Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2020

Sanacja 2019

Podsumujmy to sobie. Regionalna mocarstwowość od morza do morza. Wiara w „strategiczne sojusze” i „gwarancje”, w które inwestujemy cały nasz byt państwowy nawet nie próbując jakiejkolwiek dywersyfikacji ryzyka. Boże, jak to wszystko się powtarza. Całe szczęście, że nikt nie wymaga od nas „kapitału krwi”. Na razie.

I. Legenda sanacji

Grzegorz Braun w sejmowym wystąpieniu określił PiS mianem „żoliborskiej grupy rekonstrukcyjnej sanacji”, powtarzając tym samym swój znany bon mot. Reakcja członków partii rządzącej była nader znamienna – potraktowali bowiem słowa posła Konfederacji jako komplement. I to jest wielce charakterystyczna różnica spojrzeń – nie tylko na naszą historię, ale przede wszystkim na teraźniejszość i sposób myślenia o państwie. Dlaczego coś, co dla jednych jest surową krytyką, dla innych brzmi niczym hymn pochwalny? Otóż Braun, mówiąc o sanacji, miał na myśli tę przedwojenną formację taką, jaka ona w istocie była, szczególnie pod koniec życia Piłsudskiego i po jego śmierci. A była to w swej masie banda tępych dzierżymordów, upojonych władzą. mocarstwową pychą i z każdym rokiem osuwających kraj coraz głębiej w model groteskowej dyktatury rodem z wojskowych reżimów znanych z krajów latynoamerykańskich. Owszem, znalazło się w tej formacji kilka wybitnych i prawych jednostek, pokroju Walerego Sławka (który jednak w końcu popełnił samobójstwo – akurat dziwnym trafem tuż po przyjęciu przez Becka brytyjskich gwarancji, które ostatecznie wciągnęły nas do wojny) czy gen. Kazimierza Sosnkowskiego (cierpiącego wszakże na chroniczny deficyt decyzyjności) – ale tych kilka jasnych postaci nie zmienia ogólnego obrazu ówczesnego obozu władzy, celnie sportretowanego przez Dołęgę-Mostowicza w „Karierze Nikodema Dyzmy”. Była to formacja rządząca się we własnych szeregach logiką sitwy („nasz - nie nasz”), a do tego skrajnie niekompetentna, co błyskawicznie znajdowało przełożenie na sposób zawiadywania państwem, sprawiając iż ówczesna Polska była tworem do cna zbiurokratyzowanym, etatystycznym i niewydolnym, bodaj czy nie najbardziej w ówczesnej Europie – przynajmniej wśród państw dużych, aspirujących do odgrywania jakiejś politycznej roli na kontynencie. Powyższemu towarzyszyło postępujące odrealnienie i zaczadzenie własną propagandą, powodujące, iż ówczesne elity nie były w stanie prawidłowo oszacować własnych sił i możliwości – a także, co równie tragiczne, sił i możliwości (oraz prawdziwych intencji) naszych wrogów i sojuszników. Skończyło się to hekatombą września 1939 i zagładą państwa. Co gorsza, ów patologiczny model przejęli również oponenci, co z pełną mocą uwidoczniło się w praktyce funkcjonowania emigracyjnych rządów kliki Sikorskiego (słynne: „Iziu, Iziu, nareszcie u władzy! Ależ my tym skurwysynom teraz pokażemy!”).

Z kolei PiS, słysząc hasło „sanacja” ma przed oczami wyidealizowaną legendę II RP – kraju „wstającego z kolan”, rządzonego przez patriotów, budującego Gdynię i COP, ze stabilną walutą, zdolnego do wychowania wspaniałego pokolenia młodzieży i stworzenia przepojonej bojowym duchem armii. I w zasadzie to wszystko również jest prawdą – z zastrzeżeniem, że finalnie nic to nam nie dało. Patriotyczna młodzież, ukształtowana w kulcie romantycznych porywów, została rzucona na stos na którym spłonęła, bojowa armia złożywszy daninę krwi na bitewnych polach została bez ceregieli kopnięta przez naszych aliantów w cztery litery, a wykrwawiony do granic biologicznej zagłady Kraj oddany pod kuratelę Stalinowi. I to również jest dziedzictwo II RP i sanacji – kompletnie apolityczne myślenie, że jeśli zaświadczymy czynami, iż zasługujemy na niepodległość, to świat w imię głoszonych przez siebie zasad nam tę niepodległość zwróci. Musimy jedynie udowodnić swą lojalność, by Zachód wiedział, że można na nas liczyć i z tym „kapitałem krwi” dowodzącym sojuszniczej wiarygodności przystąpimy do formułowania i negocjowania naszych moralnie słusznych postulatów i oczekiwań. Stąd seria nieprzytomnych posunięć, począwszy od marszałka Rydza-Śmigłego i jego „z Sowietami nie walczyć” (bo tego oczekiwały od nas Francja i Anglia liczące na wciągnięcie Stalina do wojny po swojej stronie, co w końcu się udało) – w efekcie, mimo ewidentnej agresji formalnie nie byliśmy z ZSRR w stanie wojny, uwiarygadniając tym samym sowiecką narrację o „wkroczeniu” i ułatwiając aliantom późniejsze konszachty ze Stalinem. Podobnie z akcją „Burza”, której jedynym skutkiem było ułatwienie marszu Armii Czerwonej na zachód i przyśpieszenie zajęcia przez nią Polski. O Powstaniu Warszawskim i zagładzie stolicy aż żal pisać, lecz trzeba odnotować inny, zbrodniczy rozkaz nakazujący jednostkom Armii Krajowej ujawnianie się przed Sowietami „w roli gospodarzy” (na szczęście, nie wszyscy dowódcy się podporządkowali temu szaleństwu), co skończyło się błyskawiczną likwidacją polskich oddziałów, rozstrzeliwaniami i wywózkami na Sybir. Owo „ujawnianie” miało być w zamyśle „politycznym gestem”, mającym dowieść na arenie międzynarodowej naszych „praw” do niepodległej Polski. I nikomu nie przyszło do głowy, że Zachód już dawno położył na nas krzyżyk, w związku z czym należy myśleć o minimalizacji strat, zamiast je eskalować w imię jakichś, niechby i szczytnych, ideałów i urojeń. Bodaj jedyną siłą, która wykazała się trzeźwą oceną sytuacji były Narodowe Siły Zbrojne, czego symbolem stała się Brygada Świętokrzyska. Uznawszy, iż wojna jest rozstrzygnięta, a jedynym skutkiem walki z Niemcami będzie przyśpieszenie sowietyzacji kraju, dogadała się z władzami okupacyjnymi i przeszła przez front, łącząc się z wojskami amerykańskimi – za co zresztą po dziś dzień szczerze jej nienawidzą ideowi pogrobowcy stalinowskich oprawców, nie mogący ścierpieć myśli, że tylu „faszystów” wymknęło im się z rąk.

