Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pokłosie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pokłosie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 kwietnia 2015

Eksport pedagogiki wstydu

Oprócz gnojenia polskiej dumy narodowej na użytek wewnętrzny, stało się coś po stokroć gorszego - zaczęliśmy „pedagogikę wstydu” eksportować.

I. Przykrawanie historii

Przepraszam tych z Państwa, którzy oczekiwali na zapowiadany tydzień temu drugi tekst o Międzymorzu, ale chwilowo (tj. do następnego numeru „PN”) musi on ustąpić miejsca sprawom bieżącym. Wszystko przez tego aroganckiego bałwana z FBI, który postanowił pójść tropem „polskich obozów zagłady” i przemawiając na otwarciu wystawy w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu umieścił Polskę wśród „współwinnych” - obok Niemiec i Węgier – co jak raz zbiegło się z rocznicą wybuchu powstania w warszawskim getcie. Jak powszechnie wiadomo, żydowskie powstanie było jedynym (prócz ruchawki w Paryżu) powstaniem w okupowanej Europie, a zagładzie getta przyglądała się biernie ludność Warszawy wraz z Armią Krajową, zacierając po cichu ręce, że Hitler wreszcie robi z Żydami porządek. Do tego dołóżmy sięgający międzywojnia zwierzęcy antysemityzm wysysany z mlekiem matek powodujący, iż właśnie w Polsce „naziści” postanowili zrealizować swój plan eksterminacji licząc na masową pomoc miejscowej ludności - i otrzymamy pigułkę wiedzy połykaną od dziesięcioleci przez amerykańską i izraelską młodzież (tej ostatniej robi się dodatkowo intensywne pranie mózgów przy okazji obowiązkowych wycieczek do Auschwitz).

Czy można się zatem dziwić, że podczas wizyty w Muzeum Holocaustu prominentny przedstawiciel prezydenckiej administracji skorzystał z okazji, by wyjść naprzeciw żydowskiej polityce historycznej? Nie można, tym bardziej, że kierunek wskazał jego pryncypał, Barack Obama, niemal równo trzy lata temu mówiąc o „polskich obozach śmierci” - i to, jak na urągowisko, w laudacji na ceremonii przyznania pośmiertnie Janowi Karskiemu Prezydenckiego Medalu Wolności. Temu samemu Karskiemu, którego raport został skrzętnie zignorowany przez zachodnich „sojuszników”. W takim kontekście wychodzi na to, że Karski był donosicielem alarmującym o zbrodniach Polaków. Teraz już wiemy, dlaczego z tym medalem dla Karskiego się nie śpieszono – jeszcze powiedziałby coś niestosownego, a tak, kilkanaście lat po śmierci „kuriera z Warszawy”, można odpowiednio przykroić również i jego historię.

II. Polska z plasteliny

W USA obie główne siły polityczne starają się żyć dobrze z żydowskim lobby, a najłatwiejszym sposobem na ukontentowanie wpływowej diaspory jest oczernianie Polaków, z których żydowskie organizacje, takie jak grupa HEART, chcą wydusić 60-65 mld USD. Ponieważ głównym eksponentem żydowskich interesów są Republikanie, więc Demokraci – zwłaszcza w obliczu chwiejnej postawy Obamy wobec Izraela – skorzystali z okazji, by tanim kosztem zarobić kilka punktów i właśnie do tej robótki oddelegowano Jamesa B. Comeya. Koszt prawdziwy poniesiemy my. Żydzi robią z wmanewrowania nas w odpowiedzialność za holocaust moralną podkładkę dla swych roszczeń finansowych, a kolejne rządy amerykańskie „naciskają” na swego „strategicznego partnera” w Europie, by ten w końcu owe wymuszenia zaspokoił. Zresztą, jesteśmy tu niczym plastelina, jeśli wspomnimy na ujawnione przez Wiki Leaks dywagacje Komorowskiego snute przed amerykańskim ambasadorem o spłaceniu haraczu z ewentualnej prywatyzacji lasów państwowych. Dlatego teraz te wszystkie pokrzykiwania, żądania przeprosin i wzywanie ambasadora Stephena Mulla na dywanik możemy sobie, jako państwo, wsadzić w buty, bo sami przez ostatnie 25 lat walnie się do takiego postrzegania nas przyczyniliśmy.

