Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAK. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 stycznia 2011

Między wojną a hańbą


"Przywiozłem pokój!” - Neville Chamberlain/Donald Tusk.



 


I. Z czym mam problem.


Jakoś nie byłem w stanie wykrzesać z siebie oburzenia po opublikowaniu raportu krasawicy Anodiny. Z prostego powodu: niczego się po nim nie spodziewałem. No, może łajdacka „wrzutka” z alkoholem we krwi ś.p. gen. Błasika utrafiająca idealnie w zachodni stereotyp Polaka i zapotrzebowanie innostrannych mediodajni, pełnych agentów wpływu i pożytecznych idiotów... Ale co do meritum – nic, czego by nie mówiono od pierwszych niemal chwil po katastrofie. W tym sensie, z MAKowskim raportem nie mam problemu.


Mam za to problem z reakcją krajowych polityczno–medialnych „pudeł rezonansowych”. Owe „pudła” opętane nienawiścią do „Kaczora” gotowe są podżyrować każdą rosyjską bzdurę, każde urągliwe kłamstwo, byle wdeptać w ziemię, byle „pisiory” nie ugrały jakichś politycznych punktów. Oto poziom myślenia o państwie, oto postkolonialne rozumienie racji stanu w całej swej okazałości. No, dla zachowania pozorów, można napomknąć o jakichś drugorzędnych „uchybieniach” po stronie rosyjskiej, ale żeby podważać pryncypia, godzić w sojusze – o, co to, to nie.


II. Wypisy z hańby.


W tym kontekście warto odnotować materiał wyemitowany 19.01.2011 w programie Tomasza Sekielskiego o iście orwellowskim tytule „Czarno na białym” w WSI24, bowiem zarysowuje on aktualną linię nieformalnej spółki TVN-Anodina. Otóż, za wszystko co złe w polskim lotnictwie w ostatnich latach z katastrofą Casy włącznie, odpowiada gen. Błasik i pośrednio Lech Kaczyński, który go mianował. Wyciągnięto archiwalne wypowiedzi m.in. Bogdana Klicha i - tu szczególna obrzydliwość - wdów po ofiarach tragedii pod Mirosławcem. Słowem, popis koncesjonowanego pseudo-nonkonformizmu spod znaku agit-propu. To, że ś.p. generał Błasik był cenionym dowódcą NATO, po najlepszych polskich i zachodnich uczelniach z nalotem 1592 godzin, nie ma nic do rzeczy, a nawet stanowi - jak można się domyślać - okoliczność obciążającą, gdyż nie zalicza się do grona „starych sprawdzonych fachowców” po moskiewskich wojennych ucziliszczach.


Chyba nie ma sensu, by kontynuować wypisy. Zostawiam zatem wyzute z sumień karierowiczowskie szumowiny - te wszystkie Lisy, Olejniki, Kuźniary...tfu – imię ich Legion ...


Chociaż nie. Zatrzymam się jeszcze przy felietonie Jacka Fedorowicza, (w „GW”, gdzieżby indziej), którego niegdyś lubiłem i poważałem, a który stoczył się ze szczętem w odmęty zapiekłej salonowszczyzny. Widzicie Państwo - życie Jacka Fedorowicza stało się lepsze. Życie Jacka Fedorowicza stało się weselsze:



(...) jakoś raźniej się czuję w sklepie, w pociągu, na ulicy. Jeszcze jesienią patrzyłem na rodaków z prawdziwym przerażeniem: oto barwny tłumek przechodniów, idą sobie, wyglądają zupełnie normalnie, ale co drugi z nich jeszcze niedawno nie miał nic przeciwko temu, żeby prezydentem został JK. Na zarzut, że zaledwie co czwarty (głosowała połowa), odpowiadam, że według fachowców sympatie nie głosujących rozkładają się podobnie jak tych, co głosowali. Tragiczna konstatacja, że aż co drugi rodak ma trochę porobione w głowie, długo mnie nękała. (...)



Smutne. Jakiś czas temu napisałem w „Pod-Grzybkach”: „jak to jest, że nawet w miarę sympatyczni i – zdawałoby się – pozbawieni agresji przedstawiciele tzw. Salonu prędzej czy później zamieniają się w ociekających jadem, zacietrzewionych staruchów? Fatum jakieś, czy co?”


