Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kukiz'15. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kukiz'15. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 września 2019

Ostatnia misja Kukiza

Ostatnia misja Kukiza Czy „antysystemowiec” zatopi PSL?

I. „Tonący brzydko się chwyta”

Wieki temu (a konkretnie, w 2015 r.) poświęciłem Pawłowi Kukizowi w siostrzanej „Polsce Niepodległej” aż trzy teksty: „Kukiz – polityk niepolityczny”, „Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie?” oraz „Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrosło?”. Dziś, po czterech latach, korzystam z okazji jaką jest kampania wyborcza, by dopełnić ten cykl - bo wszystko wskazuje na to, że po 13 października zwyczajnie nie będzie już sensu i potrzeby, żeby zajmować się tym (barwnym skądinąd) politycznym meteorem. Nawet jeśli Kukiz wejdzie do Sejmu (czego mu nie życzę, choć nie tyle ze względu na niego, co na „koalicjanta”), nie odegra już w nim żadnej roli, stając się coraz bardziej groteskowym „pyskaczem”, przedłużając co najwyżej o jedną kadencję swą polityczną agonię. Szkoda, bo jego obecność była do pewnego momentu powiewem świeżości – również ze względu na grono ciekawych osób, które wraz z nim weszły do parlamentu. Dziś natomiast, po nieszczęsnym aliansie z PSL, może stanowić żywą ilustrację bon-motu Antoniego Słonimskiego: „tonący brzydko się chwyta”.

Na czym przejechał się Paweł Kukiz? Nawet nie na pustce programowej. Takiemu ruchowi program zwyczajnie nie był potrzebny, ludzie głosowali na Kukiz'15 głównie na złość dotychczasowym elitom, trochę na zasadzie Cejrowskiego i jego słynnego „wszyscy won!”. Nawet sztandarowy postulat jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) był głównie hasłem samego Kukiza i może kilku jego najbliższych współpracowników, a nie całego, nader eklektycznego ugrupowania. Zresztą, jak pokazało archiwalne nagranie z 2015 r. ujawnione niedawno przez internetową telewizję „Takt.tv”, sam Kukiz do swojego postulatu miał dość cyniczny, utylitarny stosunek – skoro „żre”, to trzeba je „pompować”. Gdyby, wedle jego słów, chwyciło hasło „zielona gruszka dla każdego Polaka”, to również i z takim sloganem należałoby pójść do wyborów. Wszystko po to, by po wyborczym sukcesie móc „niszczyć system”.


II. Fiasko „anty-partyjności”

Podstawowy błąd Kukiza polegał na tym, że chciał być „politykiem niepolitycznym” - „antysystemowcem” rozwalającym „partiokrację” na czele amorficznego ruchu bez normalnych, organizacyjnych struktur. Liderem i gwiazdą na czele pospolitego ruszenia swoich politycznych „fanów”. Dały tu o sobie znać narowy estradowej primadonny, których nie wyzbył się do samego końca. Coś, co na pewnym etapie grało na jego korzyść (obycie sceniczne, dobre łapanie kontaktu z odbiorcami), stało się kulą u nogi, gdy na jaw zaczęła wychodzić ciemniejsza strona „gwiazdorzenia” - niestabilność emocjonalna, strzelanie „fochów”, choleryczne usposobienie, impulsywność i generalny brak samokontroli przeplatany zapędami quasi-dykatatorskimi niczym u frontmana rockowej kapeli, który po uważaniu może wyrzucać ze składu członków zespołu... albo odejść samemu bez oglądania się za siebie (vide – przypadek zespołu „Piersi”). Chyba do tej pory nie zrozumiał, że organizacją polityczną na dłuższą metę nie sposób tak zarządzać. To, co uchodzi muzykowi rockowemu, a nawet stanowi w jakiejś mierze o jego wizerunkowej oryginalności, dla polityka jest zabójcze.