Nie wikłając się w prehistorię zjawiska, całą tę celowo indukowaną falę antypolskiej propagandy na Zachodzie skrzętnie podżyrowaliśmy w ostatnim 25-leciu III RP, idealnie orkiestrując się z przekazem ośrodków zagranicznych. Otóż główną dominantą publicznego dyskursu w kwestiach historycznych po 1989 roku stała się organizowana przez michnikowszczyznę i wspierana przez władze państwowe tzw. „pedagogika wstydu”, jak ją określił Bronisław Wildstein. Historię Polski, zwłaszcza tę najnowszą, przedstawiano jako pasmo zbrodni, szowinizmu, klerykalnej ciemnoty, antysemityzmu, bądź bezrozumnych szaleństw i „wymachiwania szabelką”. Słowem, przeciętny Polak miał się wstydzić swej spuścizny, odczuwać zażenowanie na myśl o własnej historii i żyć w permanentnym poczuciu niższości względem innych, nowocześniejszych narodów oraz w nieustającym kompleksie winy wobec Żydów. Operacja ta miała na celu przekształcenie Polaków w bezwolną, łatwo sterowalną masę, co prócz doraźnych korzyści politycznych służyć miało dalekosiężnej inżynierii społecznej, polegającej na tresurze ideologicznej mającej przepoczwarzyć nas docelowo w prawdziwie „multikulturowe” i „otwarte” nowoczesne społeczeństwo na wzór Zachodu. Owa „modernizacja przez kserokopiarkę” (R. Legutko) nie zakończyła się wprawdzie pełnym powodzeniem, coś tam jednak z niej zostało. Mimo obserwowanego od jakiegoś czasu odrodzenia świadomości patriotycznej, Polacy wciąż w dużej mierze pozostają, najogólniej mówiąc, niepewni swego, czego wyrazem jest choćby podszyta kompleksami troska o to „co świat o nas powie”, na czym przez długie lata jechała propaganda reżimowych mediów i PO.

III. Eksport pedagogiki wstydu

Socjotechnika samoupodlenia była i jest konsekwentnie wspierana przez rozliczne instytucje publiczne, w szczególności te odpowiedzialne za sferę kultury i edukacji – czyli, mamy do czynienia z nadzorowaną przez aparat państwa społeczną indoktrynacją. Jednakże – i tu dochodzimy do sedna – oprócz gnojenia polskiej dumy narodowej na użytek wewnętrzny, stało się coś po stokroć gorszego. My zaczęliśmy „pedagogikę wstydu” eksportować, wręcz epatować nią na zewnątrz. Można powiedzieć, że tak jak sferze popkultury naszym hitem eksportowym są gry komputerowe, tak w sferze ideologicznej, kulturalnej i co za tym idzie, politycznej, naszym „hitem” stał się eksport samobiczowania, zwłaszcza w kontekście holocaustu – i to akurat wtedy, gdy zarówno Niemcy, jak i Żydzi postawili na konsekwentną rewizję historii. Można rzec, że nasza anty-polityka historyczna została ściśle skorelowana z polityką historyczną wyżej wspomnianych.

Nie sposób tu przecenić roli Jedwabnego, jako symbolu „polskiego uwikłania w holocaust”. Mieliśmy skwapliwe podpisywanie się pod ponurymi bredniami J.T. Grossa, przeprosiny Kwaśniewskiego, wstrzymanie prac ekshumacyjnych przez ówczesnego ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego pod naciskiem środowisk żydowskich (ech, te filosemickie umizgi prawicowej inteligencji...), wreszcie list Komorowskiego ze słowami, iż „naród ofiar musiał uznać niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą” - a wszystko to w strachu, by zadrażnienie stosunków z Izraelem nie osłabiło naszych „transatlantyckich więzi” ze Stanami Zjednoczonymi. W ten sposób sami otworzyliśmy się na szantaż moralny, więc nie dziwmy się, iż jest to skwapliwie wykorzystywane.