No właśnie. Ilu jeszcze dołączy do tej ponurej galerii?


Stęchły smród pogardy wylewa się z ekranów, gazet, eterów.


III. Ze Smoleńska przywiozłem pokój.


Stop. Dość już popłuczyn z medialnych garkuchni. Przejdźmy do popłuczyn z garkuchni politycznych. Wystąpienie Tuska podczas smoleńskiej debaty sejmowej było kopią pamiętnej agresywnej mowy podczas kampanii prezydenckiej. Wtedy też grunt usuwał się Platformie spod nóg, Jarosław Kaczyński zdobywał punkty i Tusk na konwencji „pojechał” z taką „wilczą” zaciekłością, że komentatorów na chwilę zamurowało – ale tamta mowa, zmultiplikowana w społecznym odbiorze przez wiodące pasy transmisyjne, zadziałała mobilizująco na platformerski elektorat. Teraz Tusk powtarza ten „myk” - robiąc z trybuny „wilcze oczy” ciska gromy na opozycję. Strasząc wojną, odwraca sytuację, wpierając PiSowi dziecko w brzuch, czyli działanie na korzyść Moskwy. Klasyczny mechanizm przeniesienia własnych intencji na przeciwnika. Igor Ostachowicz rzetelnie zarobił na swoje pieniądze.


Tyle, że... Tusk bredzący o tym, że „lepiej znać prawdę i nie mieć wojny” jako żywo przypomina Neville Chamberlaina na lotnisku A.D. 1938 po konferencji monachijskiej wymachującego świstkiem (czyżby załącznikiem nr. 13 do Konwencji Chicagowskiej?) i wykrzykującego „przywiozłem wam pokój!”. Warto nadmienić, iż Winston Churchill skomentował później tę fanfaronadę słowami - „Mieliście do wyboru wojnę, bądź hańbę. Wybraliście hańbę, a wojnę i tak będziecie mieli”.


I jeszcze to: wystawienie zaburzonego wicemarszałka Sejmu, Stefana Niesiołowskiego do prowadzenia części debaty sejmowej. Szalony Entomolog dał prawdziwy popis, wyłączając z małpią złośliwością mikrofony posłom PiS w pół słowa, jeszcze podczas pikania sygnalizatora upływu czasu.


To był wyraźny sygnał od małp, które obsiadły drzewo: będziemy bronić pozycji – wbrew wszystkiemu – bo to nasze drzewo i nasze gałęzie. I frukta też nasze.


IV. Długa zima ocieplenia.


Podsumowując, zjednoczone siły polit-medialne idą na całość. W zaparte. Będą zgodnie z tą knajacką taktyką bronić ministra Klicha, Arabskiego, Sikorskiego i kogo tam jeszcze, jak niepodległości - by nie wywołać efektu domina. Albowiem, może to szkodliwe, ale tylko pionki. Prócz nich, musieli by bowiem pójść w odstawkę wszyscy inni umoczeni w zatajanie prawdy i robienie „ociepleniowego" pijaru Rosjanom i MAKowi z włodarzami mediodajni i Premierem Rządu III RP, Donaldem Tuskiem, na czele.


Nie przeceniałbym też siły i skali społecznego oburzenia. Odnoszę wrażenie, że u większej części postkolonialnego „Polactwa" nastąpiło zmęczenie tematem, pilnie dopieszczane przez mediodajnie, które nawet teraz, jak „Wyborcza" w materiałach informacyjnych piszą/mówią jedno a w komentarzach drugie, bo też przez 9 m-cy uczestniczyły w tej samej ruskiej grze, co wspierany przez nie rząd. Ludzie są zdezorientowani i na Smoleńsk nawet teraz reagują „a dajcie wy mi wszyscy święty spokój". Nastój ten ma dodatkowo podsycić podła „wrzutka” z upublicznieniem wysokości proponowanego odszkodowania, tak by zawistna czereda tubylców zzieleniała z zazdrości – ile to pazerne wdowy i dzieci dostaną kasiory.


Cóż, minie trochę czasu, zanim to wszystko się z hukiem wy...li. Państwo przegnije, brak kiełbasy na grilla zajrzy w oczy - i dopiero wtedy ludziska przypomną sobie również o Smoleńsku.


Póki co, czeka nas długa zima ocieplenia.


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 16 stycznia 2011

Pod-Grzybki (odc. 6)


„Hej! Gerwazy! daj gwintówkę, / Niechaj strącę tę MAKówkę!”



I. Wieści dobrej treści:


Hurra! Szefowa radiowej „Trójki”, Magdalena Jethon, uratowała stację od faszyzmu! Jak? Wywaliła Wojciecha Cejrowskiego i jego „Audycję podzwrotnikową” w której puszczał muzykę latynoamerykańską. W audycji nie było wprawdzie ani słowa o polityce, ale od czego rewolucyjna czujność pani Magdy... Pani Magdo, pani pierwszej to powiem: nigdy więcej różnych sambów, rumbów i czaczów! I w ogóle, te latynosy to reakcyjny element – same katole! Podobno jak zobaczą krzyż, to od razu się modlą! Istne średniowiecze! Precz z latynofaszystowską cejrowszczyzną! Ura! Urra! Urrraaaa!


***


Czas na kolejną dobrą wiadomość: Dzięki mostowi energetycznemu z Kaliningradem nie będziemy musieli budować własnej elektrowni atomowej! Czysty zysk! Ura! Urra! Urrraaaa!


***


I jeszcze to: rusko-germańskie konsorcjum „Nord Stream” położyło Gazociąg Północny pod torem podejściowym do portu w Świnoujściu tak, by zabezpieczyć nasz gazoport przed kosztami jego budowy i przyjmowania statków o nieprzewidzianym dla polskich portów zanurzeniu! Wyręczą nas w tym porty niemieckie! Jakież oszczędności! Ura! Urra! Urrraaaa!


***


Nie można pominąć: Jego Wspaniałość Prezydent Bronisław Komorowski zapadł na infekcję górnych dróg oddechowych, dzięki czemu przestał raczyć naród bon-motami rodem z Ruskiej Budy! Wdzięczni poddani robią zrzutkę na mszę dziękczynną w łagiewnickim Sanktuarium Bożego Miłosierdzia! Ura! Urra! Urrraaaa!


***


Poza tym: Na Euro2012 nie powstaną drogi, szybkie koleje ani lotniska! Niczego nie będzie! Polityczne przesłanie samorodnego geniusza Krzysztofa Kononowicza urzeczywistnione! Gdy nie ma w pobliżu kamer, Donald Tusk w hołdzie dla swego Mistrza przywdziewa kultowy sweterek! Ura! Urra! Urrraaaa!


***


Zaraz, zaraz – właściwie to czemu w kółko wyję „urrraaaa”? Bo od bąkania „izwinitie druzja, eto prosta oszybka” jest kto inny. Ja tam wolę kultywować mieżdunarodną przyjaźń z komsomolskim entuzjazmem. Stakan, sało i „Podmoskownyje wieczera”! Ura... khe khe, zacny samogon, niech no złapię oddech... no, już lepiej: Ura! Urra! Urrraaaa!


II. Tuskowe MAK-owiny:


Nie wiem jak wam, ale mnie reakcja Donalda Tuska na raport MAK-u przypomina zachowanie prezydenta USA z komedii Tima Burtona „Marsjanie atakują!”. Tym którzy nie oglądali wyjaśnię, że filmowy prezydent (świetny Jack Nicholson) na każdy akt agresji ze strony marsjańskich najeźdźców reaguje pacyfistycznym bełkotem w rodzaju: musimy się porozumieć, to nieporozumienie, pokojowa koegzystencja... Ten skończony debil ciągnie swoją gadkę nawet wówczas, gdy przywódca Marsjan po rozpirzeniu Ameryki i reszty świata wkracza do tajnej kwatery dowodzenia. Efektem jest spektakularny zgon amerykańskiego prezia. Teraz porównajmy to sobie z bełkotem Tuska na konferencji 13.02.2011: dla dobrych relacji Polski z Rosją nie ma mądrej alternatywy, Polska nie ma większych zastrzeżeń, poprawne relacje... pozytywne relacje... I tak do usranej śmierci.


***


Skoro jesteśmy już przy filmach, to przypomnę klasyczny obraz „Cincinnati Kid” ze Steve McQueen’em. Młodemu pokerzyście z ambicjami wydawało się, że jest mocny dopóki nie trafił na starego wygę, który dał mu do wiwatu. Tyle, że pokerowa batalia trwała tam długo, zaś tytułowy Cincinnati Kid był gościem z jajami. Natomiast Tusk, którego widzieliśmy na „po-MAKowskiej” konferencji, to wykastrowany politykier, któremu wydawało się że jest cwany grając z Putinem w „ocieplenie”. Teraz obudził się z ręką we własnej dupie i gorączkowo pragnie zatrzeć złe wrażenie. Nic to - niedorobiony „Cincinnati Tusk” jeszcze Polską porządzi. Wygra wybory. Naprawdę.


***


Byłbym zapomniał: podczas przemówienia premier robił swoje słynne „wilcze oczy” - niechybny znak, że wilczek został zagoniony w kozi róg i stał się zającem: „Raz ordynarny niedźwiedź kucnąwszy na łące / W dość niewybredny sposób podtarł się zającem. / Zając się potem żonie chwalił po obiedzie: / - Wiesz stara, nawiązałem współpracę z niedźwiedziem!”  Wiem, że ten wierszyk Andrzeja Waligórskiego został w kontekście Donka i MAK-u dość solidnie przez blogerów wyeksploatowany, ale cóż poradzę – trafne jak w mordę strzelił. Tudzież, jak w mordę napluł, niestety.


***


Ech, poetycka dusza... „W góry! w góry, miły bracie! / Tam swoboda czeka na cię” poinstruował Donalda Tuska XIX-wieczny poeta Wincenty Pol, zaś Donek, nie mieszkając, wyjechał w Dolomity. Szkopuł w tym, że Wincenty Pol sławił polskie góry w „Pieśni o ziemi naszej”, czego płemieł albo nie doczytał, albo uznając, że „polskość to nienormalność”, wstrząsnął się z odrazą na myśl o spędzeniu jakże zasłużonego wypoczynku w jakimś krajowym grajdole.


***


Hm, przeczytałem powyższy wpis i doszedłem do wniosku, iż nie można wykluczyć, że zadziałał tu instynkt samozachowawczy: znając poglądy i sympatie polityczne naszych górali, można założyć, że pan płemieł wracałby z urlopu z pamiątkową ciupażką w czerepie albo między łopatkami, co wyglądałoby głupio w telewizji, nawet po zastosowaniu poczwórnej warstwy pudru. Tak, Dolomity zdecydowanie bezpieczniejsze – można z nich wyskoczyć do kraju na ekspresową konferencję prasową i wrócić, przeczekać aż sprawa przyschnie, to jest – aż „przyjaciele z TVN i drugiej stacji komercyjnej” (a obecnie również z państwowej) zrobią Polakom wodę z mózgów na tyle skutecznie, że znów zaczną odrastać umiłowane „słupki”. A w międzyczasie uknuć jakąś medialną wrzutkę z faktycznym sternikiem polskiej nawy państwowej – pijarowcem Igorem Ostachowiczem.


***


Na zakończenie nutka optymizmu: jak radzić sobie z różnymi MAKami przypomina nam nieoceniony Aleksander hr. Fredro w iście profetycznym passusie:


„Hej! Gerwazy! daj gwintówkę,


Niechaj strącę tę MAKówkę!”


- co polecam głębokiej rozwadze, jako konstruktywną odpowiedź, która z pewnością utkwiłaby w głowie pani generał Tatiany Anodiny i jej licznie objawionych ostatnio priwislanskich poputczików.


Gadający Grzyb



pierwotna publikaqcja: www.niepoprawni.pl

czwartek, 13 stycznia 2011

Robak na haczyku


Donald Tusk stał się zakładnikiem „ocieplenia”, uzależnionym od każdego zmarszczenia brwi kremlowskiego samodzierżcy.