Gwoździem do trumny stało się jednak uporczywe trwanie przy formule „anty-partyjności”. Okazało się, że tak się nie da. System polityczny w Polsce jest bowiem nie tyle „zabetonowany” w sensie niedopuszczania do głosu nowych inicjatyw, ile „nieprzemakalny” dla amatorów, „oddolnych” ruchów odrzucających pewne podstawowe reguły gry. Formuła zaproponowana przez Kukiz'15 - „spontanicznego”, antyestablishmentowego zrywu - była dobra dla politycznego start-upu. Sprawdziła się w kampanii prezydenckiej, w której Paweł Kukiz osiągnął imponujące 20,8 proc. głosów. Ale już w wyborach parlamentarnych ta sama metoda przyniosła raptem 8,8 proc. Dał o sobie znać brak struktur, przetasowania w otoczeniu lidera, wreszcie – potępieńcze swary przy układaniu list wyborczych, kiedy to w lokalnych komitetach różne frakcje wycinały się nawzajem bez pardonu. Normą była sytuacja, gdy kandydat wychodził z „przesłuchania kwalifikacyjnego” przeświadczony, że został wpisany na listę, by nazajutrz dowiedzieć się, że go skreślono, bo w międzyczasie do układania list dorwała się inna grupa kolesiów. Nominalny lider kompletnie nie panował nad tym radosnym „chaosem twórczym”. Efektem była równie chaotyczna kampania i wynik ponad dwukrotnie niższy od indywidualnego osiągnięcia Kukiza z kampanii prezydenckiej.

Ten zimny prysznic nie dał niestety Kukizowi do myślenia. Po wejściu do Sejmu kontynuował anarchiczny styl zarządzania, miotając się od sasa do lasa. Tymczasem, twarda rzeczywistość mówi, że aby polityczna inicjatywa nie okazała się efemerydą, należy po prostu założyć partię. Tak właśnie – partię i nic innego. Żadne stowarzyszenie, żaden „ruch społeczny” nie ma w dłuższej perspektywie racji bytu. Trzeba założyć partię, zbudować struktury, normalną hierarchię organizacyjną i tyrać w terenie. Demokracja? Jasne, można organizować chociażby wewnętrzne głosowania wyłaniające np. kandydatów startujących w kolejnych wyborach – ale to wszystko musi się odbywać w proceduralnych, statutowych ramach. No i nade wszystko – należy wziąć przynależne partiom (i tylko partiom) państwowe dotacje, dające finansowy oddech. Bez tego jakakolwiek inicjatywa skazana jest z góry na niepowodzenie, o czym świadczy żałosny koniec „Nowoczesnej”, która wskutek nieudolności swojego skarbnika została pozbawiona budżetowych pieniędzy.


III. Lot kamikaze

Paweł Kukiz przez cztery lata nie przyjmował tych oczywistych zasad do wiadomości, uporczywie trwając przy swoim. Dzwonkiem ostrzegawczym nie stały się nawet wybory samorządowe w których Kukiz'15 sromotnie przepadł. Można wręcz odnieść wrażenie, że pasowała mu rola nieformalnego „dyktatora” „społecznego ruchu”. Konsekwencje znamy – im bliżej było końca kadencji, tym bardziej klub parlamentarny i cała formacja rozłaziły mu się w rękach. Podejmowane zaś w ostatniej chwili rozpaczliwe negocjacje skończyły się... wciągnięciem niedobitków niegdysiejszych „antysystemowców” na listy ultrasystemowego PSL, dopełniając tym samym miary upadku zarówno ugrupowania, jak i samego lidera. W tym kontekście, wpisanie do „umowy koalicyjnej” wyświechtanego postulatu JOW-ów jest już tylko rechotem historii. Jasne, PSL się zgodził – bo czemu nie? Można wpisać wszystko, nawet te „zielone gruszki”, papier jest cierpliwy.

No właśnie – PSL. Partia, która po 1989 r. czterokrotnie współrządziła Polską. Dwukrotnie w koalicji z SLD i dwukrotnie w koalicji z PO. Żadne inne ugrupowanie w ciągu minionych 30 lat nie może pochwalić się takim wynikiem. Partia, która przyłożyła rękę chyba do wszystkich możliwych patologii polskiego życia publicznego – począwszy od plagi kolesiostwa, nepotyzmu i korupcji, a skończywszy na surowcowo-agenturalnym uzależnieniu od Rosji. Partia do tej pory niezatapialna. Języczek u wagi kolejnych politycznych układów i konfiguracji. Ona ma dać „antysystemowemu” Kukizowi drugie życie – bo lider, „chwytając się brzydko” tej deski ratunku chyba zakumał realia na tyle, by zdać sobie sprawę, że po swej politycznej przygodzie bezpowrotnie „stracił dziewictwo” i nie ma już powrotu do show-businessu, ludzie go już zwyczajnie „nie kupią”. Musi więc brać co dają, by załapać się na jeszcze jedną kadencję – słowem, desperacja.

Ale ma zarazem do odegrania jeszcze jedną, znaczącą rolę – choć wbrew sobie. Otóż jego kandydatura może stać się dla również miotającego się od ściany do ściany i pogrążonego w tożsamościowym kryzysie PSL-u kamieniem młyńskim, który pociągnie to arcyszkodliwe ugrupowanie na dno. I to jest ostatnia, „samobójcza” misja Pawła Kukiza – politycznego „kamikaze”. Swoją drogą, amerykańscy żołnierze na Pacyfiku określali kamikaze japońskim słowem „baka” - „głupek”. I takim „głupkiem”, ale pożytecznym, który zatopi PSL, może stać się Kukiz. Tak więc, panie Pawle, czarka sake dla animuszu – i do dzieła!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kukiz – polityk niepolityczny

Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie?

Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrosło?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (23-29.08.2019)

czwartek, 9 czerwca 2016

Pod-Grzybki 51

Na Warszawskich Targach Książki pojawił się komunistyczny szpicel Tomasz Turowski – i zamiast wesoło dyndać na jakiejś suchej gałęzi, najspokojniej w świecie podpisywał swoje książki. Przegonili go dopiero Piotr Jegliński z Adamem Borowskim. Doprawdy, rację miał Franc Fiszer mówiąc, że nie będzie w Polsce porządku, dopóki nie rozstrzela się 20 tysięcy łajdaków – i nawet nie trzeba będzie dobierać z uczciwych. Ta anegdotka kursuje zresztą w różnych wersjach dotyczących liczby łajdaków do rozstrzelania – miało być ich wedle niektórych nawet 700 tysięcy. Moje pytanie do Państwa na dziś: ilu łajdaków należy rozstrzelać, by wreszcie zapanował w Polsce porządek?

*

Wstępnie wyniki wyborów prezydenckich w Austrii wskazują na zwycięstwo „prawicowo-populistycznego” kandydata „dobrej zmiany” - jak nie omieszkał czujnie podkreślić portal „Wyborczej” przedstawiając Norberta Hofera. Polityk ten jest m.in. przeciwnikiem przyjmowania „uchodźców”, co świadczy, że po amoku rzucania się przybyszom na szyje i wręczania im maskotek, Austriacy pomału dochodzą do przytomności, bo od tych czułości z „uchodźcami” już ich d... boli. Swoją drogą, czy można się dziwić, że migranci pragnęli się odwdzięczyć za pomocą tzw. „macanek”? W każdym razie, muzułmańscy „macanci” najwyraźniej już się przejedli, a my czekamy na marsze KOD, sabat czarownic w Parlamencie Europejskim i „kontrolę praworządności”.

*

Przy okazji, ciekaw jestem, jak w tym roku, w radykalnie zmienionych warunkach społecznych, będą wyglądały austriackie i niemieckie gej-parady (pytanie na czasie, bo właśnie zaczyna się sezon). Warto tu zaznaczyć, że np. w plemionach beduińskich homoseksualizm i zoofilia są zjawiskami dość powszechnie tolerowanymi (grupa facetów tygodniami na pustyni, sam na sam z długorzęsymi wielbłądami i te sprawy). To dopiero macanci będą mieli używanie!

*

Sejm w odpowiedzi na ultimatum brukselskich euro-pajaców przyjął uchwałę o obronie suwerenności – i wtedy rozległo się potępieńcze wycie Targowicy. I właśnie to wycie na dźwięk słowa „suwerenność”, jako żywo przypominające konwulsje egzorcyzmowanych szatanów, mówi o naszych targowiczątkach więcej niż całe sterty uczonych socjologicznych i politologicznych analiz.