Reasumując tę część rozważań – o ile legenda II RP była pożyteczna w czasach komuny, krzepiąc dusze i stanowiąc patriotyczny punkt odniesienia, o tyle obecnie ślepe mitologizowanie dwudziestolecia międzywojennego, ze szczególnym uwzględnieniem okresu po 1935 r., kiedy to sanacyjny reżim pogrążał się w politycznej demencji i „kulcie jednostki” (bo warto zwrócić uwagę, iż kult Józefa Piłsudskiego dla sanatorów był w znacznej mierze instrumentem mającym uwiarygodnić kult jego następcy – Rydza-Śmigłego) może przynieść opłakane konsekwencje. A coś takiego właśnie przerabiamy.


II. „Optymizm nie zastąpi nam Polski”

W poprzednim numerze „Polski Niepodległej” pisałem o Władysławie Studnickim – niewysłuchanym przez współczesnych mistrzu geopolitycznej analizy, któremu sekundowała jedynie garstka podobnych mu, acz zepchniętych na margines realistów, z najwybitniejszym uczniem, Stanisławem Catem-Mackiewiczem na czele. W wydanej niedawno po raz drugi pracy „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” Studnicki przewidział, iż dla Wielkiej Brytanii jedynym pożądanym sojusznikiem jest Rosja – nawet ta komunistyczna. Z tej perspektywy patrząc, jesteśmy jedynie narzędziem, poręcznym mięsem armatnim, które należy wciągnąć do wojny, by to przeciw nam obróciło się uderzenie III Rzeszy. ZSRR w takiej sytuacji rzecz jasna nie pozostanie bierny i zajmie nasze ziemie wschodnie, zyskując tym samym wspólną granicę z Niemcami, co z kolei sprawi, iż wojna niemiecko-sowiecka stanie się nieunikniona - a wtedy droga do antyniemieckiego sojuszu brytyjsko-rosyjskiego stanie otworem. Ceną za sojusz będzie Polska i przyzwolenie na jej sowietyzację – i tę cenę Londyn ochoczo zapłaci. Słowem, przyjęcie gwarancji brytyjskich skazuje nas na zagładę, bo wskutek różnicy potencjałów militarnych i gospodarczych wojna z Niemcami musi się skończyć naszą klęską.

Reakcją sanatorów na diagnozy i apele Studnickiego było żądanie premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego, by niewczesnego proroka zamknąć w Berezie Kartuskiej (na szczęście do tego nie doszło – w odruchu przyzwoitości zaprotestował Rydz-Śmigły, dzięki czemu Studnicki nie trafił pod sadystyczne skrzydła Kostka-Biernackiego, której to opieki niemłody już myśliciel – rówieśnik Piłsudskiego - mógłby nie przeżyć), natomiast cały nakład „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” został skonfiskowany jeszcze w drukarni. Książka bezlitośnie obnażająca nicość bombastycznej, mocarstwowej propagandy wedle której mieliśmy nie oddać ani guzika i pogonić Hitlerowi kota, nie miała prawa ujrzeć światła dziennego. Wedle ówczesnych elit, takie gadanie było z gruntu antypaństwowe – osłabiało bojowego ducha, podważało zaufanie do politycznej linii władzy wedle której jedyną bezcenną rzeczą w życiu narodu jest honor, burzyło dobre samopoczucie rządzących przypominaniem o liczbie niemieckich czołgów i samolotów oraz straszeniem sowiecką Rosją, która – wedle szczerego przekonania sanatorów – nie była zdolna do jakichkolwiek działań zaczepnych, a ponadto miała w pamięci rok 1920. No i godziło w sojusze. Doprawdy, takiego defetystę tylko wsadzić do Berezy... Swoją drogą, za podobne herezje do Berezy wsadzono wspomnianego przed chwilą Stanisława Cata-Mackiewicza – bo ośmielił się zaapelować o dozbrojenie armii, podczas gdy wedle oficjalnej propagandy nasza armia była silna-zwarta-gotowa i uzbrojona po zęby, w przeciwieństwie do Hitlera z jego „tekturowymi czołgami”.

Jak łatwo zauważyć, Studnicki nie zajmował się „krzepieniem ducha”, tylko chłodną, pozbawioną złudzeń oceną politycznej rzeczywistości, niejako antycypując późniejszą myśl innego wielkiego realisty, Józefa Mackiewicza, iż „optymizm nie zastąpi nam Polski”. Przypominam to wszystko, bo obserwując naszą współczesną politykę zagraniczną odnoszę nieodparte wrażenie deja vu.


III. Cudze gwarancje i własne urojenia

Dziś, podobnie jak wtedy, cały nasz państwowy byt i drogę do wielkości oparliśmy na jednym, „bezalternatywnym” sojuszu – tyle, że z USA. Innymi słowy, budujemy swą regionalną mocarstwowość na cudzych gwarancjach i własnych urojeniach. Najlepiej widać to na przykładzie relacji z Ukrainą, o czym już na tych łamach niejednokrotnie pisałem, lecz sądzę, że warto to pokrótce zrekapitulować, bowiem trudno o bardziej dobitny przykład polityki będącej żałosną komedią omyłek, hołdowania mitom i fantasmagoriom. Pierwsze z brzegu urojenie, to przekonanie, że Polska jest dla Ukrainy sojusznikiem i to strategicznym. I że Ukraina w gruncie rzeczy podziela nasze giedroyciowsko-prometejskie wizje o Międzymorzu pod polskim przywództwem, w związku z czym należy na ów sojusz chuchać i dmuchać. Tłumaczymy sobie, że wspólny, antyrosyjski front przecież obiektywnie leży w interesie Kijowa i tamtejsi przywódcy nie mogą tego nie zauważać, dlatego wszelkie zadrażnienia między nami, choćby na tle historycznym, to drugorzędne nieporozumienia, które należy cierpliwie wyjaśniać, a ich rozdmuchiwanie to robota „ruskiej agentury”.

