Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Turowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Turowski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 czerwca 2016

Pod-Grzybki 51

Na Warszawskich Targach Książki pojawił się komunistyczny szpicel Tomasz Turowski – i zamiast wesoło dyndać na jakiejś suchej gałęzi, najspokojniej w świecie podpisywał swoje książki. Przegonili go dopiero Piotr Jegliński z Adamem Borowskim. Doprawdy, rację miał Franc Fiszer mówiąc, że nie będzie w Polsce porządku, dopóki nie rozstrzela się 20 tysięcy łajdaków – i nawet nie trzeba będzie dobierać z uczciwych. Ta anegdotka kursuje zresztą w różnych wersjach dotyczących liczby łajdaków do rozstrzelania – miało być ich wedle niektórych nawet 700 tysięcy. Moje pytanie do Państwa na dziś: ilu łajdaków należy rozstrzelać, by wreszcie zapanował w Polsce porządek?

*

Wstępnie wyniki wyborów prezydenckich w Austrii wskazują na zwycięstwo „prawicowo-populistycznego” kandydata „dobrej zmiany” - jak nie omieszkał czujnie podkreślić portal „Wyborczej” przedstawiając Norberta Hofera. Polityk ten jest m.in. przeciwnikiem przyjmowania „uchodźców”, co świadczy, że po amoku rzucania się przybyszom na szyje i wręczania im maskotek, Austriacy pomału dochodzą do przytomności, bo od tych czułości z „uchodźcami” już ich d... boli. Swoją drogą, czy można się dziwić, że migranci pragnęli się odwdzięczyć za pomocą tzw. „macanek”? W każdym razie, muzułmańscy „macanci” najwyraźniej już się przejedli, a my czekamy na marsze KOD, sabat czarownic w Parlamencie Europejskim i „kontrolę praworządności”.

*

Przy okazji, ciekaw jestem, jak w tym roku, w radykalnie zmienionych warunkach społecznych, będą wyglądały austriackie i niemieckie gej-parady (pytanie na czasie, bo właśnie zaczyna się sezon). Warto tu zaznaczyć, że np. w plemionach beduińskich homoseksualizm i zoofilia są zjawiskami dość powszechnie tolerowanymi (grupa facetów tygodniami na pustyni, sam na sam z długorzęsymi wielbłądami i te sprawy). To dopiero macanci będą mieli używanie!

*

Sejm w odpowiedzi na ultimatum brukselskich euro-pajaców przyjął uchwałę o obronie suwerenności – i wtedy rozległo się potępieńcze wycie Targowicy. I właśnie to wycie na dźwięk słowa „suwerenność”, jako żywo przypominające konwulsje egzorcyzmowanych szatanów, mówi o naszych targowiczątkach więcej niż całe sterty uczonych socjologicznych i politologicznych analiz.

*

Nie tak dawno temu pisałem, że narodowcy, którzy wypięli się na Roberta Winnickiego i nie wystąpili z klubu Kukiz'15, motywując to zamiarami tworzenia „nowego, poważnego środowiska narodowego”, szykują po prostu własną kanapę mającą im zapewnić „jedynki” na listach w kolejnych wyborach. I proszę, potwierdziło się: właśnie powołano do życia z błogosławieństwem samego Kukiza stowarzyszenie „Endecja” - czyli narodową klubokawiarnię w ramach „kukizowców” z Ziemkiewiczem jako ideowym guru i Jakubiakiem w roli sponsora. Ech, panie Robercie – po co było być takim zasadniczym? Też by się Pan załapał, a teraz Kukiz z czystym sumieniem będzie mógł olać środowiska narodowe, bo właśnie zainstalował sobie własną hodowlę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 21 (25-31.05.2016)

środa, 24 lipca 2013

Agenci pod spec-ochroną

Wszystko powraca w stare koleiny, a młyny sprawiedliwości mogą z pełnym zaangażowaniem włączyć się w proces polsko-rosyjskiego „pojednania”.