*

Nie tak dawno temu pisałem, że narodowcy, którzy wypięli się na Roberta Winnickiego i nie wystąpili z klubu Kukiz'15, motywując to zamiarami tworzenia „nowego, poważnego środowiska narodowego”, szykują po prostu własną kanapę mającą im zapewnić „jedynki” na listach w kolejnych wyborach. I proszę, potwierdziło się: właśnie powołano do życia z błogosławieństwem samego Kukiza stowarzyszenie „Endecja” - czyli narodową klubokawiarnię w ramach „kukizowców” z Ziemkiewiczem jako ideowym guru i Jakubiakiem w roli sponsora. Ech, panie Robercie – po co było być takim zasadniczym? Też by się Pan załapał, a teraz Kukiz z czystym sumieniem będzie mógł olać środowiska narodowe, bo właśnie zainstalował sobie własną hodowlę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 21 (25-31.05.2016)

czwartek, 19 maja 2016

Pod-Grzybki 48

PiS postanowiło uszczęśliwić rodaków przywróceniem obowiązku posiadania kart rowerowych. Hm, tak się składa, że mam zachowaną kartę rowerową wyrobioną jeszcze w PRL-owskiej podstawówce w latach 80-tych. Nada się?

*

A może warto pójść za ciosem i przywrócić także obowiązkowe karty pływackie? Też mam cały komplet takowych z dawnych czasów. Pierwszą, „dziecięcą” kartę wyrobiliśmy sobie z kolegami na obozie harcerskim, jeszcze za komuny, za łapówkę w postaci kilku menażek poziomek zebranych w okalającym obóz lesie - dla ratownika, który z tychże poziomek pędził wino. Następną, „dorosłą”, już w nowej rzeczywistości wypisał mi ratownik WOPR-u za parę piw z pobliskiego baru. Trzecią, tzw. „żółty czepek”, jako jedyną wypływałem w pełni uczciwie kilka lat później - i tak się jakoś złożyło, że niedługo potem te wszystkie karty zniesiono. Nie powiem, zirytowałem się. Przywrócić je teraz, niech mi się nie marnują.

*

Zresztą, idźmy na całość: reaktywacja karty woźnicy – to byłby dopiero hit! Sam bym sobie taką wyrobił dla szpanu.

*

W ramach unaradawiania mediów publicznych opłata audiowizualna ma być dołączana do rachunków za prąd. Kurczę, tyle lat migałem się skutecznie przed abonamentem RTV i teraz w końcu chyba mnie dopadną. Ponadto wygląda na to, że po ponad roku dobrowolnej telewizyjnej abstynencji znów będę musiał to tele-pudło oglądać. W końcu głupio tak jakoś bulić co miesiąc piętnaście zeta i nie korzystać, no nie?

*

Miała być zadyma u Kukizowców, a wyszła poruta w Ruchu Narodowym. Władze ruchu rekomendowały swoim posłom wystąpienie z klubu Kukiz'15... po czym okazało się, że wystąpił tylko jeden Robert Winnicki, pozostała czwórka zaś kazała się wodzom z RN bujać, bowiem zamierzają stworzyć „nowe, poważne środowisko narodowe” - czytaj: własną kanapę będącą odskocznią do „biorących” miejsc na listach Kukiz'15 w kolejnych wyborach. No chyba, że Kukiz zwyzywa ich od psychopatów i im wp...li, a potem – jak to Tatarzyn – powiedzie przytroczonych arkanem do siodła na targ niewolników w Stambule.

*

Swoją drogą, tak po ludzku trochę Winnickiemu współczuję. To musi być strasznie głupie uczucie – myślisz, że wyskakujesz do bitki na czele paczki, po czym zerkasz za siebie i widzisz pustkę, bo koledzy już dawno postawili na innego konia. Co gorsza, w efekcie drastycznie spadły szanse na reelekcję – bo niby z kim i jakiej listy? A tu człowiek właśnie zaczął się przyzwyczajać do dobrego. Co za świat...

*

Przy okazji – od dobrze poinformowanej osoby usłyszałem, że inwestycja w zostanie posłem to minimum 100 tys. zł. na kampanię – ale często jest to więcej, przeważnie na kredyt. Zatem co najmniej pierwszy rok w sejmie to okres zwrotu nakładów, dopiero potem zaczyna się zarabiać na czysto, następnie znów trzeba się użerać o miejsce na liście – i tak w kółko. I my się zastanawiamy, czemu posłowie czasem się dziwnie zachowują – przecież przy takim stresie i ryzyku ci ludzie to po prostu kłębki nerwów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr nr 17-18 (27.04-10.05.2016)

poniedziałek, 8 lutego 2016

Co dalej z „ustawą o bratniej pomocy”?

