Pokazywanie postów oznaczonych etykietą raport MAK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą raport MAK. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 października 2012

Krach anty-smoleńskiej narracji

Dyktaturze Matołów pozostało już tylko rozhuśtywanie zbiorowych emocji sprawami obyczajowymi, w nadziei na ożywienie społecznych podziałów.

I. Bezradność sekty

Ostatnie wydarzenia wokół Tragedii Smoleńskiej zapoczątkowane skandalem ekshumacyjnym zaczynają układać się w ciąg wydarzeń ostatecznie destruujących oficjalną narrację „Sekty Pancernej Brzozy”. O bezradności najlepiej świadczy kompletne przemilczenie przez wiodące audiowizualne mediodajnie niedawnej Konferencji Smoleńskiej na UKSW z udziałem ekspertów prezentujących różne dziedziny nauk ścisłych. Na posterunku zameldowała się natomiast oczywiście „Wyborcza”, ale jej nieudolne kpiny trudno odczytać inaczej, niż wyraz bezsiły w obliczu nowych ustaleń.

Podobnie zresztą jest ze specjalistami zatrudnionymi przez tzw. komisję Millera, którzy po odfajkowaniu swej prorządowej pańszczyzny nabrali wody w usta i skrupulatnie unikają wchodzenia w jakąkolwiek merytoryczną polemikę. No, ale czegóż wymagać, jeśli wspomni się słowa prof. Biniendy podczas jednego ze spotkań, kiedy to opowiadał jak dopraszał się o wyliczenia od millerowych specjalistów, bo jeszcze wtedy naiwnie sądził, że „oni jednak coś policzyli”. Innymi słowy, rządowi naukowcy dali swe nazwiska i tytuły dla uwiarygodnienia wersji o „pancernej brzozie” lansowanej od pierwszych godzin po zdarzeniu i „usankcjonowanej” przez raport Anodiny, nie zaprzątając sobie głowy zbędnymi szczegółami.

II. Profanacja sacrum

Oczywiście, wszystko pruło się w szwach już znacznie wcześniej – dla mnie przełomową chwilą, kiedy ostatecznie odrzuciłem myślenie spod znaku „może jednak to nie zamach” były ustalenia prof. Biniendy (do tego momentu zostawiałem sobie jakiś minimalny margines niepewności). Przypuszczam jednak, że dla tzw. „ogółu” punktem zwrotnym stała się sprawa zamiany ciał Anny Walentynowicz i Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej wraz z bulwersującymi szczegółami dotyczącymi potraktowania zwłok przez Rosjan. Tu bowiem wkroczono na teren sacrum, jakim dla Polaków są zmarli, pamięć o nich i godny pochówek. Bezczeszczenie zwłok owo sacrum profanuje w sposób nie do przyjęcia dla każdego normalnego człowieka. Tak oto „kult Tanatosa” nad którym w czasie Żałoby Narodowej wydziwiała „Krytyka Polityczna” pokazał, że lepiej go nie tykać.

Małostkowe wystąpienie Tuska podczas sejmowej debaty i pokrętne tłumaczenia Ewy Kopacz, mimo medialnego wsparcia, były wręcz przeciwskuteczne, nakładając się dodatkowo na atmosferę „przełożenia wajchy” społecznych sympatii politycznych. Dodatkowym elementem świadczącym o kompletnym zatraceniu wyczucia przez „smoleńskich narratorów” było dopuszczenie przed mikrofony i kamery wynaturzonych celebrytów deklarujących jeden przez drugiego, że to przecież wszystko jedno co się stało z ciałami oraz gdzie i w jakich fragmentach leżą, bo przecież i tak wszystkich zjedzą robale. Ekstremalny popis nihilizmu dała tu Krystyna Mazurówna (ta od aborcyjnego coming-outu), która oznajmiła że po śmierci dzieci mają wywalić jej prochy przez kibel samolotu. Biedna dzidzia-piernik chyba nie wie, że w samolocie toalety nie mają ujścia na zewnątrz... a kibel w pociągu relacji Łowicz-Skierniewice może być?

III. Fiasko „inscenirowki”

Jeszcze kilka słów o niedawnej sprawie zdjęć z syberyjskiego portalu. Otóż, ta wrzutka ruskich służb i zadaniowanej „blogerki” Karacuby paradoksalnie obróciła się przeciw jej autorom. O czym bowiem ona świadczy? Ano, świadczy o malejącej zdolności służb do rozgrywania polskiej opinii publicznej za pomocą podobnych prowokacji. Zdjęcia ofiar Smoleńska wisiały w necie od września i pies z kulawą nogą się nimi nie zainteresował, nie mówiąc już o robieniu medialnej zadymy. Antoni Macierewicz po ich otrzymaniu przekazał je specjalistom do analizy i tyle.

Wreszcie w desperacji jacyś „ktosie” zaczęli oferować zdjęcia redakcjom – i tu zaskoczenie – nawet tabloidy odmówiły publikacji. Nie z wrażliwości oczywiście, prywislańskie mediodajnie pokazały niejednokrotnie gdzie mają uczucia rodzin. Poszło tu moim zdaniem o co innego – mediodajnie zreflektowały się poniewczasie, że takie pójście za głosem Paradowskiej, by „pokazać wszystko” odbiłoby się fatalnie zarówno na ich wiarygodności, jak i na zbierającym się do medialno-politycznego kontrnatarcia Tusku. Innym słowy, odrobiły lekcję ze skandalu ekshumacyjnego i przyjęły taktykę - „ciszej o Smoleńsku, ciszej o ciałach”.