I. Pełzające pojednanie

Jak zapewne Państwo wiedzą, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego postanowiła zająć się znanym sabotażystą i dywersantem, uprawiającym swój haniebny proceder na zlecenie określonych kół politycznych bankrutów z Londynu – czyli Witoldem Gadowskim. Ów zapluty karzeł reakcji, parający się wywrotową działalnością pod cienkim płaszczykiem tzw. „niezależnego dziennikarstwa”, miał bowiem czelność ujawnić w lutym tego roku w szmatławym kontrrewolucyjnym pisemku „Sieci”, iż po Polsce hulają sobie w najlepsze rosyjscy szpiedzy, zaś odpowiednie służby przyjmują ten stan rzeczy do wiadomości i nic z nim nie robią.

Przepraszam, a co niby nasze służby miałyby robić? Zdekonspirować funkcjonariuszy zaprzyjaźnionego mocarstwa? Aresztować? Wydalić z kraju? Słyszał kto takie rzeczy? Byłoby to godzeniem w sojusze i dobre samopoczucie Najjaśniejszego Pana Władimira Władimirowicza Putina, z którym wszak pojednaliśmy się na gruncie smoleńskiego błota, przezwyciężając wraz z likwidacją polskiej delegacji prezydenckiej dziejowe urazy i zaszłości. Jak bowiem wywiódł wtedy z iście jezuickim sprytem padre Tomasz „Orsom” Turowski „jestem pewien, że z tej krwi wyrośnie to, na co my wszyscy czekamy – wyrosną nowe, dobre stosunki pomiędzy Polską i Rosją”. No, skoro stwierdził tak sam czołowy organizator „katastrofy” w wyniku której doszło do historycznego pojednania, to należy przyjąć, iż wiedział co mówi. Tym bardziej, że również profesor Nałęcz spiżowymi słowy obwieścił, iż „nie ma takiej ceny”, której nie warto by zapłacić za poprawę stosunków z Rosją - więc po co ten cały Gadowski się wcina?

A że zacieśnianie stosunków i pełzające pojednanie jest procesem ciągłym i postępującym na różnych polach i płaszczyznach – już to w formie wspólnego świergolenia abp. Michalika z patriarchą Cyrylem, już to poprzez nakazane surowo przez ober-czekistę Putina porozumienie o współpracy w sferze kontrwywiadowczej FSB z polską Służbą Kontrwywiadu Wojskowego, to i niewczesne enuncjacje dziennikarza Gadowskiego z miejsca stawiają go w gronie antypaństwowych podżegaczy.

II. Operacja „Krawiec” - chwalebne fiasko

Cóż więc się dziwić, że taki płk Aleksander Samożniew spokojnie sobie funkcjonował co najmniej od 1999 roku w polskim Sejmie jako korespondent „Komsomolskiej Prawdy” i werbował współpracusiów? Tutaj warto dodać, iż szpion szczególnie upodobał sobie wówczas młodych narodowców z Ligi Polskich Rodzin i Młodzieży Wszechpolskiej, których brał na panslawistyczny lep „wspólnoty Słowian”, co jak sądzę raz na zawsze powinno wybić z narodowych głów podobne ciągoty. Niestety, jeden ze Wszechpolaków nie wyczuł mądrości etapu i o próbach zwerbowania go doniósł polskiemu kontrwywiadowi, który jął pana Samożniewa rozpracowywać... aż do uaktywnienia się zakonspirowanego w kontrwywiadzie „kreta”, który rosyjskiego szpiega w porę ostrzegł, umożliwiając mu ucieczkę i fachowe zatarcie śladów. I w ten oto sposób misterna operacja „Krawiec” z udziałem wszechpolaka jako podwójnego agenta mającego „wystawić” Samożniewa wzięła w łeb. Kreta w kontrwywiadzie nie zidentyfikowano do tej pory.