Tymczasem, eksport „demonów polskiego antysemityzmu” trwa w najlepsze. Produkcja inspirowanego Grossem „Pokłosia” połączona z projekcjami w ambasadach; zaimportowanie niemieckiego paszkwilu „Nasze matki, nasi ojcowie”, co było wyraźnym sygnałem naszej zgody na kreowanie żydożerczego oblicza Armii Krajowej; wreszcie, ostatnie fetowanie „Idy”, której nie bez przyczyny przyznano Oskara – to tylko najgłośniejsze przypadki. Swoje zrobił też obłęd „dialogu” polsko-żydowskiego i katolicko-żydowskiego, który szybko stał się jednostronnym dyktatem, pasmem wymuszeń, byśmy przyznawali się do coraz to nowych win. A wszystko to połączone z kompletnym brakiem międzynarodowych działań na rzecz promocji polskiej historii i dokonań. Dopiero w ostatnich latach placówki dyplomatyczne pod ewidentnym naciskiem krajowej opinii publicznej zaczęły niemrawo reagować na sformułowania o „polskich obozach koncentracyjnych”, przy czym jest to piarowskie działanie na rynek wewnętrzny, by pokazać, ze jakoś odfajkowano sprawę. Nieliczne procesy wytaczają osoby prywatne, nie państwo polskie.

Dziś ambasador w USA, Ryszard Schnepf, wysyła do dyrektora FBI pismo z protestem. Ta sama ambasada w Waszyngtonie z dumą informowała 4 marca 2014 r. na swych stronach, że „w ramach specjalnego bloku polskiej kinematografii »Spotlight on Polish Cinema« prezentowanego podczas tegorocznego waszyngtońskiego Festiwalu Filmów Żydowskich, w stolicy USA odbył się pokaz wielokrotnie nagrodzonego obrazu »Pokłosie«”, zaś ambasador Schnepf w specjalnym wystąpieniu stwierdził: „Pokłosie to film, który pokazuje jak w uczciwy sposób powinniśmy się zmierzyć z trudnymi i nie zawsze chwalebnymi momentami przeszłości naszego kraju”. Oto eksport pedagogiki wstydu w pełnej okazałości. Zatem nie oburzajmy się, że w „Washington Post” Laurence Weinbaum, historyk specjalizujący się się w sprawach polsko-żydowskich i dyrektor Rady Spraw Zagranicznych Izraela, działającej pod auspicjami Światowego Kongresu Żydów, pisze o polskiej niechęci do zmierzenia się z ciemną stroną swojej historii, a pan James Comey krótko oznajmia, iż nas nie przeprosi. I słuszna jego racja, bo niby po co? Wszak przyzwyczailiśmy wszystkich wokół, że od przepraszania to my jesteśmy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/haracz-na-raty#.VTuxZfBvAmw

http://niepoprawni.pl/blog/346/finansowe-heart-izraela

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 16 (27.04-12.05.2015)

środa, 17 kwietnia 2013

Postkolonialny kulturkampf

Medialny mainstream Polski i Niemiec funkcjonuje w idealnej symbiozie – media obu krajów realizują niemiecki interes narodowy.

I. Drugie życie „Pokłosia”

Już wydawało się, że po kinowej klapie „Pokłosia” Pasikowskiego, na które to dzieło by uchronić je przed frekwencyjnym blamażem postanowiono jesienią zeszłego roku naganiać warszawską dziatwę szkolną, będziemy mogli od tego gniota odetchnąć. Jednak nie. Jakoś tak przed Wielkanocą bowiem mignęła mi w którejś z mediodajni reklama zachwalająca premierę na DVD – w formie dodatku do dwóch czasopism: plotkarskiego dwutygodnika „Gala” i miesięcznika „Focus”. Jest to o tyle niezwykłe, że do kolportażu pod postacią gazetowych dodatków przeznacza się na ogół filmy trzeciej świeżości – takie, które zarobiły już swoje w kinach i jako samodzielne wydawnictwa DVD. Najwyraźniej jednak sytuacja producenta jest na tyle rozpaczliwa, że zdecydował się sięgnąć po koło ratunkowe.