Taktykę tę przyjęto również dlatego, że poza wszystkim innym, stan widocznych na zdjęciach porozrywanych ludzkich zwłok i poszarpanych szczątków samolotu wyraźnie pokazuje, że to nie mógł być zwykły wypadek, że tak wyglądają ofiary wybuchu. Natomiast obudowanie tych fotografii żałosną historyjką o „mordzie rytualnym” i hipotezą „inscenirowki” świadczy o zupełnym pogubieniu towarzyszy czekistów, którzy najwyraźniej postanowili wciskać społeczne guziki na oślep w nadziei, że któryś odpali. Nie odpalił, mimo że „inscenirowka” i niesławna „maskirowka” Free Your Minda zdają się być uszyte wedle tej samej sztancy. Trzeba jednak oddać FYM-owi, że swą „maskirowkę” skomponował o wiele zręczniej – miał więcej czasu na snucie opowieści rodem z Dana Browna - potem zaś spektakularnie unicestwił swe dzieło własnymi rękami, sprawiając (świadomie, lub nie) że klimat na tego typu okołosmoleńskie historie minął bezpowrotnie, nawet w skłonnej do dawania wiary różnym sensatom blogosferze. Fakt ten towarzysze czekiści od „inscenirowki” jakoś przeoczyli.

IV. Rozkaz - milczeć!

Koniec końców, okazuje się, że to co działało do tej pory, nie działa – metodę ze smoleńskimi „wrzutkami” wyeksploatowano do cna. Ba, nieostrożna „wrzutka” może wręcz spowodować społeczny przechył w niepożądanym przez Dyktaturę Matołów i jej mocodawców kierunku. Gdyby np. szpalty gazet i ekrany zapełniły się zdjęciami zmasakrowanego ciała śp. Lecha Kaczyńskiego, poskutkowałoby to pewnie nawet przypływem antyrosyjskich i antyrządowych emocji. Bajeczki o państwie, które „zdało egzamin” skutkowały tylko do czasu. Gdy społeczne wahadło wychyla się w druga stronę, mogą budzić już tylko irytację. Dlatego lepiej przesłać otwartym tekstem polecenie „nie publikować!”, bo taki był sens medialnych jeremiad rządu i „pokazuchy” z wezwaniem na dywanik rosyjskiego ambasadora. A o Konferencji Smoleńskiej – milczeć!

Nic więc dziwnego, że Tusk nagle wyskoczył z projektem rozporządzenia w sprawie refundacji „in vitro”, wcześniej zaś rękami Palikota podsycił wojnę światopoglądową. To nie tylko odpowiedź na „jesienną ofensywę” PiS, który wreszcie umiejętnie zbalansował przekaz „merytoryczny” i „smoleński”. To również – a może przede wszystkim – próba zagospodarowania społecznych emocji, by odwrócić uwagę gawiedzi od zamachu smoleńskiego i kolejnych skandali ekshumacyjnych, oraz niedopuszczenie, by ludzie nie interesujący się na co dzień Smoleńskiem zainteresowali się ustaleniami poważnych naukowców, którzy idąc wbrew rządowej wersji wydarzeń gotowi są postawić na szali swą naukową reputację. A nie są to wyłącznie eksperci związani z Zespołem Parlamentarnym, mimo że „Wyborcza” nie omieszkała rzecz jasna napiętnować ich mianem „PiS-owskich ekspertów”.

Ich nie da się „unieważnić” w powszechnym odbiorze tak łatwo jak „szalonego” Macierewicza, czy „smoleńskich wariatów” z „Gazety Polskiej” lub Krakowskiego Przedmieścia. Nie da się również ludziom z powrotem narzucić optyki ze złotej epoki ruskich wrzutek – arsenał wyczerpany. Robota płatnych trolli w internecie i medialnych funkcjonariuszy jest coraz bardziej jałowa, buksują w miejscu powtarzając wciąż te same, zdezaktualizowane zaklęcia. Nawet oblicze „merytoryczne” Tuska spod znaku „drugiego expose” się nie sprzedaje. Dyktaturze Matołów pozostało już tylko rozhuśtywanie zbiorowych emocji sprawami obyczajowymi, w nadziei na ożywienie społecznych podziałów. Ale ta wysilona żenada to ostatnie podrygi. Już niedługo...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

piątek, 29 lipca 2011

Pijarowiec w MON


Jak w każdym dobrym spektaklu, przy okazji prezentacji raportu MAK... tfu – chciałem rzec – raportu komisji Millera, nie mogło zabraknąć elementu buffo.



Nawiasem mówiąc, rzeczona komisja pozostała wierna poleceniu prezydenta Miedwiediewa z dnia 6 grudnia 2010 roku, kiedy to zapoczątkowując zdobywanie przez Bronisława Komorowskiego „korony Himalajów”, zapowiedział surowo: „Nie dopuszczam możliwości, by w sprawie katastrofy smoleńskiej śledczy polscy i rosyjscy doszli do różnych ustaleń”. Idąc za tym prikazem szanowna komisja postanowiła opowiedzieć raport MAK własnymi słowami, biorąc jedynie poprawkę na tzw. miejscową specyfikę, która kazała wycofać się z najbardziej bezczelnych kantów i „wrzutek” serwowanych miejscowej gawiedzi przez ostatnie półtora roku.