Ale, zastanówmy się – po co nam w ogóle tego „kreta” identyfikować? Facet działał w poczuciu obywatelskiego obowiązku, jako pierwiosnek polsko-rosyjskiej odwilży. Wyobraźmy sobie bowiem, co to by było, gdyby jednak nasze służby, powodowane szkodliwą nadgorliwością, jednak tego Samożniewa aresztowały. Całe pojednanie z miejsca trafiłby szlag – i jak w takiej atmosferze zatrutej wzajemną nieufnością FSB mogłoby nawiązać współpracę z polskim wojskowym kontrwywiadem? A tak, szafa gra i nie ma przeciwwskazań – do tego stopnia, że pułkownik Putin mógł FSB takie polecenie wydać w pełnym przekonaniu, że nie spotka się ono z żadnymi wstrętami z naszej strony.

Na tym tle jasno widzimy, że mimo iż operacja „Krawiec” zakończyła się fiaskiem, było to fiasko chwalebne, umożliwiające nawiązanie owocnej współpracy między bratnimi, słowiańskimi narodami – wypisz wymaluj, właśnie tak, jak chciał wydelegowany do nas przyjaciel narodowców Aleksander Samożniew. A wszystko to dzięki poświęceniu skromnego, anonimowego pracownika polskiego kontrwywiadu. Czapki z głów przed tym cichym bohaterem.

III. Młyny sprawiedliwości w służbie „pojednania”

Tylko jeden Gadowski Witold nie chce zrozumieć potęgi dziejowej konieczności i szczuje, judzi oraz sypie wraży piach w tryby. Ale od czego jest minister Bartłomiej Sienkiewicz, co to „ma chody duże i w MSW i na uczelni...” - to jest, oczywiście, nie na żadnej „uczelni”, tylko w Ośrodku Studiów Wschodnich? A w międzyczasie również w UOP? Oczywiście, pan minister, jako zwierzchnik służb i organów, jest od tego, by na jego odcinku w temacie polsko-rosyjskiego pojednania wszystko chodziło jak w zegarku, toteż nie mieszkając skierował do niezależnej prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z art.265 § 1 Kodeksu Karnego. Przepis ów głosi, że „Kto ujawnia lub wbrew przepisom ustawy wykorzystuje informacje stanowiące tajemnicę państwową, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.”

Formalnie postępowanie dotyczy tego kto był informatorem dziennikarza, ale młyny sprawiedliwości jak już zaczną mielić, to mogą wciągnąć między kamienie również i przechodniów, nie mówiąc już o takim Gadowskim, który, bądźmy szczerzy, sam sobie nagrabił swoją publiczną niedyskrecją. Tym bardziej, że odpowiednie czynniki zapewne mają we wdzięcznej pamięci orzeczenie niezawisłego Sądu Najwyższego z 2009 roku, który po 10 latach żmudnych procedur ustalił raz na zawsze, iż przestępstwo ujawnienia tajemnicy państwowej „może być popełnione przez każdą osobę odpowiadającą ogólnym cechom podmiotu przestępstwa, która ujawnia informacje stanowiące tajemnicę lub wbrew przepisom ustawy informacje takie wykorzystuje".

Już tłumaczę, z czym to się wiąże. Otóż, orzeczenie to dotyczy sprawy przeciw dziennikarzom Bertoldowi Kittelowi i Jarosławowi Jakimczykowi, którzy w 1999 roku opisali w „Życiu” zatrzymanie przez UOP trzech rosyjskich szpiegów w szeregach WSI. No i Sąd Najwyższy ustalił, że dziennikarze, podobnie jak każdy obywatel, zobowiązani są do zachowania tajemnicy państwowej pod groźbą odpowiedzialności karnej z przytoczonego powyżej art.265 KK, gdyż przepis ten „nie zawiera ograniczeń podmiotowych”. Czyli, do strzeżenia tajemnic państwowych zobligowani są nie tylko funkcjonariusze publiczni, ale również taki pan Gadowski, ja czy Ty, drogi Czytelniku. I biada temu, komu rozwiązał by się język i nieopatrznie puścił farbę!