Osobną ciekawostką jest, kto te koło ratunkowe rzucił. Otóż zarówno „Gala”, jak i „Focus” należą do niemieckiego wydawnictwa Gruner+Jahr Polska, które z kolei jest częścią medialnego koncernu Bertelsmanna. Ponieważ Niemcy potrafią liczyć pieniądze, więc jakoś nie przypuszczam, by za tym gestem stała czysto biznesowa kalkulacja – no bo w końcu ilu lemingów wyceluje prawie 30 zł, na „Galę” z filmem, którego nie chcieli wcześniej oglądać w kinach? Osobiście sądzę, że w ten sposób symbolicznie wynagrodzono twórcę, który w odpowiednim momencie spełnił zapotrzebowanie niemieckiej polityki historycznej. I niech nikt mi nie mówi, że Bertelsmann to firma prywatna, tak się bowiem składa, że nawet najprywatniejsze z prywatnych niemieckich mediów by mieć prosto na dzielnicy starają się odczytywać mądrość etapu, a obecną mądrością etapu w Niemczech jest rozmywanie odpowiedzialności za holocaust i II Wojnę Światową oraz stopniowe przerzucanie w zbiorowej świadomości winy na Polskę. Pasikowski jako stary wyjadacz jest z pewnością tego świadom, nie od rzeczy byłoby również nadmienić o łatwo zauważalnej fascynacji reżysera teutońską tężyzną (zwróćmy uwagę, ilu „macho” w jego filmach nosi niemiecko brzmiące nazwiska).

II. Dzieci Szczypiorskiego

I tu docieramy do szerszego problemu, jakim jest kolaboracja naszych elit z różnymi zagranicznymi ośrodkami dyspozycyjnymi, sugerującymi w mniej lub bardziej zawoalowany sposób polskim twórcom, politykom, dziennikarzom swoją agendę i sposoby ujęcia poszczególnych tematów. Czynią to z reguły pod płaszczykiem „europejskości”, która to „europejskość”, tak się składa, każdorazowo zgodna jest z optyką niemiecką. Ludzie, którzy na to idą, stają się po prostu wyrobnikami obcego przemysłu propagandowego. Cel jest jeden: utrzymanie Polaków w poczuciu niższości i postkolonialnego zakompleksienia kulturowo-cywilizacyjnego wobec „metropolii”. O Pasikowskim była mowa wyżej, podam jeszcze dwa dość charakterystyczne przykłady.

Przykładem z branży prasowej może być postać dyżurnego dziennikarza „Wyborczej” od spraw niemieckich – Bartosza T. Wielińskiego. Niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę, ale chyba nigdy nie zetknąłem się z tekstem tego człowieka, w którym w jakiejkolwiek spornej sprawie między Polską a Niemcami wziąłby stronę Polski. Z reguły pan ten konstruuje swoje artykuły na zasadzie, że jesteśmy jak zwykle przewrażliwieni – że, dajmy na to, Jugendamty i wynaradawianie dzieci z mieszanych małżeństw to sprawa marginalna i nie ma co dramatyzować, a „polskie obozy koncentracyjne” to zaledwie edytorskie wpadki, bo przecież „każdy wie”, że chodziło jedynie o określenie geograficznej lokalizacji... – i tak dalej.

Nie inaczej było po emisji przez niemiecką telewizję publiczną ZDF serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Przypomnijmy, że mamy w nim do czynienia z korelacją sentymentalnie przedstawionego „uwikłania” tzw. „zwykłych Niemców” w hitleryzm z paszkwilem na „polskich antysemitów” z AK. Wieliński staje na uszach, by zbagatelizować sprawę - że serial miałki, banalny, kiczowaty, a fragmenty o AK są jedynie skutkiem ignorancji i z pewnością nikt nie chciał zrobić nam krzywdy. A może jednak jest tak, że twórcy naczytali się promowanego przez „Wyborczą” Grossa, dowiedzieli się o filmie Pasikowskiego i uznali, że już mogą sobie na podobne wyczyny pozwolić? Warto też zapoznać się z wywiadem którego prof. Bogdan Musiał udzielił tygodnikowi „Sieci”, w którym opisał jak został przez ZDF poproszony – jeszcze przed ostatecznym montażem serialu – o historyczną konsultację. Prof Musiał usiłował sprostować co większe brednie, lecz oczywiście jego uwag nie uwzględniono, co raczej rozwiewa wszelkie wątpliwości co do intencjonalności poczynań niemieckiej telewizji. Ale tego od pana Wielińskiego już się nie dowiemy.

Czasami tego typu podejście rodzi istne kurioza. W zeszłym roku znajomy z redakcji Niepoprawnego Radia PL przesłał mi przedrukowany w „Forum” swoisty donos, jaki publicysta „Polityki” Adam Krzemiński opublikował w „Suddeutsche Zeitung”. Był to tekst zatytułowany „Gdyby Hitler nie miał wąsów” i sprowadzał się w zasadzie do steku kretyńskich oszczerstw wygłoszonych pod adresem współczesnej polskiej literatury political fiction. Autor używając określeń typu „narodowi konserwatyści z Warszawy” jedzie równo po megalomańskich, mocarstwowych, ksenofobicznych i na dodatek warsztatowo wtórnych projekcjach polskich autorów (Marcin Wolski, Marcin Ciszewski, Dariusz Spychalski), przedstawiających – o zgrozo - alternatywne historie w których Polska jest liczącym się państwem i nie dostaje od wszystkich po tyłku. Zacytuję dwie próbki stylistyki w jakiej utrzymany jest tekst Krzemińskiego: „po 1989 roku trywialna political fiction nastawiła się na bezpośrednie obsługiwanie historycznych traum czytelników, kompleksów niższości, chęci odwetu i lęków przed przyszłością"; „Fabuła tej niesmacznej bredni jest straszliwie poplątana, ale przekaz prosty: i ty możesz sobie pomarzyć, że jesteś zwycięskim mocarstwem" (to o powieści „Wallenrod” Wolskiego).

I tu zagwozdka – Krzemiński miał zamówienie na akurat taki tekst do niemieckiej prasy, czy sam z siebie chciał się popisać donosicielską gorliwością, by ostrzec Niemców jakież to demony czają się w czeluściach polskiego ideowego interioru? Jak by nie patrzeć, nie jest pierwszy – szlaki przetarł jeszcze za komuny Andrzej Szczypiorski fetowany w Niemczech za obsmarowywanie kołtuńskich i antysemickich Polaków. Zapewne – gdziekolwiek teraz jest – musi być dumny widząc swych obecnych naśladowców.

III. Postkolonialny kulturkampf

Można rzec, że medialny mainstream Polski i Niemiec funkcjonuje w idealnej symbiozie – media obu krajów realizują niemiecki interes narodowy. Trzeba tu dodać, że brzęczący jurgielt, tłumaczenia, fuchy w niemieckiej prasie, czy posady i granty z niemieckich fundacji zapewne nie są jedyną motywacją dla zaangażowania się w ten postkolonialny kulturkampf. Przypuszczam, że równorzędną rolę gra tu poczucie niższości, wobec cywilizacyjnej metropolii i przemożna chęć uchodzenia za „europejczyków” - połączone ze strachem i pogardą żywioną wobec polskiego „zaścianka”, który należy ucywilizować – nawet za cenę wyzbycia się narodowej tożsamości.

Ta podszyta służalczością wobec możnych patronów ojkofobiczna gotowość do utrzymywania ludności tubylczej w stanie mentalnego niewolnictwa jest równie groźna, co hegemonia polityczna czy gospodarcza. Sprawia bowiem, że psychicznie obezwładniony naród nie ma sił i woli by walczyć o swe interesy. W ten sposób buduje się społeczny grunt pod rekolonizację. Tworzy się atmosferę przyzwolenia na zdradę i obcą dominację na zasadzie – „skoro jesteśmy do niczego, nic nie potrafimy, to może faktycznie lepiej, gdy będą rządzić tu Niemcy – przynajmniej będzie porządek”. I nie wierzę, by robiący za liderów opinii jurgieltnicy ze świata mediów i kultury nie zdawali sobie sprawy z tych oczywistych współzależności.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/