Jednak raport ten, a w zasadzie jego forma, mimo wszystko coś nam mówi. Mówi nam wiele o tym, co odbywało się wokół niego przez ostatnie miesiące. Krótko – zadanie polegało na tym, by raport skonstruować wedle złotej proporcji – 90% winy strony polskiej, 10% winy rosyjskiej oraz by za wszelką cenę znaleźć taką jego formułę, by nie obarczyć winą polityczną nikogo naprawdę istotnego.


I o to chodziło w tych pieczołowitych, wielomiesięcznych „pracach” i „tłumaczeniach”, bo zawartość merytoryczna, to nic innego jak ubrana w fachowy żargon, sumiennie przeprowadzona wedle MAK-owskich wskazań „prasówka”, z której dobrano sobie to, co miało pasować do z góry założonego efektu, mającego na publiczności sprawić wrażenie „wyważenia racji” i „obiektywizmu”.


Ostatecznie kozłem ofiarnym stał się minister Klich, który i tak nie miał w Platformie ani w rządzie zbyt wiele do gadania, ale by nie stała mu się krzywda i z poczucia tejże krzywdy nie zaczął chlapać ozorem, został na wszelki wypadek wystawiony w wyborach do Senatu. Drugim winnym stał się ogólny bardak w 36 pułku i – jasna sprawa – „niedoszkolona” załoga, która bronić się już nie może.


Oczywiście, nikt przytomny nie mógł spodziewać się niczego innego, choć przyznajmy, mogło być gorzej. Eksperci mogliby np. przepisać od MAK-u „protokół” z sekcji zwłok gen. Błasika i dywagować o pijaństwie na pokładzie Tupolewa.


***


Ale powróćmy do zapowiadanego na wstępie elementu buffo. Taką wstawką była wieść o desygnowaniu na ministra obrony narodowej pana Tomasza Siemoniaka, dotychczasowego sekretarza stanu w MSWiA. Chociaż z drugiej strony, nie sposób nie zauważyć swoistej konsekwencji obecnej ekipy w obsadzaniu stanowiska szefa MON – zarówno Klich, jak i Siemoniak mają mniej więcej tyle samo wspólnego z wojskowością. Tomasz Siemoniak (absolwent Wydziału Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie – wtedy jeszcze SGPiS) w swej bogatej karierze był m.in. dyrektorem Biura Oddziałów Terenowych i dyrektorem Programu 1 TVP, wiceprzewodniczącym Rady Nadzorczej Polskiej Agencji Prasowej, radnym Gminy Warszawa Centrum i wiceprezydentem naszej umęczonej Stolicy, członkiem Zarządu Polskiego Radia SA...


Bogdan Klich jest pacyfistą i psychiatrą, Tomasz Siemoniak – handlowcem i dziennikarzem. No, jeden w drugiego - fachury od wojska jak się patrzy!


Chociaż, zaraz zaraz... Tak! W latach 1998-2000 sprawował funkcję dyrektora Biura Prasy i Informacji Ministerstwa Obrony Narodowej – innymi słowy gość był MON-owskim propagandystą. Czyli – chłop pewnie zna się na „pijarze”... I jesteśmy w domu, bowiem wiadomo, że dla Donalda Tuska nie ma większego priorytetu niż „pijar”, szczególnie w okresie przedwyborczym, a tenże „pijar” pod rządami Klicha ucierpiał w równym stopniu jak wszystko inne w resorcie.


Krótko mówiąc, pan Siemoniak dostał bojowe zadanie: poprawić wizerunek MON przed październikiem, a że kiedyś już w tej instytucji pracował, to jest przynajmniej nadzieja, że nie zabłądzi w ministerialnych korytarzach. Ponadto zapewne ma znajomości w środowisku dziennikarskim, szczególnie w mediach publicznych, gdzie szeroką ławą wraca do znaczenia stara gwardia, czyli tzw. „fachowcy”.


Ach, byłbym zapomniał. Jak donosi bloger Zagłoba, Tomasz Siemoniak był głównym architektem niedawnego polsko-niemieckiego porozumienia podpisanego przy okazji rocznicy traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy, za które to porozumienie zebrał od naszych niemieckich „mecenasów” wiele pochwał, czym nie omieszkał pochwalić się na Twitterze.


Jest zatem nadzieja, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy nie napadną nas Niemcy. Zresztą, pewnie nie będzie takiej potrzeby, albowiem, jak donosi oficjalny biogram na stronie MSWiA w swej bogatej, jako się rzekło, biografii pan Siemoniak był stypendystą Uniwersytetu w Duisburgu, co nie musi ale może rzucać niejakie światło na to, kto faktycznie był architektem niedawnego porozumienia, za które pan Siemoniak zainkasował osobiście publiczną pochwałę ustną od samego niemieckiego ministra spraw zagranicznych Guido Westerwelle.


***


Największym politycznym wygranym tego całego zamieszania jest jednak niewątpliwie minister Jerzy Miller. Oto bowiem pan Miller, szef MSWiA, w bezprecedensowy sposób łącząc funkcje prokuratora, adwokata i sędziego we własnej sprawie, rzucił na żer Bogdana Klicha, który zapewne do końca nie bardzo kontaktował o co w tym wszystkim chodzi i usadowił swojego człowieka na stolcu szefa MON, łącząc w ten sposób pod swoim berłem dwa kluczowe dla bezpieczeństwa państwa resorty. Polityczny majstersztyk, brawo. Zresztą, wystarczyło zaobserwować minę, pozę i ton pana ministra Millera w wieczornych programach telewizyjnych, by nie mieć wątpliwości, że jest z siebie bardzo zadowolony.