Żeby wszystko pozostało w klimacie, Sąd Najwyższy (przypomnę – w 2009 !) powołał się na opinię prof. Igora Andrejewa z 1976 roku, a więc z głębokiego PRL-u. Tego samego Andrejewa, który jako sędzia SN zatwierdził w 1952 wyrok śmierci na gen. Augusta Fieldorfa „Nila”. Tak więc, wszystko powraca w stare, sprawdzone koleiny, zaś aparat państwa i młyny sprawiedliwości zabezpieczone stosownym orzecznictwem mogą z pełnym zaangażowaniem włączyć się w odpowiedzialny proces polsko-rosyjskiego „pojednania”, które – pamiętajmy – warte jest każdej ceny.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/strzez-tajemnicy-panstwowej

czwartek, 9 sierpnia 2012

Pojednanie z „Żywą Cerkwią”

Polski Kościół przechodzi w dziele „zbliżenia” z rosyjską Cerkwią do porządku dziennego nad kontekstem smoleńskiej tragedii.

I. Fałszywa analogia

17 sierpnia na Zamku Królewskim w Warszawie przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp. Józef Michalik wraz z patriarchą Moskwy i całej Rusi Cyrylem I podpiszą Wspólne Orędzie do narodów polskiego i rosyjskiego. Ceremonię poprzedzić ma spotkanie z prezydentem Komorowskim (on chyba nie będzie nic pisał). Zwolennicy tego aktu „pojednania” wskazują na analogię z historycznym listem biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku, zawierającym słynne słowa „przebaczamy i prosimy o przebaczenie” (a właściwie: „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”). Analogia ta jednak moim zdaniem jest fałszywa, i to z kilku powodów.

Po pierwsze, tamten list kierowany był przede wszystkim do niemieckiego Kościoła (choć nie wykluczał również wspólnot protestanckich), który wraz z Kościołem polskim pozostawał we wspólnych ramach organizacyjnych podlegających zwierzchnictwu Stolicy Apostolskiej. Był więc to gest pojednania w jednej katolickiej rodzinie, motywowany zarówno kończącym się Soborem Watykańskim II, jak i przygotowaniami do obchodów Millenium chrztu Polski; poprzedzony był zaś procesem zbliżania dwustronnych relacji i odcięciem się Niemiec od hitlerowskiej spuścizny. Dziś mamy do czynienia z porozumieniem między dwiema odrębnymi organizacjami religijnymi, skrajnie różniącymi się chociażby w podejściu do bagażu historycznych obciążeń, czy rozumieniu relacji władza-kościół, co w kontekście następnego punktu ma niebagatelne znaczenie.

Po drugie, orędzie z 1965 roku miało przyczynić się do zasypania podziałów wywołanych II wojną światową, pamiętać jednak należy, że Kościół (i generalnie chrześcijaństwo) w narodowosocjalistycznych, hitlerowskich Niemczech był „na cenzurowanym”, często cierpiał prześladowania, zaś ideologia III Rzeszy skłaniała się ku neopogaństwu. W Niemczech powojennych natomiast, Kościół Katolicki był organizacją niezależną od struktur władzy państwowej. Inaczej jest z Cerkwią Prawosławną, która od zawsze stanowiła integralną część rosyjskiego systemu władzy, w czasach sowieckich została totalnie podporządkowana i zinfiltrowana przez reżim komunistyczny, dzisiaj zaś mamy do czynienia z połączeniem carskiej i komunistycznej spuścizny funkcjonowania Cerkwi, stanowiącej ideologiczno-religijną przybudówkę „demokratury” Putina. Cerkiew rosyjska nie dokonała nawet symbolicznego rozliczenia z przeszłością, a jej hierarchowie rekrutują się spośród agentury KGB, przejętej następnie przez FSB i SWR, z patriarchą Cyrylem (Władimir Michajłowicz Gundiajew - agent KGB ps. „Michajłow”) na czele. To tak, jakby dziś kościół katolicki w Polsce pozostawał pod niepodzielną władzą tzw. „księży-patriotów” oraz ich wychowanków.