I. Odpowiedź na „bolesne zaskoczenie”.


Raport MAK-u, poza wszystkim innym, jest policzkiem wymierzonym Tuskowi, który ośmielił się „kwiknąć” w grudniu zeszłego roku, że „projekt raportu MAK w tym kształcie, w jakim został przysłany przez stronę rosyjską, jest bezdyskusyjnie nie do przyjęcia”. Świadczy o tym zarówno sposób ogłoszenia raportu, bez konsultacji ze stroną polską, w chwili, gdy premier przebywał na urlopie a prezydent legł złożony jakowąś niemocą, jak i jego treść – usztywniająca stanowisko rosyjskie i nieodwołalnie sprowadzająca je do kilku tez lansowanych od pierwszych godzin po katastrofie. Nastawienie Rosji dobrze ilustruje wywiad w „GW” z reżimowym dziennikarzem, komentatorem agencji informacyjnej Rosbałt, Iwanem Prieobrażeńskim. Otóż, stwierdza on, że krytyka Tuska wstępnej wersji raportu była „bolesnym zaskoczeniem”, gdyż „Tusk był uznawany za przyjaciela Rosji, z którym można się porozumieć”. Dalej już zaczyna się jazda bez trzymanki, padają groźby:



„Zobaczymy, jakie będą jego kolejne reakcje, ale w końcu Moskwa może stracić cierpliwość do polskiego premiera. Do tej pory tandem Tusk - Komorowski był u nas postrzegany jako ludzie zainteresowani poprawą stosunków z Rosją. Rozumiem, że Tusk jest w trudnej sytuacji, musi pokazać wyborcom, że nie idzie na pasku Rosji, ale nie powinien przesadzać z antyrosyjską retoryką. Inaczej Moskwa straci chęć do współpracy z nim. Sam czekam na konferencję prasową Tuska.” (wytłuszczenia moje – GG)



Z powyższym koresponduje wypowiedź Siergieja Markowa (przedstawianego jako „ideolog Kremla”) w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”, który jednym tchem przyznaje, że „Rosja powinna popracować nad swoją postawą starszego brata. Porzucić aspiracje pouczania Polski”, by zaraz potem dorzucić :



„Obecna reakcja Polski przypomina zachowanie kapryśnego pryszczatego nastolatka. I taka postawa zaszkodzi tylko Polsce, która przez to w oczach jej europejskich sąsiadów nie wypada jako obiektywne państwo.”



II. Ruska bałałajka.


Tak z grubsza przygrywa na dzień dzisiejszy ruska bałałajka: chcecie nadal chwalić się dobrymi, albo chociaż poprawnymi stosunkami z naszym mocarstwem, bądźcie grzeczni, bo jeżeli nie, to „Moskwa straci cierpliwość” a i u „europejskich sąsiadów” też sobie nagrabicie jak, nie przymierzając, za „Kaczora”. Retoryka w sam raz taka, jaką należy stosować wobec obdarowanych jarłykiem nadzorców „kondominium”. Sprowadzono brutalnie Tuska na ziemię: nie wyobrażaj sobie, pętaku, za dużo. Pozostań „na ścieżce i kursie”, bo się pogniewamy.


Tusk widać zrozumiał poprawnie tę ruską melodię, gdyż na konferencji prasowej śpiewał i tańczył już w odpowiedniej tonacji i do właściwego rytmu: zawodząc cieniutko i drobiąc skwapliwie nóżkami. Zaczął od pochwały rzeczy, zdawałoby się, nie do obrony – przyjęcia za podstawę „dociekań” w kwestii katastrofy zasuflowanej przez Kreml Konwencji Chicagowskiej, następnie zaś kwiląc, że „nie podważa” ustaleń MAK, suplikował jedynie o uwzględnienie naszych uwag itd.


W sumie jego wystąpienie sprowadzało się do płaczliwych apeli o dobrą wolę i podtrzymanie dobrosąsiedzkich stosunków. Ustąpcie choć o kroczek, przyjaciele Moskale, przyznajcie choćby półgębkiem, że i po waszej stronie coś tam szwankowało... Nie sposób było nie zauważyć ukrytego między wierszami mrugania oczkiem, że śledztwo smoleńskie i raport MAK interesuje Premiera Rządu o tyle, o ile może niekorzystnie zaważyć na jego politycznej pozycji. Ciekawe, czy Siergiej Markow z Iwanem Prieobrażeńskim poczuli się usatysfakcjonowani.


III. Robak na haczyku.


Do biedaczyny Tuska chyba po niewczasie dotarło, że dał się Rosjanom koncertowo „wypuścić” - teraz wije się rozpaczliwie, niczym robak na haczyku. Ponieważ jednym z filarów swej polityki wizerunkowej uczynił „ocieplenie” wzajemnych stosunków z putinowską Rosją, składając na ołtarzu „pojednania” co tylko mógł, z interesami i powagą Państwa Polskiego na czele, a wszystko to za kilka telewizyjnych migawek na których Putin w jego towarzystwie pokazuje łaskawe oblicze, to w efekcie stał się zakładnikiem „ocieplenia”, uzależnionym od każdego zmarszczenia brwi kremlowskiego samodzierżcy.


Cóż, Rosja ma to do siebie, że (w przeciwieństwie do Niemiec) nie zadowala się „cichą” dominacją. Dla zaznaczenia swej pozycji musi spektakularnie przeczołgać swego raba, tak by nie było wątpliwości ani złudzeń co do charakteru wzajemnych relacji. Jak bowiem zauważyła generał Tatiana Anodina „Rosja jest wielka, a Polska to mały kraj”. W optyce i kulturze politycznej zmongolizowanego bizantynizmu, jakiej od zawsze hołduje Rosja, nie ma miejsce na partnerskie relacje. Możliwy jest jedynie stosunek według schematu siła-podporządkowanie. Dlatego dotychczasowe umizgi „tandemu Tusk-Komorowski” odczytywane były na Kremlu jako podejście jedynie możliwe i konstruktywne, zaś grudniowe „bryknięcie” Tuska w sprawie raportu wstępnego potraktowano tak, jakby jakiś pomniejszy wasal miast leżeć plackiem, zaczął nagle pyskować na audiencji u Wielkiego Chana.


IV. Fiasko pro-rosyjskiej postpolityki.


Doprawdy, aż nie chce się wierzyć, że inteligentny zdawałoby się człowiek z historycznym wykształceniem i doświadczony polityk jakim jest Donald Tusk, tak łatwo uwierzył, że jeśli on zrobi dobrze Rosjanom, to i oni nie będą mu bruździć, narażać na szwank wizerunku jako premiera przyjaznego Rosji rządu. Frajer, frajer, po trzykroć frajer. Gdyby chodziło tu wyłącznie o Tuska, to pies go jechał. Problem w tym, że za jego złudzenia, że z Rosją da się prowadzić „postpolitykę” płaci Polska, którą właśnie publicznie sponiewierano i upokorzono. Rosja nie uprawia postpolityki, tylko politykę jak najbardziej realną.


Donald Tusk, premier rządu Rzeczypospolitej Polskiej, właśnie doświadczył tego na własnej skórze a wraz z nim my wszyscy. Zostały mu gorączkowe zabiegi, by ocalić resztki twarzy w sytuacji, którą zafundował sobie na własne życzenie. Nam pozostało zaciskanie pięści w bezsilnej wściekłości.


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

wtorek, 11 stycznia 2011

Pod-Grzybki (odc. 5)


To nie Wałęsę werbowano, tylko on werbował, a „Bolek” to nie Wałęsa, tylko Stanisław Rybiński – agent Wałęsy w SB.



Trochę czasu minęło od ostatnich „Pod-Grzybków”, zatem rozrzut czasowy notek będzie odpowiednio większy. Może to i dobrze, bo amnezja to jedna z podstawowych chorób naszego życia publicznego. No to lecimy:


Tusio w sprawie MAK-owskiego raportu spektakularnie postawił się Rosji, słyszeliście? Podobno robił wilcze oczy, groźnie tupał nóżkami, krzyczał że MAK mu się już nie podoba i ogólnie wyczyniał najdziksze brewerie. Nawet pąsów dostał i musieli mu nałożyć podwójną warstwę pudru. Uspokoił się dopiero jak mu Igor Ostachowicz pogroził, że nie dostanie pod choinkę nowej „gały”.


***


Osobnik, jakże krzywdząco znany do tej pory jako „Bolek”, wystawił zaświadczenie esbekowi Stanisławowi Rybińskiemu, że ten działał na korzyść „Solidarności”. „(..) miałam paru agentów w różnych służbach. Trudno, żebym się brał za robotę, a nie miał” oznajmił „Bolek”. I wszystko jasne: ci pseudo-historycy, Cenckiewicz z Gontarczykiem wszystko pokręcili. To nie Wałęsę werbowano, tylko on werbował, a „Bolek” to nie Wałęsa, tylko Stanisław Rybiński – agent Wałęsy w SB. Andrzej Wajda z Januszem Głowackim już nanoszą odpowiednie poprawki do scenariusza hagiografii „My, Naród Polski”.


***


Na spotkaniu opłatkowym Jego Wspaniałość Bronisław Komorowski wywołał do złożenia życzeń Lecha „My, Naród” Wałęsę, którego oratorskie talenty są dla obecnego prezydenta niewątpliwą inspiracją. Chyba zaraz pożałował tej decyzji, bowiem Lech „My, Naród” Wałęsa, w swoim stylu, bez obcyndalania się, „pożyczył” zebranym aby „przez ten następny rok mądrzej wybierali, mądrzej uczestniczyli w wyborach”. „Mądrzej wybierali"?! Co słyszę?! To do tej pory lemingi nie wybierały „mądrze".głosując na „Polskę jasną” i jej najlepszych przedstawicieli z Jego Wspaniałością Bronisławem Komorowskim na czele?! Lechu - kryptopisowiec!


***


Niby przestarzałe i obgadane na wszelkie sposoby, niemniej, wrócę do amerykańskich gawęd Jego Wspaniałości Bronisława Komorowskiego. Konkretnie do tej o kobitkach, dzieciakach i męskim polowanku. Tłumacząc z Bronkowego na nasze, freudowska myśl Jego Wspaniałości brzmiała następująco: Kobieta jest kapłanką domowego ogniska i ukojeniem dla spragnionych lędźwi wojownika. A teraz, drogie panie feministki, popierajcie dalej tego mizogina.


***


„Białoruś rośnie w silę a ludziom żyje się dostatniej” obwieścili liczni wielbiciele „baćki” Łukaszenki, którzy objawili się nad Wisłą przy okazji białoruskich wyborów prezydenckich. To nieprzejednani patrioci – tacy najwięksi z największych. Mają pod bokiem raj na ziemi a mimo wszystko twardo siedzą w Polsce, okupowanej, jak powszechnie wiadomo, przez żydowskich spekulantów. Co tu robią? Ano, poza kontestowaniem wszystkich nie dość radykalnych w ich mniemaniu inicjatyw jako „hasbarskich” - cierpią. I wzdychają do wąsatego słoneczka zza miedzy.


***


Nagłówek z „Rzeczpospolitej”: „Ludzki mózg się kurczy”. Na miejscu „Rzepy” byłbym ostrożniejszy z takimi rewelacjami. Władza niektóre aluzje traktuje bardzo osobiście.


***


Lubelskie Centrum Handlowe „Plaza” poszczuło firmą ochroniarską uczestników tamtejszej akcji ob-ciachowej. Bardzo słusznie. Skłanianie klientów jakiegokolwiek centrum handlowego do myślenia, choćby przez demonstracyjne czytanie czegokolwiek poza gazetkami reklamowymi, musiało zostać odczytane jako dywersja konsumencka – działanie na niekorzyść firmy. Podobno klienci na widok „ob-ciachowców” uciekali z krzykiem, wrzeszcząc że słowo pisane ryje im zwoje mózgowe, co dla nienawykłych organizmów jest arcybolesnym doświadczeniem.


***


Wiadomo, że wszelkie przybytki typu „CH Plaza” zaplanowane są tak, by wywołać u klientów bezrefleksyjną, konsumpcyjną głupawkę. Wszystko – od wystroju wnętrza, przez ekspozycję towarów, po muzykę ma otumanić i wyłączyć krytycyzm. Widok jakiejś bandy czytającej gazety musi siłą rzeczy wprawiać konsumentów w dysonans poznawczy i co za tym idzie, wpływać niekorzystnie na komfort zakupów. Na podobnej zasadzie reklamodawcy nie lubią „kontrowersyjnych” treści w mediach – bo gdy „kontrowersyjny” tekst/audycja nie spodoba się odbiorcy, to z rozpędu nie spodoba mu się również reklamowany obok produkt. „Świątynie lemingów”, jakimi są centra handlowe winny zatem zostać nieskalane. Myśleniem w szczególności.


***


Dyrektorem lubelskiej „Plazy” jest niejaki Artur Pleskot. Jak widać, w Lublinie niedaleko pada Pleskot od Palikota.


***


Narodowi tak bardzo spodobały się świąteczno-noworoczne podróże pociągami po ośmioro w jednej toalecie, że z wdzięczności przesłali ministrowi Grabarczykowi kwiaty, wręczone za pośrednictwem przedstawicieli „Polski jasnej”. Moje blogerskie śledztwo wykazało, że do bukietu dołączony był liścik: „pamiętamy, kto co spieprzył”. Moim skromnym zdaniem, zamiast chabziów powinna być owinięta w gazetę śnięta ryba, wręczona na cmentarzu obok stacji benzynowej, jako bardziej oddająca mafijną mentalność ekipy rządzącej.


***


Pamiętają państwo jak w mediodajniach królowały doniesienia, jak to zima sparaliżowała Europę Zachodnią? W domyśle – nie narzekajcie na rząd, bo u innych jest tak samo. Podrzucam kolejny pomysł tego typu. Otóż, jak donosi „Rzepa” w artykule „Zakończone śledztwo w sprawie źródeł Amazonki”, ustalanie źródeł tej rzeki ciągnęło się od 1971 roku. Od tej pory malkontentów jątrzących w sprawie Smoleńska będzie można zbywać: „co się czepiacie, spójrzcie ile czasu trwało śledztwo w sprawie źródeł Amazonki”.


***


„Cały świat” - czyli europejskie rządy z Niemcami na czele (którzy z właściwym sobie praktycyzmem występują z obroną wolności słowa wtedy, gdy nie naraża to na szwank relacji z Putinem), organizacje międzynarodowe, plus niezawodna w takich razach, zideologizowana unijna biurokracja, domagają się od Węgier zmiany świeżutkiego, fideszowego, prawa prasowego. Moje blogerskie śledztwo wykazało, że Viktor Orban pilnie przyglądał się Polsce i ustawowo pragnie zabezpieczyć się przed powtórzeniem casusu polskiego „przemysłu pogardy” (© Piotr Zaremba). Zły Orbanie, wszak przemysł pogardy jest poza „Wyborową” jednym z naszych nielicznych hitów eksportowych! Wspomóż-że polskich bratanków, wykup licencję i daj ją za darmo węgierskim (niezależnym, oczywiście, hehe) mediodajniom! Sam Adam Michnik apelował! Co, od Michnika licencji pan nie kupisz?


***


Po ukazaniu się przejmującego dokumentu „Mgła”, publicysta Łukasz Warzecha wyraził zatroskanie, co do zbyt „pisowskiego” „kontekstu” dzieła Dłużewskiej i Lichockiej. No bo, wiadomo - „Gazeta Polska” dla lemingów a priori będzie niewiarygodna... Cóż, poza tekstami trafnymi, panu Łukaszowi zdarza się odlatywać w jakąś alternatywną rzeczywistość, w której to wszelkie możliwe i niemożliwe mediodajnie zabijają się o to, by jako pierwsze nakręcić film o Smoleńsku czy przeprowadzić ekskluzywne wywiady ze współpracownikami ś.p. Prezydenta. Panie Łukaszu, następnym razem przed publikacją proszę wrócić do naszego świata i nieco się rozejrzeć. Ewentualnie, proszę podać namiary na alternatywną Polskę wokół której Pan od czasu do czasu orbituje, a w której Smoleńsk jest tematem nr 1 publicznej debaty. Chętnie odwiedzę – i nie tylko ja, jak sądzę.


Gadający Grzyb


pierwotna publikacja:www.niepoprawni.pl