Od blisko trzydziestu lat karmimy się powyższymi mrzonkami, uporczywie nie chcąc przyjąć do wiadomości, że dla Ukrainy sojusznikiem są Niemcy (zawsze były, jeszcze przed I wojną światową) oraz USA - i to na nich orientowała się tamtejsza oligarchia organizując zadymę na Majdanie. My tu nie mieliśmy i nie mamy nic do gadania, wszystko od samego początku rozgrywało się i wciąż rozgrywa dwa piętra ponad naszymi głowami, a wszelkie decyzje zapadają w trójkącie Moskwa-Berlin-Waszyngton. Przypomnijmy, iż obecny konflikt na wschodzie zaczął się od tego, że Angela Merkel, będąca wówczas u szczytu potęgi, zapragnęła poszerzyć Mitteleuropę poza granice UE wchodząc na „kanoniczne” terytorium Putina i podbechtując do rokoszu przeciw prorosyjskiemu Janukowyczowi część ukraińskiej oligarchii, która uznała, że z Zachodem można kręcić lepsze (i bezpieczniejsze) lody, niż dotąd z Rosją. Majdan i późniejsze paroksyzmy były prostą konsekwencją powyższego - wojną zastępczą między cesarzową Angelą a carem Władimirem toczoną rękoma Ukraińców, w którą szybko jeszcze wmieszała się Ameryka wracająca z „długiej podróży” resetu, w obawie, że zostanie całkiem wykolegowana z wpływów w tej części Europy. Co nam do tego? Gdzie tu nasz interes? Żeby odepchnąć na wschód Rosję? OK, dobrze by było, ale to w najmniejszym stopniu nie zależy od naszego zaangażowania (bądź nie) w ukraińską awanturę. Poszliśmy na nią nie dość że za bezdurno, to jeszcze dopłacając – linią kredytową na wieczne nieoddanie i otwarciem granic na ukraińskie płody rolne. To jest właśnie ta polityka urojeniowa - nie poparta żadną kalkulacją, literalnie niczym, poza mesjanistycznym chciejstwem - którą tak zwalczał w swym politycznym pisarstwie i publicznej działalności Studnicki.


IV. Między Rusem, Prusem, a Jankesem

Generalnie, od trzech dekad obijamy się w zaklętym kręgu między Rusem, Prusem, a Jankesem – w zależności od tego, która z zewnętrznych potencji akurat bierze górę. Mały rzut oka na kilka ostatnich lat: za PO, gdy po „resecie” Obamy i wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z naszego regionu kuratelę nad nami przejęły Niemcy, Tusk zrobił własny „resecik” z Putinem – na smoleńskich trumnach i przypieczętowany kontraktem gazowym Pawlaka. Stało się to na ewidentne żądanie Angeli Merkel, dążącej do zbliżenia z Moskwą i wyrugowania USA z Europy. Potem, gdy cesarzowa pożarła się z Putinem o strefy wpływów na Ukrainie, również na żądanie Niemiec z dnia na dzień ekipa PO zmieniła kurs o 180 stopni na antyrosyjski - bo tak kazała cesarzowa. A po kolejnej chwili, wraz z powrotem Waszyngtonu do czynnej polityki w regionie, wrócił do władzy PiS (cóż za zbieg okoliczności...) i wszedł w te same buty, zmieniając jedynie patronat na amerykański. Z trzech opcji, Waszyngton jest zapewne najmniejszym złem. Ale to wciąż jest relacja wasalna - i to oparta nie na rachunku korzyści lecz na chciejstwie i wierze w „przyjaźń”, mającą nam gwarantować mocarstwową pozycję w regionie. Przecież to jakieś horrendum, kompletny sen wariata, w którym realia zastępowane są rojeniami i typowym „myśleniem magicznym”. Fakt, zależność od USA to może i mniejsze zło - ale nawet najmniejsze zło wciąż nie jest dobrem.

No i wreszcie, perła w koronie obecnej neo-sanacji, czyli Trójmorze. Inicjatywa w założeniach znakomita, pozwalająca poprzez połączenie potencjałów państw Europy Środkowej na zajęcie w miarę podmiotowej pozycji w relacjach z Niemcami. Do tego mocny, amerykański patronat, bo Waszyngton chce mieć przyjazną sobie przestrzeń w Europie. Problem w tym, że w całym Trójmorzu tylko my stawiamy na „bezalternatywny” sojusz z USA – cała reszta w mniejszym lub większym stopniu lawiruje, czego mistrzem jest Victor Orban. A tymczasem, swój akces do Trójmorza, niczym lis do kurnika, zgłosiły już Niemcy – przy amerykańskiej bierności. Co to oznacza? Ano to, że Trójmorze jest jedynie kolejną kartą przetargową w rozgrywce Waszyngtonu z Berlinem i może zostać z dnia na dzień skasowane – a my zostaniemy jak Himilsbach z angielskim.