Wniosek o uchylenie „ustawy 1066” złożył niedawno klub Kukiz'15. Nic nie stoi na przeszkodzie, by PiS ten wniosek poparł.

Przyznam się, że fakt, iż wciąż obowiązuje słynna „ustawa 1066” (zwana tak od numeru druku sejmowego), funkcjonująca również w potocznym obiegu jako „ustawa o bratniej pomocy” jest dla mnie co najmniej niezrozumiały. Przypomnijmy, iż akt prawny, którego oficjalna nazwa brzmi „Ustawa z dnia 7 lutego 2014 r. o udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej” został jednomyślnie oprotestowany przez ówczesną opozycję i sprzyjające jej media, jako że nadaje zbyt daleko idące uprawnienia funkcjonariuszom obcych służb mogącym potencjalnie operować na naszym terytorium. Warto przytoczyć tu wyniki głosowania sejmowego. Spośród 120 głosujących posłów PiS, 119 głosowało „przeciw” i tylko jeden „za”. Solidarna Polska – spośród 15 głosujących wszyscy byli przeciw. Ten jeden rodzynek z klubu PiS głosujący za ustawą, to poseł Piotr Pyzik – trudno orzec, czy wyłamał się świadomie, czy zwyczajnie się pomylił, w każdym razie nie zaszkodziło mu to w reelekcji. No a teraz, jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało, wychodzi na to, że w PiS względem „ustawy 1066” obowiązuje „linia Pyzika”. Proszę, jaki wpływowy...

„Ustawę o udziale zagranicznych funkcjonariuszy...” Platforma przedstawiała jako wykonanie prawa unijnego. Owszem, jest „klauzula solidarności” sformułowana w Tytule VII „Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej”, która zakłada udzielenie pomocy krajom członkowskim na wniosek ich władz politycznych w przypadku zagrożenia terroryzmem, klęski żywiołowej lub katastrofy spowodowanej przez człowieka. Tyle, że ustawa idzie znacznie dalej, co było zresztą stałą praktyką poprzedniej władzy – pod pozorem „wdrażania”, „dostosowywania”, tudzież „implementacji” reżim PO przemycał różne siuchty zasłaniając się uniwersalnym wytłumaczeniem „wymogów unijnych”. Tak jest i w przypadku „ustawy 1066”. Mówi ona bowiem np. w Art. 2 o „wspólnych operacjach” prowadzonych „w związku ze zgromadzeniami, imprezami masowymi lub podobnymi wydarzeniami (…) w celu ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego oraz zapobiegania przestępczości”. Oznacza to w przełożeniu na normalny język wezwanie „bratniej pomocy” do tłumienia demonstracji. Ustawa powołuje się tu na decyzję Rady Unii Europejskiej 2008/617/WSiSW z dnia 23 czerwca 2008 r., tyle że we wspomnianej decyzji jako żywo nie ma o „zgromadzeniach” ani słowa. Jest jedynie ogólne sformułowanie o „sytuacji kryzysowej” (popełnienie przestępstwa stanowiącego poważne, bezpośrednie zagrożenie fizyczne dla osób, majątku, infrastruktury, instytucji państwowych) – przy czym, owa „sytuacja kryzysowa” ma zastosowanie „w szczególności” do terroryzmu.

Co więcej, Art. 9 „ustawy 1066” daje zagranicznym funkcjonariuszom prawo do „wwozu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i posiadania broni palnej, amunicji i środków przymusu bezpośredniego”, „użycia lub wykorzystania broni palnej w sposób i w trybie określonych w ustawie z dnia 24 maja 2013 r. o środkach przymusu bezpośredniego i broni palnej” a także szereg innych uprawnień zarezerwowanych przedtem dla polskich służb. Przy czym, w przywoływanej decyzji Rady jest mowa jedynie o działalności obcych „jednostek interwencyjnych” w zgodzie z prawem „zapraszającego” państwa członkowskiego. Nigdzie nie ma sformułowanego obowiązku zrównywania uprawnień służb obcych z krajowymi – a takie zrównanie de facto wprowadza „ustawa o bratniej pomocy”!

Przepraszam za ten nieco hermetyczny, prawniczy język, ale trudno omawiać tego typu zagadnienia bez odwołania się do właściwych aktów prawnych. Generalnie, rzecz w tym, że „ustawa 1066” dalece wykracza poza obowiązujące regulacje europejskie, które jakoby ma „implementować”. Stwarza za to idealną podkładkę do obcej interwencji – i to niekoniecznie na „wniosek” polskich władz, jako że unijne instytucje systematycznie poszerzają swe uprawnienia z pominięciem traktatów, metodą uzurpacji. Taką bezprawną uzurpacją jest chociażby słynna „kontrola praworządności” zainicjowana przez Komisję Europejską na podstawie napisanej samowolnie procedury – bowiem traktaty takowego prawa Komisji Europejskiej nie przyznają! W tym kontekście, a także biorąc pod uwagę formułowane wobec Polski pogróżki „użycia siły”, utrzymywanie ustawy wprost „zapraszającej” interwentów w nasze granice i zrównującej ich z polskimi służbami oznacza realne zagrożenie dla suwerenności – sami prosimy się o kłopoty.

Wniosek o uchylenie „ustawy 1066” złożył niedawno klub Kukiz'15. Nic nie stoi na przeszkodzie, by PiS ten wniosek poparł – bo chyba stanowisko Prawa i Sprawiedliwości przez ostatnie dwa lata się w tej sprawie nie zmieniło? Nie zmieniło się, prawda?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3292-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 04 (29.01-04.02.2016)

wtorek, 10 listopada 2015

„Przetrwać bez zwycięstwa nie można”

Warto mieć świadomość, że wyniki wyborów prezydenckich i parlamentarnych to jeszcze nie jest zwycięstwo.

I. Przegląd pola walki – PiS i PO

Z mojego punktu widzenia wyniki wyborów ułożyły się niemal idealnie. PiS uzyskało samodzielną większość, co oddala zmorę z lat 2005-2007, czyli szarpaninę rządów mniejszościowych, bądź niepewnej koalicji. O ile gowinowcy i ziobryści się nie zbieszą i nie zerwą porozumienia dzięki któremu wrócili z politycznego niebytu do grona żywych, Zjednoczona Prawica może liczyć na pełną kadencję stabilnych rządów. PiS i Jarosław Kaczyński pokazali, że wbrew utartej opinii potrafią być elastyczni oraz korzystać z dobrych rad. Warto w tym miejscu wrócić do głośnego listu prof. Andrzeja Nowaka wystosowanego na konwencję wyborczą inaugurującą kampanię prezydencką Andrzeja Dudy. Wtedy wywołał on prawdziwą burzę – zarówno w samej partii, jak i wśród jej zagorzałych sympatyków. Oskarżano profesora co najmniej o niewczesny wyskok, zaś w wersji bardziej radykalnej – o szkodnictwo, ambicjonerstwo i złą wolę. Imputowano mu kierowanie się niskimi pobudkami (miał być przymierzany do kandydatury na prezydenta), sianie defetyzmu a nawet chęć „detronizacji” Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem, jeśli prześledzimy owo pismo na spokojnie, to okaże się, że znakomitą większość zawartych w nim postulatów wykorzystano w kampanii i m.in. dzięki temu właśnie możliwe było podwójne zwycięstwo po ośmiu latach porażek – i to w wymiarze okazalszym niż w 2005 roku. Oczywiście, PiS miał też nieco szczęścia – gdyby nie „Razem” i „efekt Zandberga” połączony z ustawieniem sobie przez ZLEW poprzeczki na poziomie 8%, najprawdopodobniej nie byłoby samodzielnej większości. Jednak szczęściu trzeba dopomóc – dobra kampania Dudy i Szydło potraktowana (zgodnie z postulatem prof. Nowaka) jako nierozerwalna całość oraz korpus mężów zaufania z Ruchu Kontroli Wyborów ograniczających fałszerstwa – bez tego nie byłoby zwycięstwa.

PO została zepchnięta do głębokiej defensywy i tylko kwestią czasu pozostaje dekompozycja tego ugrupowania. Jej siłą scalającą było konsumowanie owoców władzy, zaś odspawanie od stołków i apanaży będzie skutkowało wykruszeniem się owego spoiwa, bo w przeciwieństwie do PiS, ludzi tych nie łączy żadna idea, ani tym bardziej charyzmatyczny, trzymający partię w garści przywódca. Kopacz jest jedynie „Tuskiem zastępczym”, blednącą stopniowo emanacją spijającego brukselskie rosoły przywódcy, który z oddalenia nie jest w stanie sterować partią, kontrolować zachodzących w niej procesów, no i wreszcie – wygrać wyborów. Na dodatek Platforma, w odróżnieniu od PiS, zatraciła elastyczność i zdolność do uczenia się na błędach. Nie wyciągnięto żadnych wniosków z przegranej Komorowskiego, a może raczej – wyciągnięto wnioski z gruntu błędne i poprowadzono kampanię na zasadzie „więcej tego samego”. Mieliśmy więc kontynuację „gospodarskich wizyt” – równie jak tamte nieautentycznych, nagłe dostrzeżenie problemów „zwykłych ludzi” na rozwiązanie których PO nie znalazła jakoś czasu przez osiem lat rządów, no i obowiązkowe straszenie IVRP oraz Kaczyńskim, co sprawiało wręcz wrażenie, jakby kampania była prywatną autoterapią „Miśka” Kamińskiego w ramach porachunków z dawnym ugrupowaniem.

W tej sytuacji warto kibicować Schetynie w rozgrywce o przejęcie PO – choćby dlatego, że jego wygrana oznacza marginalizację Tuska, który nie będzie miał do czego wracać. Poza tym, wstrząsana vendettą Platforma nie będzie w stanie wykazywać szerszej aktywności na zewnątrz, co tylko przyśpieszy jej rozpad. Schetynę cechuje cierpliwość krokodyla, który potrafi tygodniami tkwić w bezruchu w bajorze czekając, aż zdobycz podejdzie mu pod pysk – i właśnie się doczekał. A gdy już zaatakuje, nie będzie litości – odwet za lata politycznych upokorzeń ma swoje prawa. Przypuszczam, że wielu platformersów już teraz widok gadziego uśmiechu „żelaznego Grzegorza” przyprawia o ciarki.

II. Kukiz i inni

Nadspodziewanie dobry wynik uzyskał komitet Kukiz'15. Piszę „nadspodziewanie” ponieważ żenujące awantury przy układaniu list wyborczych w połączeniu z emocjonalną niestabilnością lidera rodziły wręcz obawy o przekroczenie progu wyborczego. W tych okolicznościach 42 mandaty w Sejmie i pozycja trzeciej siły jest bardzo dobrym wynikiem. Paweł Kukiz zasłużył się też podebraniem głosów PO. Jeśli wziąć za dobrą monetę sondażowe wyniki exit poll, to jego formacja przejęła 6,4% głosów PO z 2011 – czyli o ponad 2% więcej, niż odebrała PiS-owi (4,3%). Tym samym, z jednej strony przyblokowała Platformę, z drugiej zaś nie odebrała PiS samodzielnej większości, za to ma szansę stać się istotnym recenzentem gabinetu Beaty Szydło. I to jest podstawowa wartość obecności „kukizowców” w Sejmie, co zresztą podkreślałem we wcześniejszych tekstach – dyscyplinowanie z radykalnych pozycji PiS, tak by ten nie ostygł w reformatorskim zapale zwiedziony urokami władzy. Można tu wiązać nadzieje z przedstawicielami narodowców, o ile zdobędą się na określony poziom merytoryczny zamiast dotychczasowego, bądźmy szczerzy – gówniarskiego pokrzykiwania, iż „PiS-PO to jedno zło”. Rolę opozycji totalnej zarezerwowała dla siebie już Platforma wraz z przyległymi mediami w ramach leczenia traumy po wyborczej klęsce – i bardzo dobrze, to bowiem jedynie przyśpieszy jej samo-anihilację. Niebezpieczeństwo to dostrzegł jeden z niewielu przytomnych liderów salonowszczyzny, czyli Aleksander Smolar, który przestrzegł swą formację, by nie straszyć „orbanizmem” i „putinizmem”, bo to jedynie denerwuje ludzi – ale na szczęście już widać, że obóz IIIRP nie dojrzał do wysłuchania tej porady.

Zagrożeniem dla obozu Pawła Kukiza jest jego niejednolitość (co łączy narodowców i kieleckiego Snoop Dogg'a dla ubogich – Liroya?), co może skutkować rozpadem i podbieraniem posłów przez inne ugrupowania. Z drugiej strony, PiS na tle „kukizowców” może prezentować się niczym Orban na tle Jobbiku: umiarkowana, pragmatyczna partia reform – i to jest kolejny plus obecnej sejmowej układanki.

O „Nowoczesnej” Petru – czyli wielkiej nadziei kasty właścicieli III RP na zachowanie przynajmniej części stanu posiadania nie ma co się rozwodzić. Wiadomo – kolejna mutacja tego samego, napompowana medialnie i finansowo przez Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. No i jeszcze związek zawodowy dzierżycieli synekur, czyli PSL. W tym przypadku zagrożeniem może być pokusa wchodzenia w lokalne układy – jeżeli PiS tej pokusie ulegnie (a pojawiają się już pewne sygnały), to możemy się pożegnać z kompleksową naprawą Polski. Zostanie odnowiona jedynie elewacja kamienicy, a od podwórka wciąż będzie straszył stary syf.

III. Batalia o Polskę

Czego oczekuję od nowego rządu Prawa i Sprawiedliwości? Przede wszystkim zdecydowania w czyszczeniu stajni Augiasza. Kunktatorstwo i taktyczne „dogadywanki” pogrzebią nadzieję na zmiany, a wraz z nią – pogrzebią politycznie PiS. Spętany zależnościami rząd ugrzęźnie w gęstym kisielu, co w połączeniu z ostrzałem propagandowym doprowadzi do porażki za cztery lata. Dlatego w tej kadencji nie warto szukać na siłę konstytucyjnej większości – zbyt drogo trzeba by za nią zapłacić. Mając rząd i prezydenta można wystarczająco wiele osiągnąć w obecnym konstytucyjnym porządku, by realnie myśleć o decydującej wygranej w następnych wyborach. Warto mieć świadomość, że wyniki wyborów prezydenckich i parlamentarnych to jeszcze nie jest zwycięstwo. To dopiero wygrana we wstępnej utarczce o zajęcie pozycji wyjściowych przed decydującą batalią o Polskę. Opór materii będzie potężny i to na wszystkich polach. Dlatego istotne będzie społeczne zaangażowanie w rodzaju powstałego Ruchu Kontroli Wyborów/Ruchu Kontroli Władzy – w skrócie, chodzi o to, by wystawione przez nas polityczne wojsko nie rozlazło się po krzakach, a wyposzczony partyjny aparat nie skoncentrował się na konsumowaniu konfitur. Poza wszystkim – odłączenie dotychczasowej władzy wraz z rozlicznymi przybudówkami od kraników z publicznymi pieniędzmi przyśpieszy destrukcję dotychczasowego układu, zatem radykalizm wynika tu z czystej, politycznej kalkulacji.

„Na szybko” można chociażby odciąć prywatne media od quasi-dotacji w postaci reklam i ogłoszeń podmiotów publicznych. Koniecznie należy zbadać możliwość powtórzenia wyborów samorządowych (o ile, rzecz jasna, zachowała się papierowa dokumentacja). Nie zapominajmy, że obecnie to „teren” jest olbrzymim żerowiskiem, dysponentem ogromnej części unijnych funduszy i źródłem rozlicznych patologii – bez odwojowania samorządów nie będzie „dobrej zmiany”. Należy wziąć za pysk służby specjalne – zweryfikować, ograniczyć możliwości inwigilacji obywateli, opublikować Aneks do raportu o rozwiązaniu WSI, odtajnić zbiór zastrzeżony IPN. Już samo ujawnienie agentury w różnych obszarach życia publicznego – mediach, organach państwa, biznesie – ograniczy możliwości szkodzenia. To tylko pierwsze z brzegu postulaty. Pamiętajmy, iż wciąż znajdujemy się w sytuacji opisanej we wspomnianym tu liście prof. Andrzeja Nowaka - „Cofać się nie ma dokąd. Przetrwać bez zwycięstwa nie można”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Sąd nad prof. Nowakiem”

„Profesor Andrzej Nowak miał rację”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 43-44 (04-17.11.2015)