Po trzecie wreszcie, list z 1965 roku pozostawał w kontrze wobec linii politycznej ekipy Gomułki, która z niemieckiego, „rewanżystowskiego” straszaka uczyniła propagandowy oręż mający uzasadniać władzę komunistów i konieczność wasalnych („sojuszniczych”) relacji z ZSRS, jako chroniących nas przed teutońskim naporem. Orędzie do niemieckich biskupów było więc aktem odwagi i nonkonformizmu, podkreślającym niezależny status Kościoła w Polsce. Obecnie mamy do czynienia z sytuacją odwrotną: dokument do którego podpisania wkrótce dojdzie wpisuje się idealnie w kurs polityczny obecnej władzy. Jest to więc w wymiarze politycznym wyraz konformistycznego wsparcia przez Kościół uległej wobec Rosji postawy dzisiejszego obozu rządzącego.

II. Pojednanie w cieniu Smoleńska

Przypomnijmy, iż prace nad orędziem postępowały równolegle do kolejnych etapów tzw. „ocieplenia” w stosunkach polsko-rosyjskich. Pierwsze kontakty miały miejsce po wizycie Putina na Westerplatte we wrześniu 2009, kiedy to Polskę odwiedzili przedstawiciele wydziału kontaktów zewnętrznych Cerkwi silnie spenetrowanego przez rosyjską SWR (Służbę Wywiadu Zagranicznego). Etap kolejny nastąpił na fali „pojednania” po Zamachu Smoleńskim – w czerwcu 2010 przyjechał do Polski sam przewodniczący wydziału zagranicznego, metropolita Hilarion. Zespoły – polski i rosyjski – które wówczas powołano, zajęły się przygotowaniem wspólnego tekstu dokumentu, który niedługo zostanie podpisany i odczytany uroczyście we wszystkich kościołach w Polsce (więcej u Ściosa - http://www.gazetapolska.pl/21276-cerkiew-narzedzie-w-rekach-putina). Jestem ciekaw, czy orędzie to zostanie również odczytane w świątyniach prawosławnych w Rosji. Jeśli nawet, to zważywszy na silną laicyzację rosyjskiego społeczeństwa, jego efekt będzie o wiele skromniejszy niż w Polsce – warto o tym pamiętać.

Co ciekawe, ze względu na upokarzające potraktowanie strony polskiej w śledztwie smoleńskim, Dyktatura Matołów z powodów wizerunkowych zrezygnowała od dłuższego czasu z eksponowania wątków „pojednania” w swej propagandzie (co nie oznacza, rzecz jasna, wycofania się z dotychczasowej, „klęcznikowej” polityki wobec Kremla). Polski Kościół hierarchiczny jakby tego nie zauważył, przechodząc w dziele „zbliżenia” do porządku dziennego nad kontekstem smoleńskiej tragedii. Należy zatem spodziewać się, iż dokument zostanie wykorzystany jako propagandowy impuls mający ożywić „dobrosąsiedzką” retorykę w publicznym przekazie – i tym razem zostanie do tego zaprzęgnięty autorytet polskiego Kościoła.

Czeka nas zatem kolejny akt „historycznego pojednania” w cieniu smoleńskich trumien, w swej wymowie nie różniący się od słynnego uścisku Tuska i Putina na pobojowisku pod Siewiernym. Oba wydarzenia łączy ponadto osoba Tomasza Turowskiego, komunistycznego agenta wywiadu („Orsom”, „Ritter”) na odcinku watykańskim, który, jak czytamy u Ściosa, z polecenia Radosława Sikorskiego zajmował się „pogłębianiem stosunków z Rosyjskim Kościołem Prawosławnym” i zabiegał o wizytę Cyryla „Michajłowa” w Polsce. Atmosferę zagęszcza ponadto wciąż nie do końca wyjaśniona sprawa zarejestrowania abp. Michalika przez SB jako TW o pseudonimie „Zefir”.

Wygląda więc na to, że będziemy świadkami nowej odsłony ponurego spektaklu, zdefiniowanego przez Turowskiego 12 kwietnia 2010 w wywiadzie dla rosyjskiego radia FINAM FM: „I Rosja, i Polska należą - myślę, że z tym poglądem zgodziłby się sam zmarły tragicznie prezydent - do tej samej ogromnej judeo-chrześcijańskiej tradycji, a wielkie rzeczy w tej tradycji zawsze rodziły się we krwi. I jestem pewien, że z tej krwi wyrośnie to, na co my wszyscy czekamy - nowe, dobre stosunki pomiędzy Polską i Rosją.”

Czy polski Kościół zdaje sobie do końca sprawę z tego, w co się pakuje?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Ilustracja: http://bezdekretu.blogspot.com/2012/07/taktyka-komromisu-taktyka-zdrady.html

środa, 23 lutego 2011

Gruppenfűhrer KAT bezkarny?


Prokurator Generalny Andrzej Seremet wyłącza wątek przygotowania wizyty w Smoleńsku ze śledztwa Prokuratury Wojskowej.



I. Parasol nad KAT-em?


Nie śledziłem ostatnio zbyt uważnie mediów i blogosfery, zatem nawet nie wiem, czy ta informacja uzyskała oddźwięk na jaki zasługuje. Otóż, jak kilka dni temu doniosła „Rzeczpospolita”, ze śledztwa smoleńskiego prowadzonego przez prokuraturę wojskową zostanie wyłączony wątek dotyczący przygotowania prezydenckiego lotu rządowym Tupolewem 10.IV.2010 r. Decyzja wprawdzie jest na razie „nieformalna”, ale ponieważ dotyczy co najmniej zbrodniczych zaniedbań czołowych osób w państwie, można mieć pewność, że zostanie „klepnięta” przez super-hiper niezależnego prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta.


Każdy, kto czytał tekst „Gruppenfűhrer KAT” Łażącego Łazarza wie, że w ten sposób mogą uniknąć odpowiedzialności ci, którzy idąc ręka w rękę z reżimem Putina doprowadzili do rozbicia obchodów katyńskich na dwie części, zdeprecjonowania rangi wizyty Prezydenta Lecha Kaczyńskiego skutkującej chociażby demontażem „vipowskich” zabezpieczeń lotniska Siewiernyj i w konsekwencji – do katastrofy. Wymieńmy nazwiska tych przyjemniaczków zawarte w tytułowym akronimie: Komorowski, Arabski, Tusk. Ja dodałbym jeszcze Sikorskiego, który delegował do Rosji PRL-owskiego „nielegała” Tomasza Turowskiego na stanowisko kierownika wydziału politycznego Ambasady RP z zadaniem przygotowania wizyt Donalda Tuska i Lecha Kaczyńskiego.


II. Sabotaż?


Wracając do sprawy wykluczenia jednego z podstawowych wątków, jakim jest kwestia organizacji wizyty Głowy Państwa. Prokurator Seremet twierdzi, że zgodnie z Kodeksem Postępowania Karnego prokuratura wojskowa może badać jedynie w wyjątkowych przypadkach przestępstwa popełnione przez osoby cywilne. Hm, nie kłócę się, pozwolę sobie jednak zadać kilka pytań:


1) Czy bezprecedensowa katastrofa lotu wojskowego nie jest „wyjątkowym przypadkiem”?


2) Jeżeli nawet szczegółowe przepisy KPK wykluczają możliwość prowadzenia śledztwa przez Prokuraturę Wojskową, to czy Prokurator Generalny dowiedział się o tym dopiero po 10 miesiącach od katastrofy? Czy pan Seremet nie zna podstawowego narzędzia swej pracy, jakim jest Kodeks Postępowania Karnego?


3) Czy i kiedy wątek przygotowania wizyty zostanie przekazany do rozpoznania prokuraturze cywilnej?