Płacimy za te wszystkie miraże słono i będziemy płacić jeszcze więcej. W obozie neo-sanacji popularne jest przekonanie, że gdy Amerykanie wejdą tu ze swoimi koncernami, to we własnym interesie będą nas bronić. I, niczym przed 80 laty, nikt nie rozważa wariantu, że USA mogą się z Niemcami czy Rosją porozumieć na zasadzie – bierzcie Polskę pod kuratelę, tylko zostawcie w spokoju nasze biznesy. I Niemcy z Rosją na to ochoczą pójdą, tortu wystarczy dla wszystkich. Nikt wśród neo-sanacji nie przyjmuje do wiadomości, że amerykańskie zaangażowanie w Polsce jest jedynie wtórną konsekwencją rozgrywki z Rosją i Niemcami – i zniknie, gdy tylko jakoś się między sobą dogadają (a w końcu dogadają się, choćby ze strachu przed Chinami). Póki co, godzimy się na rolę amerykańskiej skarbonki – kupując gaz, broń, zwalniając z podatków amerykańskie korporacje, może wkrótce dojdzie 447... łudząc się, że ten rekiet zapewni nam bezpieczeństwo. Wszystko okraszone tromtadracką retoryką i gromami ciskanymi na „defetystów” zwracających uwagę na słabość takiej, pożal się Boże, polityki. Gdzie nie spojrzysz, tam urojenia, chciejstwo, fantasmagorie i gromkie, napuszone deklaracje, zastępujące skrzętną, codzienną dbałość o zwykle, przyziemne interesy.

Podsumujmy to sobie. Regionalna mocarstwowość od morza do morza. Wiara w „strategiczne sojusze” i „gwarancje”, w które inwestujemy cały nasz byt państwowy nawet nie próbując jakiejkolwiek dywersyfikacji ryzyka. Boże, jak to wszystko się powtarza. Całe szczęście, że nikt nie wymaga od nas „kapitału krwi”. Na razie.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Władysław Studnicki – szkoła politycznego myślenia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 01.2020

niedziela, 8 grudnia 2019

Władysław Studnicki – szkoła politycznego myślenia

Istotą spuścizny Studnickiego nie jest proniemieckość, która była wyborem podyktowanym ówczesnymi uwarunkowaniami, lecz szkoła twardej, beznamiętnej i pozbawionej złudzeń politycznej kalkulacji.

I. Właściwe wzorce

Są różne wzorce na różne czasy. Przykładowo, Józef Piłsudski ze swą nieugiętością może być znakomitym wzorem na czasy niewoli i zamętu, a jego mit zwycięskiego przywódcy i Naczelnika, który wywalczył, a następnie obronił niepodległość przed bolszewicką nawałą znakomicie sprawdził się w czasach komuny, krzepiąc serca polskich antykomunistycznych patriotów. Ale tenże Piłsudski – zwłaszcza z okresu po 1926 r., kiedy to z biegiem lat stawał się coraz bardziej zamordystycznym, ponurym satrapą – słabo nadaje się na wzorzec czasów pokoju i niepodległości. W takich czasach „krzepiące serca” mity dobrze jest odsunąć nieco na bok (nie odrzucić czy zapomnieć, ale właśnie nieco przesunąć z dotychczasowej, centralnej pozycji), a to z prostego powodu – o ile w niewoli idealistyczne opowieści pełnią funkcje terapeutyczne, podtrzymując naród na duchu i motywując do walki, o tyle w warunkach wolności, gdy musimy zadbać o rozwój odzyskanego państwa, ta sama mitologia uporczywie wtłaczana do głów, może nam zaciemniać osąd sytuacji i prowadzić do rozmaitych, czasem tragicznych, błędów. A zatem, niepodległości winno towarzyszyć przewartościowanie pewnych paradygmatów w sposobie myślenia, a główną potrzebą staje się umiejętność trzeźwej kalkulacji, opierającej się na zimnym szacowaniu sił, realnych możliwości oraz rozumowaniu w kategoriach rachunku interesów, strat i korzyści.

I tutaj, jako wzorzec na obecne czasy, proponowałbym postać Władysława Studnickiego – nie w sensie niewolniczego kopiowania wszystkich jego koncepcji w skali 1:1, do czego często miewają predylekcję rozmaici samozwańczy epigoni wybitnych postaci (z Dmowskim i jego naśladowcami bywa podobnie), ale w sensie przyjęcia jego realistycznej, pozbawionej złudzeń metody politycznego myślenia i wyciągania racjonalnych wniosków. Chłodne analizy bywają przykre i często równie przykro się ich słucha – ale są niezbędne, by wyzwolić się z potencjalnie zabójczych fantazmatów i urojeń. A mistrzem takich analiz był właśnie Władysław Studnicki – niewysłuchany prorok, którego usiłowano zepchnąć na margines i zamilczeć, gdyż burzył samozadowolenie i zatęchły, psychiczny komforcik sanacyjnych elit. Jak się okazuje, jest niewygodny również i dzisiaj – i śmiem twierdzić, że z bardzo zbliżonych powodów.


II. Wiecznie niewygodny prorok

Powyższe refleksje naszły mnie po awanturze związanej z tegoroczną edycją konkursu „Książka Historyczna Roku” z którego wskutek ingerencji trojga fundatorów (TVP, Polskiego Radia i Narodowego Centrum Kultury z pominięciem czwartego fundatora, czyli IPN) w atmosferze skandalu usunięto prowadzącą w plebiscycie czytelników książkę Piotra Zychowicza „Wołyń zdradzony” (o tym było głośno) i właśnie książkę Władysława Studnickiego „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” (o czym było znacznie ciszej), co finalnie skończyło się unieważnieniem całej imprezy. Pracy Studnickiego, startującej w kategorii „Wydawnictwo źródłowe” postawiono kuriozalny zarzut „antysemityzmu” - a dokładnie nie tyle samej pracy, bo stawianie tego typu zarzutu archiwalnemu materiałowi byłoby kompromitacją oskarżycieli, ile wydawcy (wyd. „Universitas”) i redaktorowi opracowania oraz przedmowy, Janowi Sadkiewiczowi. Jego grzechem było to, że we wstępie nie odciął się i nie potępił wszetecznych poglądów autora.

Poszło konkretnie o drugi, zaledwie dziesięciostronicowy rozdział („Żydzi a wojna”), poświęcony nastawieniu Żydów do nadchodzącego starcia. Wedle autora, narastający antysemityzm III Rzeszy i restrykcyjne ustawodawstwo powoduje, iż „światowe żydostwo” (powszechnie stosowany wówczas termin publicystyczny) używa wszelkich swych wpływów w świecie polityki, finansów i prasy by popchnąć kraje Zachodu (w szczególności Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię) do wojny z Niemcami, obiecując sobie po niej ponadto szereg dodatkowych korzyści. Spójrzmy: Nowa wojna światowa rozstrzygnie los Żydów. Gdy inne narody mają dużo do stracenia, to Żydzi dużo do wygrania, lecz ich wygranie to klęska tych narodów, w których porach siedzą. Niech Francja wyludni się przez nową wojnę, będzie tam więcej miejsca dla Żydów, niech ochotnicza służba przetrzebi inteligencję Anglii, tym łatwiej Żydzi zajmą wpływowe stanowiska, niech przez Polskę przejdzie zniszczenie wojenne lub okupacja ogołacająca ze wszystkich zasobów, niepotrzebna będzie Palestyna. Polska stanie się tą Palestyną, a Polacy nie tymi Arabami, którzy napadają na Żydów i ich niszczą, ale tymi, którzy pracować będą pod ich kierownictwem. Niech Stany Zjednoczone zapanują nad światem, będzie to panowanie Żydów, gdyż oni stają się czynnikiem decydującym w Stanach Zjednoczonych”.

Coś, co dziś może brzmieć kontrowersyjnie, wówczas stanowiło pogląd jak najbardziej dopuszczalny w szerokiej debacie publicznej – i Studnicki nie widział powodu, by się cenzurować (zresztą nie cenzurował się co do zasady, zawsze pisząc „między oczy”, bez względu na konsekwencje, co jest kolejnym walorem jego dorobku). Jednak podczas obrad jury uznano, iż takie treści, pozbawione odpowiedniego, odredakcyjnego komentarza wywołają „międzynarodową awanturę”. W efekcie, Studnickiego wycofano – z przyczyn jawnie politycznych, zupełnie jak 80 lat temu, za sanacji. Na marginesie – ależ musiało naszym decydentom utkwić w pamięci pokazowe przeczołganie przez środowiska żydowskie, Izrael i USA po nowelizacji ustawy o IPN (wtedy też zrejterowali), skoro dziś na samą myśl o potencjalnej reakcji „strategicznych partnerów” chowają się ze strachu we własne buty...


III. Wołanie na puszczy

Ale mniejsza o Żydów, wróćmy do Studnickiego i jego książki. Otóż „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” jest pozycją unikalną, choć niewielkich rozmiarów, właściwie nieco większą broszurą. Autor pisał ją wiosną 1939 r. w reakcji na przyjęcie brytyjskich „gwarancji” i w zamyśle stanowiła ona rozpaczliwy głos, mający przemówić do rozsądku rządzących, ślepo popychających Polskę do samobójczej wojny. Książkę poprzedził list wysłany 13 kwietnia do ministra Józefa Becka, który dopiero co odtrąbił jako sukces świeżo zawarty sojusz z Wielką Brytanią. W piśmie Studnicki przestrzegał, iż wojna zakończy się dla Polski katastrofą, a Beck „zapisze się w historii” jeśli jej zapobiegnie. Wkrótce potem (5 maja) rozesłał memoriał do wszystkich ministrów (poza premierem Sławojem-Składkowskim, którego premierostwo uważał za „poniżenie dla narodu”), w którym podnosił, iż Polska nie jest zdolna do obrony przed Niemcami, chociażby ze względu na kształt granic i różnice potencjałów przemysłowych i militarnych. Jedyną reakcją był wniosek Składkowskiego na posiedzeniu rządu, by Studnickiego zamknąć w Berezie Kartuskiej. Nie doszło do tego tylko wskutek sprzeciwu Rydza-Śmigłego, który pamiętał Władysława Studnickiego z patriotycznej działalności w Galicji podczas I wojny światowej. Wreszcie, zdecydował się napisać i opublikować własnym sumptem „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”, by wobec głuchoty politycznych elit (a prócz pisania rozmawiał także z wieloma politykami) przedrzeć się ze swymi racjami do szerszej opinii publicznej. Nic z tego nie wyszło, bowiem cały nakład skonfiskowano jeszcze w drukarni. Istnym cudem ocalało kilka egzemplarzy wysłanych uprzednio do korekty – i tylko dzięki temu możemy dziś tę książkę przeczytać. Jest to tak naprawdę jej pierwsza edycja od 1939 r. - i, jak widać, również dziś zawiera treści na tyle obrazoburcze, że lepiej o niej zbyt głośno nie wspominać.

Autor dokonuje w niej wszechstronnej analizy (dziś powiedzielibyśmy „geopolitycznej”) porównując sytuację polityczną, gospodarczą i militarną poszczególnych graczy przyszłego starcia i prognozując przebieg nadchodzącej wojny. I mimo że zdarzało mu się pomylić w drugorzędnych kwestiach, to zasadniczy trzon jego pracy, w szczególności odnoszący się do losów Polski, uderza proroczą wręcz celnością przewidywań. Ale nie ma to nic wspólnego z nadnaturalnymi, profetycznymi zdolnościami. Przenikliwa trafność wniosków wypływa wprost z chłodnego osądu rzeczywistości, nie zaciemnionego „chciejstwem” i mrzonkami. Studnicki pisze bez ogródek, że jedynym celem Wielkiej Brytanii jest popchnięcie nas do wojny, tak by to przeciw Polsce, jako najsłabszemu ogniwu „sojuszu”, obrócił się pierwszy impet niemieckiego uderzenia, dzięki czemu Anglia zyska na czasie. Jednoznacznie stwierdza, iż Polska stoi tu na z góry przegranej pozycji – chociażby ze względu na przewagę przemysłu i uzbrojenia III Rzeszy. Uważa za nieuchronne, że w przypadku niemieckiego ataku do agresji włączy się również ZSRR, zajmując nasze wschodnie tereny (przypominam, było to na trzy miesiące przed paktem Ribbentrop-Mołotow!). Co więcej, jest pewien, że zachodnim „aliantom” w gruncie rzeczy chodzi o pozyskanie do antyniemieckiego sojuszu sowieckiej Rosji – po naszym trupie, rzecz jasna. Biorąc to pod uwagę, z punktu widzenia Wielkiej Brytanii jesteśmy tymczasowym „sojuszniczkiem” rzuconym na pożarcie i w jej interesie wręcz leży, byśmy zostali pożarci – bo dzięki temu Niemcy i ZSRR będą miały bezpośrednią, wspólną granicę, co musi się zakończyć niemiecko-rosyjską wojną, a wtedy droga do koalicji Wielkiej Brytanii z Sowietami stanie otworem. Ceną za ten sojusz, którą Londyn ochoczo zapłaci, będzie rzecz jasna Polska. Jak wiemy, właśnie tak się stało, co zostało ostatecznie przyklepane na konferencjach w Teheranie i Jałcie.

Powtarzam, wszystkie te przewidywania nie wynikały z jakichś mistycznych objawień, lecz zimnych praw polityki, którymi kierował się w swych analizach Studnicki. Ciekawostka – przewidział nawet, iż generał Władysław Sikorski, jako „agent francuskiej propagandy”, może za swą służbę i przychylne stanowisko prezentowane wobec Sowietów zostać przez Francję wynagrodzony w przyszłej wojnie funkcją naczelnego dowódcy – i tak też się stało po wrześniowej klęsce, kiedy to Sikorski pod naciskiem Francji został premierem i głównodowodzącym polskich sił zbrojnych na Zachodzie.

Co Studnicki proponował w zamian? Przekierowanie niemieckiej agresji na zachód, na Francję – postulował, błagał wręcz, byśmy wystąpili wobec Niemiec z propozycją naszej „zbrojnej neutralności”. Inaczej mówiąc, pozostając na uboczu wojny, chronilibyśmy Niemcom tyłek od wschodu, stanowiąc zaporę przed ewentualnym ciosem w plecy ze strony Sowietów – co stanowiłoby podstawę do przyszłego, antyrosyjskiego sojuszu. Racjonalne? I to jeszcze jak. Co więcej, w innych okolicznościach (przed przyjęciem gwarancji brytyjskich) Niemcy może nawet by i na to poszli. Studnicki nie wziął jednak pod uwagę dwóch okoliczności – po pierwsze, że na czele III Rzeszy stoi nieobliczalny szaleniec, który po przyjęciu przez nas gwarancji „zapisał nam śmierć w duszy”; po drugie – że Polską rządzi banda zadufanych w sobie, nadętych mocarstwowymi urojeniami półgłówków, wierzących ponadto w pomoc, która obiektywnie rzecz biorąc nie mogła nadejść. Na tym polegał fatalizm sytuacji: jak w antycznej tragedii, to nie mogło się dobrze skończyć, a Studnickiemu przypadł los Kasandry, która za swe przepowiednie omal nie trafiła do Berezy.


IV. Racjonalny germanofil

Na koniec sprawa bodaj najbardziej kontrowersyjna. To wlokąca się za nim po dziś dzień słynna „germanofilia” z powodu której spotkały go oskarżenia o zdradę i późniejsza, gorzka izolacja na emigracji (choć trzeba oddać, że swych łamów użyczyły mu londyńskie „Wiadomości”, na łamach których w serii artykułów opisał swe przedwojenne założenia i działalność w okupowanej Polsce). Owszem, Studnicki wręcz sam przedstawiał się jako germanofil („Mówię z podniesionem czołem: »Jestem germanofilem polskim«. Czy znajdzie się polityk, który będąc moskalofilem, powie to o sobie?”). Wynika to m.in. z doświadczeń kilkuletniego zesłania syberyjskiego za działalność niepodległościową, kiedy to napatrzył się na azjatyckie zdziczenie moskiewskiej barbarii i pozbył się jakichkolwiek złudzeń co do permanentnie agresywnego charakteru rosyjskiego imperium („Zaborczość Rosji pozostaje niezmienną, zmienia się tylko ideologia zaborów”). To skłoniło go do poszukiwania oparcia w Austrii, a później w Niemczech, w których widział m.in. cywilizacyjną zaporę przed rosyjskim zagrożeniem, co poróżniło go z Dmowskim i środowiskiem endeckim. Studnicki zresztą nigdzie nie pasował – przed zesłaniem był niepodległościowym socjalistą, potem endekiem, następnie w Galicji współpracował z piłsudczykami, później jeszcze (1916 r.) był współarchitektem Aktu 5 Listopada i członkiem Tymczasowej Rady Stanu – zalążka polskiej państwowości pod kuratelą okupacyjnych władz niemieckich, by po odzyskaniu niepodległości trafić na margines polityki za swe proniemieckie sympatie.

Tyle, że znów – jego proniemiecka orientacja nie wynikała z jakichś tanich, parweniuszowskich fascynacji „wyższą kulturą” i „zachodem”, lecz z beznamiętnej kalkulacji. O ochronie przed Rosją wspominałem. Kolejny motyw był natury geopolitycznej - Studnicki uważał, że potencjały Europy Środkowej i Niemiec w naturalny sposób się dopełniają, a niemiecka technologia i zaawansowany przemysł potrzebują surowcowego i żywnościowego zaplecza w postaci naszego regionu. Toteż był zwolennikiem sojuszu państw Europy Środkowej (z wiodącą rolą Polski) pod patronatem Berlina, uważając, iż w przymierzu z Niemcami wyrośnie siła Polski jako regionalnego lidera. Coś nam to przypomina? Toż to wypisz-wymaluj obecnie realizowana inicjatywa Trójmorza – z tą różnicą, że dziś zamiast Niemiec wybraliśmy sobie na protektora Stany Zjednoczone, cała reszta w zasadniczym zrębie pozostaje bez zmian.

Ta postawa zaowocowała podczas okupacji. Jeszcze przed wojną, w 1936 r. jako członek polskiej delegacji zaproszonej na parteitag NSDAP (m.in. wraz ze Stanisławem Catem-Mackiewiczem) Studnicki poznał osobiście czołowe postaci III Rzeszy, z Hitlerem, Ribbentropem i Goebbelsem. Pozwoliło mu to później skutecznie interweniować na rzecz zwolnienia z Pawiaka czy Oświęcimia szeregu osadzonych Polaków, a także docierać do władz niemieckich z memoriałami wskazującymi na konieczność przywrócenia jakiejś formy polskiej państwowości i sił zbrojnych w obliczu nieuchronnej wojny z ZSRR (i to zanim jeszcze Hitler w ogóle pomyślał o wojnie z Sowietami) oraz zaniechania okrucieństw nieludzkiej polityki okupacyjnej. Cóż, szybko zorientował się jednak, że III Rzesza to nie wilhelmińskie Niemcy z czasów I wojny, kiedy to od biedy szło się z Niemcami dogadać - a w końcu sam trafił na ponad rok na Pawiak... Zmarł w 1953 r. w Londynie, spoczywa na cmentarzu St. Mary's w Kensal Green.


V. Spuścizna

Co pozostało po Studnickim? Jak wspomniałem na początku, istotą jego spuścizny nie jest proniemieckość (tak jak w przypadku Dmowskiego nie jest nią orientacja prorosyjska), która była wyborem podyktowanym ówczesnymi uwarunkowaniami, lecz szkoła twardej, beznamiętnej i pozbawionej złudzeń politycznej kalkulacji. W relacjach międzynarodowych nie ma wiecznych sojuszy (sam Studnicki, liczący początkowo na Austro-Węgry, po klęskach CiK armii bez sentymentów postawił na Niemcy) – nie funkcjonują w nich takie pojęcia jak lojalność, przyjaźń czy honor. Jest siła bądź słabość, interes bądź jego brak, korzyść bądź strata. I stosownie do tego poszukuje się partnerów – by, jeśli zajdzie potrzeba, znaleźć sobie innych, gdy tylko z punktu widzenia interesów państwa i narodu będzie to konieczne.

Niestety, ówczesne sanacyjne elity kierowały się w swej polityce zaprzeczeniem tych zasad, uprawiając politykę irracjonalną, urojeniową wręcz, nie popartą kalkulacjami lecz z gruntu infantylnym chciejstwem, biorąc swe mocarstwowe pragnienia za rzeczywistość i koniec końców doprowadzając kraj do zagłady. Warto (co ja mówię – trzeba!) z tej lekcji wyciągnąć wnioski i zaaplikować sobie kurację trzeźwego myślenia, a Studnicki na lekarza nadaje się jak mało kto. Inaczej, gdy tylko odwróci się koniunktura, znów przegramy Polskę – lecz tym razem, wobec ogromu zagrożeń współczesnego świata, możemy już nigdy jej nie odzyskać.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Granda historyczna roku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 13 (Grudzień 2019)

czwartek, 7 listopada 2019

Granda historyczna roku

Jeszcze tylko tego brakowało, by do lewackiej cenzury dołączyła ta „nasza”, prawicowa - tym razem pod patriotycznym, „bogoojczyźnianym” sztandarem, drapująca się obłudnie w płaszcz „racji stanu”.

I. Historyczna kompromitacja

Tegoroczna, 12. edycja Nagrody Książka Historyczna Roku im. Oskara Haleckiego zakończyła się skandalem i unieważnieniem konkursu. Poszło o dwie pozycje: „Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA” Piotra Zychowicza oraz startującą w kategorii „Wydawnictwo źródłowe” pracę Władysława Studnickiego z 1939 r. pt. „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”. Obie książki zostały wycofane albo przez organizatorów („Wołyń zdradzony...”), albo przez jury na wniosek organizatorów („Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”). Konkretnie, aktywnością wykazało się troje spośród czworga fundatorów nagrody – Telewizja Polska, Polskie Radio i Narodowe Centrum Kultury. Czwarty organizator, czyli IPN, w specjalnym oświadczeniu podkreślił, iż decyzja nie została z nim uzgodniona. Zrobił się niebywały raban. Prof. Sławomir Cenckiewicz, reprezentujący Polskie Radio, oprotestował cenzorskie zapędy i zrzekł się członkostwa w jury. O przywrócenie książki Zychowicza do konkursu zaapelował w liście inny członek jury - prof. Andrzej Nowak (nie brał udziału w obradach, przebywał wtedy za granicą). Również przewodniczący jury, prof. Antoni Dudek, stwierdził, iż dotychczasowa formuła konkursu „została skompromitowana” i zrezygnował ze swej funkcji. Wszystko przebiegało w atmosferze medialnej awantury i gorących polemik publicystów. Efekt znamy – w tym roku nagroda nie zostanie przyznana.


II. Uciszyć skandalistę

Od razu powiem: Zychowicz ani mi brat, ani swat. Reprezentuje on niezbyt lubiany przeze mnie typ „historyka – skandalisty”. Owa „szkoła historiograficzna” polega na tym, że najpierw stawia się mocną, kontrowersyjną tezę, a następnie dobiera do niej argumenty, jednocześnie pomijając okoliczności świadczące na niekorzyść przyjętego a priori założenia. Słowem, jest to czysto subiektywna publicystyka historyczna ubrana w „badawczy” kostium. Jesteśmy zatem w tym duchu raczeni a to „Paktem Ribbentrop-Beck”, to znów „Obłędem '44” lub rzekomo zbrodniczą aktywnością Żołnierzy Wyklętych... Zresztą, mniejsza o to, równali go z ziemią lepsi ode mnie (polecam chociażby dostępne w internecie spotkanie z udziałem Leszka Żebrowskiego, który zmiażdżył od strony warsztatowej książkę Zychowicza „Skazy na pancerzu”).

Jednak w przypadku konkursu rzecz jest w czym innym – ktoś przecież tę książkę zaopiniował pozytywnie, ktoś się zgodził na jej dopuszczenie i umieszczenie w wąskim gronie nominowanych pozycji. W składzie jury zasiadają renomowani historycy, zakładam więc uprzejmie, że nie urodzili się wczoraj i są świadomi charakteru twórczości Piotra Zychowicza – a mimo to, jego najnowsza produkcja przeszła przez wewnętrzne sito. Cóż więc się stało, że nagle trzeba było ją usunąć? Podzielę się swym podejrzeniem. Otóż swoistym „promotorem” Zychowicza jest Sławomir Cenckiewicz, niejednokrotnie w przeszłości komplementujący jego dokonania – zatem, by nie robić przykrości koledze reszta jury dopuściła do konkursu książkę jego protegowanego, licząc że na tym się skończy, a „Wołyń zdradzony” przepadnie w ostatecznym głosowaniu. Stała się jednak rzecz, której nie przewidzieli – „Wołyń...” zyskał uznanie w plebiscycie czytelników i prowadził z taką przewagą, że stał się praktycznie pewniakiem do nagrody publiczności. No, do takiego „skandalu” nie wolno było dopuścić, stąd rozpaczliwa akcja TVP reprezentowanej w jury przez dr. Piotra Gontarczyka. Zarzuty były kuriozalne – książka ma „godzić w polską rację stanu”, jej wyróżnieniu miałby być przeciwny śp. Lech Kaczyński (inicjator konkursu „Książka Historyczna Roku”), wreszcie – autor miał się dopuścić szkalowania Armii Krajowej i gloryfikować Niemców. Zwróćmy uwagę – nie było mowy o tym, że Zychowicz coś fałszuje, przeinacza, kłamie. Poszło o to, że uderza w zadekretowaną legendę polskiego podziemia. To niebezpieczny precedens, oznacza bowiem de facto szlaban na historyczną debatę wokół Państwa Podziemnego, a w szczególności jego postawy w obliczu wołyńskiej hekatomby. I niezależnie od wartości książki Zychowicza – na to zgody być nie może, nie można godzić się na odgórnie ustalaną, jedynie słuszną wersję historii.


III. „Zapis” na Studnickiego

Jeszcze większym łajdactwem jest wycofanie książki Władysława Studnickiego – a warto wiedzieć, iż „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” to pozycja ze wszech miar wyjątkowa. Po raz pierwszy ukazała się w 1939 r. - i natychmiast cały nakład został skonfiskowany przez sanacyjne władze. Dlaczego? Otóż autor profetycznie rozpisał przebieg przyszłej wojny, jednoznacznie stwierdzając, że Polska skazana jest w niej na klęskę. Tak się składa, że jestem akurat w trakcie lektury, zatem przyjdzie pewnie pora na osobny tekst poświęcony zarówno książce, jak i samemu Studnickiemu – postaci wielce barwnej i niejednoznacznej. Tu jedynie powiem, że analiza Władysława Studnickiego bezlitośnie obnażyła pustkę propagandy ekipy Rydza-Śmigłego z hasłami typu „Silni – zwarci – gotowi”, czy „Nie oddamy nawet guzika od munduru”. Nadęci mocarstwowymi urojeniami sanatorzy na pracę Studnickiego zareagowali na tyle alergicznie, że premier Składkowski podczas posiedzenia rządu domagał się wręcz wsadzenia Studnickiego do Berezy Kartuskiej. Jak wiemy, już wkrótce po konfiskacie książki przebieg niemiecko-sowieckiej agresji na Polskę potwierdził w całej rozciągłości przewidywania „polskiej Kasandry”, jak nazwał Autora w przedmowie Jan Sadkiewicz.

Teraz wychodzi na to, że na Władysława Studnickiego wciąż jest „zapis”. Wolno go co prawda wznawiać i wydawać, ale broń Boże toczyć nad jego dorobkiem szerszą dyskusję na forum publicznym, a już szczególnie nominować go do prestiżowej nagrody historycznej.

Co kazało dzisiejszym „sanatorom” wycofać „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”? Na cenzurowanym znalazł się drugi rozdział zatytułowany „Żydzi a wojna”, w którym Studnicki dywaguje na temat roli „światowego żydostwa” (był to stosowany wtedy dość powszechnie zwrot publicystyczny) w rozpętaniu przyszłej wojny. Autor zwraca uwagę, że skrajnie antysemicka polityka III Rzeszy powoduje, iż ulokowani w różnych państwach Żydzi używają swych wszelkich wpływów w polityce, finansjerze, prasie, by popchnąć państwa Zachodu, w szczególności USA i Wielką Brytanię, do wojny z Niemcami. Zarysowuje przy tym zarówno siłę żydowskiego lobby, jak i spodziewane korzyści, jakie Żydzi pragną osiągnąć dzięki kolejnej wojnie światowej: „Nowa wojna światowa rozstrzygnie los Żydów. Gdy inne narody mają dużo do stracenia, to Żydzi dużo do wygrania, lecz ich wygranie to klęska tych narodów, w których porach siedzą. (…) niech przez Polskę przejdzie zniszczenie wojenne lub okupacja ogołacająca ze wszystkich zasobów, niepotrzebna będzie Palestyna. Polska stanie się tą Palestyną, a Polacy nie tymi Arabami, którzy napadają na Żydów i ich niszczą, ale tymi, którzy pracować będą pod ich kierownictwem”. Cóż, Studnicki nie przewidział tylko jednego – że Hitler zdecyduje się na „ostateczne rozwiązanie”, ale wtedy, w przededniu wojny, nikt tego nie przewidywał.

Najwyraźniej jakiś decydent w TVP (lub jeszcze wyżej) zadał sobie trud, by doczytać ów rozdział – i, za przeproszeniem - porobił się ze strachu. Studnickiemu zarzucono „antysemityzm”, zaś wydawnictwu jako takiemu – że w przedmowie nie odniesiono się krytycznie do tego rozdziału. Rozumieją Państwo – redaktor opracowujący tekst powinien rytualnie odciąć się i potępić, bo jak nie... Ano właśnie – podczas obrad jury podniesiono, iż nominowanie pracy Studnickiego wywoła „międzynarodową awanturę”. Czyli po staremu – ze strachu przed „światowym żydostwem” dostojni fundatorzy nagrody pochowali się we własne buty. I to jest dopiero skandal.

Szanowni Państwo, nie wygląda to dobrze. Jeszcze tylko tego brakowało, by do lewackiej cenzury dołączyła ta „nasza”, prawicowa - tym razem pod patriotycznym, „bogoojczyźnianym” sztandarem, drapująca się obłudnie w płaszcz „racji stanu”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 44 (31.10-07.11.2019)