrzeja Dudy jako nadziei na zmianę. Po piąte – postulat otwarcia się partii na nowe środowiska i nowych wyborców. Po szóste – „opodatkowanie” na rzecz kampanii polityków PiS piastujących funkcje publiczne, w tym parlamentarzystów i eurodeputowanych. Po siódme – generalne „potrząśnięcie” PiS-owskim aparatem partyjnym, który to wątek w różnych formach przewija się w całym liście.

Jeżeli spojrzymy na przebieg zwycięskiej kampanii oraz pierwsze dni po jej zakończeniu, to wyjdzie nam, że decydenci Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim na czele oraz sztabem wyborczym Andrzeja Dudy wczytali się w list profesora Nowaka o wiele uważniej, niż jego polemiści, co więcej – uwzględnili znakomitą większość zawartych w nim propozycji. Postawiono na marsz ku zwycięstwu, bez kunktatorstwa - i to samo zapowiada się w kontekście wyborów jesiennych. Ruch Kontroli Wyborów wspólnie z Korpusem Ochrony Wyborów PiS spełnił swe zadanie. Duda nie dał się wizerunkowo wmanipulować w rolę narzędzia złowrogiego Prezesa, zaprezentował się natomiast jako nadzieja na lepsze jutro. Wyciągnął rękę do wyborców spoza „twardego” elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, ze szczególnym uwzględnieniem młodych ludzi i zwolenników Kukiza. No i wreszcie, Jarosław Kaczyński, mówiąc poetą, „ugryzł w d...ę” własny aparat robiąc spotkanie dyscyplinujące podczas którego „opodatkował” parlamentarzystów kampanijną daniną oraz zapowiedział, że w okręgach, w których Andrzej Duda nie uzyska dobrego wyniku dotychczasowi partyjni bonzowie będą mogli pożegnać się z „biorącymi” miejscami na listach wyborczych.

Ale to jeszcze nie koniec. Otóż po wyborach Jarosław Kaczyński zapowiedział w TV Republika, że to prezydent elekt jest centralną postacią polskiej polityki i to on właśnie wskaże przyszłego premiera, ten zaś winien złożyć w kancelarii prezydenta podpisaną dymisję z miejscem na datę. Dodał również, że tym premierem wcale nie musi być on. I tu docieramy do postulatu, który najbardziej rozjuszył przeciwników profesora Nowaka – by kandydatem na premiera był ktoś pokroju Andrzeja Dudy, nie zaś prezes Kaczyński, który skoncentrowałby się na rządzeniu partią. Jak wynika z powyższego, prezes PiS wcale nie odżegnuje się od takiej koncepcji. Najwyraźniej zwycięstwo wyborcze pokazało potrzebę prezentowania nowych, nieopatrzonych twarzy, nie obciążonych propagandową „gębą”, jaką nieodwracalnie dla wyborców spoza żelaznego elektoratu PiS obarczony jest Kaczyński – i prezes doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Jest tylko jeden problem – należy znaleźć drugiego Andrzeja Dudę i to szybko, by skutecznie zrobić go „twarzą” kampanii parlamentarnej. Warto również wspomnieć o wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na zjeździe Klubów „GP” - zaapelował on mianowicie o otwieranie się na nowych zwolenników, tak by maksymalnie, na wzór węgierski, poszerzyć społeczne poparcie.

Wychodzi więc na to, że Kaczyński nie obraża się na krytykę czy społeczno-polityczną rzeczywistość i potrafi słuchać mądrych rad, co polecam pod rozwagę wszystkim gotowym kilka miesięcy temu rozszarpać prof. Nowaka, miast wyciągnąć z jego listu konstruktywne wnioski.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Sąd nad profesorem Nowakiem”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (05-11.06.2015)

poniedziałek, 16 lutego 2015

Sąd nad profesorem Nowakiem

Poza wszystkim innym, prawo do krytyki jest wyrazem podmiotowości i niezależności wyborcy.

List profesora Andrzeja Nowaka przygotowany na konwencję prezydencką Andrzeja Dudy wywołał istną burzę. Przypomnijmy, że profesor nie mogąc z powodu choroby uczestniczyć w wydarzeniu (potwierdzam, nie była to „choroba dyplomatyczna”, w czwartek poprzedzający konwencję rozmawialiśmy z prof. Nowakiem na antenie Niepoprawnego Radia PL i słychać było, że z trudem mówi, dręczył go koszmarny kaszel) wystosował swoiste posłanie do działaczy PiS. Zasadniczą treścią listu było sformułowane w ultymatywnym tonie ostrzeżenie, że albo Prawo i Sprawiedliwość wygra obydwie tegoroczne batalie wyborcze w rozmiarach gwarantujących samodzielne rządy, albo nastąpi jego kres jako głównej siły opozycyjnej („To jest walka na śmierć i życie dla Prawa i Sprawiedliwości. (…) Gdyby teraz okazała się nie zdolna do odebrania władzy tym, którzy Rzeczpospolitą niszczą, to znaczyłoby, że przestała być dobrym narzędziem w służbie Polsce. Polacy będą musieli poszukać innego, a raczej stworzyć inne.”). Innymi słowy – żadnych „połowicznych sukcesów” typu udział w II turze, czy kilka mandatów poselskich więcej. List kończy się znamiennymi słowami: „Trzeba wygrać. Koniecznie. Cofać się nie ma dokąd. Przetrwać bez zwycięstwa nie można”. By to zwycięstwo osiągnąć niezbędne są pewne działania naprawcze, takie jak większe otwarcie się PiS na inne środowiska, potraktowanie obu kampanii – prezydenckiej i parlamentarnej – jako nierozerwalnej całości i wreszcie zaprezentowanie prócz Andrzeja Dudy, równie młodego i dynamicznego kandydata na premiera.

I tu na prawicy zawrzało, bowiem prof. Nowak otwartym tekstem twierdzi, że premierem nie powinien być Jarosław Kaczyński – ten winien skupić się na rządzeniu partią i wypromować kogoś innego. Najdalej w polemice posunęła się chyba Agnieszka Romaszewska insynuując we wpisie na Facebooku, iż przez profesora przemawia urażona ambicja (przez jakiś czas mówiło się o jego kandydowaniu na prezydenta) i generalnie, nastręcza się ze swymi radami („ponurym smędzeniem”) nieproszony i nie w porę.

Cóż, szanuję i cenię panią Romaszewską za jej dorobek, ale w tym przypadku chyba pomyliły się jej role niezależnej dziennikarki i aktywistki partyjnej. Rzecz w tym, że prof. Nowak w podobnym tonie wypowiadał się znacznie wcześniej – list jest w zasadzie podsumowaniem tez wygłaszanych publicznie przy różnych okazjach (choćby we wcześniejszych rozmowach na antenie Niepoprawnego Radia PL). Profesor naprawdę nie wyskoczył ze swym orędziem niczym Filip z konopi – jest ono wynikiem gruntownej intelektualnej refleksji nad kondycją opozycji patriotycznej. Problem jest taki, że PiS wraz ze swymi liderami jest doskonale impregnowany na jakąkolwiek krytykę – choćby najbardziej życzliwą i konstruktywną, niezależnie od tego, czy trwa akurat kampania wyborcza, czy też nie. Można odnieść wrażenie, że obowiązującym tam dogmatem jest wiara w kolektywną mądrość partii, która to kolektywna mądrość z kolei wypływa z indywidualnej mądrości prezesa Kaczyńskiego. Wszelkie niepowodzenia (a tych w ciągu ostatnich ośmiu lat trochę się nagromadziło) kwitowane są bez wyjątku wskazywaniem na niesprzyjające warunki zewnętrzne z nieśmiertelnym wytłumaczeniem „bo media są przeciw nam” na czele. My, prawda, tutaj w partii, musimy jedynie być silni, zwarci, gotowi i ani kroku w bok, a naród w końcu przejrzy na oczy i za którymś razem wreszcie na nas zagłosuje.

Przypadek Agnieszki Romaszewskiej nie jest zresztą odosobniony. To element szerszej choroby toczącej żelazny elektorat PiS, której symptomy mam czasami okazję testować na sobie. Ilekroć napiszę tekst utrzymany w duchu omawianego tu listu prof. Nowaka, prędzej czy później pojawiają się reakcje w stylu „a po co takie pisanie, a dlaczego, czemu taka krytyka ma służyć, to rozbijactwo, defetyzm...” i te de. W skrajnych przypadkach padają wręcz oskarżenia o agenturalność i wysługiwanie się jakimś mrocznym siłom. Tego typu „metodę polemiczną” do absurdu doprowadził ostatnimi czasy portal Fronda.pl, dla którego wszystko co choćby na milimetr odstaje od aktualnej linii partii, z automatu zakwalifikowane zostaje jako „ruska agentura”.

Tymczasem, poza wszystkim innym, prawo do krytyki jest wyrazem podmiotowości i niezależności wyborcy. Idzie tu również o przywrócenie właściwego porządku i hierarchii. W demokracji bowiem politycy – nawet najbardziej „nasi”, patriotyczni i tak dalej – nie są naszymi zwierzchnikami, choć zapewne im może wydawać się inaczej, że wspomnę choćby „doktrynę Lipińskiego” wedle której patriotyczny elektorat nie ma wyboru i „musi” głosować na Prawo i Sprawiedliwość. Przeciwnie, to my – jako obywatele i wyborcy – jesteśmy zwierzchnikami polityków i jako tacy mamy prawo domagać się od nich określonych działań i zachowań, oraz wytykać im marazm, czy różne zaniedbania. Zasada ta tyczy się również Andrzeja Dudy oraz prezesa Kaczyńskiego. I z tego uprawnienia skorzystał właśnie profesor Nowak.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 7 (13-19.02.2015)