Gadający Grzyb

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Czego już się nie dowiemy...


Po eksperymencie nawet nie wiemy, czy przycisk "uchod" w gnijącym wraku Tupolewa jest wciśnięty, a jeśli tak, to dlaczego nie zadziałał.



I. Dlaczego nie piszę notek śledczych o Smoleńsku.


Na początek krótkie wyjaśnienie. Nie pisuję notek śledczych dotyczących katastrofy smoleńskiej. Nie czuję się po prostu na siłach, by analizować szczególik po szczególiku te wszystkie materiały – zdjęcia, filmy, zeznania, wywiady, stenogramy... Wszystko to trzeba przetrawić, skonfrontować ze sobą, wychwytywać sprzeczności, bazując przy tym na dość unikalnej, specjalistycznej wiedzy. Tym większy mój podziw budzą ci współblogerzy, którzy żmudnie się przez to wszystko przedzierają, nie odpuszczając i niezmordowanie trzymając rękę na pulsie. Ten wysiłek, twierdzę to już teraz, niewątpliwie jest wart obszernego, książkowego omówienia z naciskiem na kwestię: na ile blogerski „drugi obieg” sprawił, że problemu przyczyn i odpowiedzialności za tragedię nie udało się zainteresowanym siłom zamieść pod dywan, a dyskursu publicznego nie sprowadzono ze szczętem do obsługiwania rosyjskiej „narracji”.


Jeszcze raz – wyrazy podziwu i szacunku.


Na swoje usprawiedliwienie mam to, że staram się, w miarę skromnych możliwości, opisywać wielorakie skutki Smoleńska w sferze publicznej – od polityki, poprzez kwestie surowcowo-energetyczne, aż po próby diagnozy stanu naszego społeczeństwa. W tej materii z kolei ja nie odpuszczam i nie odpuszczę, choćby dlatego, że jak poskrobać, to niemal wszystko co działo się w Polsce na przestrzeni ostatniego roku nosi na sobie to przeklęte, tragiczne piętno.


II. Katastrofa Ił-62 na Okęciu (14.03.1980).


A teraz do rzeczy. Polegując sobie leniwie któregoś wieczoru przed telewizorem natrafiłem, bodajże w stacji „Discovery”, na program analizujący różne lotnicze katastrofy z przeszłości. Było tam między innymi omówione słynne Lockerbie, ale też – i tu zastrzygłem uszami - katastrofa polskiego Ił-62 „Mikołaj Kopernik” na warszawskim Okęciu z 14.03.1980. Abstrahując od technicznych szczegółów, uwagę moją przykuł pewien wątek, stale przewijający się przez wspomnienia polskich ekspertów, którzy badali przyczyny rozbicia się samolotu.


Otóż, poproszeni o ekspertyzę rosyjscy przedstawiciele producenta z uporem maniaka twierdzili, że maszyna była OK, że nawet po zniszczeniu trzech silników, Ił-62 jest w stanie lądować na jedynym pozostałym i niedwuznacznie sugerowali winę pilotów. Jednocześnie zbywali milczeniem polskie prośby o udostępnienie szczegółowych danych technicznych poszczególnych podzespołów.


W związku z tym, nasi naukowcy musieli dokonać wszystkich skomplikowanych wyliczeń z najróżniejszych dziedzin – od materiałoznawstwa i odporności na przeciążenia, po kwestie awioniki - odtwarzając praktycznie od zera techniczną specyfikację wykwitu „sowieckiej myśli technicznej” (używam cudzysłowu, gdyż Ił-62 był najprawdopodobniej konstrukcją wykradzioną Wielkiej Brytanii, tylko jak to w Sowietach – gorzej i bardziej topornie wykonaną – ot, podróba taka).


Koniec końców okazało się, że polscy piloci nie dość, że nie popełnili błędu, to byli wręcz o włos od uratowania samolotu i życia 77 pasażerów oraz 10 członków załogi. Wyszło również na jaw, że Il-62 nie jest w stanie utrzymać się w powietrzu na jednym silniku, a przyczyną katastrofy było rozwalenie się w driebiezgi jednego z silników, kilkukrotnie już serwisowanego w Rosji, który rozpadając się zniszczył dwa następne, a pędzące z siłą wystrzału z działa przeciwpancernego elementy turbiny przebiły kadłub i przecięły m.in. linkę steru wysokości. Owa przecięta linka zadecydowała o tragedii, uniemożliwiając pilotom posadzenie samolotu. Mogli jedynie wybrać miejsce uderzenia w ziemię, tak by ominąć stojący na pasie podejściowym „poprawczak” dla nieletnich.


Przy okazji ujawniono taki „kwiatek”, jak częściowo niesprawna czarna skrzynka, koniec końców zaś – że przyczyną wypadku był niechlujnie obrobiony wał felernego silnika, w związku z czym podawane przez Rosjan „oficjalne” resursy nijak się miały do rzeczywistości.


Po co to wszystko przypominam? Ano po to, że wyjaśnienie zagadki było możliwe jedynie dlatego, że Ił-62 „Mikołaj Kopernik” rozbił się w Polsce, dzięki czemu z terenu katastrofy można było skrupulatnie zebrać rozsiane na dużej przestrzeni najdrobniejsze nawet elementy maszyny, następnie zaś poddać ten cały sowiecki szmelc stosownej analizie.


Konfrontowani z kolejnymi dowodami Rosjanie mogli tylko bezradnie rozkładać ręce wycofując się punkt po punkcie ze swojej wersji. Ostatecznie jednak przyznali nam rację dopiero po katastrofie w Lesie Kabackim, kiedy to również doszło do pęknięcia wału silnika samolotu Ił-62.


Wszystko to, podkreślmy, działo się w 1980 roku, za komuny, w warunkach wszechstronnej podległości Polski Związkowi Radzieckiemu i w czasach obowiązywania „doktryny Breżniewa”.


Wtedy „dało radę” przeprowadzić rzetelne śledztwo. Dziś, paradoksalnie, w epoce „pojednania” i „ocieplenia” - już nie.


III. Rosyjski modus operandi i Tuskowa zgoda na niewiedzę.


W świetle powyższej historii widać jak na dłoni, że Rosja od sowieckich czasów stosuje ten sam modus operandi – wpierać winę w ofiary, ustępować zaś tylko w ostateczności, w obliczu niepodważalnych dowodów.


Jeżeli Donald Tusk i jego ekipa o tym nie wiedzieli, to znaczy że państwo nie działa. Jeżeli zaś wiedzieli i mimo to przystali na oddanie śledztwa Rosjanom, to dopuścili się zdrady stanu. Godząc się na pozostawienie w rosyjskich rękach wszystkich materialnych dowodów z czarnymi skrzynkami i wrakiem Tupolewa na czele, przystając na niedopuszczenie polskiej strony do przeszukania terenu katastrofy, Donald Tusk zgodził się tym samym na to, że tragedia smoleńska nigdy nie zostanie uczciwie wyjaśniona.


***


Po ostatnim eksperymencie z TU-154M o numerze bocznym 102 wiadomo, że wciśnięcie przycisku „UCHOD” przy włączonym autopilocie i przy braku systemu ILS na lotnisku, tak czy inaczej powinno skutkować odejściem samolotu. Więcej – taka procedura opisana jest w materiałach szkoleniowych do których dotarł parlamentarny zespół kierowany przez Antoniego Macierewicza. Wiadomo również, że 10.04.2010 na wysokości 100 metrów padła komenda „odchodzimy” powtórzona przez drugiego pilota, a mimo to samolot tracił wysokość. My zaś nawet nie wiemy, czy ten cholerny przycisk w gnijącym wraku Tupolewa jest wciśnięty, a jeśli tak, to dlaczego nie zadziałał. Nie wiemy, czy przystawki: PN-5 (odpowiadająca za system nawigacyjny) i PN-6 (skonfigurowana z automatem ciągu), które spina ów kluczowy przycisk „UCHOD” wciąż pozostają na Siewiernym, czy też wywędrowały nie wiadomo dokąd.


IV. Zdrada stanu.


Trzeba powiedzieć to jasno, po raz kolejny zresztą: na ołtarzu doraźnych, polityczno-”pijarowskich” rozgrywek, premier Tusk poświęcił i wciąż poświęca fundamentalne interesy Polski. Skupiając się tylko na katastrofie smoleńskiej (pomijam już kwestie np. energetyczno-surowcowe), zrobił to kilkukrotnie:


Po pierwsze: podjął z reżimem Putina grę obliczoną na deprecjację Głowy Państwa, prezydenta Lecha Kaczyńskiego, współuczestnicząc w procederze rozbicia obchodów katyńskich w 2010 roku na dwie odrębne wizyty. W efekcie, pierwsza wizyta z 07.04 została przez stronę rosyjską potraktowana priorytetowo, natomiast druga – 10.04, ze śp. Lechem Kaczyńskim – niczym prywatna wycieczka (w najlepszym razie).


Po drugie: zgodził się na przejęcie śledztwa w formule zażądanej przez Rosję. Wszystko po to, by odgrywać na wewnętrznym „rynku” politycznym przywódcę konstruktywnego, ocieplającego relacje z Kremlem. Jeśli liczył, że Moskwa to doceni i odpłaci przyjazną współpracą, to jest idiotą, który nie powinien sprawować żadnych funkcji państwowych. Jeżeli zaś zdawał sobie sprawę, że oddaje towarzyszom czekistom śledztwo na „wieczne niewyjaśnienie” - jest zdrajcą.


Po trzecie: w konfrontacji z rosyjskim postępowaniem, którego ukoronowaniem był raport MAK - w najbardziej przychylnej interpretacji - okazał się mięczakiem, co również dyskwalifikuje go jako przywódcę. Mięczakiem to można sobie być w Belgii, która nie ma rządu i jakoś trwa, ale nie w kraju położonym między Rosją a Niemcami. Obecnie Tusk nie chce, albo nie może wyplątać się z tej sieci, w którą wlazł na własne życzenie. Nie stać go nawet na symboliczny gest, jak zażądanie zwrotu dowodów i biernie godzi się na rosyjską formułę przetrzymania polskiej własności - wraku, czarnych skrzynek, służbowych laptopów itd. - do końca rosyjskiego sądowego śledztwa (we wszystkich instancjach) – czyli na zawsze.


V. Zamacho-podobne usterki.


Podsumowując, wedle obecnego, nader ułomnego stanu naszej wiedzy, można powiedzieć, że kluczowe było błędne naprowadzanie samolotu ze słynnej „wieży szympansów” na Siewiernym, wskutek czego załoga wcale nie była „na kursie i ścieżce”, skorelowane z tajemniczą usterką przycisku „uchod” i powiązanych z nim podzespołów. Warunki meteorologiczne (mgła) miały znaczenie drugorzędne. Polscy piloci natomiast wykonywali to, co do nich należało, zgodnie z procedurami.


Otwartą kwestią pozostaje, czy był to tragiczny zbieg okoliczności wynikający z ruskich „niedoróbek”, czy świadome działanie – zamach – zrobiony na zasadzie: pogrzebiemy sobie przy „tutce” podczas remontu Samarze (gdzie Tupolew nr 101 od maja do grudnia 2009 roku przechodził remont główny) tak, by przy sprzyjających okolicznościach samolot spadł, po czym będziemy czekać na okazję... której to okazji można odrobinę dopomóc (gra na rozbicie uroczystości katyńskich).


***


Odpowiedzi na powyższe pytanie mogło by udzielić przebadanie tego, co z rządowego Tupolewa „101” zostało. Ponadto, znaczących poszlak mogłaby dostarczyć wiedza o tym, czego pod brezentem na Siewiernym nie ma. Które elementy samolotu wyszły sobie w nieznanym kierunku i już nie wróciły.


Ale tego się nie dowiemy. Nigdy. Nie dowiemy się dlatego, że premier polskiego rządu sprzedał to wszystko dla czysto „pijarowskiego”, ulotnego, mirażu polsko-rosyjskiego „pojednania”. Sprzedał nas. Sprzedał Polskę. Sprzedał siebie.


Warto było, panie Tusk?


Gadający Grzyb

sobota, 12 lutego 2011

Policzek z prawa, policzek z lewa


Uchwała Buntestagu w sprawie Dnia Pamięci o Ofiarach Wypędzeń jest niemieckim odpowiednikiem raportu MAK.



I. Heil Steinbach!


Polskie mediodajnie zaabsorbowane sprawami wewnętrznymi, Smoleńskiem i następstwami raportu MAK chwilowo odpuściły sobie kierunek zachodni. Jak się okazuje, niesłusznie, bowiem 10.02.2011 niemiecki Bundestag głosami koalicji CDU/CSU i FDP podjął uchwałę wzywającą rząd federalny do ustanowienia Dnia Pamięci o Ofiarach Wypędzeń, który miałby przypadać 5 sierpnia, czyli w rocznicę uchwalenia w 1950 roku „Karty niemieckich wypędzonych ze stron ojczystych". W uchwale nie ma ani słowa o tym, że decyzja o wysiedleniach została podjęta na konferencji w Poczdamie i była efektem wojny rozpętanej przez Niemcy, za to wyraźnie zawyża się liczbę „wypędzonych” (14 mln).


„I to by było na tyle” jeśli chodzi o naszych dyżurnych „uspokajaczy” twierdzących, że frakcja „ziomków” z frau Steinbach na czele jest w Niemczech folklorem, czy ledwie tolerowanym marginesem, pozbawionym wpływu na realną politykę.


Komentatorzy twierdzą, że uchwała ma na celu pozyskanie wyborców w Badenii-Wirtembergii, przed marcowymi wyborami do tamtejszego landtagu. Owszem, nie przeczę, ale to nie tłumaczy, dlaczego politycy rządzącej koalicji zdecydowali się sięgnąć właśnie po ten a nie inny środek zjednania „resentymentowego” elektoratu.


Najwyraźniej uznali, że mogą sobie na to pozwolić, bo Warszawa w żaden sposób na ten policzek nie zareaguje. Nie przeliczyli się.


II. Summa błędów.


Sterujący naszą polityką zagraniczną tandem Tusk – Sikorski popełnił w stosunku do Niemiec taki sam błąd, co wobec Rosji. Panowie uznali, że jeśli nie będziemy marnować okazji, żeby siedzieć cicho i abdykujemy z aktywnej polityki zagranicznej na rzecz „płynięcia z głównym nurtem”, to Niemcy darują sobie wobec nas afronty i wejdą w tę niepisaną konwencję uśmiechów i poklepywania się po pleckach. Ile takie podejście jest warte, właśnie się przekonaliśmy – i to zaraz po „szczycie” Trójkąta Weimarskiego, podczas którego prezydent Komorowski skompletował ponoć „koronę Himalajów”. Najwyraźniej właśnie wtedy kanclerz Merkel wysondowała Komorowskiego na tyle, by uzyskać pewność, że nie tylko polski rząd, ale również Belweder nie zareaguje na szykowaną w Bundestagu prowokację. Mała, słodka zemsta za lekceważące i trącące buractwem przetrzymanie pani kanclerz na stojąco przez sadowiącego się w fotelu gospodarza „szczytu” to jedynie wisienka na torcie.


W kontekście wzmiankowanej uchwały z pewnością swoją rolę odegrało też dopuszczenie przez PO do politycznego mainstreamu Ruchu Autonomii Śląska, którego część zdradza wyraźne sympatie proniemieckie. Było to ewidentne poświęcenie racji stanu, jaką jest spoistość terytorialna państwa na rzecz doraźnego partyjniactwa (koalicja z RAŚ w sejmiku górnośląskim). O żałosnym pomyśle reaktywowania hitlerowskiej koncepcji „goralenvolku” i promowaniu „narodowości” kaszubskiej w opozycji do Polski już nie wspomnę. Teraz zaczyna się to mścić.


No i wreszcie Smoleńsk. A może – przede wszystkim Smoleńsk. Dziesięć miesięcy obserwacji jak obecny rząd reaguje na coraz bezczelniejsze poczynania strony rosyjskiej i ustawia się wręcz w roli rzecznika Rosji, by nie ponieść szkód wizerunkowych, było dla niemieckich elit politycznych niewątpliwie cennym materiałem do przemyśleń. Kulminacją była strachliwa i niezborna reakcja na upokorzenie, jakim był raport Anodiny. Teraz nadszedł czas wyciągania wniosków. A wnioski mogą być tylko takie, że Polska jest słaba i że słabi są jej przywódcy, że łatwo nimi manipulować poprzez „wkręcanie” w post-polityczny miraż „ocieplenia” z którego nie będą w stanie się wywikłać bez przekreślenia całej swej dotychczasowej działalności. Tak oto obecna ekipa ustawiła Polskę w charakterze zakładnika własnych błędów, któremu można bezkarnie strzelić z „plaskacza”, mając błogą pewność, że nie odda.


W tym sensie, uchwała Buntestagu w sprawie Dnia Pamięci o Ofiarach Wypędzeń jest niemieckim odpowiednikiem raportu MAK. Policzek z prawa, policzek z lewa...


Nasi mężykowie stanu najwyraźniej nie przewidzieli, że „pozostawanie w głównym nurcie” to de facto rezygnacja z suwerennej, podmiotowej polityki zagranicznej. I że nie oznacza to, iż realna polityka nagle zniknie. Oznacza to tylko tyle, że prawdziwą politykę będzie robił za nas, obok nas i ponad nami ktoś inny, nie kłopocząc się pytaniem o zdanie, a nam pozostanie tylko się podporządkować.


III. Polityka historyczna w działaniu.


Póki co, z iście niemiecką systematycznością, krok po kroku, dokonuje się rewizja dziejów najnowszych, mająca docelowo skutkować m.in. przebudowaniem świadomości historycznej niemieckiego społeczeństwa. A to może przynieść całkiem wymierne skutki we wzajemnych relacjach. Co polecam pod rozwagę różnym rodzimym etatowym przeciwnikom polityki historycznej, której u nas ma nie być, a którą z takim powodzeniem uprawiają nasi najwięksi sąsiedzi.


Po przyjęciu uchwały Bundestagu jestem sobie w stanie spokojnie wyobrazić scenariusz przyszłych wizyt polskich oficjeli w Niemczech, których pierwszym, stałym i obowiązkowym punktem będzie przeczołgiwanie naszych delegacji w atmosferze wstydu i winy przez steinbachowskie Muzeum Wypędzonych, połączone ze składaniem wieńców i paleniem zniczy. Oczywiście, podczas wizyt niemieckich kanclerzy, czy prezydentów w stolicy kondominium, Warszawie, nie będzie mowy o zwiedzaniu kaczystowskiego, szowinistycznego i psującego dobrosąsiedzkie relacje Muzeum Powstania Warszawskiego. Składanie przez niemieckich przywódców wieńców pod Pomnikiem Ofiar Getta również nie będzie konieczne. Wszak coraz bardziej popularny w Niemczech Jan Tomasz Gross bezspornie dowiódł, że Żydów mordowali i rabowali Polacy.


Gadający Grzyb


P. S. O uchwale Bundestagu pisał też Jan Bogatko: http://www.niepoprawni.pl/blog/2386/niemcy-najwieksza-ofiara-wojny

czwartek, 13 stycznia 2011

Robak na haczyku


Donald Tusk stał się zakładnikiem „ocieplenia”, uzależnionym od każdego zmarszczenia brwi kremlowskiego samodzierżcy.



I. Odpowiedź na „bolesne zaskoczenie”.


Raport MAK-u, poza wszystkim innym, jest policzkiem wymierzonym Tuskowi, który ośmielił się „kwiknąć” w grudniu zeszłego roku, że „projekt raportu MAK w tym kształcie, w jakim został przysłany przez stronę rosyjską, jest bezdyskusyjnie nie do przyjęcia”. Świadczy o tym zarówno sposób ogłoszenia raportu, bez konsultacji ze stroną polską, w chwili, gdy premier przebywał na urlopie a prezydent legł złożony jakowąś niemocą, jak i jego treść – usztywniająca stanowisko rosyjskie i nieodwołalnie sprowadzająca je do kilku tez lansowanych od pierwszych godzin po katastrofie. Nastawienie Rosji dobrze ilustruje wywiad w „GW” z reżimowym dziennikarzem, komentatorem agencji informacyjnej Rosbałt, Iwanem Prieobrażeńskim. Otóż, stwierdza on, że krytyka Tuska wstępnej wersji raportu była „bolesnym zaskoczeniem”, gdyż „Tusk był uznawany za przyjaciela Rosji, z którym można się porozumieć”. Dalej już zaczyna się jazda bez trzymanki, padają groźby:



„Zobaczymy, jakie będą jego kolejne reakcje, ale w końcu Moskwa może stracić cierpliwość do polskiego premiera. Do tej pory tandem Tusk - Komorowski był u nas postrzegany jako ludzie zainteresowani poprawą stosunków z Rosją. Rozumiem, że Tusk jest w trudnej sytuacji, musi pokazać wyborcom, że nie idzie na pasku Rosji, ale nie powinien przesadzać z antyrosyjską retoryką. Inaczej Moskwa straci chęć do współpracy z nim. Sam czekam na konferencję prasową Tuska.” (wytłuszczenia moje – GG)



Z powyższym koresponduje wypowiedź Siergieja Markowa (przedstawianego jako „ideolog Kremla”) w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”, który jednym tchem przyznaje, że „Rosja powinna popracować nad swoją postawą starszego brata. Porzucić aspiracje pouczania Polski”, by zaraz potem dorzucić :



„Obecna reakcja Polski przypomina zachowanie kapryśnego pryszczatego nastolatka. I taka postawa zaszkodzi tylko Polsce, która przez to w oczach jej europejskich sąsiadów nie wypada jako obiektywne państwo.”



II. Ruska bałałajka.


Tak z grubsza przygrywa na dzień dzisiejszy ruska bałałajka: chcecie nadal chwalić się dobrymi, albo chociaż poprawnymi stosunkami z naszym mocarstwem, bądźcie grzeczni, bo jeżeli nie, to „Moskwa straci cierpliwość” a i u „europejskich sąsiadów” też sobie nagrabicie jak, nie przymierzając, za „Kaczora”. Retoryka w sam raz taka, jaką należy stosować wobec obdarowanych jarłykiem nadzorców „kondominium”. Sprowadzono brutalnie Tuska na ziemię: nie wyobrażaj sobie, pętaku, za dużo. Pozostań „na ścieżce i kursie”, bo się pogniewamy.


Tusk widać zrozumiał poprawnie tę ruską melodię, gdyż na konferencji prasowej śpiewał i tańczył już w odpowiedniej tonacji i do właściwego rytmu: zawodząc cieniutko i drobiąc skwapliwie nóżkami. Zaczął od pochwały rzeczy, zdawałoby się, nie do obrony – przyjęcia za podstawę „dociekań” w kwestii katastrofy zasuflowanej przez Kreml Konwencji Chicagowskiej, następnie zaś kwiląc, że „nie podważa” ustaleń MAK, suplikował jedynie o uwzględnienie naszych uwag itd.


W sumie jego wystąpienie sprowadzało się do płaczliwych apeli o dobrą wolę i podtrzymanie dobrosąsiedzkich stosunków. Ustąpcie choć o kroczek, przyjaciele Moskale, przyznajcie choćby półgębkiem, że i po waszej stronie coś tam szwankowało... Nie sposób było nie zauważyć ukrytego między wierszami mrugania oczkiem, że śledztwo smoleńskie i raport MAK interesuje Premiera Rządu o tyle, o ile może niekorzystnie zaważyć na jego politycznej pozycji. Ciekawe, czy Siergiej Markow z Iwanem Prieobrażeńskim poczuli się usatysfakcjonowani.


III. Robak na haczyku.


Do biedaczyny Tuska chyba po niewczasie dotarło, że dał się Rosjanom koncertowo „wypuścić” - teraz wije się rozpaczliwie, niczym robak na haczyku. Ponieważ jednym z filarów swej polityki wizerunkowej uczynił „ocieplenie” wzajemnych stosunków z putinowską Rosją, składając na ołtarzu „pojednania” co tylko mógł, z interesami i powagą Państwa Polskiego na czele, a wszystko to za kilka telewizyjnych migawek na których Putin w jego towarzystwie pokazuje łaskawe oblicze, to w efekcie stał się zakładnikiem „ocieplenia”, uzależnionym od każdego zmarszczenia brwi kremlowskiego samodzierżcy.


Cóż, Rosja ma to do siebie, że (w przeciwieństwie do Niemiec) nie zadowala się „cichą” dominacją. Dla zaznaczenia swej pozycji musi spektakularnie przeczołgać swego raba, tak by nie było wątpliwości ani złudzeń co do charakteru wzajemnych relacji. Jak bowiem zauważyła generał Tatiana Anodina „Rosja jest wielka, a Polska to mały kraj”. W optyce i kulturze politycznej zmongolizowanego bizantynizmu, jakiej od zawsze hołduje Rosja, nie ma miejsce na partnerskie relacje. Możliwy jest jedynie stosunek według schematu siła-podporządkowanie. Dlatego dotychczasowe umizgi „tandemu Tusk-Komorowski” odczytywane były na Kremlu jako podejście jedynie możliwe i konstruktywne, zaś grudniowe „bryknięcie” Tuska w sprawie raportu wstępnego potraktowano tak, jakby jakiś pomniejszy wasal miast leżeć plackiem, zaczął nagle pyskować na audiencji u Wielkiego Chana.


IV. Fiasko pro-rosyjskiej postpolityki.


Doprawdy, aż nie chce się wierzyć, że inteligentny zdawałoby się człowiek z historycznym wykształceniem i doświadczony polityk jakim jest Donald Tusk, tak łatwo uwierzył, że jeśli on zrobi dobrze Rosjanom, to i oni nie będą mu bruździć, narażać na szwank wizerunku jako premiera przyjaznego Rosji rządu. Frajer, frajer, po trzykroć frajer. Gdyby chodziło tu wyłącznie o Tuska, to pies go jechał. Problem w tym, że za jego złudzenia, że z Rosją da się prowadzić „postpolitykę” płaci Polska, którą właśnie publicznie sponiewierano i upokorzono. Rosja nie uprawia postpolityki, tylko politykę jak najbardziej realną.


Donald Tusk, premier rządu Rzeczypospolitej Polskiej, właśnie doświadczył tego na własnej skórze a wraz z nim my wszyscy. Zostały mu gorączkowe zabiegi, by ocalić resztki twarzy w sytuacji, którą zafundował sobie na własne życzenie. Nam pozostało zaciskanie pięści w bezsilnej wściekłości.


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl