Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka międzynarodowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka międzynarodowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 grudnia 2019

Władysław Studnicki – szkoła politycznego myślenia

Istotą spuścizny Studnickiego nie jest proniemieckość, która była wyborem podyktowanym ówczesnymi uwarunkowaniami, lecz szkoła twardej, beznamiętnej i pozbawionej złudzeń politycznej kalkulacji.

I. Właściwe wzorce

Są różne wzorce na różne czasy. Przykładowo, Józef Piłsudski ze swą nieugiętością może być znakomitym wzorem na czasy niewoli i zamętu, a jego mit zwycięskiego przywódcy i Naczelnika, który wywalczył, a następnie obronił niepodległość przed bolszewicką nawałą znakomicie sprawdził się w czasach komuny, krzepiąc serca polskich antykomunistycznych patriotów. Ale tenże Piłsudski – zwłaszcza z okresu po 1926 r., kiedy to z biegiem lat stawał się coraz bardziej zamordystycznym, ponurym satrapą – słabo nadaje się na wzorzec czasów pokoju i niepodległości. W takich czasach „krzepiące serca” mity dobrze jest odsunąć nieco na bok (nie odrzucić czy zapomnieć, ale właśnie nieco przesunąć z dotychczasowej, centralnej pozycji), a to z prostego powodu – o ile w niewoli idealistyczne opowieści pełnią funkcje terapeutyczne, podtrzymując naród na duchu i motywując do walki, o tyle w warunkach wolności, gdy musimy zadbać o rozwój odzyskanego państwa, ta sama mitologia uporczywie wtłaczana do głów, może nam zaciemniać osąd sytuacji i prowadzić do rozmaitych, czasem tragicznych, błędów. A zatem, niepodległości winno towarzyszyć przewartościowanie pewnych paradygmatów w sposobie myślenia, a główną potrzebą staje się umiejętność trzeźwej kalkulacji, opierającej się na zimnym szacowaniu sił, realnych możliwości oraz rozumowaniu w kategoriach rachunku interesów, strat i korzyści.

I tutaj, jako wzorzec na obecne czasy, proponowałbym postać Władysława Studnickiego – nie w sensie niewolniczego kopiowania wszystkich jego koncepcji w skali 1:1, do czego często miewają predylekcję rozmaici samozwańczy epigoni wybitnych postaci (z Dmowskim i jego naśladowcami bywa podobnie), ale w sensie przyjęcia jego realistycznej, pozbawionej złudzeń metody politycznego myślenia i wyciągania racjonalnych wniosków. Chłodne analizy bywają przykre i często równie przykro się ich słucha – ale są niezbędne, by wyzwolić się z potencjalnie zabójczych fantazmatów i urojeń. A mistrzem takich analiz był właśnie Władysław Studnicki – niewysłuchany prorok, którego usiłowano zepchnąć na margines i zamilczeć, gdyż burzył samozadowolenie i zatęchły, psychiczny komforcik sanacyjnych elit. Jak się okazuje, jest niewygodny również i dzisiaj – i śmiem twierdzić, że z bardzo zbliżonych powodów.


II. Wiecznie niewygodny prorok

Powyższe refleksje naszły mnie po awanturze związanej z tegoroczną edycją konkursu „Książka Historyczna Roku” z którego wskutek ingerencji trojga fundatorów (TVP, Polskiego Radia i Narodowego Centrum Kultury z pominięciem czwartego fundatora, czyli IPN) w atmosferze skandalu usunięto prowadzącą w plebiscycie czytelników książkę Piotra Zychowicza „Wołyń zdradzony” (o tym było głośno) i właśnie książkę Władysława Studnickiego „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” (o czym było znacznie ciszej), co finalnie skończyło się unieważnieniem całej imprezy. Pracy Studnickiego, startującej w kategorii „Wydawnictwo źródłowe” postawiono kuriozalny zarzut „antysemityzmu” - a dokładnie nie tyle samej pracy, bo stawianie tego typu zarzutu archiwalnemu materiałowi byłoby kompromitacją oskarżycieli, ile wydawcy (wyd. „Universitas”) i redaktorowi opracowania oraz przedmowy, Janowi Sadkiewiczowi. Jego grzechem było to, że we wstępie nie odciął się i nie potępił wszetecznych poglądów autora.

Poszło konkretnie o drugi, zaledwie dziesięciostronicowy rozdział („Żydzi a wojna”), poświęcony nastawieniu Żydów do nadchodzącego starcia. Wedle autora, narastający antysemityzm III Rzeszy i restrykcyjne ustawodawstwo powoduje, iż „światowe żydostwo” (powszechnie stosowany wówczas termin publicystyczny) używa wszelkich swych wpływów w świecie polityki, finansów i prasy by popchnąć kraje Zachodu (w szczególności Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię) do wojny z Niemcami, obiecując sobie po niej ponadto szereg dodatkowych korzyści. Spójrzmy: Nowa wojna światowa rozstrzygnie los Żydów. Gdy inne narody mają dużo do stracenia, to Żydzi dużo do wygrania, lecz ich wygranie to klęska tych narodów, w których porach siedzą. Niech Francja wyludni się przez nową wojnę, będzie tam więcej miejsca dla Żydów, niech ochotnicza służba przetrzebi inteligencję Anglii, tym łatwiej Żydzi zajmą wpływowe stanowiska, niech przez Polskę przejdzie zniszczenie wojenne lub okupacja ogołacająca ze wszystkich zasobów, niepotrzebna będzie Palestyna. Polska stanie się tą Palestyną, a Polacy nie tymi Arabami, którzy napadają na Żydów i ich niszczą, ale tymi, którzy pracować będą pod ich kierownictwem. Niech Stany Zjednoczone zapanują nad światem, będzie to panowanie Żydów, gdyż oni stają się czynnikiem decydującym w Stanach Zjednoczonych”.

Coś, co dziś może brzmieć kontrowersyjnie, wówczas stanowiło pogląd jak najbardziej dopuszczalny w szerokiej debacie publicznej – i Studnicki nie widział powodu, by się cenzurować (zresztą nie cenzurował się co do zasady, zawsze pisząc „między oczy”, bez względu na konsekwencje, co jest kolejnym walorem jego dorobku). Jednak podczas obrad jury uznano, iż takie treści, pozbawione odpowiedniego, odredakcyjnego komentarza wywołają „międzynarodową awanturę”. W efekcie, Studnickiego wycofano – z przyczyn jawnie politycznych, zupełnie jak 80 lat temu, za sanacji. Na marginesie – ależ musiało naszym decydentom utkwić w pamięci pokazowe przeczołganie przez środowiska żydowskie, Izrael i USA po nowelizacji ustawy o IPN (wtedy też zrejterowali), skoro dziś na samą myśl o potencjalnej reakcji „strategicznych partnerów” chowają się ze strachu we własne buty...


III. Wołanie na puszczy

Ale mniejsza o Żydów, wróćmy do Studnickiego i jego książki. Otóż „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” jest pozycją unikalną, choć niewielkich rozmiarów, właściwie nieco większą broszurą. Autor pisał ją wiosną 1939 r. w reakcji na przyjęcie brytyjskich „gwarancji” i w zamyśle stanowiła ona rozpaczliwy głos, mający przemówić do rozsądku rządzących, ślepo popychających Polskę do samobójczej wojny. Książkę poprzedził list wysłany 13 kwietnia do ministra Józefa Becka, który dopiero co odtrąbił jako sukces świeżo zawarty sojusz z Wielką Brytanią. W piśmie Studnicki przestrzegał, iż wojna zakończy się dla Polski katastrofą, a Beck „zapisze się w historii” jeśli jej zapobiegnie. Wkrótce potem (5 maja) rozesłał memoriał do wszystkich ministrów (poza premierem Sławojem-Składkowskim, którego premierostwo uważał za „poniżenie dla narodu”), w którym podnosił, iż Polska nie jest zdolna do obrony przed Niemcami, chociażby ze względu na kształt granic i różnice potencjałów przemysłowych i militarnych. Jedyną reakcją był wniosek Składkowskiego na posiedzeniu rządu, by Studnickiego zamknąć w Berezie Kartuskiej. Nie doszło do tego tylko wskutek sprzeciwu Rydza-Śmigłego, który pamiętał Władysława Studnickiego z patriotycznej działalności w Galicji podczas I wojny światowej. Wreszcie, zdecydował się napisać i opublikować własnym sumptem „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”, by wobec głuchoty politycznych elit (a prócz pisania rozmawiał także z wieloma politykami) przedrzeć się ze swymi racjami do szerszej opinii publicznej. Nic z tego nie wyszło, bowiem cały nakład skonfiskowano jeszcze w drukarni. Istnym cudem ocalało kilka egzemplarzy wysłanych uprzednio do korekty – i tylko dzięki temu możemy dziś tę książkę przeczytać. Jest to tak naprawdę jej pierwsza edycja od 1939 r. - i, jak widać, również dziś zawiera treści na tyle obrazoburcze, że lepiej o niej zbyt głośno nie wspominać.

Autor dokonuje w niej wszechstronnej analizy (dziś powiedzielibyśmy „geopolitycznej”) porównując sytuację polityczną, gospodarczą i militarną poszczególnych graczy przyszłego starcia i prognozując przebieg nadchodzącej wojny. I mimo że zdarzało mu się pomylić w drugorzędnych kwestiach, to zasadniczy trzon jego pracy, w szczególności odnoszący się do losów Polski, uderza proroczą wręcz celnością przewidywań. Ale nie ma to nic wspólnego z nadnaturalnymi, profetycznymi zdolnościami. Przenikliwa trafność wniosków wypływa wprost z chłodnego osądu rzeczywistości, nie zaciemnionego „chciejstwem” i mrzonkami. Studnicki pisze bez ogródek, że jedynym celem Wielkiej Brytanii jest popchnięcie nas do wojny, tak by to przeciw Polsce, jako najsłabszemu ogniwu „sojuszu”, obrócił się pierwszy impet niemieckiego uderzenia, dzięki czemu Anglia zyska na czasie. Jednoznacznie stwierdza, iż Polska stoi tu na z góry przegranej pozycji – chociażby ze względu na przewagę przemysłu i uzbrojenia III Rzeszy. Uważa za nieuchronne, że w przypadku niemieckiego ataku do agresji włączy się również ZSRR, zajmując nasze wschodnie tereny (przypominam, było to na trzy miesiące przed paktem Ribbentrop-Mołotow!). Co więcej, jest pewien, że zachodnim „aliantom” w gruncie rzeczy chodzi o pozyskanie do antyniemieckiego sojuszu sowieckiej Rosji – po naszym trupie, rzecz jasna. Biorąc to pod uwagę, z punktu widzenia Wielkiej Brytanii jesteśmy tymczasowym „sojuszniczkiem” rzuconym na pożarcie i w jej interesie wręcz leży, byśmy zostali pożarci – bo dzięki temu Niemcy i ZSRR będą miały bezpośrednią, wspólną granicę, co musi się zakończyć niemiecko-rosyjską wojną, a wtedy droga do koalicji Wielkiej Brytanii z Sowietami stanie otworem. Ceną za ten sojusz, którą Londyn ochoczo zapłaci, będzie rzecz jasna Polska. Jak wiemy, właśnie tak się stało, co zostało ostatecznie przyklepane na konferencjach w Teheranie i Jałcie.

Powtarzam, wszystkie te przewidywania nie wynikały z jakichś mistycznych objawień, lecz zimnych praw polityki, którymi kierował się w swych analizach Studnicki. Ciekawostka – przewidział nawet, iż generał Władysław Sikorski, jako „agent francuskiej propagandy”, może za swą służbę i przychylne stanowisko prezentowane wobec Sowietów zostać przez Francję wynagrodzony w przyszłej wojnie funkcją naczelnego dowódcy – i tak też się stało po wrześniowej klęsce, kiedy to Sikorski pod naciskiem Francji został premierem i głównodowodzącym polskich sił zbrojnych na Zachodzie.

Co Studnicki proponował w zamian? Przekierowanie niemieckiej agresji na zachód, na Francję – postulował, błagał wręcz, byśmy wystąpili wobec Niemiec z propozycją naszej „zbrojnej neutralności”. Inaczej mówiąc, pozostając na uboczu wojny, chronilibyśmy Niemcom tyłek od wschodu, stanowiąc zaporę przed ewentualnym ciosem w plecy ze strony Sowietów – co stanowiłoby podstawę do przyszłego, antyrosyjskiego sojuszu. Racjonalne? I to jeszcze jak. Co więcej, w innych okolicznościach (przed przyjęciem gwarancji brytyjskich) Niemcy może nawet by i na to poszli. Studnicki nie wziął jednak pod uwagę dwóch okoliczności – po pierwsze, że na czele III Rzeszy stoi nieobliczalny szaleniec, który po przyjęciu przez nas gwarancji „zapisał nam śmierć w duszy”; po drugie – że Polską rządzi banda zadufanych w sobie, nadętych mocarstwowymi urojeniami półgłówków, wierzących ponadto w pomoc, która obiektywnie rzecz biorąc nie mogła nadejść. Na tym polegał fatalizm sytuacji: jak w antycznej tragedii, to nie mogło się dobrze skończyć, a Studnickiemu przypadł los Kasandry, która za swe przepowiednie omal nie trafiła do Berezy.


IV. Racjonalny germanofil

Na koniec sprawa bodaj najbardziej kontrowersyjna. To wlokąca się za nim po dziś dzień słynna „germanofilia” z powodu której spotkały go oskarżenia o zdradę i późniejsza, gorzka izolacja na emigracji (choć trzeba oddać, że swych łamów użyczyły mu londyńskie „Wiadomości”, na łamach których w serii artykułów opisał swe przedwojenne założenia i działalność w okupowanej Polsce). Owszem, Studnicki wręcz sam przedstawiał się jako germanofil („Mówię z podniesionem czołem: »Jestem germanofilem polskim«. Czy znajdzie się polityk, który będąc moskalofilem, powie to o sobie?”). Wynika to m.in. z doświadczeń kilkuletniego zesłania syberyjskiego za działalność niepodległościową, kiedy to napatrzył się na azjatyckie zdziczenie moskiewskiej barbarii i pozbył się jakichkolwiek złudzeń co do permanentnie agresywnego charakteru rosyjskiego imperium („Zaborczość Rosji pozostaje niezmienną, zmienia się tylko ideologia zaborów”). To skłoniło go do poszukiwania oparcia w Austrii, a później w Niemczech, w których widział m.in. cywilizacyjną zaporę przed rosyjskim zagrożeniem, co poróżniło go z Dmowskim i środowiskiem endeckim. Studnicki zresztą nigdzie nie pasował – przed zesłaniem był niepodległościowym socjalistą, potem endekiem, następnie w Galicji współpracował z piłsudczykami, później jeszcze (1916 r.) był współarchitektem Aktu 5 Listopada i członkiem Tymczasowej Rady Stanu – zalążka polskiej państwowości pod kuratelą okupacyjnych władz niemieckich, by po odzyskaniu niepodległości trafić na margines polityki za swe proniemieckie sympatie.

Tyle, że znów – jego proniemiecka orientacja nie wynikała z jakichś tanich, parweniuszowskich fascynacji „wyższą kulturą” i „zachodem”, lecz z beznamiętnej kalkulacji. O ochronie przed Rosją wspominałem. Kolejny motyw był natury geopolitycznej - Studnicki uważał, że potencjały Europy Środkowej i Niemiec w naturalny sposób się dopełniają, a niemiecka technologia i zaawansowany przemysł potrzebują surowcowego i żywnościowego zaplecza w postaci naszego regionu. Toteż był zwolennikiem sojuszu państw Europy Środkowej (z wiodącą rolą Polski) pod patronatem Berlina, uważając, iż w przymierzu z Niemcami wyrośnie siła Polski jako regionalnego lidera. Coś nam to przypomina? Toż to wypisz-wymaluj obecnie realizowana inicjatywa Trójmorza – z tą różnicą, że dziś zamiast Niemiec wybraliśmy sobie na protektora Stany Zjednoczone, cała reszta w zasadniczym zrębie pozostaje bez zmian.

Ta postawa zaowocowała podczas okupacji. Jeszcze przed wojną, w 1936 r. jako członek polskiej delegacji zaproszonej na parteitag NSDAP (m.in. wraz ze Stanisławem Catem-Mackiewiczem) Studnicki poznał osobiście czołowe postaci III Rzeszy, z Hitlerem, Ribbentropem i Goebbelsem. Pozwoliło mu to później skutecznie interweniować na rzecz zwolnienia z Pawiaka czy Oświęcimia szeregu osadzonych Polaków, a także docierać do władz niemieckich z memoriałami wskazującymi na konieczność przywrócenia jakiejś formy polskiej państwowości i sił zbrojnych w obliczu nieuchronnej wojny z ZSRR (i to zanim jeszcze Hitler w ogóle pomyślał o wojnie z Sowietami) oraz zaniechania okrucieństw nieludzkiej polityki okupacyjnej. Cóż, szybko zorientował się jednak, że III Rzesza to nie wilhelmińskie Niemcy z czasów I wojny, kiedy to od biedy szło się z Niemcami dogadać - a w końcu sam trafił na ponad rok na Pawiak... Zmarł w 1953 r. w Londynie, spoczywa na cmentarzu St. Mary's w Kensal Green.


V. Spuścizna

Co pozostało po Studnickim? Jak wspomniałem na początku, istotą jego spuścizny nie jest proniemieckość (tak jak w przypadku Dmowskiego nie jest nią orientacja prorosyjska), która była wyborem podyktowanym ówczesnymi uwarunkowaniami, lecz szkoła twardej, beznamiętnej i pozbawionej złudzeń politycznej kalkulacji. W relacjach międzynarodowych nie ma wiecznych sojuszy (sam Studnicki, liczący początkowo na Austro-Węgry, po klęskach CiK armii bez sentymentów postawił na Niemcy) – nie funkcjonują w nich takie pojęcia jak lojalność, przyjaźń czy honor. Jest siła bądź słabość, interes bądź jego brak, korzyść bądź strata. I stosownie do tego poszukuje się partnerów – by, jeśli zajdzie potrzeba, znaleźć sobie innych, gdy tylko z punktu widzenia interesów państwa i narodu będzie to konieczne.

Niestety, ówczesne sanacyjne elity kierowały się w swej polityce zaprzeczeniem tych zasad, uprawiając politykę irracjonalną, urojeniową wręcz, nie popartą kalkulacjami lecz z gruntu infantylnym chciejstwem, biorąc swe mocarstwowe pragnienia za rzeczywistość i koniec końców doprowadzając kraj do zagłady. Warto (co ja mówię – trzeba!) z tej lekcji wyciągnąć wnioski i zaaplikować sobie kurację trzeźwego myślenia, a Studnicki na lekarza nadaje się jak mało kto. Inaczej, gdy tylko odwróci się koniunktura, znów przegramy Polskę – lecz tym razem, wobec ogromu zagrożeń współczesnego świata, możemy już nigdy jej nie odzyskać.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Granda historyczna roku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 13 (Grudzień 2019)

czwartek, 27 lutego 2014

Krajobraz po Majdanie

Rozwój wydarzeń u naszego sąsiada oznacza, że ciężar kondominijnej rozgrywki Rosja-Niemcy przenosi się poza polską granicę.

I. Krach „łukaszenkizacji”

Po etapie obowiązkowych starć ulicznych i równie obowiązkowych ofiar w ludziach, by cała rewolucja wyglądała w miarę wiarygodnie, sponsorzy Majdanu dogadali się ze sponsorami Janukowycza, poświęcając tego ostatniego w imię „jedności narodowej” i najprawdopodobniej jakiejś spodziewanej pomocy ze strony Zachodu. Tym samym Rosja przegrała wariant „łukaszenkizacji” Ukrainy polegający na wciągnięciu jej do montowanej Unii Eurazjatyckiej pod wodzą skompromitowanego i pozbawionego możliwości manewru Janukowycza. Tu warto przypomnieć, że samemu Janukowyczowi, jak i oligarchom, których był eksponentem, do pogłębienia więzów z Rosją wcale się nie śpieszyło – choćby dlatego, że oznaczałoby to dopuszczenie putinowskich mafiozów do ukraińskiego żerowiska. Ideałem był dla nich balans między wschodem a zachodem – z jednej strony wydłużenie dzierżawy Sewastopola dla rosyjskiej Floty Czarnomorskiej do 2042 roku w zamian za obniżenie cen gazu, z drugiej podpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, z trzeciej w końcu, skłonienie Rosji do sfinansowania ukraińskiego długu publicznego poprzez wykup obligacji...

No i w tym miejscu Putin postanowił jednak przypomnieć Janukowyczowi skąd mu wyrastają nogi, w ekspresowym tempie torpedując stowarzyszeniowe zakusy. Publicznie wiadomo o ultimatum – albo pójdziesz z nami do Unii Celnej (następnie zaś Eurazjatyckiej), albo zatoniesz wraz z bankrutującym państwem. Czy do głosu doszły ponadto jakieś poważne „kompromaty” możemy się tylko domyślać. Tak czy owak, okazało się, że Putin trzyma Janukowycza za jaja mocnym czekistowskim chwytem i lawiranckie kalkulacje ukraińskiego prezydenta poszły w czortu.

Do pewnego momentu wszystko zdawało się przebiegać po myśli Putina. Unia Europejska ani myślała umierać za Majdan i specjalizowała się w kolejnych „chińskich ostrzeżeniach”, polski rząd nie miał pomysłu na cały ten wschodni ambaras, zaś poparcie dla protestów ze strony PiS-owskiej opozycji można było traktować jedynie w kategoriach symbolicznych. Nawet Watykan nabrał wody w usta i nie dało się słyszeć papieskich apeli, jakie zazwyczaj przy tego typu kryzysach płyną z placu św. Piotra. Janukowycz planowo kompromitował się z każdym dniem kijowskiego klinczu i bandyckich ekscesów „tituszek”, tudzież pacyfikacyjnych prób Berkutu... prób zresztą tyleż spektakularnych, co nieudolnych, bo chyba nikt nie wątpi, że odpowiednio zdeterminowana władza byłaby w stanie rozpędzić Majdan w ciągu jednego dnia i to wyłącznie siłami policyjnymi, bez konieczności angażowania wojska. W międzyczasie Ławrow i różne prokremlowskie siły obecne na międzynarodowym „rynku opinii” grzmiały o „faszyzacji” i mieszaniu się Zachodu w sprawy wewnętrzne suwerennego państwa... Natomiast Putin ze spokojem odgrywał olimpijskiego gołąbka pokoju podczas igrzysk w Soczi.

II. Błędy Putina

I tu dochodzimy do kwestii: co z punktu widzenia Putina poszło nie tak? Wydaje się, że zagrało przeciw niemu kilka czynników.

Po pierwsze, nie docenił determinacji ukraińskich oligarchów, którym nie uśmiecha się los Chodorkowskiego czy Bieriezowskiego – a tego mogliby się spodziewać po trafieniu Ukrainy pod „kryszę” Putina. Oligarchowie tacy jak Rinat Achmetow, Serhij Tihipko, Wiktor Pinczuk, czy Ihor Kołomojski od początku naciskali na Janukowycza, by ten nie stosował przemocy wobec protestujących na Majdanie, co tłumaczy niezdecydowane i incydentalne akcje Berkutu. Dodatkowo Achmetow (a najprawdopodobniej również i inni) sponsorowali Majdan sumami po co najmniej kilkaset tysięcy hrywien dziennie, była to zatem z ich strony dość poważna inwestycja, która ma się zwrócić. Jeśli dopowiemy, że owi potentaci mają w kieszeni co najmniej 80 deputowanych Partii Regionów i osamotniona „familia” Janukowycza w konfrontacji z nimi wypada w sumie dość blado, to nagle okazuje się, że prorosyjskie siły miały mniej atutów, niż się na pierwszy rzut oka mogło wydawać. Achmetow, najbogatszy z oligarchów z majątkiem szacowanym na ok 15 mld dolarów chce robić interesy na Zachodzie, inni również, a do tego potrzebna jest im Ukraina w nieco innym miejscu, niż obecnie. Oni już się na ukraińskim majątku nachapali i chcą w spokoju konsumować oraz rozwijać swe biznesy – mogą je nawet na potrzeby Unii jakoś „ucywilizować”, stać ich na to. Ideałem dla nich byłaby jakaś forma nieśpiesznej integracji ze strukturami zachodnimi, przy gwarancji zachowania stanu posiadania – coś jak, uczciwszy proporcje, „uwłaszczony” postkomunistyczny biznes w III RP.

Po drugie, czynnik ludzki. To nie jest bowiem tak, że ludzie się buntują gdy dusi się ich obcęgami terroru. Nie, ludzie buntują się wtedy, gdy już coś tam mają i da się im nadzieję na więcej. A taką nadzieję roztoczono przed Ukraińcami w perspektywie akcesu do Unii Europejskiej. Ukraińcom nie imponuje poziom życia w Rosji i tamtejszy system społeczno-polityczno-gospodarczy. Imponuje im europejski dobrobyt i blichtr, tak jak imponował Polakom i innym demoludom. O kosztach zaś w prounijnej propagandzie wspomina się półgębkiem. Poza tym, posmakowali już względnej wolności i „samostijności” - mogli pogonić Janukowycza i wybrać „pomarańczowych”, potem pognać „pomarańczowych” i wybrać Janukowycza... no to teraz popędzą Janukowycza. Same pieniądze oligarchów bez powszechnej determinacji i wściekłości nic by nie dały. Trzeba było tylko te masowe odruchy i emocje odpowiednio wspomóc i ukierunkować. Szkoda tylko tych, którzy polegli, by rewolucja nabrała cech odpowiedniej powagi i dramatyzmu. Stali się bowiem – niezależnie od ich przekonań i aspiracji – mięsem armatnim, dzięki któremu Majdan pojawił się wreszcie w obiektywach zachodnich mediów, co z kolei pozwoliło wkroczyć do akcji unijnym politykom w glorii orędowników pokoju i pojednania. Unia (czyli Niemcy) bowiem mogłaby się od biedy pogodzić z Ukrainą w rosyjskiej orbicie, ale czterdziestopięciomilionowego „upadłego państwa” u swych granic sobie stanowczo nie życzy.

Po trzecie wreszcie, Putin chyba przekombinował. Liczył na zduszenie Majdanu rękoma Janukowycza w cieniu igrzysk w Soczi – trochę podobnie, jak w cieniu olimpiady w Pekinie rozpętał wojnę w Gruzji. Tymczasem okazało się, że Soczi, gdzie Rosja była gospodarzem, spętało mu ręce i nie mógł pozwolić sobie na wyraźniejszą interwencję, poprzestając na wprowadzeniu na Majdan prowokatorów usiłujących storpedować z radykalnych pozycji próby zakończenia konfliktu. Tymczasem ukraińscy oligarchowie skwapliwie wykorzystali szansę jaką dawało „uwiązanie” Rosji igrzyskami do politycznej eliminacji Janukowycza w drodze parlamentarnego zamachu stanu, przewerbowania jego popleczników w ramach „jedności narodowej” i zaakcentowania prozachodniego kursu Ukrainy. Wielomiesięczna inwestycja w Majdan zaczęła przynosić wreszcie owoce.

III. Chwila pieredyszki

Jakie pole manewru ma teraz Putin? Interwencji zbrojnej nie będzie, bo Rosji na nią póki co nie stać. Armia w trakcie przezbrajania, rubel pikuje, do tego wydatki na igrzyska, a wkrótce na piłkarskie mistrzostwa świata. Pozostaje robić to, co zwykle – destabilizować Ukrainę wszelkimi możliwymi sposobami. Polityka surowcowo-energetyczna, to jedno. Może będzie usiłował uczynić z autonomicznego Krymu coś w rodzaju drugiego Naddniestrza, zapewne zechce szantażować nowo-stary postmajdanowski establishment ruchami radykalnymi na zasadzie „hańba zgniłemu kompromisowi i ugodowcom”. Część opinii publicznej w Polsce obawia się w tym kontekście neo-banderowców ze Swobody, ale to akurat obawy nietrafione, bo „Swoboda” też jedzie na finansowej smyczy oligarchów i będzie szczekała w tę stronę, w którą jej każą – obecnie zaś ciężar resentymentów przechyla się na stronę antyrosyjską. A nam z kolei przecież nikt nie każe uprawiać taniej kokieterii, zapominać o Wołyniu i siedzieć cicho, gdyby znów zaczęły dominować w post-rezuńskich kręgach nastroje antypolskie.

Póki co jednak Ukraina jest bankrutem i jestem wielce ciekaw, co świat z tym pocznie, a pamiętajmy, że struktury takie jak MFW nie dają niczego za darmo, tylko wymagają „bolesnych reform”, których koszta obciążają zawsze ludność, a nie elity. Pytanie za stówkę – kto pobieży z kasą, by ratować młodą kozacką demokrację? Bo do utrzymaniu kraju na powierzchni wypłacalności nie wystarczy tłumne ryczenie w parlamencie tej rezuńskiej przyśpiewki, która biega tam za hymn narodowy. Może się zatem okazać, że Rosji wystarczy cierpliwie poczekać aż paroksyzmy nastrojów zgnębionego reformami społeczeństwa odbiją wahadło w drugą stronę i wtedy ponownie uruchomić na Ukrainie swoje aktywa z jakimś Janukowyczem-bis na czele, tak jak miało to miejsce po kompromitacji ekipy „pomarańczowych”.

Ale, nie będę biadolić nad Ukrainą - jak już napisałem w innej notce, mam głęboko gdzieś dobro Ukrainy. Interesuje mnie dobro Polski. I z polskiego punktu widzenia, oczywiście dobrze się stało, bo rozwój wydarzeń u naszego sąsiada oznacza, że ciężar kondominijnej rozgrywki Rosja-Niemcy przenosi się poza naszą granicę. Może dzięki temu będziemy mogli chwilę odetchnąć - i obyśmy ten moment względnej pieredyszki dobrze wykorzystali.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/346/ukrainski-klincz

http://niepoprawni.pl/blog/287/ukraina-miedzy-scylla-charybda

http://niepoprawni.pl/blog/287/post-giedroyciowska-dziecinada

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-petach-giedroycia

czwartek, 11 lutego 2010

Człowiek – porażka.


Obama pod każdym względem – mentalnym, intelektualnym, ideowym, pozostaje na poziomie campusowego lewaka.

Ronald Reagan powiedział kiedyś coś w tym guście (cyt. z pamięci): „Widziałem młodych ludzi z transparentami Make Love, Not War. Moim zdaniem, nie nadają się ani do jednego, ani do drugiego”.

Powyższa kwestia dźwięczy mi nachalnie między uszami, gdy obserwuję spektakularne fiaska kolejnych „resetów” w polityce zagranicznej Obamy.

Chiny.

Oto czytam, że władze Chin w bezprecedensowy sposób zrugały prezydenta USA niczym uczniaka, za dostarczenie broni Tajwanowi. (Zresztą, cała zasługa Obamy polega na tym, że wywiązał się ze zobowiązania podjętego jeszcze przez G.W. Busha). Na nic zdało się unikanie niczym ognia spotkania z Dalajlamą, czy ugodowe do groteski stanowisko prezentowane podczas wizyty w Pekinie. Celów gospodarczych (np. odstąpienia przez Chiny od sztucznie zaniżonego kursu juana) nie osiągnął, za to przekonał Chińczyków, że z tym mięczakiem mogą pozwolić sobie na wiele więcej, niż do tej pory.

Rosja.

Jeszcze cięższy policzek Obama zainkasował od Rosji, która niedawno ogłosiła swą nową doktrynę obronną. Owszem, rezygnacja z bushowskiej tarczy antyrakietowej spotkała się początkowo na Kremlu z pomrukami zadowolenia, ale doktryna wojenna Rosji nie pozostawia złudzeń. Co my tam mamy? Spójrzmy: wrogiem nr 1 jest NATO (czyli, w praktyce, USA), przyjęcie możliwości prewencyjnego ataku jądrowego (również w przypadku konfliktu lokalnego, czy wojny konwencjonalnej), brak zgody na rozszerzenie Sojuszu (czyli de facto zgłoszenie roszczenia do własnej strefy wpływów obszarze posowieckim), brak zgody na instalacje antyrakietowe (czyli również na koncepcję „nowej tarczy” Obamy) i wiele innych podobnych śliczności.

Taka jest odpłata Rosji za gotowość Obamy na nowy układ START i cięcie wydatków Pentagonu. Najwyraźniej, Moskwa skalkulowała sobie, że facio, którego znaczną część światopoglądu stanowi spuścizna ruchów pacyfistycznych utrzymywanych przez ZSRR, nawet nie kwiknie pod adresem Rosji, tak jak nie kwiknęli pod adresem Sowietów jego kontrkulturowi poprzednicy.

Iran.

Kolejne jaja mamy z Iranem. Ajatollahowie i prezydent Ahmadineżad zabili śmiechem popiskiwania Obamy, wzywające do rozmów i zapewniające o wyciągniętej dłoni, tudzież gotowości do współpracy. Zamiast tego, rozzuchwaleni i bardziej niż do tej pory przekonani o swej bezkarności, pracują nad wzbogacaniem uranu (mają powstać nowe ośrodki wzbogacania) i z większą niż do tej pory determinacją prą do uzyskania broni jądrowej. Właśnie świeżutko, przy okazji Święta Rewolucji, mieliśmy kolejny przykład. Ahmadineżad ogłosił, że Iran „jest państwem atomowym” (tu mu wierzę), choć nie planuje broni jądrowej (i tu mu nie wierzę).

Jak tak dalej pójdzie, to niedługo broń atomowa stanie się w rękach mułłów kolejnym narzędziem jihadu przeciw szatańskiemu Zachodowi, zaś Obama będzie zapewniał po staremu o swej „woli współpracy”.

***

Opisane pokrótce przykłady świadczą o kompletnej nieznajomości mentalności reżimów z którymi amerykański prezydent (prezio?) uparł się „resetować” stosunki. Ciekawe, czy jest w stanie kiedykolwiek pojąć, że ten wschodni typ mentalności opiera się na języku siły, zaś każdy przyjazny gest, każda niewymuszona „zachęta” czy oznaka „dobrej woli” traktowana jest jako przejaw słabości, niezdecydowania, czy wręcz uległości i prowokuje do utwardzenia stanowiska, eskalacji żądań…

Prawa człowieka.

Tyczy się to również praw człowieka, które Obamie ponoć tak bardzo leżą na sercu.

Włodzimierz Bukowski w swej książce „I powraca wiatr” opisał pewną prawidłowość: ilekroć Zachód utwardzał kurs wobec ZSRR, skutkowało to względnym poluzowaniem wewnętrznych rygorów – mniejsze represje, mniej wsadzanych do łagrów i psychuszek, krótsze wyroki, poprawa warunków w więzieniach… i odwrotnie – gdy Zachód proklamował „odprężenie”, „poprawę wzajemnych relacji” itp., w Związku Radzieckim momentalnie na powrót dokręcano śrubę „politycznym”.

Tę prawidłowość można dziś zaobserwować zarówno w Chinach (w odpowiedzi na pojednawcze gesty Obamy… nie wypuszczono z więzienia ani jednego dysydenta, co było regułą przy poprzednich wizytach amerykańskich prezydentów), jak i w Iranie (erupcja krwawych represji wobec przeciwników Ahmadineżada). W Rosji – wiadomo, po staremu.

Tak więc, w kwestiach humanitarnych – również porażka.

***

Dodając do siebie wszystkie powyższe klapy, wygląda na to, że jednym z głównych skutków obecnej prezydentury będzie upadek międzynarodowego prestiżu Stanów Zjednoczonych na skalę nie pamiętaną od czasów Jimmy’ego Cartera.

Campusowy lewak.

Obama pod każdym względem – mentalnym, intelektualnym, ideowym, pozostaje na poziomie campusowego lewaka. Z całym duchowym „dobrodziejstwem inwentarza” – w którym poczesną rolę odgrywa oszalały pacyfizm i reszta poprawnościowej dogmatyki. Za to zresztą (bo za cóżby innego?) dostał Nobla. Na domiar złego, wszystko to skorelowane jest z przemożnym poczuciem misji i charakterystycznym dla lewicy całego świata przeświadczeniem o własnej, moralno – intelektualnej wyższości, której nie wiedzieć czemu nie chce uznać zacofany motłoch.

Z czasem, gdy rozwój sytuacji międzynarodowej go do tego zmusi, zdobędzie się zapewne na ostrzejsze kroki wobec światowych watażków, ale osobiście nie mam złudzeń – będzie to co najwyżej doraźna szamotanina, bez żadnej myśli przewodniej, podszyta nie ustającym zdziwieniem, dlaczego adresaci nie reagują należycie na kolejne gesty i zapewnienia o gotowości do dialogu. Do tego różne lewicowe salony będą go podgryzać za „sprzeniewierzenie się” Pokojowemu Posłannictwu… Krótko mówiąc – nowych sojuszników Ameryka nie zyska (bo kogo – Rosję? Chiny? Co do Europy – UE zaledwie toleruje dziś USA, a i to jedynie ze względu na osobę prezydenta i politykę, której fiasko się właśnie unaocznia), a starych może utracić.

Gdyby tego rodzaju fircyk stał na czele Belgii, czy innego Luksemburga, można by machnąć ręką – nie nasz kłopot. Ale gdy podobna figura staje na czele światowego mocarstwa z ambicjami do ustalania globalnego porządku, wówczas wszyscy mamy problem. Całe szczęście, że mimo nieustającej klaki czołowych mediów, popularność Obamy (zwłaszcza wśród tzw. wyborców niezależnych) leci na łeb na szyję, co daje nadzieję, że szaleństwo jego rządów nie przekroczy jednej kadencji.

Obama – no, you can’t!.

Gadający Grzyb

P.S. Celowo nie pisałem tu o Afganistanie, bo to nieco inna bajka. Wysłanie tam dodatkowych żołnierzy to jedno. Pytanie, co Obama zrobi, by wygrać. Pod jego rządami można się bowiem spodziewać „resetu afgańskiego”, tzn. powtórki z Wietnamu – prowadzenie wojny na pół gwizdka, zakończone rejteradą pod byle pretekstem, pozwalającym doraźnie „zachować twarz”. A po kilku latach świat znów będzie miał ból głowy z afgańskim rozsadnikiem terroryzmu.

Inne moje notki, o Obamie:

www.niepoprawni.pl/blog/287/gdzie-nas-ma-obama

www.niepoprawni.pl/blog/287/zabawy-z-noblem