Krótko mówiąc, cała sprawa pachnie sabotowaniem śledztwa – wyodrębnienie wątku dopiero po dziesięciu miesiącach, na dodatek wyizolowanie z 60 tomów akt materiałów dotyczących przygotowania lotu musi potrwać (założę się, że potrwa), a zanim prokuratura cywilna rozezna się i wdroży... będzie po wyborach. Później natomiast możliwe są dwie opcje: albo sprawa będzie się ślimaczyła w nieskończoność (nasze organy ścigania mają w przewlekaniu tak „śliskich” postępowań dwudziestoletnią wprawę), albo przeciwnie – prokuratura uzna szybciutko, że wszystko było OK, nie stwierdzono żadnych uchybień, a jeżeli jakieś nawet były, to nieistotne w porównaniu z nieodpowiedzialnym zachowaniem Lecha Kaczyńskiego, który zdezorganizował plan lotu spóźniając się na samolot...


III. Reakcja na sprawę Turowskiego?


Proszę darować mi powyższą gorzką ironię, ale spodziewam się wszystkiego. Przede wszystkim jednak, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten nagły ruch Seremeta spowodowany został gęstniejącą atmosferą wokół sprawy Tomasza Turowskiego. Pytania o tego pana bowiem muszą paść nieuchronnie zarówno w kontekście przygotowania wizyty, jak i jego działalności już po katastrofie, kiedy to, jak można było usłyszeć w ostatnim programie „Warto Rozmawiać”, Turowski przez dwie godziny opóźniał wylot ze Smoleńska Jaka-40 z ówczesnym zastępcą szefa Kancelarii Prezydenta Jackiem Sasinem, akurat wtedy, gdy dobry znajomek pana Turowskiego, Bronisław Komorowski bezprawnie (tj. bez potwierdzonego oficjalnie zgonu Prezydenta) przejmował obowiązki głowy państwa.


Turowski, elitarny PRL-owski szpieg jako dobry znajomy Komorowskiego, Sikorskiego, na dodatek chwalący się, że za każdym razem gdy widzi się z Putinem, ten podchodzi do niego i serdecznie się wita – to nie wygląda dobrze, sugeruje bowiem, że agent „Orsom” pozostając de facto człowiekiem Moskwy, cieszył się również zaufaniem czołowych polityków obozu rządowego. W tym kontekście „znakomite kontakty” „nielegała” na Kremlu zaczynają nabierać nowego, upiornego znaczenia.


Można zatem przypuszczać, że Seremet rozpaczliwie próbuje odwlec w czasie serię przesłuchań platformerskich urzędników, bowiem interes kliki Donalda Tuska i Rosji jest tu wyjątkowo zgodny: odwrócić uwagę od sprawy przygotowania wizyty przez polski rząd rękami Turowskiego i odpowiednie służby rosyjskie i zrzucić winę na „naciski” oraz niewyszkolonych i brawurowych pilotów (z tą różnicą, że Tusk jeszcze by chciał, aby Rosja choć półgębkiem przyznała się do jakichś zaniedbań na „wieży” kontrolnej, Moskwa zaś tego nie uczyni, bo niby po co?).


Na zakończenie: w programie Pospieszalskiego Rafał Ziemkiewicz w charakterystyczny sposób przejęzyczył się mówiąc, iż Tomasz Turowski „przygotowywał katastrofę Smoleńską”. Hm, twardych dowodów wciąż nie ma, ale całokształt ujawnionych do tej pory poszlak sprawia, że muszę zrewidować swój początkowy sceptycyzm co do tezy o umyślnym zamachu, albowiem obraz rysuje się coraz bardziej ponuro.


Gadający Grzyb


P.S. Zwracam uwagę na wywiad „Naszego Dziennika” z Eugene’em Poteatem, byłym analitykiem CIA – jest tam mowa o ewentualnych motywach zamachu i technice zmylania samolotów przez celowe przesunięcia radiolatarni.



Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl